W kinie: Flatland (Berlinale)

flatland

 

FLATLAND
Berlinale 2019 – Panorama
reż. Jenna Cato Bass

moja ocena: 6/10

 

Jedna z bohaterek filmu nałogowo ogląda opery mydlane i lubuje się w dresach z aksamitu w jaskrawych kolorach. Na pytanie, dlaczego marnuje czas na oglądanie w telewizji seriali, w których ludzie robią strasznie głupie rzeczy, jakie nie zdarzają się w prawdziwym życiu, ona odpowiada z przekąsem, że dokładnie tak właśnie wygląda życie. Delikwentka nazywa się Beauty Cuba (Faith Baloyi, która przypomina Violę Davis z jej rozgoryczoną mimiką twarzy) i jest doświadczoną policjantką po przejściach. By oczyścić dawnego narzeczonego z zarzutów, wyrusza w pościg za młodymi uciekinierkami, z których jedna zabiera z sobą własny środek transportu – ukochanego, żywego konia. Afrykanerska produkcja Jenny Bass to rasowe dzieło spod znaku guilty pleasure. Ma bohaterów i zwroty akcji, jak w tych telenowelach, w których lubuje się Kapitan Cuba, ale to fajna, przebojowa rzecz z mocnym, solidarnościowo-feministycznym przesłaniem. Inspirująca się klasyką spod znaku “Thelmy i Louise”, zbudowana z filmowych cytatów, ale mocno wryta w lokalny, południowoafrykański kontekst. Czyni on z “Flatland” film zrobiony z przymrużeniem oka, nieco na tzw. pohybel, ale pozwalający sporo dowiedzieć się o społecznych zależnościach w jednym z najbogatszych krajów Afryki.

 

W kinie: Ghost Town Anthology (Berlinale)

ghosttowna

 

GHOST TOWN ANTHOLOGY
Berlinale 2019
reż. Denis Côté

moja ocena: 5.5/10

 

Z duchami to zwykle bywa tak, że co prawda ze swej natury przynależą one do jakiejś sfery metafizycznej, reprezentują bardziej kosmiczny wymiar wszechświata, ale ich obecność raczej nie ma znaczenia dla ich samych. Implikuje/komplikuje losy żyjących, których za sobą zostawili. Młody Simon pozostawił za sobą nie tylko pogrążonych w żałobie członków rodziny, ale całą wspólnotę zamieszkałą niewielkie, kanadyjskie miasteczko. Miejsce szare i do bólu zwyczajne. Nie można także nie zauważyć, że ta okolica sprawiała wrażenie wymarłej zanim już pod postacią ducha powraca do niej zmarły mężczyzna. Ekscentryczny Denis Côté, stały bywalec berlińskiej imprezy, w opowiadaniu o marazmie i wewnętrznej martwocie małomiasteczkowej społeczności prezentuje zaskakująco eleganckie w stonowaniu, refleksyjne oblicze, które jednak niekoniecznie mu pasuje. Uczynienie z duchów ambasadorów emocjonalnego przebudzenia lunatykującej w męczącym śnie prowincji posiada ciekawy walor symboliczny, ale od filmu zapowiadanego jako dekonstrukcja gatunkowych schematów wymagać wypada jednak czegoś więcej. Aż prosiło się tu o więcej kreatywności w wykorzystaniu horrorowych klisz. Na pewno zagwarantowałoby to skuteczniejsze przebudzenie nie tylko bohaterów filmu, ale też jego widzów – przysypiających na jego seansie.

 

W kinie: Gospod postoi, imeto i’ e Petrunija (Berlinale)

petrunya

 

GOSPOD POSTOI, IMETO I’E PETRUNIJA
Berlinale 2019
reż. Teona Strugar Mitevska

moja ocena: 7/10

 

