W kinie: Venom

venom

 

VENOM
polska premiera: 5.10.2018
reż. Ruben Fleischer

moja ocena: 4/10

 

Bardzo dużo pozafilmowych emocji towarzyszyło tej premierze, a tak naprawdę tylko część z niepokojów odnajduje odzwierciedlenie w rzeczywistości. “Venom” nie jest aż tak fatalną produkcją, jak to miało być, ale też nie jest dziełem udanym. Filmy o superbohaterach nigdy nie grzeszyły oryginalnością. Opierają się o podobne scenariusze i rozwiązania fabularne, choć poszukuje się dla nich nowych formuł. “Venom” Rubena Fleischera ewidentnie miota się między aspiracjami “Deadpoola” w jego pikantnym dowcipie i brawurze, pozostając ostatecznie niestety nieco pozbawioną charakteru superbohaterską produkcją dla całej rodziny. Venom reprezentuje gatunek kosmicznego symbionta, których kilka sprowadza na ziemię opętany kompleksem Boga miliarder naukowiec, dr Carlton Drake (Riz Ahmed). Aby przeżyć na naszej planecie, pozaziemska istota potrzebuje jednak ludzkiego żywiciela, a nie każdy jest w stanie przeżyć zespolenie z tym dziwnym organizmem. Udaje się to bezrobotnemu dziennikarzowi Eddie’mu Brockowi (Tom Hardy), który chcąc zemścić się na dr Drake’u, któremu zawdzięcza utratę pracy, domu i narzeczonej, zostaje nosicielem Venoma. Symbionty mają oczywiście plan agresywnego skonolonizowania ziemi i mając potężnego sojusznika pod postacią szalonego bogacza dysponującego rakietami, szanse realizacji ich planu wyglądają na całkiem spore. Okazuje się, że nie wolno jednak przeceniać możliwości dwóch nieudaczników – tego ziemskiego Eddie’go i jego odpowiednika z kosmosu, Venoma.

To w ogóle ciekawa sprawa, bo w tym filmie tak naprawdę to nie człowiek otrzymuje super moce i może ratować ziemię przed najbardziej absurdalnym zagrożeniem. Posiada je wyłącznie wtedy, gdy zostaje żywicielem symbionta. W dodatku ów symbiont ma własną osobowość i charakter(ek) oraz w sumie dość łatwo może zdominować właściciela swojej ziemskiej powłoki. Jeśli ten nie zaakceptuje nowego lokatora w swoim organizmie, to też już prosta droga do zakładu psychiatrycznego. Patrząc bowiem na takiego nosiciela z boku, dość łatwo można mu przypisać poważną schizofrenię, a nie koegzystencję z organizmem z kosmosu. Nie wspominając już o tym, że symbiont dość łatwo może zjeść delikwentowi organy wewnętrzne i znaleźć sobie nowego żywiciela. To wszystko stanowi wprowadzenie do jednego z najciekawszych wątków filmu Fleischera (i zarazem tego najbardziej przez scenarzystów sponiewieranego). Ludzcy bohaterowie to totalnie schematyczne postacie, żywcem wyjęte z kiczowatych produkcji z lat 90. i wcześniejszych tego typu. Michelle Williams biega po ekranie w ubraniach licealistki i wygłasza strasznie głupie kwestie, a wciela się w rolę odważnej i przebojowej prawniczki. Zapowiadany w kolejnej części “Venoma” przeciwnik dla Brocka i jego kumpla wygląda jak psychopata również przytargany ze starych Batmanów. Jedynie skomplikowana relacja tej dwójki jakoś w filmie wygląda – bywa humorystyczna i sympatyczna. Venom to najfajniejszy typ w filmie, ale jego przemiana ze złoczyńcy w kumpla Brocka i narodziny ich przyjaźni, rozpisali tu chyba twórcy bajek animowanych dla dzieci.

