W kinie: Blade Runner 2049

bladerunner49

 

BLADE RUNNER 2049
polska premiera: .10.2017
reż. Denis Villeneuve

moja ocena: 7/10

 

Muszę przyznać, że wstrząsnął mną ten seans, choć „Blade Runner 2049” to film wybitnie niedoskonały. Trwa ponad 160 minut, akcji w nim niewiele (dla mnie to nawet lepiej, ale wiem, że niektórzy będą czuli spory niedosyt), dużo fanowskiego podejścia względem poprzednika (bez znajomości dzieła Ridleya Scotta – moim zdaniem – nie ma sensu zabierać się za ten nowy film), ale ogląda się to świetnie. To oczywiście nie są żadne mankamenty, ale pewne fakty dotyczące produkcji Denisa Villeneuve’a. Przy „Blade Runner 2049” daruję sobie, choć pewnie nie powinnam, odnoszenie do literackich korzeni opowieści o świecie przyszłości z perspektywy łowców androidów. Bez wątpienia literatura Philipa K. Dicka miała wpływ na te filmy, ale odnosząc się do tego, co zobaczyłam w tym najnowszym, raczej miała ona znaczenie drugorzędne i potraktowana została w sprytnie instrumentalny sposób. „Blade Runner 2049” to bowiem dzieło dogłębnie nasycone wrażliwością reżysera, w której wizja Ridleya Scotta nabrała kształtów „Pogorzeliska”. Zamiast mroczno-mechanicznej oniryczności, która budowała całą niezwykłość, posępność i tajemniczość pierwszego „Łowcy Androidów”, to teraz wątek z próbą rozwiązania zagadki sprzed 30 lat napędza rzeczywistość, bo jej rozwikłanie może całkowicie zmienić świat i ludzkość. Chodzi bowiem o odnalezienie dziecka urodzonego przez dawną replikantkę. To zadanie powierzone zostaje replikantowi nowej generacji, niby całkowicie posłusznemu oficerowi policyjnemu o udręczonej, kamiennej twarzy i smutnych oczach Ryana Goslinga, którego dochodzenie prowadzi nieuchronnie do konfrontacji nie tylko z Rickiem Deckardem, ale też ze spadkobiercami technologii upadłej korporacji Tyrell.

Warstwa wizualna filmu jest imponująca i wspaniała, ale paradoksalnie nie buduje tak spójnej atmosfery jak u Ridleya Scotta. Stanowi kolaż wariacji na temat wirtualnej rzeczywistości, hologramowych wizji miast przyszłości, pustynnych post apokalips (podkręconych egzaltowaną ścieżką dźwiękową – niestety ostatecznie – Hansa Zimmera, choć główny motyw jest akurat zaaranżowany genialnie). Robi hipnotyzujące wrażenie zwłaszcza tam, gdzie samotny bohater przemierza sepiowe pustkowia wypełnione artefaktami z przeszłości albo obskurne, zapomniane złomowiska. W ogóle wpisanie do dystopijnego krajobrazu „Blade Runner 2049” minorowo melancholijnego Ryana Goslinga było rewelacyjnym posunięciem. Zresztą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dostrzegł to też sam Villeneuve z nabożnością pokazując nam zarówno zbliżenia tęsknej twarzy aktora, jak i całą jego nienaganną sylwetkę szczelnie owiniętą w czarny sweter i sfatygowany kożuch. I tutaj można przejść do sedna, czyli tego, co do kultowego uniwersum wniósł kanadyjski reżyser. W pierwszej kolejności świątynną wręcz powagę, która przenosi to dzieło z poziomu filmowego widowiska do doświadczenia niemalże duchowego. Błąkamy się po tym ciemnym, wiecznie skąpanym w opadach deszczu lub śniegu padole, odczuwając to samo, co główny bohater – samotność, poczucie pustki i wszechobecnego fałszu. Systematycznie odkrywając karty ze śledztwa oficera K., Villeneuve nasyca kolejne sceny nie tylko wielkimi alegoriami i metaforami o biblijnej skali, ale też w stylu natchnionego kaznodziei mnoży fundamentalne pytania dotyczące człowieczeństwa, przyszłości ludzkości i świata, ceny za rozwój, granic technologicznego postępu, moralności i prawdy. Czego tu nie ma! Ale ponieważ sam film snuje się bardzo powściągliwie i sennie, zaskakująco ładnie rozładowuje nie tylko to filozoficzne napięcie, ale też telenowelowy szkielet głównego wątku.