Petrunia zamiast skutecznie znaleźć pracę pakuje się w nie lada kłopoty. W spontanicznym, niczym nieuzasadnionym odruchu skacze do wody, zakłócając lokalne święto, wyławia krzyż i otwiera tym czynem prawdziwą puszkę Pandory. W jednej chwili wiecznie bezrobotna, pulchna 30-latka obraża uczucia religijne i bezcześci największe świętości, bo wodne zawody z krzyżem to pradawny, męski rytuał. W oczach zacietrzewionej dziennikarki staje się symbolem sprzeciwu wobec archaicznego patriarchatu i rzeczniczką emancypacji kobiet. Zaś w oczach organów ścigania to najpierw poszukiwany zbieg, a później obiekt wnikliwego śledztwa z poważnym oskarżeniem kradzieży kościelnego mienia. Absurd sytuacji z czasem dostrzega sama Petrunia, która marzy już tylko o tym, by z komisariatu wrócić do domu, choć też tanio skóry nie ma zamiaru sprzedać, bo buntowniczą naturę wyniosła z domu, a z uniwersytetu – ciętą ripostę. Ta afera wydarzyła się na macedońskiej prowincji, ale wymowa tego groteskowego komediodramatu ma alarmująco uniwersalny wydźwięk. Wszędzie tam, gdzie religijne zacietrzewienie ustępuje miejsca zdrowemu rozsądkowi, a światopoglądowy konserwatyzm jest jedynym słusznym sposobem patrzenia na świat potrzeba takiej awanturniczej Petrunii, by przejrzeć na oczy, że coś tu jest jednak nie tak. Tytułowa postać z filmy Teony Mitevskiej jawi się więc jako super bohaterka naszych czasów. Bez magicznych umiejętności i gadżeciarskich atrybutów, ale za to reprezentująca swoją postawą i nieidealnym życiorysem wartości i postawy tak bardzo potrzebne w naszych niespokojnych, zantagonizowanych czasach.

 

W kinie: Obywatel Jones (Berlinale)

mrjones

 

OBYWATEL JONES
Berlinale 2019
reż. Agnieszka Holland

moja ocena: 5/10

 

Agnieszka Holland nie tworzy bryku z poruszającej historii Wielkiego Głodu na Ukrainie. Wiedzę o tym dramacie ciągle lepiej czerpać z literatury, w tym wnikliwego studium autorstwa Anne Applebaum. Polska reżyserka skupia się bowiem na chwaleniu niezłomnego etosu dziennikarskiego, uosabianego przez tytułowego Pana Jonesa, który jako pierwszy odkrył okrutne kulisy gospodarczego “sukcesu” Józefa Stalina. Gareth Jones to człowiek, który jako pierwszy w latach 30. przyjrzał się baczniej kulisom domniemanego sukcesu gospodarczego Związku Radzieckiego. Państwa budującego raj ludzi pracujących kosztem śmierci milionów na terenach dzisiejszej Ukrainy, którym z premedytacją zabierano owoce wyrosłe na ich żyznych ziemiach, zostawiając za sobą tylko głód. Przez dekady działalność Stalina na Ukrainie na Wschodzie stanowiła temat tabu, choć tę zbrodnię rozpatruje się współcześnie w kategoriach systemowo zorganizowanego ludobójstwa. Agnieszka Holland dedykuje swój film tym bezimiennym ofiarom, ale całą swoją uwagę skupia na niepozornym Walijczyku. Doradcy ministra spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii i dziennikarza, obdarzonego zawodowym szóstym zmysłem, bo Gareth Jones przeczuwał, jakim liderem politycznym może okazać się Adolf Hitler, gdy przeprowadzał z nim wywiad na początku jego rządów jako niemieckiego kanclerza. Niedługo później pojechał do Moskwy, następnie ryzykując życie na Ukrainę podążając za sygnałem o tamtejszym zbożu (“złocie Stalina”) i widząc, że sowieckie prosperity niekoniecznie znajduje sensowne pokrycie w liczbach. Agnieszka Holland wykorzystuje historię Jonesa, by odnieść tamtą sytuację do czasów teraźniejszych. Uderzyć na alarm i z publicystyczną swadą zagrzmieć, że historia lubi się powtarzać, gdy nie uczymy się na błędach. W wielkich, wypełnionych patosem słowach, jakie do swoich antagonistów wypowiada dzielny okularnik, przypomina o dziennikarskim etosie, którego fundamentami są odwaga i niezależność. Bez nich głoszenie prawdy praktycznie nie jest możliwe. Doniesienia Jonesa o ukraińskim Hołodomorze zdewaluowano, z pomocą przychylnego komunistycznemu reżimowi amerykańskiego korespondenta New York Timesa Waltera Duranty, nadając im rangę dzisiejszych fake newsów. W końcu polska reżyserka nad wyraz sugestywnie pokazała, jak niebezpieczne są zbyt bliskie relacje mediów i ośrodków władzy. Media mogą zmieniać postrzeganie świata, czego w filmie dowodzi przykład George’a Orwella, który pod wpływem rewelacji Jonesa zapowiada rewizję swoich poglądów na Związek Radziecki. Ich efektem było powstanie najbardziej znanych powieści pisarza. Historia trochę zapomniała o Garethie Jonesie, bo dziennikarz zmarł młodo i najpewniej z rąk sowieckich agentów, którzy w ramach zemsty pojechali za nim do Mandżurii. Przypomina go teraz kino, ale jednak szkoda, że nie wystawia mu czegoś więcej aniżeli hollywoodzkiego w rozmachu i nadęciu pomnika. Filmu sztampowego narracyjnie i chaotycznego w montażu, z rozrzedzonym tłem i banałami ukrytymi w dialogach i charakterystykach bohaterów drugiego planu. Świat powinien usłyszeć o tragediach Wschodniej Europy, ale zasługują one jednak na ciekawsze formalnie kino.

