W kinie: Bez obaw, daleko nie zajdzie (AFF)

dontworry

 

BEZ OBAW, DALEKO NIE ZAJDZIE
9. American Film Festival
reż. Gus Van Sant

moja ocena: 5.5/10

 

Doprawdy nie wiem, ile razy oglądałam już takie historie na dużym ekranie i nie tylko. O beztroskich jednostkach egzystujących z dnia na dzień pod parasolem upadlających nałogów i autodestrukcyjnych przyzwyczajeń, które muszą sięgnąć totalnego dna, otrzeć się o śmierć, by zastanowić się nad sobą, zapragnąć zmian i mieć w końcu przyzwoite, w miarę szczęśliwe życie. Według Gusa Van Santa taką postacią był John Callahan – rysownik i ilustrator, znany ze swojego wyjątkowo niepopranego politycznie humoru. Ale zanim Callahan stał się tą znaną personą, był kimś zupełnie innym – nałogowcem, hulaką i społecznym wałkoniem, który dopiero w wyniku dramatycznego wypadku skutkującym trwałym kalectwem przewartościował to i owo w swojej głowie. “Bez obaw…” pokazuje tą trudną, wyboistą drogę z typowymi dla niej przystankami: wychodzeniem z nałogu, poszukiwaniem wsparcia, zawieraniem wartościowych znajomości, godzeniem się z samym sobą i własnymi słabościami, odnajdywaniem nowego powołania. Joaquin Phoenix w roli głównej – ze swoją szorstką aparycją i nieprzeciętnymi, aktorskimi umiejętnościami – na pewno ożywia tę przewidywalną konwencję. Ładnie na drugim planie asystuje mu choćby Jonah Hill jako mentor z przeszłością i własnymi demonami. Sam Van Sant natomiast nie szuka żadnych oryginalnych rozwiązań w obrębie kina biograficznego. Podąża ścieżką prostych emocji i wzruszeń oraz łatwiejszej, oczywistej narracji. Ku pokrzepieniu serc i z jasną wskazówką, by uczyć się także na błędach innych.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.