W kinie: Szarlatan (Berlinale)

charlatan

 

SZARLATAN
Berlinale 2020
reż. Agnieszka Holland

moja ocena: 5.5/10

 

Agnieszka Holland ma szósty zmysł do znajdowania intrygujących historii rozgrywających się w trudnym kontekście historycznym w naszym regionie Europy. “Szarlatan” stanowi najlepszy na to dowód. Tytułowym bohaterem filmu polskiej reżyserki jest czechosłowacki zielarz i uzdrowiciel Jan Mikolášek (Ivan Trojan), który leczył (albo może lepiej – obsłużył, bo mężczyzna nie lubił, gdy zwracano się do niego doktorskim tytułem i zawsze podkreślał, że nie jest lekarzem) co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dorobił się na tym niemałych pieniędzy, które wydawał zarówno na drogi alkohol i modne samochody, ale też fundował wakacje chorym dzieciom i przekazał dotacje na umacnianie socjalizmu po naszej stronie Żelaznej Kurtyny. Mikolášek umiał się odnaleźć w każdej sytuacji. Nawet w czasach nazistowskiej okupacji potrafił dowieść swoich umiejętności, analizując fiolki z moczem, wskazał na co może cierpieć pacjent. Wszystko się zmieniło po śmierci prezydenta Antonína Zápotocký’ego, który nie przeszkadzał działalności uzdrowiciela z Jenštejn, sam będąc jego pacjentem. W oka mgnieniu zniknął parasol ochronny i za Mikoláška zabrały się państwowe służby, uważając jego ludowe praktyki za szkodliwe dla komunistycznego społeczeństwa.

To właśnie zbliżająca się rozprawa w sądzie dla Agnieszki Holland staje się pretekstem do spojrzenia na zawiłą i niejednoznaczną biografię jej bohatera. Z jednej strony otwarta współpraca z przedstawicielami różnych władz, konformizm i megalomania. Z drugiej – poczucie misji, chęć pomocy jak największej liczbie ludzi i szczera religijność. Łatwo temu człowiekowi wznosić pomniki, jeszcze łatwiej oskarżać i nienawidzić. Holland porzuca dość szybko zawiłości życiorysu Mikoláška, jego motywacji czy skomplikowanego charakteru, pokazuje je dość pobieżnie i raczej z poczucia faktograficznego obowiązku i schematów kina biograficznego, bo skupia się na innym wątku – romantyczno-despotycznej relacji uzdrowiciela z jego asystentem Františkiem (Juraj Loj). Uczuciu fascynującym, bo oczywiście zakazanym, ale także niesymetrycznym, będącym często manifestacją władzy jednej ze stron, mimo to szczerym i prawdziwym. Wątek miłosny jednak rozmywa się w mechanicznie wyreżyserowanym, melodramatycznym spektaklu namiętności i powinności. Ciężko odgadnąć, dlaczego ta optyka ostatecznie w “Szarlatanie” przeważyła i miałaby być najciekawszą w patrzeniu na kogoś takiego jak Jan Mikolášek.

Współczesnemu kinu Agnieszki Holland zawsze czegoś brakuje. Na poziomie realizacyjnym to filmy nienaganne, na najwyższym poziomie. Stworzone z niezwykłą dbałością zwłaszcza o historyczny kontekst w najcięższych, niespokojnych czasach XX wieku w naszym regionie. Za tę wrażliwość polska reżyserka jest szczególnie ceniona nie tylko na Starym Kontynencie. W “Szarlatanie” czy “Obywatelu Jonesie” widać jednak, że tworzenie historycznego kina dla szerokiej publiki ma swoją cenę. Nie może ono być zbyt zniuansowane, ostre czy wymagające formalnie. Autorska wyrazistość też nie jest szczególnie w cenie. Na kompromisy nie idą zatem tylko filmowi bohaterowie, ale też ci, którzy ekranizują ich ambiwalentne losy.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.