 

W kinie: Grâce à Dieu (Berlinale)

gracea

 

GRACE A DIEU
Berlinale 2019
reż. François Ozon

moja ocena: 7/10

 

Bodaj ze wszystkich filmów o pedofilii w kościele to François Ozon podszedł do tematu z zaskakującą starannością, spokojem i wrażliwością. Ta ostatnia była szczególnie ważna – francuski film oddaje bowiem głos tym najważniejszym osobom, ofiarom księży. Najpierw poznajemy Alexandre’a (Melvil Poupaud) – ojca wielodzietnej rodziny, kochającego męża, biznesmena z sukcesami i mocno wierzącego katolika, który w pewnym momencie swojego życia postanawia rozliczyć się z traumą dziecięcych czasów. Jako chłopiec był ofiarą księdza pedofila, skandal kuria zamiotła pod dywan. Mężczyzna odkrywa, że winowajcy nie odebrano też możliwości kontaktu z młodzieżą. Alexandre wchodzi więc w osobliwą interakcję z kościelną machiną urzędniczą. Jej absurd i bezduszność unaoczniają czytane z offu listy, na tle których toczy się codzienne życie bohatera, swoista batalia epistolograficzna oraz groteskowa mediacja, prowadząca do konfrontacji dorosłej dziś ofiary z oprawcą. Ojciec Preynat nie okazuje się jednak diabłem wcielonym – to starszy człowiek, który zdaje sobie sprawę ze zbrodni, jakie popełnił. Nie kryje tego teraz, nie krył, gdy sprawa wyszła na jaw w przeszłości. O wszystkim wiedzieli jego przełożeni. Gdy wątek Alexandre’a schodzi na dalszy plan, pojawia się wojowniczy ateista François (Denis Ménochet), który robi wszystko, by oddać głos licznym ofiarom ojca Preynata, nagłośnić jego niegodziwości i mimo przedawnienia się wielu spraw – zawalczenia o sprawiedliwość i ukaranie winnych. Ozon bezszwowo zmienia punkty widzenia i pierwszoplanowych bohaterów, pokazując, jak różne skutki wywołała trauma. U jednych zrodziła chęć odwetu i oddaliła od Kościoła, innym jak Emmanuel (Swann Arlaud) zniszczyła zdrowie fizyczne i psychiczne. Poprzez różne życiorysy tych dorosłych dzisiaj ofiar widać, jak trudnym tematem jest pedofilia w Kościele. Nie chodzi przecież tylko o prawne rozliczenie zbrodni, ale przede wszystkim o instytucjonalne uznanie racji ofiar i wzięcie odpowiedzialności za haniebne czyny. Trudny proces zadośćuczynienia za nieodwracalne krzywdy, a wtedy może i pojednania. Nie przez przypadek film Ozona ma premierę właśnie teraz. Za chwilę trafi też na kinowe ekrany we Francji. Zbliża się bowiem sądowy finał tej historii, toczący się już tu i teraz, a nie wedle filmowego scenariusza. Niezwykła rzetelność i wyważony ton “Grâce à Dieu” – zupełnie inaczej niż to miało miejsce w przypadku polskiego “Kleru” – może stanowić języczek u wagi, motywujący wymiar sprawiedliwości, by opowiedzieć się po tej właściwie stronie nie tyle prawniczego, ile ludzkiego sporu.

