Miesiąc w muzyce: luty 2019 (piosenki)

PIOSENKI LUTEGO

number1
aldoush

Aldous Harding – The Barrel
Designer LP, 2019
Try this!

 

number2
hatchie

Hatchie – Without A Blush
Keepsake LP, 2019
Try this!

 

number3
jesscor

Jess Cornelius – No Difference
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Unperfect – Gots To Give The Girl (7”) Try this!
[dziewczęce r’n’b] [prod. Xenomania]

Chromatics – Time Rider (7”) Try this!
[smutne disco] [muzyka elektroniczna]

Wallows feat. Cairo – Are You Bored Yet? (Nothing Happens LP) Try this!
[indie pop] [muzyka młodzieżowa]

Pure Bathing Culture – Devotion ( LP) Try this!
[indie pop] [80s vibes]

Jessie Ware – Adore You (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [eletronika]

Nilüfer Yanya – Tears (Miss Universe LP) Try this!
[electro pop] [przebojowe]

Stella Donnelly – Old Man (Beware of the Dogs LP) Try this!
[folkowy pop] [z wdziękiem]

Strand of Oaks – Ruby (Eraserland LP) Try this!
[americana] [męska muzyka]

Phillipi & Rodrigo – Minas (Paciencia LP) Try this!
[muzyka klubowa] [z nutą melancholii]

Kate Miller-Heidke – Zero Gravity (7”) Try this!
[muzyka eklektyczna] [popowe eksperymenty]

Rebeka – Fale (Post Dreams LP) Try this!
[polska elektronika] [trochę Maanomowe]

Charlotte Adigéry – Okashi (Zandoli LP) Try this!
[electro pop] [współczesne brzmienia]

Sonia Stein – Party (7”) Try this!
[kobiecy pop] [z nutą chwytliwej melancholii]

Ruthie – What Kind Of Woman (7”) Try this!
[muzyka subtelna] [kobiece brzmienie]

Park Hotel – Turn Back Time (7”) Try this!
[pop] [z rozmachem]

Jadu Heart – Purity (7”) Try this!
[elektronika] [oniryczne brzmienia]

Lou Doillon feat. Cat Power – It’s You (Soliloquy LP) Try this!
[muzyka kobieca] [melancholijnie]

Kakkmaddafakka – Runaway Girl (7”) Try this!
[indie pop] [przebojowo]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Ułaskawienie

ulaskaw

 

UŁASKAWIENIE
polska premiera: 22.02.2019
reż. Jan Jakub Kolski

moja ocena: 6/10

 

Kolejny, bardzo osobisty film z katalogu bardzo osobistych filmów Jana Jakuba Kolskiego. Reżyser opowiada tu rodzinną historię związaną z wujkiem Wacławem „Odrowążem” Szewczykiem, żołnierzem wyklętym zastrzelonym przez konfidenta UB tuż po wojnie, którego matka (a babka Kolskiego) uparła się, by pochować 400 km od Popielaw. Funkcjonariusze komunistycznej władzy wielokrotnie rozkopywali grób, chcąc się upewnić, że zabity został na pewno ten konkretny wróg Polski Ludowej, stąd marzenie Hanny Szewczyk, by „Odrowąż” spoczął w spokojnej ziemi nieopodal sanktuarium w Kalwarii Pacławskiej, gdzie w zakonie służył ich drugi syn. Droga spod Tomaszowa Mazowieckie w Przemyskie to doskonały pretekst do zadumy nad zagmatwanym, powojennym, polskim losem. Dokonywanych w drugiej połowie lat 40. najtrudniejszych wyborów moralnych, walką o godność i człowieczeństwo, która nie zakończyła się wraz z podpisaniem traktatów pokojowych kończących wojnę. Ten wątek, mocno w “Ułaskawieniu” obecny, wydaje się potraktowany jednak dość powierzchownie, bo dla Kolskiego dużo ważniejsze jest coś innego. Tułaczka przez pół Polski z drewnianą trumną to dla Hanny i Jakuba Szewczyków sposób na przepracowanie żałoby, pogodzenie się z dramatyczną, bo przedwczesną stratą syna. Trauma i żal po stracie dziecka to dla Kolskiego i odtwórczyni roli głównej, Grażyny Błęckiej-Kolskiej, szalenie ważny, ciągle aktualny i osobisty temat – 5 lat temu sami stracili córkę, niemalże rówieśniczkę „Odrowąża”. Dlatego właśnie w “Ułaskawieniu” płacz matki, często tak intensywnie wypełniający ekran, nad zmarłym dzieckiem brzmi wyjątkowo poruszająco, odrywając się od opowieści o Hannie i Jakubie Szewczykach. Ta autentyczna żałoba wykracza daleko poza ten konkretny, filmowy kontekst, będąc kolejnym po „Lesie, 4 rano” etapem oswajania bólu po stracie dziecka przez parę świadomych i cierpiących artystów. Z tych powodów chociażby ciężko oceniać “Ułaskawienie”, które jest kinem solidnym, ale nie pozbawionym pewnych wad. Na końcu pozostaje bowiem szczera empatia dla Kolskich, by te wszystkie filmy przyniosły spokój i ukojenie ich obolałej duszy.