Villeneuve nie potrafi wyciągać odpowiedniej głębi z tej potężnej historii, na którą się porwał. Ma skłonność do przesady i koślawych skrótów jednocześnie, niezrozumiałej literalności i rozdętego konceptualizmu. Za łatwo sprowadza człowieczeństwo do pojęcia „duszy” i zdolności prokreacji. Zbyt ceremonialne inspiruje się pierwszym „Łowcą Androidów”, zbyt często sięga po klisze wykorzystane dużo ciekawiej we współczesnym kinie sci-fi. Jednak chyba po raz pierwszy eksponując tak wyraźnie swoje słabości, własnym warsztatem, wizją i wrażliwością wyszedł ze zmagań z sobą samym zwycięsko. Wiem, że film jest za długi, ale nic bym w nim nie skróciła. Wiem, że jest tu za dużo Goslinga patrzącego z boleścią na pustą przestrzeń, ale to przecież tak ładnie spowalnia narrację, tworząc jej balladowy rytm. Wiem, że wizualnie jest cudownie, lecz jałowo, ale mnie ta piękna pustka zachwyca. Bardzo niedoskonały Denis Villeneuve zaoferował nam epicki, ale kontemplacyjny spektakl wysokiej próby, choć z głębokimi rysami. Próbował pogodzić różne oczekiwania (w tym swoje własne) i jakoś temu podołał. Wierzę, że lepszego „Blade Runner 2049” – w takich okolicznościach i warunkach czasoprzestrzennych – dostać po prostu nie mogliśmy. A ten, który finalnie oglądamy, jest przecież całkiem satysfakcjonujący.

 

W kinie: Kingsman. Złoty krąg

kingsman2

 

KINGSMAN: ZŁOTY KRĄG
polska premiera: 22.09.2017
reż. Matthew Vaughn

moja ocena: 5/10

 

Druga część serii o super tajnych i super eleganckich agentach brytyjskich służb specjalnym w moim odczuciu cierpi na podobną przypadłość, co kontynuacja przebojowych “Strażników Galaktyki”. Oba filmy stały się ofiarami ogromnego sukcesu swoich poprzedników. Zamiast więc rozwijać serię, oglądamy eksploatowanie do granic możliwości tych elementów i motywów, które już się sprawdziły i które pokochała publiczność. “Kingsman: Złoty Krąg” jest więc maksymalnie przerysowaną komedią szpiegowską, która ma być zarówno dowcipnie kąśliwa (brytyjski humor), jak i konkretnie widowiskowa (tak po hollywoodzku). By pokonać kolejnego, groźnego złoczyńcę (tym razem w osobie niebezpiecznie infantylnej i chorobliwie ambitnej panny Poppy o aparycji Julienne Moore), zdziesiątkowani Kingsmani muszą sięgnąć po pomoc swoich kolegów zza Oceanu. Konfrontacja stylu pracy agentów brytyjskich i amerykańskich zabawna w sumie jest przez chwilę. Jest tak przerysowana, że szybko powszednieje i nawet jej wydźwięk satyryczny – drwiący z amerykańskiej kultury w ogóle – wydaje się jakiś wysilony. Główna oś akcji, czyli poszukiwania głównej antagonistki, to raczej nudny ciąg efekciarskich widowisk podtrzymywany przez fajowe wątki drugoplanowe – porwanie Eltona Johna czy niecny plan prezydenta Stanów Zjednoczonych. Seria o Kingsmanach miałaby szansę stać się inną, ciekawszą formą kina rozrywkowego być może wtedy, gdyby za jej sterami stanął większy wizjoner niż Matthew Vaughn, ktoś bardziej szalony, spójny i pomysłowy, ale póki co jest, jak jest. Raczej przeciętnie.

 

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2017 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
gmaple

George Maple – Hero
Lover LP, 2017
Try this!

 

number2
fridasundemo

Frida Sundemo – Gold
Flashbacks & Futures LP, 2017
Try this!