 

W kinie: Der Goldene Handschuh (Berlinale)

honka

 

DER GOLDENE HANDSCHUH
Berlinale 2019
reż. Fatih Akin

moja ocena: 6/10

 

Jeśli ktoś przy okazji “Domu, który zbudował Jack” poczuł, że tu Lars von Trier zdeptał jego strefę filmowego komfortu, Fatih Akin podjął rękawicę i poszedł jeszcze dalej niż etatowy skandalista europejskiego kina. Wbrew współczesnej popkulturze, która – często z niebezpiecznie ambiwalentnym skutkiem – odrealniała postacie seryjnych morderców, czyniąc z nich quasi celebrytów, niemiecki Turek też idzie całkowicie pod prąd tym trendom. Biorąc za punkt wyjścia autentyczną postać Fritza Honki, który w latach 70. dopuścił się wielu mordów w Hamburgu, zaproponował interpretację jego historii wielokrotnie przekraczającą nie tylko poczucie dobrego smaku, ale i wszelkie granice przyzwoitości. Czujcie się ostrzeżeni. Główny bohater (oszpecony przez charakteryzację Jonas Dassler) to wyjątkowo obleśny morderca strasznych, zaniedbanych kobiet, zaś cieszące się złą sławą St. Pauli i tytułowy bar Złota Rękawica wyglądają tu, jakby ktoś robił sobie makabryczny żart z nostalgicznej estetyki Kaurismakiego. To świat wypełniony totalnymi degeneratami, z którego ulatnia się odrzucający smród moralnej zgnilizny. Niewiele brakuje, byśmy mogli go poczuć z ekranu. Akin z premedytacją epatuje brzydotą, która jest wspólnym mianownikiem Honki, jak i jego sponiewieranych ofiar z półświatka hamburskiej dzielnicy czerwonych latarni. Zło ocieka u niego najohydniejszymi płynami ustrojowymi, zbrodnia to spektakl ohydy i fizjologicznej groteski, powtarzanych w kółko morderczych szaleństw, wyrosłych z gniewu, zakompleksienia i fizyczno-emocjonalnej impotencji. Dzięki tym wszystkim potwornościom “Złota Rękawica” zyskuje wymiar wyjątkowej, groteskowej komedii. Wytarzanej w – za przeproszeniem – śmierdzących fekaliach, ale idącej całkowicie pod prąd gatunkowym kliszom. Śmiałą prowokację Fatiha Akina radzę odbierać z dużym dystansem i raczej pustkim żołądkiem. Tylko bowiem tak można docenić reżyserski kunszt, który w tak obrzydliwy, a zarazem sprytny sposób wyśmiewa zło i zohydza paskudne zbrodnie.

 

W kinie: Öndög (Berlinale)

ondog

 

ÖNDÖG
Berlinale 2019
reż. Quan’an Wang

moja ocena: 6,5/10

 

“Öndög” zaczyna się, jakby aspirował do miana mongolskiej wariacji na temat Ceylana i “Pewnego razu w Anatolii”. Na wietrznym, opustoszałym stepie leży ciało młodej, nagiej kobiety. Pierwsi, którzy je znajdują, wycofują się nie chcąc pakować się w kłopoty. Kolejni już muszą coś zrobić, bo są policjantami, którzy też na zwłoki natknęli się przypadkowo. Na to pustkowie trzeba sprowadzić ekipę techniczną, co zajmie trochę czasu. Zadecydowane zostaje, że ciała przez noc pilnować będzie młody aspirant, któremu asystować ma jedyna mieszkanka tej okolicy – rezolutna trzydziestolatka. Szybko staje się jasne, że to nie martwa kobieta znajdzie się w centrum wydarzeń, ale ta żywa. Sprawa morderstwa zostaje dość szybko wyjaśniona, ale zimna noc na stepie będzie mieć swoje donośne dla bohaterów konsekwencje. Quan’an Wang (twórca niegdyś głośnego “Małżeństwa Tui”) zamiast mrocznego kryminału w egzotycznej scenerii mongolskiego stepu stworzył etnograficzną fraszkę z uroczym humorem punktującą paradoksy tego kraju. Miejsca, gdzie dostępne są tabletki wczesnoporonne i nawet do położonej pośrodku niczego jurcie dociera zasięg telefonu komórkowego, satelitarnej telewizji i fotowoltaiczne panele, ale jej mieszkanka nie jest w stanie bez męskiej pomocy ugotować sobie posiłku, bo nie może samodzielnie zarżnąć owcy na kolację. W przywodzących na myśl wspaniałą “Agę” Lazarova malowniczych, szerokich kadrach i majestatycznych zachodach słońca jak w “The Rider” Zhao nie kryje się jednak żadna poważniejsza głębia i uniwersalne przesłanie. To film z lekkością i sympatycznym dowcipem, ale pozbawiony fabularnej płynności, zanurzający się w lokalnych legendach o prastarych skamielinach i dinozaurach, ich symbolice, ale nie wychodzący poza status ciekawostki z filmowo egzotycznego państwa.

