W kinie: Tajemnice Silver Lake (Cannes)

undersilverlake

 

TAJEMNICE SILVER LAKE
Festival de Cannes 2018
reż. David Robert Mitchell

moja ocena: 6/10

 

Dekonstrukcja schematu klasycznego, amerykańskiego filmu noir dokonana przez Davida Roberta Mitchella imponuje epicką formą, ale w wielu miejscach zamiast doświadczać fascynującej, stylistycznej wolty udajemy się na spacer po mieście aniołów z bełkotliwym kumplem na haju. I nie do końca jest to Doc Sportello. Sam (Andrew Garfield) ze swojego okna na podwórze – zupełnie jak bohaterowie kultowego dzieła Alfreda Hitchcocka – podgląda sąsiadów. W sumie to przede wszystkim sąsiadki. Nie nic innego roboty, więc owo podglądactwo wyznacza rytm jego życia. Pewnego dnia wypatruje przez lornetkę seksowną Sarę. Spędza z nią trochę czasu i liczy na więcej. Dziewczyna jednak tajemniczo znika z posesji, wyprowadzając się w pośpiechu. Sam rozpoczyna własne śledztwo, by dowiedzieć się, co stało się z piękną, nową znajomą. Bo cóż innego miałby do roboty? W ten sposób rozpoczyna się surrealistyczna odyseja po Los Angeles, w której dekadencji odbijają się echa klasyki noir pokroju “Chinatown”, zaś w jej senno-narkotycznym rytmie pulsują w głowie melodie Davida Lyncha z “Mulholland Drive”. Miasto jest tu jednak raczej bohaterem mocno drugoplanowym. Nie okazuje się ani do końca gniazdem żmij, ani miejscem z sennego koszmaru. Podziemny świat hipsterskiej bohemy ma w sobie coś ze sztucznej estetyki “Neon Demon” Refna, ale już nie jego okrucieństwa. Wisi nad nim mgła tajemnicy dostępnej tylko nielicznym, bogatym i uprzywilejowanym, co zauważa sam główny bohater. Obsesje Sama i dużo wolnego czasu pozwolą mu jednak ułożyć porozrzucane tu i tam puzzle dość łatwo w obraz tyleż dziwny, ile w kontekście wymowy całości filmu po prostu rozczarowujący.

Mitchell próbuje też demaskować kłamstwo i fałsz popkultury, która okazuje się być sposobem manipulacji jednych, komunikacji i przekaźnikiem ukrytych znaczeń dla innych, tych wtajemniczonych. Strasznie to jednak bełkotliwe i pretensjonalne. Sam obsesyjnie szuka tych znaczeń w piosenkach, reklamach, starych magazynach, chcąc w ten sposób rozgryźć tajemnicę zaginięcia dziewczyny, ale też odkryć i zrozumieć coś większego, co za tym wszystkim niby stoi. Wielki sekret Miasta Aniołów i niezwykłych mechanizmów, jakie tym kierują. Choć podążanie jego tokiem myślenia bywa fascynujące, to wszystko ostatecznie okazuje się małą intrygą wąskiej grupy bogaczy, której poznanie nie zmienia życia bohatera. Obiektywnie, bo w jego mniemaniu rozwiązanie zagadki całkowicie zaspokoiło jego chłopięcą ciekawość i rozbuchane ego. Ja jednak po seansie nie czułam się aż tak spełniona.

 

***
Kasia w Cannes powered by:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.