W kinie: Baby Driver

baby driver3

 

BABY DRIVER
polska premiera: 7.07.2017
reż. Edgar Wright

moja ocena: 7/10

 

Jest paru takich filmowych twórców, z którymi – tak sądzę – doskonale dogadałabym się na zupełnie prywatnej stopie. Wydaje mi się, że jednym z takich ludzi jest Edgar Wright. To bowiem koleś, który od lat w pierwszej kolejności pielęgnuje swoją kinofilską duszę, w drugiej – wciela się w rolę reżysera. Od czasów „Scotta Pilgrima” – tegoż samego Wrighta zresztą – nie było w kinie dzieła tak beztrosko bawiącego się filmowymi cytatami, tak luzacko, a przy tym błyskotliwie traktującego popularne konwencje i schematy. Jeśli po zwiastunie „Baby Driver” odnieśliście wrażenie, że to będzie jakiś pastisz kultowego „Drive”, to skojarzenie nie było do końca słuszne. Różnica jest taka: o ile Refn szukając inspiracji w popkulturze, tworzy coś na kształt zmysłowego spektaklu starającego się uderzać w bardziej wysokie nuty, o tyle Wright na bazie popkultury robi czystą, bezczelną rozrywkę. Punkt wyjściowy „Drive” i „Baby Driver” jest podobny – oto kierowca doskonały na usługach kryminalnego świata, spotykając odpowiednią dziewczynę, stara się zerwać z przestępczym fachem, mając przed sobą jeden, ostatni skok. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Baby ma bowiem za sobą konkretną historię, na którą składają się traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, chwytający za serce związek z niepełnosprawnym ojczymem i osobliwa relacja z szefem wszystkich gangsterskich szefów w mieście. Baby ma też masę iPODów z muzyką, bez których nie rusza się z domu. Słuchawki na uszach ma zarówno podczas spacerowania po mieście, jak i w trakcie napadu. Bez odpowiedniej piosenki nie odpali nawet samochodu, by zwiać z miejsca przestępstwa. W filmie Wrighta nie mogło też oczywiście zabraknąć szalonych pościgów, komiksowych złoczyńców, nieoczekiwanych zawrotów akcji i słodko naiwnego wątku miłosnego. Na papierze trąci to wszystko trochę zgraną płytą, ale w praktyce Baby zabiera widza na fajową, pełną przygód przejażdżkę, w trakcie której czuje się przede wszystkim to, że oto oglądamy film zrobiony od serca, bez ściemy i spiny. Dokładnie taki, jaki chciałby zobaczyć w kinie jego twórca. Ten gość po prostu kocha kino, a ja za to kocham Edgara Wrighta.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.