 

W kinie: The Kindness of Strangers (Berlinale)

kindness

 

THE KINDNESS OF STRANGERS
Berlinale 2019
reż. Lone Scherfig

moja ocena: 4/10

 

Awful Feel good movie. Zupełnie oderwany od burzliwej codzienności współczesnego świata, w którym Lone Scherfig przypomina, jak ważna jest empatia i życzliwość wobec drugiego człowieka. Skandynawska reżyserka powraca do fabularnego szkieletu “Włoskiego dla początkujących” – powstałego wg wytycznych manifestu Dogmy filmu o grupie nieznajomych, których losy w filmie nieustannie się przeplatają. Tak samo jest w przypadku “The Kindness of Strangers”, choć by sprostać gustom najróżniejszych widowni i stać się prostym filmem środka zrezygnowano z formalnych eksperymentów. Dostaliśmy więc cukierkowy hymn na cześć ludzkiej życzliwości, który ma widza przytulić, pocieszyć, odbudować wiarę w człowieczeństwo i przekonać, że nie istnieje żadna przeszkoda w życiu, której nie da się pokonać. With a little help of some friends… Zima w Nowym Jorku może być mroźna i nieprzyjemna, ale Clara (Zoe Kazan) – młoda matka uciekająca z dwójką dzieci przed mężem sadystą (i policjantem) – przekona się, iż w ludzkich sercach tli się dobro i ciepło dla potrzebującego. Jej ścieżki skrzyżują się z samotną pielęgniarką, po godzinach dobrą Samarytanką Alice (Andrea Riseborough), próbującym odzyskać kontrolę nad własnym życiem Marciem (Tahar Rahim), życiowym rozbitkiem Jeffem (Caleb Landry Jones) i prawnikiem o gołębim sercu Johnem Peterem (Jay Baruchel). Show im wszystkim kradnie jednakowoż Bill Nighy jako Timofey – właściciel i ozdoba kiczowatej, rosyjskiej restauracji schowanej na Manhattanie, gdzie każdy, kto tylko potrzebuje, znajdzie porcję kawioru dla siebie. Bytyjski aktor zawsze rzuci jakimś zabawnym tekstem, wejdzie swoim partnerom w słowo, pozostając szlachetnym, dobrotliwym, starszym panem. Gdybyście zapomnieli, Nighy miał już podobną rolę w “Love Actually”. Scherfig popisała się tu nie lada umiętnością. Może nie do końca potrafi zaproponować sensowny ciąg przyczynowo-skutkowy, nie zajmuje się logiką decyzji swoich bohaterów. Nie zamierza bruździć sobie samej w tym idealnym świecie, w którym zawsze na jednego egoistę przypada jeden człowiek z ogromnym poczuciem empatii (i zwykle spotykasz ich obok siebie), ale wyciśnie ona z widza ostatnią łzę, nim dojdze do tego oczywistego, wymuszonego happy endu.

