W kinie: Le Mans’66

lemans66

 

LE MANS’66
10. American Film Festival
reż. James Mangold

moja ocena: 6.5/10

 

Film Jamesa Mangolda jest szpanerski, spektakularny i efekciarski. Nasiąknięty do granic możliwości hollywoodzkością i z premedytacją skrojony pod zbliżający się sezon nagród. A jednak “Le Mans ’66” to kino na wskroś romantyczne i nostalgiczne, bo przypominające wysokobudżetowe widowiska z lat 60. i 70. Pomimo tego, że samochody są tu niesamowicie szybkie, a rywalizacja toczy się o najwyższą stawkę, akcję pcha do przodu rozczulająca relacja złotoustego mistrza kierownicy po przejściach Carrolla Shelby’ego (Matt Damon) i bezczelnego, nieokrzesanego mechanika Kena Milesa (Christian Bale). Bromance o dwójce facetów, którzy na przekór spędzonej na wojnie przeszłości i dokuczającej swą przyziemnością teraźniejszości nie pozwolili zabić w sobie tych wiecznych chłopców, co to bawią się samochodami oraz marzą o rozwijaniu niebotycznych prędkości i pokonywaniu niewyobrażalnych barier. Tytułowa rywalizacja Forda i Ferrari narodziła się na początku lat 60., kiedy to amerykański potentat przeżywał poważne problemy. Jego auta nie cieszyły się taką popularnością jak kiedyś, moda na nie wyraźnie przemijała. Wyobraźnię natomiast rozpalały sportowe samochody z Europy, w tym zawłaszcza Ferrari, którego pojazdy rok po roku wygrywały morderczy, 24-godzinny wyścig w Le Mans. Zdegustowany takim stanem rzeczy wnuk Henry’ego Forda w końcu zdecydował się przeznaczyć miliony dolarów na udowodnienie, że to właśnie jego samochody są najszybsze i najbardziej zaawansowane technologicznie, zatrudniając do tego byłego zwycięzcę Le Mans Shelby’ego. Za firmowe pieniądze ekipa marzycieli i łobuzów mogła realizować swoje szalone marzenia, mierząc się zarówno z dużo bardziej zaawansowanymi konstruktorami z Włoch, ale też z korporacyjnymi, kuriozalnymi ograniczeniami.

Shelby i Miles dostali za przeciwników karykaturalnych panów w dobrze skrojonych garniturach, których wszystkie złe cechy mają wręcz irytująco kreskówkowe właściwości. Nie przeszkadza to jednak Damonowi, a zwłaszcza Bale’owi błyszczeć blaskiem swoich cudownie napisanych postaci. Szczególnie Brytyjczyk zagrał w “Le Mans ’66” jedną z najlepszych i najfajniejszych ról w swojej karierze. Taką, która skrada serca i sprawia, że siedząc na kinowym fotelu z autentyczną ekscytacją ściskamy mocno kciuki, by Milesowi udało się wszystko to, na co tak ciężko i zapalczywie pracuje.

150 minut spędzone w samochodowych warsztatach, na asfaltowych torach, a w końcu w kurzu epickiego La Mans nie daje się w ogóle odczuć. Sceny wyścigów są efektowne i imponujące, ale nie przytłaczają tego, co w filmie najistotniejsze. Najbardziej liczą się przecież ci, którzy siedzą za kierownicą tych pojazdów, brudzą się w smarze i zakopują w samochodowych częściach, by osiągać rezultaty, które wydają się nieosiągalne. To im hołd składa “Le Mans ’66”, będąc filmowym widowiskiem i jednocześnie kinem bardzo humanistycznym, bo w żadnym momencie nie pozwalającym zapomnieć o niezbędnym przy każdej tego typu technologicznej rywalizacji czynniku ludzkim.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *