W kinie: Sluzobnicy (Berlinale)

servants

 

SLUZOBNICY
Berlinale 2020
reż. Ivan Ostrochovský

moja ocena: 7/10

 

W swoim drugim filmie pochodzący ze Słowacji reżyser buduje niezwykłą, przeszywającą chłodem surowych, klasztornych wnętrz scenerię dla historycznego thrillera, dla którego podstawą są mroczne historie z komunistycznych czasów i relacji państwa z kościołem. “Servants” nie są jednak ani kinem rozliczeniowym, ani aktem oskarżenia wymierzonym w kościelną hierarchię. Jak mówi sam Ivan Ostrochovský, to opowieść o tym, jak łatwo i bezwiednie można stanąć po złej stronie historii. Na początku lat 80. na terenie Czechosłowacji rozpędza się działalność inspirowanej przez aparat państwowy katolickiej organizacji Pacem in Terris, w skład której wchodzą przychylni władzy hierarchowie. Tymczasem w jednym z seminariów duchowych sprzeciwiający się współpracy kapłanów młodzi księża angażują się w działalność przeciwko tej inicjatywie i chcą wyrazić sprzeciw dla zbyt bliskich związków kościoła i państwa. Sprowadzają tym samym na siebie organa bezpieczeństwa. Monochromatyczna strona wizualna filmu oraz jego mozaikowa i wypełniona metaforami odnoszącymi się do strefy sacrum i profanum struktura budzą skojarzenia z “Idą” i całkiem słusznie. Przy scenariuszu do “Servants” ze Słowakami pracowała bowiem Rebecca Lenkiewicz, którą zatrudnił też Paweł Pawlikowski. Może to właśnie jej zawdzięczamy dzieło zdecydowanie lepsze niż utrzymana w mrocznej, baśniowej tonacji “Ja, Olga Hepnarová”. Film Ostrochovský’ego nie tylko przyciąga mroźną poetyką kadrów, ale przede wszystkim formalnymi sztuczkami, dzięki którym tak głęboko symboliczne, surowe kino ogląda się jak wchodzący pod skórę horror, smoliście czarny film noir.

W kinie: Never Rarely Sometimes Always (Berlinale)

neverrarely

 

NEVER RARELY SOMETIMES ALWAYS
Berlinale 2020
reż. Eliza Hittman

moja ocena: 7/10

 

Trzeci film Elizy Hittman to produkcja z gatunku społecznego kina na ważny temat, ale opowiedzianego wyjątkowo kameralnie, w tonacji wręcz wyciszonej. “Never Rarely Sometimes Always” w żadnym momencie nie ociera się o publicystyczne rejony, nie krzyczy i nie moralizuje. Od razu warto zaznaczyć – w przypadku tego filmu jego tematyka i intrygujący pomysł na jej ascetyczne zobrazowanie wydają się dużo ciekawsze niż ich finalna egzekucja. W wielu krajach powstają produkcje, pokazujące problemy kobiet związane z prawem do samodzielnego i niczym nieskrępowanego decydowania o swoim ciele. Tak, dzieło Hittman to kolejny dramat aborcyjny, ale podchodzący do trudnego i kontrowersyjnego tematu z surowością i zaskakującym spokojem. Takim od początku wykazuje się Autumn (Sidney Flanigan). Nastolatka zaszła w ciążę, o której nie chce informować rodziców, ale którą z determinacją chce usunąć. Buszuje w internecie i szybko odkrywa, że ze względu na zbyt niski wiek w rodzinnym stanie nie może legalnie dokonać aborcji bez wiedzy dorosłych. Zabieg byłby dla niej dostępny bez przeszkód np. w Nowym Jorku i dlatego zdeterminowana dziewczyna wraz z kuzynką (Talia Ryder) wsiada w autobus i wyrusza w tajemnicy w spontaniczną podróż.