 

number3
liv

liv – Hurts to liv
7”, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Maggie Rogers – Split Stones (7”) Try this!
[oryginalny pop] [charakternie]

Patience – White Of An Eye (7”) Try this!
[synth pop] [80s vibes]

Grace Mitchell – French Becky (7”) Try this!
[dziewczyński pop] [not a good girl]

Charlotte Gainsbourg – Deadly Valentine (Rest LP) Try this!
[electro pop] [90s vibes]

Ibeyi feat. Kamasi Washington – Deathless (Ash LP) Try this!
[muzyka kobieca] [z charakterem]

Beck – Up All Night (Colors LP) Try this!
[dobry pop] [chwytliwe]

Kllo – Downfall (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [aksamitna elektronika]

Pond – Colder Than Ice (The Weather LP) Try this!
[sophisti pop] [80s vibes]

Banfi – June (7”) Try this!
[muzyka gitarowa] [brytyjskie klimaty]

Burial – Rodent (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Yumi Zouma – Half Hour (Willowbank LP) Try this!
[lekkie dźwięki] [wyczilowany pop]

Jonathan Bree – You’re So Cool (7”) Try this!
[retro pop] [z nutą dekadencji]

Rae Morris – Do It (7”) Try this!
[miejski pop] [pozytywne brzmienie]

Mery Spolsky – Alarm (Miło Było Pana Poznać LP) Try this!
[polski pop] [z energią]

Olga Bell – Special Leave (America EP) Try this!
[nowe brzmienia] [inna muzyka elektroniczna]

Muna – In My Way (7”) Try this!
[przyjemny pop] [fajna dziewczyna]

Amber Mark – Heatwave (7”) Try this!
[klubowy pop] [wspomnienie lata]

Julien Baker – Appointments (Turn Out the Lights LP) Try this!
[ballada] [wrażliwa dziwczyna]

Blue Hawaii – Versus Game (Tenderness LP) Try this!
[klubowy pop] [post The xx]

Lawrence Rothman feat. Kristin Kontrol – Jordan (The Book of Law LP) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

Adrian Underhill – Cruel (7”) Try this!
[ładny pop] [aksamitne dźwięki]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: Ptaki śpiewają w Kigali

kigali

 

PTAKI ŚPIEWAJĄ W KIGALI
polska premiera: 22.09.2017
reż. Krzysztof Krauze, Joanna Kos-Krauze

moja ocena: 5/10

 

Muszę się przyznać, że bardzo unikałam tego filmu. Miałam wiele okazji, by zobaczyć go przed regularną premierą, ale z premedytacją nie korzystałam. Chodzi bowiem o to, że jakoś nie mam wiary w to, że reżyserzy z Polski, którzy w takiej Rwandzie są w pierwszej kolejności artystycznymi turystami, a nie badaczami z krwi i kości, potrafią ogarnąć to, co stało się w tym afrykańskim kraju nieco ponad 20 lat temu. Ludobójstwo w Rwandzie staje się dla Krauzów (a raczej głównie dla Pani Joanny, kończącej tę produkcję bez zmarłego męża) punktem wyjścia dla uniwersalnej refleksji o bólu i traumie, o pogodzeniu się ze swoim własnym, tragicznym losem, odrodzeniem po apokalipsie. Anna, ornitolog z Polski, ratuje z rzezi córkę swoich przyjaciół. Zabiera Claudine do Europy i tutaj – z początku niechętnie – bierze ją pod opiekę. Obie mierzą się z demonami, które zostały w nich po życiu w Rwandzie. Jowita Budnik w roli polskiej badaczki ma w sobie ponurą wściekłość, za którymi skrywa żal i melancholię. Eliane Umuhire jako Claudine ma magicznie smutne oczy, odbijające krzywdę i cierpienie jej bohaterki. Ten duet słusznie więc zbiera laury za swoje aktorskie kreacje w “Ptakach…”. Jednak film Krauzów zawodzi na poziomie narracji i dramaturgii. Jest szarpany, nienaturalnie epizodyczny, brakuje mu płynności. Symbolika niektórych scen i wątków sprawia wrażenie dość tandetnej i sztucznej (niestety z ptactwem na czele). “Ptaki…” są oczywiście nieprzyjemne w odbiorze, ale nie dlatego, że poruszają tak trudny, ciężki temat, lecz z powodu braku spójności i narzucanej nerwową formą, a nie przekazem, dramaturgią. Warto pochwalić każdą próbę rodzimych twórców okiełznania i przekazania polskiej publiczności uniwersalnych prawd, wartości i przeżyć nie bazując na wydarzeniach z naszej własnej historii, nawet jeśli daleko im do przerażającej wnikliwości “Wieku Ludobójstwa” Goldhagena, które szczególnie w naszych czasach powinno stać się lekturą obowiązkową. Te ptaki z Kigali nie rozszarpały mnie jednak jak sępy rozkładającą się padlinę, ledwie słyszałam ich niewyraźne, minorowe ćwierkania.