“Venom” na pewno zasługiwał na lepszy film – przyzwoity scenariusz i odważną reżyserię. Zwłaszcza że ta postać aż prosi się o mniej stereotypową ekranizację. Nie może być tak, że Hardy gra w jakiejś bromance’owej komedii, a cała reszta w B-klasowej produkcji superbohaterskiej, w której na próżno szukać nie tylko odrobiny kreatywności, ale przede wszystkim jakiejkolwiek logiki (nawet takiej najprostszej typu zdjęcia w telefonie można wysłać telefonem, a niekoniecznie dostarczać cały telefon do zainteresowanego). Jeśli producenci się nie opamiętają przed drugą częścią, może nie zbawić jej nawet Woody Harrelson, a byłoby trochę szkoda marnować niezły, rozrywkowy potencjał tej serii.

 

Filmowe Okno na Świat S03E03

longdaysbigan

 

LONG DAY’S JOURNEY INTO NIGHT
reż. Bi Gan
Chiny
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Powrót do sennej rzeczywistości chińskiego miasteczka Kaili znanego z poprzedniego filmu azjatyckiego reżysera, gdzie w neo noirowej atmosferze główny bohater poszukuje dawnej miłości oraz ściga duchy przeszłości. W końcu trafia do podrzędnego kina, nakłada okulary 3D i rozpoczyna się kolejna oniryczna podróż po labiryncie wspomnień i pamięci, fantasmagorycznych wizji dedykowanych miejscom i ludziom. Bi Gan wzniósł pomysły ze świetnego “Kaili Blues” na zupełnie nowy poziom wizualnej maestrii, przez co stają się one w jego nowym filmie czymś na kształt poetyckiej epopei. Szczególnie znów nakręcona w jednym ujęciu blisko godzinna sekwencja w trójwymiarze to wspaniałe przeżycie – sen, który chce się śnić i z niego nie budzić. Ten magiczny świat chce się odkrywać wielokrotnie i wielokrotnie w nim zatracać. Trochę tak, jak główny bohater tej historii. Krytycy oczarowani tą niezwykłą wizją, odnajdują w Bi Ganie całkiem naturalnego spadkobiercę filmowej filozofii Wong Kar-wai i Andreja Tarkowskiego. Ja widzę też tu odrobinę melancholii z “Sanatorium pod Klepsydrą” Hasa. Może trochę jeszcze jest w tym przesady, ale prawda jest taka, że “Long Day’s Journey Into Night” to najbardziej wizjonerski film ostatniego festiwalu w Cannes. I kino, które odrobinę pozostaje w pamięci.

 

yerz

 

LASKOVOE BEZRAZLICHIE MIRA
reż. Adilkhan Yerzhanov
Kazachstan
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Prostolinijna, ale bystra dziewczyna z prowincji musi jechać do miasta, by znaleźć pracę i zarobić pieniądze – niezbędne do spłacenia długów ojca, który popełnił samobójstwo i zapewnienia skromnego bytu rodzinie. Za Saltanat podąża zakochany w niej chłopak, chcący upewnić się, że nic jej nie grozi. Z dala od domu okazuje się jednak, że ci, którzy mieli dziewczynie pomóc, przysparzają jej głównie cierpień i upokorzenia. Adilkhan Yerzhanov po raz kolejny łączy obserwację bezwzględnej rzeczywistości społecznej Kazachstanu z filmową poezją i smutną melancholią. W filmie cytuje Alberta Camusa (z jego prozy zaczerpnięto tytuł “Łagodna Obojętność Świata”), uroczo ożywiając od czasu do czasu słowa z książek francuskiego pisarza w prostych scenkach z Saltanat i Kuandykiem. W wielu miejscach to wygląda, jak ożywione malarstwo – mniej wyrafinowane i bez konkretnego konceptu, ale przywodzące na myśl Gustava Deutscha i jego “Shirley – wizje rzeczywistości”. W dziele Yerzhanova uwodzą kolory, rozczula nieśmiała miłość pary bohaterów, ale też przygnębia fatalizm ich losów, niszczenie tej niewinności i wewnętrznego piękna przez bezlitosnych, złych ludzi i równie surowe reguły świata, w jakich przyszło im egzystować.