“Never Rarely Sometimes Always”, które swój tytuł wzięło od wariantów odpowiedzi na pytania kwestionariusza, wypełnianego przez każdą pacjentkę w klinice, rzetelnie przeprowadza nas przez społeczne labirynty, narzucające mniej lub bardziej nachalnie kobietom konkretne role, zachowania i postawy. Dom, szkoła, miejsce pracy – wszędzie tam pojawia się kulturowa agresja i – niestety – wydaje się ona dla większości społeczeństwa czymś normalnym i powszechnie akceptowanym. Systemowe upokarzanie kobiet w kwestii ich ciała i zdrowia zaczyna się od drobiazgów. Z tego później zrodziło restrykcyjne prawo aborcyjne i ograniczanie dostępności różnych świadczeń zdrowotnych w imię jakichś ogólnych interesów, a to zawsze jednostkowa i wyjątkowa kwestia dla konkretnej osoby, która się z nią boryka. Nigdy sprawa zero-jedynkowa. Zawsze cierpią ci nieuprzywilejowani, którzy znajdują się w największej potrzebie.

Minimalistyczne podejście Hittman ma wymiar właściwie totalny. Młode, niedoświadczone aktorki także tworzą skromnymi środkami wiarygodne i poruszające role. Nowy Jork w tym filmie to ledwie namiastka tętniącego życiem miasta, które nigdy nie śpi – za podstawową scenerię robią tu podziemia nowojorskiego metra. Czuła kamera Hélène Louvart pozwala wytworzyć bliską więź z bohaterkami i po ludzku przejąć się ich losem. To zdecydowanie coś więcej niż kibicowanie człowiekowi z marginesu w straciu z instytucjonalnymi barierami. Za to szlachetne, głęboko humanistyczne podejście twórcom “Never Rarely Sometimes Always” należą się szczere wyrazy uznania.

 

W kinie: The Woman Who Ran (Berlinale)

womanwhoran

 

THE WOMAN WHO RAN
Berlinale 2020
reż. Hong Sangsoo

moja ocena: 6/10

 

Trzeci rok z rzędu Hong Sangsoo trafia do konkursu głównego Berlinale. Tworzy się seria, dzięki której za chwilę nie będzie można sobie wyobrazić niemieckiej imprezy bez koreańskiego zgrywusa. U niego samego natomiast bez zmian. Ze swoimi ulubionymi aktorami, w tym prywatną muzą Kim Minhee, bawi się w zasiadaną komedię, w której sam Hong wciela się w rolę dyskretnego podglądacza small talków swoich bohaterów i pozornie błahych konwersacji podczas niezobowiązujących spotkań przy jedzeniu i piciu. Nie może zabraknąć na nich oczywiście charakterystycznych dla ustawek Koreańczyka, rozluźniających atmosferę napojów z procentami. Pierwsza butelka takowego otworzona zostaje w “Domangchin Yeoja” naprawdę szybko. Za fasadą przyjacielskich pogaduszek Hong jak zawsze skrywa jednak drugie dno. Między słowami jego bohaterów łatwo wyczytać można, co ich trapi, czego się lękają, czego żałują i o czym marzą. Koreański reżyser jest mistrzem takiej formy kameralnego, naturalnego kina, które obserwuje, a nie ingeruje czy inscenizuje. Wydaje się, że Hong tak do niej przywykł, iż nawet nie na możliwości samemu zauważyć, kiedy historia na ekranie traci dramaturgiczny impet i wdziera się w nią usypiająca monotonia. W “Domangchin Yeoja” kulminacyjnym momentem jest mała wiwisekcja sąsiedzkich relacji po koreańsku, którą sprowokowało dokarmianie bezdomnych kotów. Jeden z nich z wrodzoną sobie gracją i obojętnością zostaje świadkiem takiej właśnie dyskusji. Po tym epizodzie wszystko, co w filmie się dzieje, musi mieć siłą rzeczy dużo niższą temperaturę.

 

W kinie: Tipografic Majuskul (Berlinale)

tipografic

 

TIPOGRAFIC MAJUSCUL
Berlinale 2020
reż. Radu Jude

moja ocena: 5/10

 

Radu Jude po “Nie obchodzi mnie, czy przejdziemy do historii jako barbarzyńcy” kontynuuje wątek rozliczeń z XX-wieczną historią swojej ojczyzny, tym razem rekonstruując wyszperaną z akt Securitate historię nastoletniego graficiarza, który w mieście Botoşani siał zamęt, pisząc na murach wolnościowe hasła. Forma zaadaptowania tej historii na filmowe potrzeby nie jest powalająca – aktorzy na kolorowym tle melorecytują po prostu raporty tajnej policji z przesłuchań czy transakrypcje podsłuchanych rozmów, patrząc się prosto w ekran. Sprawiając wrażenie, że czytają je bezpośrednio z promptera. Układa się to w zwartą, chronologiczną opowieść, ale pozbawioną w takiej wersji jakiegokolwiek napięcia. Na początku sympatycznym przerywnikiem dla losów chłopaka z Botoşani są archiwalne materiały z rumuńskiej telewizji, z lekkością i dowcipem obrazujące codzienność życia w komunistycznym państwie rządzonym przez Ceaușescu. Im dalej, tym jednak w “Tipografic Majuscul” pojawia się ich mniej. Większą część reżyser poświęca recytacji akt Securitate. Radu Jude zaproponował ciekawą odsłonę filmowego eksperymentu, całkowitej rekonstrukcji kina historycznego, ale w tak okropnie statycznej, pozbawionej życia formule, trudno uznać ją za udaną.

 

W kinie: Schwesterlein (Berlinale)

schwesterlein

 

SCHWESTERLEIN
Berlinale 2020
reż. Stéphanie Chuat, Véronique Reymond

moja ocena: 4/10

 

Tytuł jest trochę mylący, bo młodsza siostra jest tu raczej zgrabną figurą retoryczną, aniżeli realną postacią. Lisę (Nina Hoss) z jej bratem Svenem (Lars Eidinger) dzielą w gruncie rzeczy raptem dwie minuty, są bliźniętami. Czas wyjścia z łona matki ma w ich przypadku marginalne znaczenie. Rodzeństwo łączą nie tylko więzy krwi i zbudowana na ich podstawie zażyła relacja, ale też zawodowe ścieżki. Ona to dramatopisarka, której teksty przyniosły bratu – aktorowi teatralnemu oraz źródłu inspiracji wiele scenicznych sukcesów, zaś jej samej stabilną pozycję w branży. Zaprzyjaźniony reżyser teraz utrzymuje, że przygarnąłby każdy jej tekst w ciemno. W chwili gdy poznajemy Lisę jej kariera pisarska zawieszona została w próżni. Kobieta przeniosła się z mężem do szwajcarskiego kurortu, gdzie uczy literatury w prowadzanej przez niego prywatnej szkole dla najbogatszych dzieciaków. Czeka tylko, by wygasł jego kontrakt i mogła z rodziną wrócić do ukochanego Berlina. Nawet nie wie, że w tej sprawie z małżonkiem czeka ją konkretna próba sił. Głowę Lisy póki co zaprząta inna, fundamentalna sprawa – śmiertelna choroba jej brata, którego przy życiu trzyma już tylko wizja powrotu na scenę, by wcielić się w rolę Hamleta. I najdroższa siostra. W filmie Stéphanie Chuat i Véronique Reymond wiele jest nudnych schematów “nowotworowych” tragikomedii z charakterystycznymi dla nich fabularnymi objawami jak zdrowotne wzloty i upadki chorego, poboczne dramaty, rezygnacja jednej strony i walka do upadłego tej drugiej. Na dalszych planach Lisa zmaga się z małżeńskim kryzysem, niedojrzałością matki i kolegami Svena ze sceny, hołdującym raczej zasadzie show must go on, aniżeli wyczekiwaniu na powrót swojej gwiazdy. Wątek powinności artystów teatralnych, który poruszony zostaje w “Schwesterlein”, to jeden z ciekawszych motywów filmu. Rzucony trochę mimochodem, choć reżyserki podkreślają, że ta dziedzina sztuki jest szczególnie bliska ich sercu i dlatego się w fabule w ogóle znalazła. Pasuje do filmu jednak jak przysłowiowy kwiatek do kożucha. Nadaje płaczliwej fabule jedynie nieznośnej egzaltacji i uwierającego patosu. Szkoda tylko Hoss i Eidingera, którzy akurat robią, co mogą dla tego filmu, choć żadna chemoterapia go nie uratuje.