 

Filmowe Okno na Świat s04e01

pearl

 

PEARL
reż. Elsa Amiel
Francja, Szwajcaria
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Ciekawą polemikę proponuje “Pearl” choćby w kontekście “Girl” wkrótce wchodzącego na ekrany polskich kin. Léa Pearl aka Julie (Julia Föry – autentyczna kulturystka) ma wszystko to, co Lara z filmu Lucasa Dhonta desperacko pragnie mieć – kobiecość. Bohaterka francuskiej fabuły jednak świadomie porzuca ten aspekt swojej biologicznej tożsamości. Rezygnuje z macierzyństwa, zostawiając dziecko z ojcem – swoim byłym kochankiem. Wyrzeka się też stricte kobiecych atrybutów ciała, poświęcając się budowaniu masy mięśniowej i siły oraz realizacji marzenia o zdobywaniu trofeów w kulturystycznych zawodach pod okiem bezwzględnego trenera Ala (Peter Mullan). Debiutującą reżyserkę Elsę Amiel, do tej pory znaną głównie z asystowania Bertrandowi Bonello czy Noémie Lvovsky, fascynuje zarówno ciało, jak i emocjonalność Pearl. Z jednej strony, wnikliwie, z najbliższej możliwej perspektywy przygląda się anatomicznym detalom i kulisom bodybuildingowej rywalizacji, gdzie za kurtyną lśniących po olejowaniu mięśni, brokatowych bikini i przyklejonych uśmiechów kryją się nie tylko nieprawdopodobne fizyczne wyrzeczenia, ale i bolesne dramaty sponiewieranych przez życie ludzi (czego żywym dowodem stała się grana przez Agatę Buzek, przygnębiająco kiczowata Serena). Z drugiej – ewidentny dysonans potężnej postury tych osób z kruchością ich wnętrza i mentalnej kondycji. W rozegranym w wąskiej perspektywie czasowej, w ciągu około ostatniej doby przed kluczowymi dla bohaterki zawodami, filmie dzieje się niewiele, a jednak jakby mimochodem, z poziomu dyskretnej podglądaczki Amiel uchwyciła cały paradoks świata Pearl, jej trudnych relacji z trenerem, jeszcze trudniejszych z dawnym kochankiem, z którego powodu zostaje zmuszona wbrew sobie do odbudowania więzi z kilkuletnim synkiem, którego nie widziała 4 lata. Te momenty spędzone z dzieckiem wygrane zostały na pięknych, lirycznych tonach. Zaraźliwe jest szczere oczarowanie reżyserki osobliwym światem kulturystyki, zaś uwypuklane przez nią sprzeczności – swobodne i subtelne. Fajny debiut.

 

toolatetodie

 

TARDE PARA MORIR JOVEN
reż. Dominga Sotomayor Castillo
Chile
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Sepiowe wspomnienie melancholijnego lata 1990 roku, kiedy to po czasach mroku i brutalnej dyktatury w Chile do życia budziły się społeczne wspólnoty, ludzka życzliwość i poczucie bezpieczeństwa, przez dekady tłumione przez autorytartny reżim. To jednak nie polityczny, ani choćby społeczny kontekst zajmuje uwagę Domingi Sotomayor. Niegdysiejsza laureatka konkursu na Nowych Horyzontach przygląda się nastoletniej Sofii, dla której te wakacje będą inne niż wszystkie. Dziewczynie ciążą nie tylko rozterki związane z wakacyjnym, miłosnym romansem i stawianiem pierwszych kroków w dorosłość, ale przede wszystkim niepozałatwiane sprawy z rodzicami – rozgoryczenie przeciętnością ojca oraz nadzieja na odzyskanie bliższych kontaktów z wiecznie nieobecną matką, która złożyła córce obietnicę, lecz nie wiadomo, czy i tym razem jej dotrzyma. Przez za długą chwilę film bije takim wyjątkowo niespiesznym, leniwie wakacyjnym rytmem, który może nieco usypiać, narracja bywa ospała, a charakterystyka bohaterów zbyt delikatna i szkicowa, ale finał perypetii Sofii i jej otoczenia na wiejskiej imprezie, na którą czekali tego lata wszyscy, choć nikt z ostentacyjnym entuzjazmem tego nie przyzna, stanowi wspaniały punkt kulminacyjny tej historii. Taki, w którym wszystko wspaniale się zaziębia, znajduje swoje miejsce – nie zawsze po myśli zwłaszcza młodych bohaterów, nie tracąc praktycznie nic ze swojej rozmarzonej, wakacyjnej poetyki.