 

elangel

 

EL ANGEL
reż. Luis Ortega
Argentyna, Hiszpania
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Tegoroczny kandydat Argentyny w Oscarowym wyścigu to oparty na faktach portret nietypowego, seryjnego mordercy – 17-latka o młodej, anielskiej twarzy, który nie tyle wpakowywał się w kłopoty, ile sam tych kłopotów szukał. Związał swoje losy z rodziną z przestępczą przeszłością, z premedytacją oddalał od tej “normalnej”, swojej własnej. Każda zbrodnia pchała go ku kolejnym, ale, co najbardziej zaskakujące, sporo z nich miało dość przypadkowy charakter, akty przemocy nie miały często uzasadnienia w okolicznościach przestępstwa, co budziło największe wątpliwości i pytania – o motywację młodego Carlitosa. Luis Ortega z uwagą studiuje tę fascynującą osobowość. Z wyglądu uroczego, niegroźnego dzieciaka, ale w rzeczywistości bezwzględnego i pozbawionego skrupułów mordercy i złodzieja. Nie jest to jednak ponure kino psychologiczne, ale film zaskakująco lekki i przebojowy jak na swoją tematykę. Bardziej tragikomedia niż mroczny thriller. Widać, że Ortega inspirował się Pablo Larrainem czy Davidem Fincherem, ale przede wszystkim też rozrywkowym kinem amerykańskim. Ten mariaż schematów i styli zadziwiająco dobrze się ogląda, aczkolwiek rodzi to też pewien dysonans i wątpliwości, czy to nie jest zbyt swobodny sposób opowiadania o bezsensownej przemocy i nieludzkim psychopacie, nie tyle łagodzący jego krwawe zbrodnie, ile relatywizujący to brutalne wariactwo.

 

Netflix: Hold The Dark

holdthedark

 

HOLD THE DARK
polska premiera: 28.09.2018
reż. Jeremy Saulnier

moja ocena: 6/10

 

Mroźne pustkowie na Alasce, zamieszkiwane przez ostatnie jednostki, które są w stanie egzystować w tak trudnych warunkach. Przez większość doby panuje tu ciemność, a śnieżne zaspy utrudniają poruszanie się po okolicy. W to miejsce przyjeżdża Russell Core (Jeffrey Wright), pisarz i badacz wilków, którego na Alaskę zaprosiła matka w żałobie. Medora (Riley Keough) jest przekonana, że wilki porwały jej kilkuletniego synka i prosi eksperta z zewnątrz o odnalezienie chłopca lub jego szczątków. Kobieta żyje tu sama, mąż Vernon (Alexander Skarsgård) stacjonuje ze swoją jednostką komandosów gdzieś na Bliskim Wschodzie. Gdy zostaje ranny, powraca do domu, zdesperowany, by dowiedzieć się, co stało się z jego dzieckiem. “Hold The Dark” to ta jedna z niewielu tegorocznych, całkiem udanych produkcji Netflixa. Thriller z fajnym, posępnym klimatem, w którym tajemnice kryją się przede wszystkim w mrocznych, ludzkich psychikach, aniżeli w zaśnieżonych lasach – domu wielu dzikich drapieżników. W ogóle to połączenie dramatycznych losów mieszkańców tego odludzia z biologiczną charakterystyką i przyzwyczajeniami wilków, które majestatycznie biegają po okolicy, dodaje fabule fantastycznych walorów. “Hold The Dark” łączy w sobie więc elementy bardzo mrocznego filmu noir z fatalistyczną, brutalną baśnią. To też jednak dzieło wymagające sporego skupienia – niezbędnego, by ogarnąć jego klarowną, ale dość pokrętną symbolikę. Dopiero połączenie porozrzucanych tu i ówdzie fabularnych artefaktów oraz wskazówek uczyni z filmu Jeremy’ego Saulniera sensowną, elektryzującą historię.

 

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2018 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
robynh18

Robyn – Honey
Honey LP, 2018
Try this!

 

number2
charlesbradl182

Charles Bradley – I Feel a Change
Black Velvet LP, 2018
Try this!