W kinie: Effacer l’Historique (Berlinale)

effacer

 

EFFACER L’HISTORIQUE
Berlinale 2020
reż. Benoît Delépine, Gustave Kervern

moja ocena: 7/10

 

Jeśli w filmie w epizodycznej roli pojawia Michel Houellebecq i gra mężczyznę, który kupuje stary samochód, by móc przez zatrucie spalinami popełnić samobójstwo, finansując w ten sposób wyprawę na drugi koniec świata jednego z bohaterów, by ten mógł poznać swoją ulubioną telekonsultantkę, to wiadomo, że komedia musi być klawa! Para reżyserska Benoît Delépine i Gustave Kervern po raz trzeci pojawiła się w konkursie na Berlinale, choć ciężko przypomnieć sobie jakikolwiek ich film. Trzymam kciuki, by z “Effacer l’historique” było inaczej, bo ta niepozorna komedia absurdów komentuje aktualne czasy dużo celniej niż nie jeden, poważny dramat. Przygląda się prowincjonalnej egzystencji trójki nieudaczników, których problemy wynikają przede wszystkim z naiwności w podejściu do narzędzi, bez których biegłej znajomości współcześnie przetrwać się po prostu nie da. Uzależniona od seriali Christine (Corinne Masiero) straciła pracę, bo zamiast się nią zajmować, oglądała kolejne odcinki “House of Cards”. Teraz została kierowcą w firmie pokroju Ubera, ale nie może przeboleć niskich ocen od swoich pasażerów, które traktuje śmiertelnie poważnie. Marie (Blanche Gardin) opuścili mąż i syn, a ponieważ nigdy nie pracowała, ciężko jej wiązać koniec z końcem. W internecie sprzedaje stare meble, ale to zdecydowanie za mało, by spłacić szantażystę, który ją wykorzystał i nagrał sex taśmę z jej udziałem. Bertrand (Denis Podalydès) popadł w długi, bo nie potrafi odmawiać telefonicznym ofertom. Związał z dzwoniącymi telesprzedawcami tak mocno, że fantazjuje nawet o związku z jedną z konsultantek. Jego córka stała się ponadto ofiarą cyberagresji i nie chce wrócić do szkoły. Ta trójka wpada na całą masę irracjonalnych pomysłów, jak wydostać się z kłopotów, ale zamiast tego pakuje się tylko w nowe.

Groteskowy, ale ciepły ton filmu Delépine’a i Kleverna wcale nie obśmiewa bohaterów, ale doskonale uzmysławia skomplikowanie procesów, wedle których funkcjonują teraźniejsze czasy. Świat zamyka się w elektronicznych formularzach, algorytmach, wirtualnych chmurach, na których działanie zwykły użytkownik nie ma żadnego wpływu. Błędy naprawiać jest bardzo trudno, bo po drugiej stronie nie ma żywego człowieka, rozumiejącego złożoność jednostkowej sytuacji. Każda transakcja dokonywana z poziomu komputera lub telefonu zamiast uprościć proces, kryje wiele pułapek. “Effacer l’historique” upomina się o tych, którym elektronika niekoniecznie ułatwia życia. Czyha natomiast na ich naiwność, niezaradność, nieprzystosowanie, a nieuwagę czy niewiedzę wykorzysta w bezwzględny sposób. I wówczas nie wszystkie historie będą tak zabawne jak te filmowych bohaterów.