 

W kinie: If Beale Street Could Talk

bealestr

 

IF BEALE STREET COULD TALK
polska premiera: 22.02.2019
reż. Barry Jenkins

moja ocena: 5.5/10

 

Zaczynam martwić się o karierę Barry’ego Jenkinsa, którego skromna, jak na razie, filmografia to jednak zjazd po równi pochyłej. Amerykański reżyser zdaje się poświęcać coraz bardziej dbaniu o walory estetyczne swoich filmów, aniżeli zatroszczyć się o ich treść. Rozmarzona aura “If Beale Street Could Talk” ze zdjęciami jakby podrasowanymi najmodniejszymi filtrami z Instagrama wcale nie pomagają zbudowaniu uniwersalnej historii o codziennych niesprawiedliwościach, które dotykają “kolorową” Amerykę. Punkt wyjściowy był niezły. Melodramatyczna miłość młodych, pięknych Tish i Fonny’ego pokazana została subtelnie i z dużą czułością, bo to kochankowie niewinni (aż do przesady) i darzący się szczerym uczuciem. Dla dziewczyny to w ogóle pierwsze tak poważne zauroczenie, emocjonalne i seksualne, więc tym bardziej brutalnie wybrzmiewa los, jaki spotkał tę dwójkę, która nawet nie miała okazji zweryfikować siły łączącego ich uczucia, praktycznie nie wychodząc poza idealną, pierwszą fazę związku. Oskarżenie Fonny’ego o gwałt, najprawdopodobniej tylko z powodu koloru jego skóry oraz ciąża Tish gwałtownie przerwały ich bujanie w obłokach i konstruowanie idylli wspólnego życia. Gdy ładny melodramat zamienia się w kino społeczne, gdzie Jenkins sprawia wrażenie aspirowania do miana lirycznej odpowiedzi na ogniste, rozemocjonowane kino Spike’a Lee, “If Beale Street Could Talk” staje się filmem postawionym na banalnych schematach i rasowych kliszach. Banał często równa się nuda i tak niestety też jest w tym przypadku.

 

W kinie: Werk ohne Autor (Berlinale)

werkohne

 

WERK OHNE AUTOR
LOLA at Berlinale 2019
reż. Florian Henckel von Donnersmarck

moja ocena: 6/10

 

Uważam, że krytyka po weneckiej premierze nowego filmu autora “Życia na podsłuchu” obeszła się z “Werk ohne Autor” zbyt surowo. Jasne, że to dzieło w swoim epickim rozmachu i tematycznej powadze pachnące powieściową naftaliną, ale narracyjnie poprowadzone bardzo koronkowo, inteligentnie i starannie. Trzy godziny minęły mi tu całkiem szybko. W filmie von Donnersmarcka równolegle rozwijają się dwa wątki, oba łączy osoba Kurta, którego poznajemy w przededniu wybuchu II wojny światowej jako małego, wrażliwego chłopca, od młodej ciotki odbierającego lekcje o sztuce. Elisabeth potrafiła z równą ekstazą traktować wyszydzane przez nazistowską władzę malarstwo abstrakcyjne oraz służbę Führerowi, ale jej ekscentryzm i anormalne zachowania potraktowano jako psychiczną chorobę. W III Rzeszy takie jednostki brutalnie eliminowano ze społeczeństwa. Postać Elisabeth na zawsze pozostanie mglistym, ale wiecznie żywym wspomnieniem w pamięci chłopaka. To ona ukształtuje jego artystyczną duszą, odchodząc z pola widzenia z przesłaniem, by Kurt nigdy nie odwracał wzroku. Zwłaszcza od tego, co piękne, bo prawdziwe. Minie sporo czasu, nim Kurt pojmie znaczenie tych doniosłych słów. Powojenne losy bohatera uwięzią młodego artystę najpierw w realnym socjalizmie DDR, później w karykaturalnych realiach zachodniej sztuki współczesnej, stanowiąc nader wyraźny komentarz o roli artysty i konieczności dopasowywania się do uwarunkowań społecznych. W dorosłym życiu Kurtowi towarzyszyć będzie Ellie, której ojciec ukrywa sekret z nazistowskich czasów związany z losami rodziny chłopaka. Nie trzeba było budować zależności pomiędzy postaciami w aż tak jaskrawy sposób. Bezbarwnemu stoicyzmowi Toma Schillinga w roli Kurta przeciwstawiona zostaje kiczowato demoniczna aura Sebastiana Kocha grającego ojca partnerki, żywiołowa dziwaczność Saskii Rosendahl (Elisabeth) walczy z przesłodzoną poczciwością imienniczki jej bohaterki, w którą wcieliła się Paula Beer. Najbardziej mnie jednak zaskoczyło, że von Donnersmarck nie poszedł prostą ścieżką do kojącego finału. Wiele krzywd w tej historii nie zostanie wyrównanych, nie każdy grzech rozliczony, nie wszystkie demony przeszłości uśpione. To film, który czasem w zbyt nadęty, ale przejmujący sposób mówi, że czasem łatwiej jest odnaleźć równowagę w życiu, aniżeli odzyskać i rozliczyć przeszłość.

 

W kinie: Fourteen (Berlinale)

fourteen

 

FOURTEEN
Berlinale 2019 – Forum
reż. Dan Sallitt

moja ocena: 7.5/10

 

Dan Sallitt to niezwykła postać – niezależny reżyser, krytyk filmowy, ale przede wszystkim zwariowany kinofil, który nawet prowadzi blog, gdzie z drobiazgowym podziałem na konkretne roczniki kolekcjonuje swoje ulubione tytuły. Pobieżne prześledzenie tych list pokazuje, skąd wzięła się ta niesamowita moc jego najnowszego dzieła. Zrealizowanej za mikroskopijny budżet nowojorskiej historii kobiecej przyjaźni, która rozpoczęła się, gdy bohaterki miały 14 lat (stąd właśnie tytuł filmu). My jednak poznajemy je już jako dwudziestokilkuletnie dziewczyny, powoli zamykające okres młodzieńczej beztroski i wchodzące w pełni dorosłe życie. W rozmowach Mary (Tallie Medel) i Jo (Norma Kuhling) dominują tematy związane ze znalezieniem stałej pracy oraz randki, gdzieś już ukierunkowane w stronę poszukiwań (raczej nieskutecznych) nieco bardziej poważnych związków. Szybkie spojrzenie na tę relację pozwala dostrzec jej wyraźną asymetryczność. To atrakcyjna blondynka Jo zabiera tu zdecydowanie więcej kumpelskiej przestrzeni, często szuka pomocy koleżanki, która zazwyczaj jest w stanie przełożyć ważną rozmowę z chłopakiem albo odwołać spotkanie z matką właśnie odwiedzającą miasto i popędzić na pomoc zdesperowanej przyjaciółce, ale sama Jo nie jest w stanie z taką samą atencją skupić się na Marze, wysłuchać jej ewentualnych problemów, służyć radą. Wraz z upływem czasu ten brak balansu w przyjacielskiej relacji zacznie uwierać Marę, ale Sallitt pokazuje tę zmianę przyjacielskiej relacji jako wynik naturalnego procesu dorastania bohaterki, instynktownego nabywania życiowej mądrości i innej perspektywy. To być może najbardziej precyzyjne, a jednocześnie autentyczne i bezpretensjonalne studium przyjaźni, jakie pojawiło się w kinie… kiedykolwiek? Epizodyczna, rozłożona na kilka lat struktura zbudowana ze skrawków życia bohaterek na różnych jego etapach ma w sobie coś cudownie urokliwego, zupełnie jak czarujące, skromne fabuły Honga Sang-soo, ale to te wszystkie super świadome i kapitalne inspiracje vintage kinem francuskim z lat 70. – Rohmerem, Doillonem, Akerman, Eustachem – czynią z “Fourteen” genialne w swej prostocie, ale wyrafinowane na poziomie detali kino o ładunku emocjonalnym najcięższego kalibru.

 

W kinie: Di jiu tian chang (Berlinale)

solongms

 

DI JIU TIAN CHANG
Berlinale 2019
reż. Xiaoshuai Wang

moja ocena: 7/10

 

Za fasadą epickiego, rozciągniętego na blisko cztery dekady kina, sagi o dwóch rodzinach i ich przyjaciołach, których na zawsze połączyła straszliwa tragedia, doświadczony Xiaoshuai Wang zawarł wyjątkowo gorzki i jednoznaczny komentarz na temat chińskiej polityki jednego dziecka. Nie oszczędził też rewolucji przemysłowej i zmian gospodarczych, jakie zachodziły w Państwie Środka. Jak u Jia Zhangke powroty bohaterów po latach do miejsc ich młodości służą obserwacji postępujących w niebotycznym tempie przemian. Na miejscu niegdysiejszych, tętniących życiem fabryk wyrosły szklane wieżowce i mieszkaniowe bloki z wielkiej płyty, ale kapitalizm nie obdarowuje wszystkich obywateli sprawiedliwie. Nie naprawia krzywd, nie koi cierpień w duszy. W kolorowej, przemysłowej okolicy w latach 80. splotły się losy dwóch małżeństw. Obie pary miały dzieci urodzone w tym samym czasie, pracowały w jednym miejscu, mieszkały niedaleko siebie na robotniczym osiedlu, ale syn Liyun i Yaojuna utonął w tragicznych okolicznościach, w co wmieszane było także dziecko ich najbliższych przyjaciół. Wybory, jakie dokonywała w życiu dotknięta dramatem rodzina, wymuszona często przez państwową politykę, sprawiały, że nigdy nie mogli spełnić się w roli rodziców. Nawet gdy już w zupełnie innych okolicznościach i czasie, po wielu latach, adoptowali niesfornego chłopca – ten zawsze sprawiał im więcej trosk i problemów, aniżeli na to zasługiwali. Ostatecznie do bolesnych, synowskich pożegnań w przypadku Liyun i Yaojuna dochodziło wiele razy. Rany w ich sercu i duszy nigdy nie mogły skutecznie się zabliźnić. Nie tylko dramatyczna strata dziecka najpierw połączyła w niemym pakcie dwa małżeństwa. W końcu rozdzieliła je też ekonomia. Czasy prosperity w fabryce dobiegały końca, niezbędna była redukcja załogi. Liyun i Yaojun opuścili okolicę, tracąc na lata kontakt z dawnymi przyjaciółmi, ale podobnie jak oni nie mogąc zapomnieć o tragedii z czasów ich młodości. Zdecydowali się na ascetyczną egzystencję na zdezelowanych przedmieściach, podczas gdy większość wybierała korzystniejszą opcję – przeprowadzkę do centrów największych miast, gdzie w latach 90. miał miejsce prawdziwy, gospodarczy boom. Liyun i Yaojun żyli obok tych procesów, wiecznie pogrążeni w żałobie i melancholii. Oraz w ubóstwie. Xiaoshuai Wang ciekawie opowiada swoją sagę. Dokonuje odważnych, bo nieoczywistych przeskoków czasowych. Jakaś teraźniejszość miesza się z przeszłością – zarówno tą szczęśliwą, jak i bolesną. Przyszłość z wyczekiwaną, kojącą dusze puentą losów bohaterów może dopiero kiedyś nadejdzie, niewykluczone że czas, dużo czasu, w końcu zagoi te rany. Dlatego trwające niemalże 3 godziny “So Long, My Son” to kino dość wymagające, potrzebujące uwagi widza, co pomoże połączyć filmowe puzzle w poruszającą całość, ale też zrozumieć odwagę Wanga w tak bezceremonialnym wystawieniu tego rachunku dla procesów i państwowej polityki, które za często zapominały o zwyczajnym człowieku.

 

W kinie: L’adieu à la nuit (Berlinale)

ladiu

 

L’ADIEU A LA NUIT
Berlinale 2019
reż. André Téchiné

moja ocena: 5.5/10

 

Catherine Deneuve (niezmiennie w świetnej formie!) jako stateczna właścicielka gospodarstwa z sadem i stadniną koni, którą po długiej nieobecności odwiedza wnuk. Alex wraz z pracującą w okolicy dziewczyną, swoją ukochaną, planuje poważną przeprowadzkę do Kanady. Muriel zauważa, iż chłopak bardzo się zmienił – jest ciągle poddenerwowany i kłótliwy. Babka wkrótce też odkrywa, że wnuk niedawno przeszedł na Islam. Tajemnic Alex ma znacznie więcej. André Téchiné w bardzo charakterystyczny dla siebie literacki i klasyczny sposób opowiada rodzinną historię, stawia przed bohaterami trudne, moralne dylematy do rozwikłania, które wiąże z bardzo aktualną na francuskim gruncie dyskusją o genezie i przyczynach tamtejszego radykalizmu zwłaszcza wśród młodych ludzi. Film proponuje ciekawą konfrontację bohatera, którzy już przeszedł drogę, jaką za chwilę ma obrać Alex. Szkoda tylko, że dość dużo dzieje się tu na poziomie deklaratywnym – w dialogach i konwersacjach, przez co “L’adieu à la nuit” sprawia wrażenie dzieła szkolnego i zbyt mało wyrazistego. Po prostu przyzwoitego kina obyczajowego. Tym bardziej szkoda wysiłków, bo Téchiné dostrzega społeczne procesy i potrafi je ładnie opisać w skomplikowanych, ludzkich losach.

 

W kinie: La Paranza dei Bambini (Berlinale)

paranza

 

LA PARANZA DEI BAMBINI
Berlinale 2019
reż. Claudio Giovannesi

moja ocena: 6/10

 

Są bardzo młodzi, czasem nawet piękni, na pewno bardzo ambitni. Co z tego, że te ambicje dotyczą zdobycia terenu w swojej dzielnicy Neapolu. Zastąpienia rządzących tu teraz dorosłych mafiozów własnym, kumpelskim gangiem. Ta młodociana grupa status młodzieżówki Camorry ma raczej nieoficjalny, nie pobierała z gangsterskiego fachu u starszych kolegów żadnych korepetycji, ale dzieciaki widziały jak po haracz rośli faceci z bronią regularnie wpadali do mało rentownych, drobnych biznesów ich rodziców. Wiedzą, skąd się bierze broń w dzielnicy i kto z kim znajduje się na wojennej ścieżce. Najbardziej spostrzegawczym w tym gronie jest 15-letni Nicola (Francesco Di Napoli), któremu jako pierwszemu zaświta w głowie myśl, by odebrać władzę starszym kolegom w dogodnych okolicznościach. Jak to zwykle bywa w przypadku produkcji opartych na prozie Roberta Saviano – niestrudzonego badacza i demistyfikatora neapolitańskiej mafii – pozwalają one wejść bardzo głęboko w przestępczy świat, prześledzić dokładnie jego mechanizmy, poznać motywacje. To dość klasyczny film ze społecznymi ambicjami uwrażliwienia na problem “wiecznie straconego pokolenia” (na miejsce tych zabitych i zamkniętych w więzieniach zawsze pojawia się ktoś, kto ich zastąpi – często coraz młodszy). Widowiskowe kino środka, bardzo żywe, całkiem wnikliwe i sprawnie zrealizowane. “La paranza dei bambini” zyskuje tyle na sugestywności, bo opowiada o bandzie dzieciaków, dla których wejście w mafijny świat do jedyna droga do spełnienia marzeń o modnych butach, drogich ubraniach i wystawnych imprezach w lokalnych dyskotekach. O zarobieniu szybkich pieniędzy, których nie zdobędą w inny sposób. Co bardziej przerażające, te nastolatki znają ryzyko, wiedzą, jaki koniec czeka je w tym fachu, ale mimo to wchodzą na przestępczą ścieżkę. Bezczelnie i bez skrupułów, bo innych perspektyw dla siebie nie widzą.

 

W kinie: Synonimy (Berlinale)

synonimy

 

SYNONIMY
Berlinale 2019
reż. Nadav Lapid

moja ocena: 6/10

 

Kino łączące w sobie cechy rozgorączkowanego manifestu, społecznej krytyki i artystycznego eksperymentu. Bardzo świeże i odważne w swojej krzykliwej formie. Tyleż ożywczej, ileż do bólu zmanierowanej. Nadav Lapid należy bez wątpienia jednego z ciekawszych, współczesnych filmowców, którego produkcje stanowią osobliwą formę filmowej sztuki. A o tym, że potrafi ona fascynować niech świadczy fakt, iż “Przedszkolanka” Lapida z 2014 roku doczekała się już swojego amerykańskiego remake’u. Docenionego w Sundance w roku ubiegłym, gdzie w rolę główną wcieliła się Maggie Gyllenhaal. Irracjonalność na granicy szaleństwa to wspólny mianownik większości bohaterów filmów urodzonego w Izraelu reżysera. W tych rejestrach oscyluje również psychika Yoava (Tom Mercier) – młodego, ładnego Żyda, który bez grosza przy duszy opuścił swoją ojczyznę, przyleciał do Paryża z postanowieniem zostania Francuzem. Gdy po początkowych trudnościach chłopak zostanie – dosłownie – odziany i nakarmiony przez parę zblazowanych Paryżan, Emile i Caroline, rozpocznie swoją misję z podręcznym słownikiem w ręce. Yoav uczy się słówek, chłonie miasto, spędza czas ze swoimi francuskimi wybawcami. Geneza jego łakomstwa we wchłanianiu obcej narodowości i zaprzeczeniu dotychczasowej kryje się w potoku słów i historii, które Yoav opowiada. Wyłania się z tych fantazyjnych opowieści obraz człowieka z głęboką traumą po doświadczeniu obowiązkowej służby w izraelskim wojsku, niezdolnego do pogodzenia się z sytuacją własnego kraju, będącego w stanie permanentnego zagrożenia. Wariactwo bohatera oddaje równie ekspresyjny montaż i niespokojna praca kamery – niemalże ciągle w ruchu, łapiącą nienaturalne kąty i Yoava w dziwnych sytuacjach. Stresujących, seksualnych, ale i żartobliwych. Lapid wychodzi jednak znacznie poza ramy kina o zagubionej tożsamości, gdzieś w połowie filmu ostro skręcając ku atakowi na państwa i instytucje. Krytyka to rozległa, bo dotyka zarówno ojczyzny reżysera, choć ta najbardziej widowiskowa objęła Francję z jej procedurami dla legalizujących swój pobyt emigrantów. Ten jakże ważki współcześnie wątek Lapid potraktował z zaskakująco przebojową swadą, więcej tu absurdalnego dowcipu niż wbijania szpil w urzędnicze konwenanse. “Synonimy” to pewno jeden z bardziej intrygujących tytułów tegorocznego Berlinale, który już zdążył podzielić festiwalową publikę. Przewiduje się nawet w tym przypadku nagrodę reżyserską dla Nadava Lapida. Pomimo świeżości i oryginalności jego filmowego głosu, mi się ten film wydał straszliwie zmanierowany i męczący. Śledząc z zaciekawieniem perypetie młodego Żyda na ulicach Paryża, towarzyszyło mi uczucie, że Lapid nadmiernie eksploatuje tę postać, a zwłaszcza grającego go z odwagą i chłopięcą naiwnością Toma Merciera. Formalne prowokacje szybko przestały dodawać mi zastrzyku adrenaliny. Z biegiem czasu stawały się coraz bardziej nieznośne. Inność w kinie to dobra rzecz, ale trzeba wiele wysiłku, by nie stanowiła ona sztuki dla sztuki.

 

W kinie: The Photograph (Berlinale)

photorb

 

THE PHOTOGRAPH
Berlinale 2019
reż. Ritesh Batra

moja ocena: 6/10

 

Ritesh Batra to człowiek znany z tego, że społeczne problemy Indii i klasowe podziały w tym kraju sprytnie wykorzystuje jako podstawę dla swoich melodramatów. Nie inaczej jest w “Photograph”, które brnie oczywiście w każdy możliwy schemat, w którym wykształcona dziewczyna z dobrego domu spotyka mężczyznę z prowincji, zarabiającego na życie robieniem zdjęć turystom, ale chyba jeszcze nigdy nie widziałam tak błyskotliwie samoświadomego melodramatu. Doskonale zdającego sobie sprawę z gatunkowych ograniczeń i ułomności scenariuszowych klisz, ale też z premedytacją z nich korzystających tej opowieści o delikatnym uczuciu i prawie do marzeń – własnych, a nie narzuconych rodzinnymi powinnościami. W filmie schowały się porozrzucane tu i ówdzie ironizujące drobiazgi, jak rozmowa przy kolacji, gdzie chłopiec zapytany, co będzie robił, jeśli nie zdobędzie wykształcenia, odpowiada, że zostanie aktorem. Po finał filmu z gatunku 10/10. Rozegrany w zapyziałym kinie, w którym pod nogami widzów przebiegają szczury. Puenta losów bohaterów z różnych społecznych klas nie idzie ani w stronę happy endu, ani końcówki wyciskającej ostatnią łzę, ale stanowi podany stanowczo i na chłodno komentarz do przewidywalnych, melodramatycznych rozwiązań. Zupełnie, jakby reżyser mówił, iż nakręcił taki film po raz ostatni. Ja mu zaś odpowiem: oby!