 

blindspottn

 

BLINDSONE
reż. Tuva Novotny
Norwegia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Pożyczona z szafy reality tv schodzona kurtka, gwarantująca ekskluzywne miejsce w pierwszym rzędzie w spektaklu o rodzinnym dramacie, zaskakująco dobrze leży na Tuvie Novotny – zdolnej aktorce urodzonej w Sztokholmie, która ostatnio polubiła pracę także po drugiej stronie kamery. Jej film toczy się w czasie rzeczywistym, wykorzystuje także kuglarską sztuczkę prowadzenia narracji w jednym ujęciu, bez montażu, jak to miało miejsce w przypadku “Victorii” Sebastiana Schippera – dalekiej kuzynki “Blindsone”. Bez nerwowości i operatorskiej szarpaniny sprytnie buduje zarówno napięcie tej historii, jak i jej emocjonalną głębię. Najpierw w centrum uwagi postawiona zostaje zwyczajna nastolatka ze swoją popołudniową rutyną. Trening i powrót z koleżanką do domu, zupełnie zwyczajne rozmowy o zadanych pracach domowych i nadchodzących egzaminach. Powrót do domu, gdzie czeka matka i młodszy brat, złapana w biegu kanapka, uzupełnienie kilku notatek w zeszycie. Banał tych czynności zupełnie nie zwiastuje tragedii, która przeniesie ciężar opowieści na najbliższych nastoletniej Tei, a zwłaszcza jej matkę. To Maria staje się pierwszoplanową bohaterką na ostrym dyżurze. Jej cierpienie, niedowierzanie, udręczona niepewność, a później również ból i frustracja ojca, który dołącza w szpitalu do swojej małżonki odsłaniają możliwą genezę tego dramatu i skomplikowaną rodzinną historię. Nie wiem, czy koniecznie było to potrzebne, czy faktycznie jakoś wzbogaca tę opowieść. Bez tego rozjaśnienia sytuacji byłby to zdecydowanie mocniejszy film.

W kinie: Faworyta

faworyta2

 

FAWORYTA
polska premiera: 8.02.2019
reż. Yorgos Lanthimos

moja ocena: 7/10

 

Jakkolwiek daleko stoi ta “Faworyta” od greckich ekstrawagancji Yorgosa Lanthimosa, za które ja akurat cenię go najbardziej, w kostiumowym gorsecie XVIII-wiecznej Anglii ten awangardzista europejskiego kina czuje się zaskakująco wygodnie. Nie wierzyłam, że opowieść o intrygach na dworze Królowej Anny (Olivia Colman) może stać się tak fajnym i wartym uważnego śledzenia pretekstem dla zeswatania szaleństw Petera Greenawaya, prowokacyjnej szlachetności “Barry’ego Lyndona” i Greckiej Nowej Fali. Gustowne stroje, wymyślne peruki, wystudiowane ceremoniały i konwenanse zderzają się tu z chorobliwym cynizmem walki o przywileje i władzę, komentowanych iście współczesnym, wulgarnym żartem, acz gwarantuje on głównie taki śmiech przez łzy. W grze o bliskość tronu wystartowały doświadczona w salonowych bojach Lady Marlborough (Rachel Weisz) oraz jej uboga krewna Abigail Hill (Emma Stone). Panowie pełnią tu raczej rolę nieporadnych statystów, którzy chcieliby włączyć się do rozgrywek o sympatię władczyni, ale nie bardzo mają ku temu sposobność. W ogóle pogrążona na przemian w melancholii i fizycznych cierpieniach Anna rządzi raczej królestwem zwierząt niż prawdziwym imperium. Obie pretendentki do roli królewskiej faworyty uciekną się do każdego podstępu i każdej niegodziwości, by zdobyć posłuch u swojej pani. Nie ma co ukrywać, że w tym filmie chodzi o coś więcej niż świadectwo fantastycznej, prawdziwie męskiej rywalizacji wielkich, kobiecych charakterów. Lanthimos zaproponował porywające studium postaci – staranne i skomplikowane. Dopracowane w najdrobniejszych szczegółach. Każda z trzech pań stanowi frapujące indywiduum sprzecznych emocji, ale mimo różnych doświadczeń i motywacji, czasem tragicznych rozdziałów w biografiach ciężko im kiedykolwiek współczuć, jeszcze ciężej polubić. Aktorski koncert wart w “Faworycie” jest długich owacji na stojąco, ale niestety gdyby go zabrakło pozostałby zręczny, acz jednostajny i dość przyciężki film, który tyleż co potrafi oszołomić, potrafi również zmęczyć.