 

W kinie: Undine (Berlinale)

undine

 

UNDINE
Berlinale 2020
reż. Christian Petzold

moja ocena: 5/10

 

Choć bohaterka to utkany na wzór syreny – relikt przeszłości, a w filmie pojawia nawet krytyczny esej historyczny o Humboldt Forum oraz sporej wielkości sum o imieniu Günther, zabrakło w tej melodramatycznej, baśniowej dekonstrukcji jednego – głębi. Może niekoniecznie takiej na miarę Rowu Mariańskiego, ale choćby Morza Bałtyckiego. Każda epoka potrzebuje swojego mitu, każde miasto – legendy i tajemnicy, które będą inspirować kolejne pokolenia twórców do tworzenia wielowarstwowych metafor w czasach sobie współczesnych. Christian Petzold dobrze zdiagnozował tę kulturową potrzebę, ale już niezbyt precyzyjnie dobrał środki, by na nią odpowiedzieć. Po motywy Ondyn – boginek jezior i rzek, nieodłącznie związanych z wodnym żywiołem, często sięgano w epoce romantyzmu, zatem czy może być dla nich bardziej odpowiedni gatunek filmowy niż melodramat? W “Undine” wszystko zaczyna się dość przewrotnie – od końca i początku. Na tytułową bohaterkę (Paula Beer) spada jak grom z jasnego nieba informacja od jej kochanka, który chce się z kobietą rozstać. Ona nie wierzy, bo wyznawał, że będzie kochał na zawsze, w dodatku jeśli ją zostawi, zginie. Musi i powinien sprawę więc przemyśleć. Mężczyzna pozostaje niewzruszony i pewny swojej decyzji. Ostatecznie Undine też nie wciela swoich gróźb w życie, bo chwilę po dramatycznym rozstaniu w niezwykłych okolicznościach poznaje Christopha (Franz Rogowski). Kwitnie nowa, wielka miłość, która wymazuje wspomnienie tej nieudanej poprzedniej.

Undine pracuje jako historyczka w miejskiej instytucji, gdzie opowiada gościom i turystom urbanistyczne legendy o Berlinie, w którym na przestrzeni wieków wiecznie coś się zmieniało, niekoniecznie oznaczając postęp, ale zawsze modernizację – na bazie założeń drogę ku lepszemu. Po artefaktach z przeszłości – niegdyś budzących ekscytację i kontrowersje – dziś pozostało jedynie wspomnienie na tekturowych makietach i parę akapitów w miejskich kronikach. Nic nie trwa wiecznie – zdaje się mówić Petzold. Także miłość to ulotny punkt w czasie. Berlińskim legendom reżyser poświęca zaskakująco dużo czasu, ale nie mają one większego związku z pięknym romansem Undine i Christopha. Nie dopełniają go, nie budują dla niego interesującego kontekstu. Korelacja z miłosnym wątkiem ma tu bardzo wątłe podstawy i wygląda raczej jak forma osobliwego product placementu. Na film zrzuciła się przecież cała masa lokalnych, berlińskich funduszy i na pewno miło im zobaczyć na ekranie intrygujące i nie najpopularniejsze miejskie opowieści. Z turystycznego punktu widzenia – strzał w dziesiątkę, z artystycznego – wybór dziwaczny i dość niezrozumiały.

W legendach syreni śpiew miał zwodnicze właściwości. Uwodził żeglarzy, ale tylko po to, by prowadzić ich do zguby i ku niebezpieczeństwu. W tym przypadku czarować magią mitologicznego kontekstu zapragnął Christian Petzold i częściowo mu się to udaje. Ale choć zawiesił swój romans – jak w “Tranzycie” – w delikatnej, czasoprzestrzennej próżni, nie wypłynął z tą historią na głębokie wody, brodząc w wyjątkowo płytkich rewirach. “Undine” to powabny melodramat i niestety nic więcej.

 

W kinie: Zabij to i wyjedź z tego miasta (Berlinale)

zabijto

 

ZABIJ TO I WYJEDŹ Z TEGO MIASTA
Berlinale 2020
reż. Mariusz Wilczyński

moja ocena: 6/10

 

