W kinie: Dede

dede

 

DEDE
Transatlantyk 2018
reż. Mariam Khatchvani

moja ocena: 6.5/10

 

Natia Vibliani jako Scarlett O’Hara z gruzińskiej prowincji, która nie ma zamiaru kłaniać się okrutnej tradycji, wedle której o statusie matrymonialnym kobiety decydują wszyscy wokół, ale już nie ona sama. Opada właśnie kurz wojennej zawieruchy na terenach wkrótce były republik radzieckich, mężczyźni wracają w rodzinne strony, w tym wybrany Dinie narzeczony, David. Dziewczyna nie chce go poślubić, sama jest zakochana w Gegim – wiernym towarzyszu broni przyszłego małżonka. Ciężko to wszystko rozwiązać, gdy w grę wchodzi honor dwóch familii – traktowany w prowincjonalnej Gruzji śmiertelnie poważnie. David dowiedziawszy się, kogo kocha jego wybranka, sięga po drastyczne rozwiązanie. W krwi i gniewie rodzi się małżeństwo Diny i Gegiego. Ten fatalizm już zawsze będzie wisiał nad ich związkiem. Być może w “Dede” brakuje przekonująco odmalowanych portretów psychologicznych, w tym zwłaszcza bohaterki granej przez Vibliani, która w filmie przechodzi największą przemianę. Ale w tym folklorystycznych fresku fascynująco, również bardzo lirycznie i skromnie, rozegrano antyczną tragedię, konfrontującą człowieczeństwo i uczucia wielowiekowej, nieubłagalnej tradycji. To właśnie ta tradycja spaja te odizolowane wspólnoty, dlatego tak ciężko ją odpuścić. Jeśli nie ona, pozostają tylko majestatyczne góry i smutne oczy ludzi, którzy mieli nadzieję na to, że ich los potoczy się inaczej.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.