 

Filmowe Okno na Świat S02E05

Odcinek “Filmowego Okna na Świat” z drugiego planu Wenecji. Znów wybrane tytuły z sekcji Orizzonti można było oglądać, dzięki platformie Festival Scope, z własnej kanapy. Wczoraj skończyła się tak akcja.

 

strangecol

 

STRANGE COLOURS
reż. Alena Lodkina
Australia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Film spokojniejszy i wolniejszy niż Podlasie SlowFest w Supraślu. Z fabułą utkaną ze szczątkowych dialogów i epickich kadrów australijskiego interioru – bardzo dalekich od pocztówkowych pejzaży z turystycznych folderów, po lekturze których wszyscy marzymy o podróży na wspaniałe Antypody. W zapomnianej przez Boga i ludzi pustynnej okolicy samowolnych kopalni odkrywkowych cennych kamieni gdzieś w Nowej Południowej Walii żyje schorowany ojciec Mileny. Dziewczyna w to miejsce tłukła się kilkanaście godzin dusznym autobusem, ale ponoć jest tu tylko przejazdem, odwiedzając krewnego, z którym przez lata nie miała kontaktu. Przerwała studia, ale twierdzi, że zamierza je skończyć – co z tego, że zmierza w zupełnie innym kierunku. Młoda i całkiem atrakcyjna kobieta pozornie nie pasuje do tej obskurnej społeczności złożonej z różnej maści uciekinierów, wykolejeńców i samotników, ale dziwnie znajduje z nimi wspólny język oraz dzieli milczące poczucie wspólnoty w życiowym zagubieniu i alienacji. W manierze typowej, ale bardzo eleganckiej i cudownie melancholijnej estetyce slow cinema debiutantka, Alena Lodkina, opowiedziała ujmującą historię rodzinnego pojednania, przejawiającego się w wieczornych rozmowach z małą ilością słów (ale dużym stężeniem emocji) czy intymnych gestach (jak strzyżenie włosów). Mimo całego banału skromności i fabularnych schematów (ale mądrze przerywanych tam, gdzie nie warto było ich pogłębiać), to film nie tylko szlachetny w swojej prostocie i ładne kameralny w środkach wyrazu, ale przede wszystkim zaskakująco głęboki i ludzki w ukazywaniu różnych odcieni samotności i egzystencjalnej dezorientacji. Nazwisko reżyserki na pewno sobie zapamiętam.

 

testamentiz

 

HA EDUT
reż. Amichai Greenberg
Izrael
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Badacz zbrodni Holokaustu, Yoel, za wszelką cenę chce odnaleźć miejsce, gdzie bestialsko w trakcie wojny zostali zamordowani żydowscy mieszkańcy małej wioski w Austrii. Goni go czas, bo miejscowość chce rozbudować infrastrukturę, akceptując zbrodnię sprzed lat, patrzy jednak w przyszłość. Nierozwiązana sprawa należytego pochówku utrudnia okolicy rozwój. W trakcie swoich badań Yoel trafia na ślad, który pod znakiem zapytania stawia historię jego własnej rodziny. Jako człowiek bezwarunkowo oddany prawdzie nad takimi rewelacjami nie może przejść obojętnie. “Świadectwo” to ciekawa rzecz, bo rzuca nieco inne światło na temat odkrywania nazistowskich zbrodni i uniwersalną kwestię dążenia do prawdy. Taktuje o prawdzie, która służy umarłym, uczczeniu ich pamięci, zadośćuczynieniu krzywd, oddaniu sprawiedliwości – wszystkim i każdemu z osobna. Nie ma ona daty ważności, stanowi wartość, o którą warto walczyć. Taka prawda niekoniecznie służy jednak żyjącym, bo wymaga niewyobrażalnych poświęceń i oddania, potrafiących zniszczyć integralność jednostki, która się z tak wielkim i poważnym tematem mierzy. Wydawać by się mogło, że podważanie sensu badania przeszłości, bo mogą się one przekształcić w nieświadomą, autodestrukcyjną, prywatną krucjatę w teraźniejszych czasach, to dość mętny temat, ale Amichai Greenberg potrafił w jakiś uczciwy sposób wybrnąć z tego z klasą i niezłym wyczuciem.