 

number3
may-baby

May – Baby Save Me Tonight
7”, 2018
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Diamond Cafe – The Way You Used To Love Me (7”) Try this!
[lata 80.] [zmysłowy pop]

Julia Holter – I Shall Love 2 (Aviary LP) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Farao – Marry Me (Pure-O LP) Try this!
[indie pop] [trochę do tańczenia]

Hanna Järver – Jävla 80-tal (So Long LP) Try this!
[skandynawski pop] [trochę retro brzmienie]

Anemone – Daffodils (7”) Try this!
[retro pop] [słodko]

Joji – Slow Dancing In The Dark (Ballads 1 LP) Try this!
[smutne electro] [nocne brzmienie]

Molly Nilsson – Days Of Dust (7”) Try this!
[retro pop] [przebojowe]

Maribou State feat. Holly Walker – Nervous Tics (Kingdoms In Colour LP) Try this!
[klubowe klimaty] [nowe brzmienia]

Nosowska – Nagasaki (7”) Try this!
[pop] [made in Poland]

Metric – Now or Never Now (Art of Doubt LP) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

Mirah – Lake/Ocean (Understanding LP) Try this!
[pop folk] [naturalne brzmienie]

Lana Del Rey – Mariners Apartment Complex (7”) Try this!
[retro brzmienie] [kobiecy pop]

The Marías – Cariño (Superclean Vol. II EP) Try this!
[latino indie pop] [błyskotliwe]

Roosevelt – Shadows (Young Romance EP) Try this!
[wakacyjne brzmienie] [muzyka parkietowa]

Mariah Carey – GTFO (7”) Try this!
[r’n’b] [muzyka pościelowa]

Yumi Zouma – Crush (It’s Late, Just Stay) (III EP) Try this!
[indie pop] [aksamitne brzmienie]

Soap & Skin – Italy (From Gas to Solid / you are my friend LP) Try this!
[muzyka nastrojowa] [siła spokoju]

Alpines – Alright (Full Bloom EP) Try this!
[electro pop] [balladowo]

Hozier feat. Mavis Staples – Nina Cried Power (Nina Cried Power EP) Try this!
[pop] [muzyka trochę zaangażowana]

Seinabo Sey – Never Get Used To (I’m a Dream LP) Try this!
[pop] [chwytliwe]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Kamerdyner

kamerdy

 

KAMERDYNER
polska premiera: 28.09.2018
reż. Filip Bajon

moja ocena: 5.5/10

 

Eleganckie, niemieckie hrabiostwo i dziarscy, swojscy chłopi. Piękne wnętrza z epoki i malownicze zachody słońca nad polami i łąkami Kaszub. Wiatr historii, który wieje w oczy raz jednej, raz drugiej stronie i czasy w miarę spokojnej koegzystencji różnych nacji na niewielkim skrawku niegdyś pruskiej, później polskiej ziemi. Perspektywa 45 lat starająca się opowiedzieć i pomóc zrozumieć nie najpopularniejszą historię regionu – bolesną i skomplikowaną. Scenografia, dbałość o detale oraz ów historyczny kontekst to najlepsze elementy, jakie “Kamerdyner” ma do zaoferowania. Jaka szkoda, że z tej ziemi nie wyrośli pełnokrwiści bohaterowie. Większość z nich to bowiem papierowe postacie, nosiciele idei i wątków – poczciwych Niemców i mściwych nazistów, lokalnych patriotów, zacietrzewionych chłopów. Prostym kategoriom wymykają się właściwie tylko grany przez Adama Woronowicza hrabia von Krauss oraz Janusz Gajos jako Bazyli Miotke, lider lokalnych Kaszubów. Filip Bajon ewidentnie ma dobrą rękę do takich epickich fresków, ale już nie do niuansowania postaci. Lubi też kicz, bo wiadomo, że tragiczna śmierć wygląda najbardziej romantycznie wtedy, gdy pokazywana jest w slow motion. W “Kamerdynerze” dużo też jest fabularnych skrótów, co wyjaśnia fakt, iż ta produkcja planowana była jako wieloodcinkowy serial. Zastanawia mnie też, dlaczego Kaszubi mówią po kaszubsku, Polacy po polsku, ale Niemcy między sobą nie mówią już po niemiecku. To trochę taka niezręczność jak w “Cyruliku Syberyjskim”, gdzie nagle okazało się, że w carskiej Rosji wszyscy znają angielski. “Kamerdyner” byłby też zdecydowanie lepszym filmem, gdy w trakcie otwierającego film porodu zmarł Mateusz Kroll (Sebastian Fabijański), a nie jego matka. Tak bezbarwnego, bezsensownego bohatera pierwszoplanowego w kinie historycznym to ja dawno nie widziałam.

 

W kinie: Pin Cushion

pincushion

 

PIN CUSHION
polska premiera: 28.09.2018
reż. Deborah Haywood

moja ocena: 6/10

 

Na poziomie zawartości to dość typowy film o dojrzewaniu nieśmiałej nastolatki, szukającej akceptacji w nowym dla niej otoczeniu bezlitosnych rówieśników. Tyle tylko, że konwencja, jaką zaproponowała Deborah Haywood, intrygująco nawiązuje do barwnego, baśniowego stylu Jean-Pierre’a Jeuneta. Bywa ta opowieść zjawiskowo odrealniona, ale i brutalnie realistyczna. Obok młodej Iony (świetna Lily Newmark) toczy się też historia jej matki (Joanna Scanlan), która mierzy się z podobnymi problemami jak jej dziecko. Nieatrakcyjna kobieta nie może odnaleźć się w nowym miejscu, sąsiedzi nie akceptują nie tylko jej dziwacznego wyglądu, ale też prostolinijnie naiwnego sposobu bycia. Nie będę rozwija kwestii, czy Iona i jej matka cierpią na jakąś formę autyzmu (z ich absurdalnych często zachowań wnioskowałabym, że tak), bo nie o to w “Pin Cushion” raczej chodzi. To bowiem w sumie całkiem przejmujący film o tym, jak człowiek bardzo potrzebuje społecznych więzi dla własnego zdrowia psychicznego i jak inni ludzie wcale nie pomagają w ich budowaniu, zwłaszcza tym wrażliwszym, mniej odpornym jednostkom. Haywood nie tylko zneutralizowała ciężar tej historii realizmem magicznym, ale też tymi wszystkimi detalami. Iona i jej matka na tle szarawego, nudnego otoczenia wyglądają jak kolorowe ptaki z innego świata (oryginalna uroda Lily Newmark też to podkreśla), zadziwia wystrój ich wypełnionego bibelotami mieszkania (w pewnym momencie szmaragdowo zielone ściany zostają nawet przemalowane na mocny róż), ich zażyłość to także współcześnie zdecydowanie rzadziej spotykany typ bardzo bliskiej, serdecznej relacji dziecka i rodzica (by jej nie psuć, bohaterki okłamują siebie nawzajem, jak dobrze adaptują się w nowym miejscu). Warto więc sobie nazwisko Deborah Haywood zapamiętać.

 

Netflix: The Land of Steady Habits

thelandofsteady

 

THE LAND OF STEADY HABITS
polska premiera: 15.09.2018
reż. Nicole Holofcener

moja ocena: 5/10

 

Nicole Holofcener w swoich filmach pełnometrażowych przyzwyczaiła widzów do głęboko empatycznego kina, z radarem czułości i zrozumienia skierowanym na swoich niedoskonałych, egzystencjalnie zagubionych bohaterów. Pomimo wielu cech wspólnych te wszystkie humanistyczne komediodramaty nie powtarzały zbyt wielu schematów niezależnych, amerykańskich filmów. Holofcener zawsze potrafiła uderzyć w odpowiednie nuty, trzymając wyraźny dystans między subtelnym wzruszeniem a pretensjonalną ckliwością, scenariuszową koncepcją a historiami bliskimi prawdziwemu życiu. I przy okazji “The Land Of Steady Habits” gdzieś trochę tę umiejętność zagubiła. Może to wina tej zdecydowanie bardziej – w porównaniu do jej poprzednich dzieł – gorzkiej tonacji, która mocno ochładza temperaturę tej historii o sfrustrowanych dorosłych w kryzysie i ich dzieciach, pozbawionych wsparcia i autorytetów, przez to tonących w zgorzknieniu i marazmie zdecydowanie zbyt wcześnie. Autentycznie urzekł mnie Ben Mendelsohn w roli dojrzałego mężczyzny, który znienacka, ale na własne życzenia musi zaczynać wszystko od nowa, ale zamiast choćby umiarkowanego optymizmu pogrąża się w bierności. Tym większym, im wyraźniej dochodzi do niego świadomość, jak traci wpływ na cokolwiek, co dotyczy jego najbliższych. Zresztą jemu podobnych dorosłych w filmie jest cała masa i potrzeba będzie dopiero dramatycznego wstrząsu, by wyrwać ich z tego odrętwienia. Mam takie wrażenie, że “The Land Of Steady Habits” może lepiej wypadać w swoim literackim pierwowzorze niż w jego filmowej adaptacji, gdzie zbyt wiele jest jednak takich tylko iluzorycznie życiowych problemów, a więcej jakiś wykoncypowanych rozterek (wyobrażanie o bolączkach klasy średniej). To też nie tyle sprawia, że film Holofcener jest kiepski, ale czyni go po prostu dość nudnym.

 

Filmowe Okno na Świat s03e02

anons

 

ANONS
reż. Mahmut Fazil Coşkun
Turcja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Czarna komedia z historycznym kontekstem, powracająca do wydarzeń z pierwszej połowy lat 60., kiedy to grupa wojskowych planowała przeprowadzić zamach stanu, by usunąć władze w Ankarze. Choć początek “Anonsu” wcale nie zapowiada, że ta historia skręci w stronę polityki. Film rozpoczyna się bowiem ilustracją medycznej procedury oceniającej kandydatów z Turcji, którzy na mocy umowy międzypaństwowej mieliby zostać gastarbeiterami w RFN (gdyby ktoś się zastanawiał, dlaczego tylu Turków mieszka współcześnie w Niemczech). Badany delikwent powróci jeszcze w fabule w dość niespodziewanym momencie. Następnie dwóch podejrzanych typów, udających muzyków, pod osłoną nocy wsiada do taksówki i mimo drogowych blokad prosi kierowcę o dowiezienie w konkretne miejsce. Okażą się oni, działającą w Istambule, częścią wojskowego spisku, których najważniejszym zadaniem jest przejęcie narodowej radiostacji, skąd nadany ma zostać komunikat o przejęciu władzy. Nic jednak nie idzie po myśli konspiratorów. Dla nich to będzie długa noc rozwiązywania najbardziej nieoczekiwanych problemów, z których większość swoją doniosłością jakoś niespecjalnie pasuje do powagi zamachu stanu. Wyważona, właściwie pozbawiona emocji narracja prowadzona na tle usypiającego mroku nocy buduje w “Anonsie” tę atmosferę totalnego absurdu, w jaki brną z każdą, kolejną decyzją bohaterowie tej tragifarsy. Obcuje się tu z tym nieoczywistym, osobliwym poczuciem humoru, który bardzo lubię i który sprawia, że autentycznie dobrze się bawiłam, oglądając to groteskowe kino historyczne, nagrodzone specjalną nagrodą jury w sekcji Orizzonti na tegorocznym festiwalu w Wenecji.

 

manwhosuprised

 

TCHELOVEK KOTORIJ UDIVIL VSEH
reż. Natasha Merkulova, Alexey Chupov
Rosja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Zaczyna się bez fajerwerków. Egor dowiaduje się, że cierpi na śmiertelną, nieuleczalną chorobę i niewiele czasu mu pozostało, kiedy to jego stan fizyczny drastycznie się pogorszy. Stara się więc zabezpieczyć, jak tylko może, swoją rodzinę – ciężarną żonę i syna. Gdy wieść o jego stanie zdrowia rozniesie się po wiosce, nawet ci, którzy nie sympatyzowali do tej pory z mężczyzną, okażą swoje wsparcie, w tym to finansowe, by spróbować Egora skonfrontować z lepszymi lekarzami, a nawet lokalną znachorką. Gdy pewne staje się, że jego choroba osiągnęła stadium terminalne, u bliskich bohatera bunt ustępuje miejsca rozpaczy i próbom pogodzenia się z tragiczną sytuacją. Żona okazuje więc mężowi dużo czułości, a syn stara się jak najwięcej czasu spędzać z ojcem. W obliczu nadchodzącego końca Egor dochodzi jednak do wniosku, że to czas kiedy w końcu powinien być szczery sam ze sobą i przeżyć te ostatnie chwile tak, jak dotąd nie miał odwagi, odsłaniając przed bliskimi i otoczeniem to, co przez lata ukrywał i tłamsił w sobie. Zadziwi swoim zachowaniem wszystkich, w oka mgnieniu zmieniając do siebie nastawienie rodziny, sąsiadów i kolegów. Ten obraz wrogości, nietolerancji, antyludzkiej nagonki na inność u Merkulovej i Chupova nie odbiega od wielu tego typu filmów, ale w postawie głównego bohatera jednocześnie irytuje i porusza ten stoicki spokój i cierpienie w milczeniu. Los też okaże się wobec Egora przewrotny, zagra mu okrutnie na nosie, pokazując, jak nieostateczne mogą wydawać się rzeczy, które uznaje się za ostateczne.

 

mantaray

 

MANTA RAY
reż. Phuttiphong Aroonpheng
Tajlandia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Najlepszy film w sekcji Orizzonti w tym roku na Lido to prowadzona z jednej strony w onirycznym klimacie w stylu dzieł Apichatponga Weerasethakula opowieść o zagubionej i odnalezionej tożsamości, z drugiej – naturalistyczna opowieść o byciu człowiekiem, okazywaniu empatii pomimo trudnych okoliczności, rozgrywająca się w obskurnej, rybackiej społeczności. Bardziej niż sama, aczkolwiek bardzo subtelna i psychologicznie wyważona historia podobała mi się przede wszystkim ta senna narracja – charakterystyczna dla współczesnego, zwłaszcza azjatyckiego slow cinema, delikatność i zrozumienie dla bohaterów oraz ich kontrowersyjnych, z punktu widzenia postronnego widza, decyzji. “Manta Ray” to obraz zbudowany na silnych, wizualnych bodźcach, które tworzą wrażenie jakiegoś innego, baśniowego albo duchowego wymiaru tego biednego, śmierdzącego rybami świata, który dostaje w ten sposób zastrzyk magii i – dosłownie – urokliwego kolorytu. Tu przeszłość i teraźniejszość stale łączą się ze sobą, zaś wspomnienia lokalnych tragedii żyją w świadomości tych, co byli ich świadkami albo zbyt wiele razy o nich słyszeli. To wszystko tworzy jednak w tym świecie wrażenie łagodnej równowagi, o której na równi decyduje pierwiastek ludzki i ten niebiański.

 

W kinie: Juliusz

juliusz

 

JULIUSZ
polska premiera: 14.09.2018
reż. Aleksander Pietrzak

moja ocena: 6/10

 

Juliusz (Wojciech Mecwaldowski), nie Janusz. Duchowy kuzyn Adasia Miauczyńskiego, ale z mniejszą pretensją i gniewem podchodzący do otaczającej go rzeczywistości. Nauczyciel plastyki, który wiedzie wyjątkowo nudną egzystencję. Szkoła to zło koniecznie, czasem dorabia też sobie na boku w fuchach, które organizuje jego nie najmądrzejszy kumpel Rafał (Rafał Rutkowski). W trakcie jednej z nich, gdy dwaj mężczyźni na modnym bankiecie wcielają się w rolę żywych tac z jedzeniem, Juliusz poznaje Dorotę (Anna Smołowik) – ciężarną panią weterynarz, którą wspólnik (Maciej Stuhr) wpędził w finansowe tarapaty. Ma na głowie jeszcze schorowanego ojca (Jan Peszek), który po śmierci matki przez dekady topił smutki w alkoholu i przygodnych romansach. Nawet na finiszu życia nie ma zamiaru zaprzestać tych rozrywkowych praktyk, które szkodzą jego zdrowiu. W prace nad “Juliuszem” zaangażowanych było aż pięciu scenarzystów, co widać w samym filmie. Różny jest poziom dowcipów – od wręcz rynsztokowych, przy których żarty w “American Pie” wydają się wyjątkowo wyrafinowane, po takie zdecydowanie inteligentniejsze. Spora część filmu to nieco wyrwane z kontekstu gagi, które łączy tylko postać tytułowego bohatera. Fajnie wypadają w tej historii relacje Juliusza z ojcem i przyjacielem Rafałem, ale stereotypowa, jak z typowego rom-coma, jest już zażyłość mężczyzny z Dorotą. Wątek z gangsterami ewidentnie pożyczono z jakiegoś innego filmu. Podobnie jak komiksowe wstawki, które korzystnie wyglądają tylko na napisach początkowych. Dobrze zaś rozegrano postacie drugoplanowe, wśród których błyszczy zwłaszcza Maciej Stuhr w wyjątkowo osobliwym, makabrycznym epizodzie (ale jednym z najlepszych) i roli. Fabuła Aleksandra Pietrzaka sprawdza się tam, gdzie jest po prostu niezobowiązującą komedią o zagubionym, polskim inteligencie na życiowym rozdrożu rozgrywającą się w całkiem wiarygodnych, acz nieco przejaskrawionych realiach współczesnej Polski. Dużo gorzej sprawdza się w tych dramatycznych momentach, gdy Juliusz – z pomocą otoczenia – dochodzi do wniosku, że może warto coś w swoim położeniu zmienić. Wtedy to trochę karykaturalne, nużące feel good movie z mdłym, wygodnym przesłaniem. A to komedie porywcze, odważne, nawet mądrze obrazoburcze ogląda się przecież najlepiej.

 


 

W kinie: The Endless

endless

 

THE ENDLESS
polska premiera: 7.09.2018
reż. Justin Benson, Aaron Moorhead

moja ocena: 5.5/10

 

Świetny koncept, fatalne, a właściwie – łopatologiczne wykonanie. Dwaj bracia, którzy po wydostaniu się spod kurateli podejrzanej sekty nie potrafią odnaleźć się w normalnym świecie. Po latach egzystencjalnej wegetacji postanawiają odwiedzić wspólnotę, od której niegdyś uciekli. Już w trakcie podróży po spalonej słońcem drodze twórcy “The Endless” wysyłają sygnały, że będą się tu działy dziwne rzeczy. Te sygnały nie są zbyt wyrafinowane – to przede wszystkim nerwowe ruchy montażowe i demonstracyjnie złowieszcza muzyka, typowe dla niemalże każdego horroru. W Obozie Arkadia bracia odkrywają, że wszystko toczy się tam podejrzanie niezmiennym, spokojnym rytmem. Gdy w filmie pojawiają się elementy kina fantastycznego, stanowiące kręgosłup zagadki sekciarskiej społeczności, nie są one wprowadzane w szczególnie błyskotliwy sposób. Co więcej, Benson i Moorhead niszczą jedyne atuty swojego dzieła – tę tajemniczość i kabalistyczny klimat – chcąc koniecznie wyjaśnić z zegarmistrzowską precyzją, co się tak naprawdę dzieje w Obozie Arkadia i co w tym filmie chodzi. A siła tego typu kina najczęściej drzemie jednak w niedopowiedzeniach, zagadkowości podtrzymywanej właściwie do samego finału, wieńczonej sensownym, raczej otwartym zakończeniem. Najwyraźniej nikt tego twórcom “The Endless” nie powiedział.