Jedyny, w pełni polski akcent w berlińskich sekcjach konkursowych znalazł się w debiutującym w tym roku na festiwalu Encounters. Odpowiedź na canneńskie Un Certain Regard na Berlinale ma być nie tylko selekcją kina bardziej eksperymentalnego i nowatorskiego, ale też platformą dyskusji dla twórców i widzów o filmowych formach, języku kina czy jego granicach. Tak przynajmniej sobie to wymyślił nowy dyrektor Berlinale, Carlo Chatrian. I w te jego założenia doskonale wpisuje się produkcja Mariusza Wilczyńskiego. Pełna wizualnych cytatów z polskiej szkoły animacji, wybitnie osobista w tonie. Autor poświęcił “Zabij to i wyjedź z tego miasta” kilkanaście lat swojego życia, dlatego pośmiertnie w jego filmie powracają głosy Andrzeja Wajdy czy Tadeusza Nalepy, potęgując nastrój minorowej nostalgii, gdyby żałoba po stracie matki nie była najbardziej smutnym kontekstem dla tego filmu. Przepracowując własne traumy i ból, Wilczyński zaprasza widza w poetycką podróż po własnych wspomnieniach utkanych z przebłysków absurdalnej, PRL-owskiej rzeczywistości, wariacji na temat bliskiej jego sercu, brzydkiej i zadymionej Łodzi, mozaikowo pojawiających się postaci – tych rzeczywistych, które były obecne w życiu reżysera, ale też symboli, funkcjonujących w artystycznym umyśle. Dużo w filmie pojawia się kobiet, które z różnych powodów twórcy wyryły się w pamięci, a na które ten patrzy z ciekawej perspektywy. Zapamiętał ich opryskliwość, zaczepne usposobienie, specyficzne maniery. Nie idealizuje nawet osoby swojej matki, nie podkoloryzowuje też sytuacji między nimi, która u schyłku życia kobiety odznaczała się wyraźnym deficytem synowej troski. W nadmiarze w filmie i w wyjątkowo egzaltowanej formie pojawia się natomiast sam autor, którego osobistą wizję w pewnych momentach można by nawet posądzić o lekko megalomańską. “Zabij to i wyjedź z tego miasta” to nie tylko wymagająca, mało estetyczna względem popkulturowych kanonów kina animowanego kreska, ale też filmowy labirynt, po którym nie da się podróżować bez pełnego rozumienia polskiego języka i lokalnej kultury, dlatego to dzieło, mogące być zupełnie inaczej odbierane przez widza zagranicznego i rodaków Wilczyńskiego. Dla każdego bez wyjątku będzie to jednak film o wielkich ambicjach, hermetyczny i po prostu niełatwy w odbiorze.

 

W kinie: Pinokio (Berlinale)

pinokio

 

PINOKIO
Berlinale 2020
reż. Matteo Garrone

moja ocena: 4/10

 

Europejska ekranizacja “Pinokia” (nie pierwsza), choć dokonana przez człowieka, który ma dobrą rękę do ekranizacji bajek i baśni, co pokazał już w mrocznym i klimatycznym “Pantameronie”, wpisuje się raczej w tę łopatologiczną, nową tradycję przenoszenia popularnych opowieści dla dzieci w ramy fabularnego kina aktorskiego bez szczególnej reinterpretacji literackiego pierwowzoru. Matteo Garrone nie czyta książki Carlo Collodiego na nowo, nie nadaje jej nowych znaczeń, w ogóle pozostaje jej dość wierny. Nawet na tyle, że kostiumy i scenograficzne detale powstały na bazie oryginalnych ilustracji Enrico Mazzantiego do pierwszego wydania “Pinokia” z lat 80. XIX wieku. Nie przedawkowano też efektów CGI, drewnianą urodę bohatera oddając przede wszystkim starannym makijażem młodego aktora, a majestatycznych krajobrazów okolic, w których mieszka Gepetto (Roberto Benigni), szukając w autentycznych, pocztówkowych pejzażach włoskiej Toskanii. W baśniowych kontekstach zachowano też pewną prawdę epoki – bieda wygląda tu prawdziwie i smutno, a stosunki społeczne determinuje walka o przetrwanie w feudalnych czasach. Na tym pozytywy filmu Garrone się kończą. Nowy “Pinokio” pozostaje kinem dla najmłodszego widza, z obrazami i morałami skrojonymi na wybitnie dziecięcą wrażliwość (żeby wręcz nie powiedzieć – naiwność), które oczarować mogą chyba tylko tych dorosłych, co z książką z dzieciństwa mają wyjątkowo miłą relację i ogromny do niej sentyment.