 

nodatenosignal

 

BEDOONE TARIKH, BEDOONE EMZA
reż. Vahid Jalilvand
Iran
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Kolejny film z serii echa Dostojewskiego we współczesnym Iranie. Dając konkretny wgląd w aktualną kondycję społeczeństwa (rozwarstwienie i położenie niższych klas vs. obraz “uprzywilejowanej kasty” lekarzy), Vahid Jalilvand buduje wychodzący we wnioskach daleko poza irańskie granice psychologiczny dramat o niszczycielskiej sile ślepej pogoni za sprawiedliwością, napędzanej przez niepewność, osamotnienie i wyrzuty sumienia. W “No Date, No Sign” upór głównego bohatera w upewnianiu się, że to nie jego asekuranckie czyny doprowadziły do śmierci kilkuletniego chłopca (ale w rzeczywistości desperackie szukanie potwierdzenia, że tak właśnie było), urasta do rangi buntu przeciwko własnemu środowisku i osobistej samozagłady, chęci uczynienia z siebie męczennika za niesprawiedliwość i krzywdę, dotykające tych, którzy nie reprezentują społecznych elit. Jalilvand systematycznie ukazuje proces rozpadu bohatera w wyniku nieustępującego przez pryzmat żadnych okoliczności łagodzących poczucia winy, konfrontując tę beznadziejnie ofiarną moralność z twardą bezdusznością otoczenia. Tych, co nic nie wzrusza, mają po prostu w życiu łatwiej.

 

TV: Message From The King

messageftking

 

MESSAGE FROM THE KING
Netflix
reż. Fabrice Du Welz

moja ocena: 6/10

 

Z pozoru “Message From The King” to najbardziej zwyczajne, ba, nawet schematyczne dzieło w filmografii jednego z najbardziej ekscentrycznych, brawurowych twórców europejskiego kina. Fabrice Du Welz pojechał do USA, by zrobić w dusznym krajobrazie Los Angeles po tarantinowsku przerysowany (ale jednocześnie dziwnie poważny) film o zemście. Nie dajcie się jednak zwieść tym pozorom. Belg bowiem w żadnym momencie nie luzuje wodzy swojej ekstrawaganckiej fantazji i pod płaszczykiem kina klasy B ukrywa wiele smaczków i atrakcji. W “Message From The King” do rangi jednego z czołowych bohaterów wyniesiono miasto – zarówno podejrzane peryferia LA, jak i bizantyjskie okolice Beverly Hills. Zadziwiająco są one jednak do siebie podobne, napędzane przez cwaniaków i dewiantów, którzy bezlitośnie rozbiją w pył marzenia każdego przyjezdnego naiwniaka o sławie i bogactwie. Siostra głównego bohatera wplątała się w nieciekawy układ, którym na dole zarządzali odrażający handlarze samochodami, ale sterowali nim dentysta i filmowy producent, współpracujący z lokalnymi ważniakami u władzy, uosabiającymi pusty świat zepsutych elit. W tę żmijowatą tkankę wnika główny bohater – przybysz z zewnątrz, który swoim melancholijnym, prostolinijnym usposobieniem być może nie ogarnia piramidalnego fałszu tego miejsca, ale sprawiedliwość wymierzy bez ceregieli i skomplikowanych rozliczeń. Ma on w sobie rys gniewnych, brutalnych, ale szlachetnych bohaterów klasyków Michaela Manna. I dzieli z nimi egzystencjalny pesymizm, jaki drzemie w samym akcie krwawej zemsty. Sprawiedliwość ma w “Message From The King” wyjątkowo cierpki smak, bo niczego nie naprawia i nie daje nadziei na lepsze jutro. W piekle Los Angeles na chwilę spada temperatura, ale zaraz wraca do swojej skali, bo zbyt dużo wpływowych szumowin pozostaje u władzy. Jak na wariację na temat kina klasy B z lat 90., Fabrice Du Welz wykonał całkiem niezłą robotę, prawda?

 

W kinie: Victoria & Abdul

victoria-abdul

 

VICTORIA & ABDUL
polska premiera: 15.09.2017
reż. Stephen Frears

moja ocena: 4.5/10

 

Judi Dench powraca do roli Królowej Wiktorii, którą odgrywała w “Jej wysokość Pani Brown” blisko 20 lat temu i która przyniosła jej ogromną ilość nagród i wyróżnień. Zresztą teraz powtarza się też sytuacja z fabuły Johna Maddena. Wówczas prześwietlono kontrowersyjne relacje brytyjskiej monarchini z nowym służącym, którego Wiktoria sprowadziła na dwór po śmierci ukochanego męża. W filmie Stephena Frearsa Królowa zbyt dużą sympatią otacza natomiast przybysza z odległych Indii, który na jej dworze miał pojawić się tylko na chwilę, by wręczyć podarek od hinduskich poddanych, a został kilka lat, zostając przyjacielem sędziwej monarchini. W tej historii oczywiście łagodnie obśmiano sztywność królewskiego ceremoniału i rozbuchany konserwatyzm jej dworu, który nie potrafi poradzić sobie z ekscentryzmem Wiktorii, będącym swoistym remedium na znudzenie życiem na piedestale czy dojmującą samotność leciwej Królowej. Ta humorystyczna warstwa filmu potraktowana została i całkiem fajnie, i z dużym taktem. Fabuła grzęźnie natomiast tam, gdzie stara się dotykać kwestii politycznych – oddalić od mitu wiktoriańskiej ery, stanowiącego w gruncie rzeczy ostatnie tchnienie wielkiego imperium brytyjskiego, na chwilę przed jego rozpadem. Gdy stereotypowo portretuje królewskie otoczenie jako siedlisko os, napędzane nieustanną walką o stanowiska i wpływy, konserwujące zmurszałe status quo. Problemem są też proporcje. Jedyną postacią z krwi i kości, której poświęcono właściwie całą uwagę, jest Wiktoria. Na taki luksus nie zasłużyli ani sympatyzujący z nią Abdul, ani tym bardziej drugoplanowi bohaterowie – symbole pewnych zachowań i przywar, a niekoniecznie prawdziwi ludzie. Judi Dench jest wspaniałą aktorką i na pewno na taką ekspozycję sobie zasłużyła, a prezentuje się w niej dobrze i z klasą. Zasłużyła jednak też na dużo ciekawszy film, na który na pewno stać kogoś takiego jak Stephen Frears.

 

W kinie: To

it

 

TO
polska premiera: 8.09.2017
reż. Andres Muschietti

moja ocena: 5.5/10

 

Z jednej strony nostalgia ta sama, która sprawiła, że świat zachwycał się pierwszym sezonem “Stranger Things” i z wypiekami na twarzy czeka na kolejny, klimat ejtisowego i najtisowego Kina Nowej Przygody oraz bohaterowie jakby żywcem wyjęci z młodzieżowej prozy Adama Bahdaja. Z drugiej – najmroczniejsze koszmary dzieciństwa, lęki i strachy, całkowicie autentyczne i realne, które swoje ujście znajdują w postaci demonicznego klauna Pennywise’a, nawiedzającego poczciwe Derry i jego młodych mieszkańców. Podoba mi się, jak Muschietti stosując ramy dobrze sobie znanego kina gatunkowego, w schemat horroru włożył dramat o niełatwym dorastaniu, w małomiasteczkowym piekiełku, przy boku bezdusznych, często okrutnych dorosłych. Fajnie te gatunkowe zabawy wyszły w “Babadooku”, nieźle wyglądają też w “Tym”. Zresztą odbyło się to też w zgodzie z duchem literackiego pierwowzoru Stephena Kinga. I mimo że młody Bill Skarsgård, w pełnym makijażu i plastycznym kostiumie, doskonale oddaje upiorność Pennywise’a, “To” jako horror wypada dość blado i zadziwiająco niestrasznie. O ile mierzenie się dzieciaków z potwornościami ich codziennego życia, to kino jak najbardziej dojrzałe i dorosłe, o tyle starcie bohaterów z morderczym klaunem ma już wątłe gabaryty niezbyt elektryzującego filmu familijnego. Jednak na tle serialowych ekranizacji książek Kinga – “Pod Kopułą” czy trwającej właśnie “Mgły” – “To” i tak prezentuje się bardzo przyzwoicie, mogąc spodobać się nie tylko sympatykom twórczości amerykańskiego autora, ale również tym, którzy chcą zobaczyć niezły film gatunkowy.

 

Miesiąc w muzyce: wakacje 2017 (piosenki)

PIOSENKI WAKACJI

number1
alexc

Alex Cameron & Angel Olsen – Stranger’s Kiss
Forced Witness LP, 2017
Try this!

 

number2
youngeje

Young Ejecta – Build A Fire
7”, 2017
Try this!

 

number3
bluehawaii

Blue Hawaii – No One Like You
Tenderness LP, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Samantha Urbani – Hints & Implications (Policies Of Power EP) Try this!
[electro pop] [80s vives]

Wolf Alice – Don’t Delete The Kisses (Visions Of A Life LP) Try this!
[pop/rock] [przebojowo]

Morly – Sleeping In My Own Bed (7”) Try this!
[muzyka kameralna] [kobieco]

Millie Turner – Underwater (7”) Try this!
[electro pop] [subtelna przebojowość]

Lali Puna – Deep Dream (Two Windows LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Anna of the North – Someone (Lovers LP) Try this!
[kobiecy pop] [przebojowo]

Destroyer – Sky’s Grey (Ken LP) Try this!
[klasyczna elegancja] [melancholia]

Ariel Pink – Feels Like Heaven (Dedicated to Bobby Jameson LP) Try this!
[80s vibes] [przesterowany pop]

Rhye & Roosevelt – Summer Days (7”) Try this!
[rozkoszna elektronika] [letnie brzmienie]

Alvvays – Dreams Tonite (Antisocialites LP) Try this!
[pop/rock] [leniwa niedziela]

Kllo – Virtue (7”) Try this!
[klubowy pop] [nowe brzmienia]

Shay Lia feat. KAYTRANADA & BadBadNotGood – Blue (7”) Try this!
[leniwe r’n’b] [nowe brzmienia]

Grace Mitchell – Now (7”) Try this!
[przebojowy pop] [80s vibes]

Dornik – God Knows (7”) Try this!
[soulujący pop] [Prince inspired]

Kelela – LMK (7”) Try this!
[r’n’b] [urban vibes]

Phoebe Bridgers – Motion Sickness (Stranger In The Alps LP) Try this!
[wyciszony pop/rock] [wokalna subtelność]

Yumi Zouma – Persephone (7”) Try this!
[łagodny pop] [brzmienie letnie]

Grizzly Bear – Mourning Sound (7”) Try this!
[indie pop/rock] [chropowato]

LÉON – Surround Me (7”) Try this!
[dziewczyński pop] [chwytliwie]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: American Made

barryseal

 

AMERICAN MADE
polska premiera: 25.08.2017
reż. Doug Liman

moja ocena: 4.5/10

 

Naprawdę przekonuje mnie strategia Toma Cruise’a, który już dawno porzucił ambitny repertuar, by aktorsko realizować się w kinie czysto rozrywkowym. To zapewne też taktyka podyktowana w jakiejś mierze kontrowersjami wokół życia prywatnego Amerykanina, które raczej nie spotyka się z aprobatą i zrozumieniem u jego rodaków. Cruise zdaje się jednak czuć w lekkiej popkulturze jak pączek w maśle, z autentyczną naturalnością wcielając się w rolę kolejnych bohaterskich charakterów (od Ethana Hunta po Jacka Reachera). Lubi to, bo np. powszechnie wiadomo, że unika kaskaderskich dubli, wykonując większość z najbardziej wymagających elementów w scenariuszu osobiście. Osoba Barry’ego Seala idealnie więc wpisuje się nie tylko w emploi Toma, ale też w całą serię wyjątkowo lubianych w jego ojczyźnie filmów o amerykańskich self-made manach. Gościach, którzy zwietrzyli okazję i załapali byka za rogi, sprytem i przebojem nie tylko zapisując we własnej biografii najbardziej nieprawdopodobne rozdziały, ale również zdobywając niewyobrażalną kupę szmalu. Wspomniany Seal był najzwyklejszym, acz bardzo utalentowanym pilotem rejsowym, dopóki nie zwerbował go ambitny agent CIA. W zamian za różne informacje wywiadowcze Barry otrzymał też zasoby, pozwalające mu na boku rozwijać własny interesik – realizować zlecenia dla słynnego kartelu z kolumbijskiego Medellín. Cruise stara się, jak może i fajnie wypada w swojej roli, ale w przypadku “American Made” zabrakło po prostu ciekawszego, odważniejszego scenariusza, który pozwoliłby filmowi Douga Limana choćby zbliżyć się do ikonicznego dla gatunku “Wilka z Wall Street”. Zamiast czegoś takiego oglądamy bardzo przeciętny zestaw przygód obrotnego pilota, stanowiący nieobowiązkowy przypis do popularnego serialu “Narcos”.