 

W kinie: First Cow (Berlinale)

firstcow

 

FIRST COW
Berlinale 2020
reż. Kelly Reichardt

moja ocena: 7/10

 

Kelly Reichardt w “First Cow” znów udowadnia, że jest wielką miłośniczką westernów, która wie tyle o tym klasycznym, amerykańskim gatunku, że z niezwykłą swobodą może go dekonstruować w zaskakujących kierunkach. Kilka lat temu w “Meek’s Cutoff” kobiecymi rękoma rozprawiała się z mitologią buńczucznego podboju Dzikiego Zachodu przez pierwszych, jankeskich osadników. W swoim nowym filmie nowe, przewrotne przesłania niesie kameralna historia męskiej przyjaźni osadzona w realiach lat 20. XIX wieku. Ona ma bardziej prestiżowe pochodzenie niż ja – powie o krowie bogatego posiadacza ziemskiego Chiefa Factora (Toby Jones) niejaki King Lu (Orion Lee), gdy pozna jej drzewo genealogiczne. Skąd wziął się w błotnistych czeluściach dzikiego Oregonu posługujący się nienaganną angielszczyzną Chińczyk – w sumie nie wiadomo. Znamy natomiast genezę jego przyjacielskiej relacji z jegomościem o imieniu Cookie (John Magaro). Mężczyzna podaje przybyszowi z Azji pomocną dłoń, gdy ten znajdował się w poważnych tarapatach. Gdy się z nich wykaraskał i panowie znów się spotkali, zaczęli razem układać sobie życie na rubieżach ciągle nieskolonizowanego do końca jeszcze stanu. Cookie (imię przecież zobowiązuje!) przyznaje się do cukierniczych umiejętności, w okolicy pojawiła się rzeczona krowa, która daje mleko, czemu więc nie rozkręcić słodkiego biznesu w miejscu, gdzie buro, szaro i ponuro. Pączki produkowane przez chińsko-amerykańską parę robią furorę zarówno wśród białych osadników, jak i miejscowych Indian. Problem polega tylko na tym, że ich najważniejszy składnik Cookie i King Lu pozyskują w nielegalny sposób.

Narracja w “First Cow” rozkręca się w wyjątkowo powolny sposób, choć właściwie w żadnym stopniu nie osiąga gorącego klimakterium. Do końca konsekwentnie pozostaje liryczna i dystyngowanie szlachetna. Przyjemna i rozgrzewająca jak ciepłe mleko. Reichardt sięga po wiele klisz i motywów, które spaja właściwie bezszwowo. Gdy jej film tryska łobuzerską energią bromance’u w ubłoconym kostiumie, wychodzi z filmu druga warstwa o zderzeniu kultur i charakterów, a potem jeszcze trzecia – rozkosznie satyryczna przypowieść o narodzinach autentycznie dzikiego kapitalizmu, tworzących się pierwszych nierównościach społecznych w czasach, gdy na próżno szukać na mapie kontynentu amerykańskiego wielkich metropolii. I legendy tych, którzy cwanym sposobem starają się naruszyć status quo. Pat Garrett i Billy Kid mieli w rękach broń, a orężem bohaterów “First Cow” zostały pączki z miodem i cynamonem, wokół których rośnie nie tylko mały biznes, ale też spontaniczna wspólnota zmęczonych kolonizacją i wiecznie niezrealizowanymi marzeniami o bogactwie na nowej ziemi ludzi.

“First Cow” choć w środkach wyrazu jest kinem raczej surowym, potrafi uderzyć ciepłem i rozczulić melancholijnym tonem. Ten ostatni wybrzmiewa najdonioślej w pierwszym akcie filmu, gdy w czasach współczesnych spacerująca z psem po lesie Alia Shawkat wykopuje w ziemi dwa szkielety. Gdy widzimy ją po raz pierwszy, scena ta wydaje się wręcz przerażająca. Zestawiona z opowieścią sprzed 200 lat całkowicie zmienia swój wydźwięk, stając się nostalgiczną puentą dla amerykańskiej prehistorii. Znów jak w przypadku Reichardt – zgoła odmiennej niż ta z popularnych tekstów kultury.