W kinie: Assassination Nation

assassnation

 

ASSASSINATION NATION
polska premiera: 23.11.2018
reż. Sam Levinson

moja ocena: 5.5/10

 

Perfekcyjnie zaprojektowany midnight movie – anarchistycznie energiczny, kolorowo kiczowaty, pretensjonalnie szalony, groteskowo krwawy, kąśliwie dowcipny. W wielu momentach psychodeliczny trip, rozpędzony w prowadzeniu akcji na zderzenie czołowe, więc lepiej mocno trzymać się siedzenia. Niestety to też film, który sili się na krytykę społeczną, stara się komentować współczesność poprzez uwypuklanie patologii konkretnych zjawisk – pozorności komunikacji i bliskości w dobie mediów społecznościowych, mocy fake newsów, irracjonalnego polaryzowania się opinii, głupoty jako najpoważniejszej choroby zakaźnej gatunku ludzkiego. W podejściu do tych kwestii “Assassination Nation” osiąga boleśnie licealny poziom. Taki, jaki reprezentuje sobą ogromna większość młodocianych bohaterów filmu – średnio rozgarniętych, egoistycznych pozerów ze szkoły średniej. Literalnie nie ma tu chyba ani jednej pozytywnej, sympatycznej postaci. Nawet dziewczęta, na które polowanie urządza sobie całe osiedle, mają swoje za uszami i trochę zasłużyły sobie na taki los. Produkcja Sama Levinsona powiela pomysły, na których stoi seria Purge (Noc Oczyszczenia), nie będąca przykładem szczególnie wyrafinowanego, pomysłowego kina rozrywkowego. W porównaniu do tych filmów “Assassination Nation” nie jest aż tak kwadratowe i łopatologiczne. Fajnie pomaga wrzucić na luz i wyłączyć myślenie.

 

W kinie: Mord

mord

 

MORD
Pięć Smaków 2018
reż. Shin’ya Tsukamoto

moja ocena: 6/10

 

Mała, rolnicza wioska na skraju lasu, w której wytchnienie od trosk wszelakich, w tym wojaczki z mieczem katana w ręku, znalazł ronin Tsuzuki. Bliskość natury, spokojna praca na roli, miła dziewczyna w sąsiedztwie, jej brat jako kompan w treningu sztuk walki, ale ta sielanka nie może trwać wiecznie. Dość szybko o uśpionego wojownika upomina się jego samurajska przeszłość i przyszłość uosabiana przez niejakiego Sawamurę – starszego ronina, który zbiera kompanów, by udać się na wojnę do Edo. Walka oznacza zabijanie, a to ewidentnie czynność, na którą alergię ma Tsuzuki. Chanbara eiga w autorskiej interpretacji Shin’yi Tsukamoto (Japończyk nie tylko wyreżyserował swój film, ale też został jego operatorem, napisał scenariusz i zajął się montażem) przybiera formę mocno rozedrganej (dosłownie – przez roztrzęsioną, nerwową pracę kamery) i rozhamletyzowanej tragedii antycznej. Wokół głównego bohatera dzieją się coraz to nowe dramaty, dotykające tych, na których powinno mu zależeć, a on sam zamiast ich bronić i chwycić za samurajski miecz,którym posługuje się w całkiem biegły sposób, niejako w obronie koniecznej, walczy sam ze sobą. Ten cały bagaż kultury i tradycji, którego elegancko unikał, teraz napiera na Tsuzukiego w najbardziej ekstremalny sposób, żądając nie tyle krwi i ofiary, ile tego, by samuraj spełnił w końcu swój samurajski obowiązek. Gdy “Mord” porusza się w rejestrach dramatu psychologicznego w kostiumie z epoki, Tsukamoto potrafi całkiem sensownie rozegrać emocje, rozdarcie i wątpliwości swojego bohatera. Nawet jeśli za dużo tu tego wspomnianego hamletyzowania. Jednak jego film jako próba odczarowania etosu samurajskiego kina, wydaje mi się – jak na tego twórcę – zbyt grzeczny i zachowawczy. Więcej krwi, szaleństwa, psychodelii. Mniej biegania po lesie z kamerą bez stabilizacji. Ktoś taki jak Tsukamoto powinien to wiedzieć.

 

Netflix: Ballada o Busterze Scruggsie

balladofbs

 

BALLADA O BUSTERZE SCRUGGSIE
polska premiera: 16.11.2018
reż. Ethan Coen, Joel Coen

moja ocena: 5.5/10

 

Nie lubię takich nowelowych filmów. Co działa np. w przypadku seriali (“Black Mirror”!), już niekoniecznie potrafi mnie przytrzymać przy ekranie w fabule pełnometrażowej. Taka produkcja właściwie nie ma rytmu, bohaterów, z którymi się można zżyć, a często też bywa tak, że jej elementy składowe względem siebie reprezentują diametralnie różny poziom. Dokładnie tak sprawy się mają z “Balladą o Busterze Scruggsie” – zestawem luźno powiązanych ze sobą nowelek, a właściwie powiązanych tylko tym, że ich akcja rozgrywa się na mitycznym Dzikim Zachodzie. Rozbawiła mnie część tytułowa, a w “The Gal Who Got Rattled” widziałam potencjał na wspaniały antywestern filozoficzny. Filmowa nowelka z Zoe Kazan przypomina najlepsze fragmenty twórczości braci Coen – z ich kąśliwością i przewrotnością na czele. Zresztą w każdej opowieści czuć ten coenowski duch, ale nie wszędzie robi on równie ożywcze, piorunujące wrażenie jak w “The Gal Who Got Rattled”. Ostatecznie trochę też nie rozumiem decyzji, by produkcję zaplanowaną jako serial zamknąć w tak poszatkowanej, filmowej fabule. Wręcz czuję, że “Ballada o Busterze Scruggsie” jako zamknięty miniserial lepiej pasowałaby i do portfolio platformy, która za nią zapłaciła, i do emploi twórców, którzy doskonale wiedzą, jak dekonstruować popularne schematy gatunkowe i nie kłaniać się amerykańskim mitologiom.

 

W kinie: Hotel nad rzeką

hotelbytr

 

HOTEL NAD RZEKĄ
Pięć Smaków 2018
reż. Hong Sang-soo

moja ocena: 5.5/10

 

Na pewno niewielu jest twórców z tak fajnym dystansem do samego siebie – zarówno jako człowieka, jak i filmowego twórcy – jak Hong Sang-soo, który z autobiograficznych epizodów i anegdot uczynił esencję swojego kina. Nie wymaga ono horrendalnych nakładów finansowych czy wielogodzinnych prac nad scenariuszem. Wystarczy zebrać aktorów i ekipę oraz nakreślić im ogólne ramy fabularne historii. Na pewno tak samo wyglądało to przy “Hotelu na rzeką”. Koreańczyk zebrał swoich stałych współpracowników w malownicze okolice Namyangju, gdzie mroźną, zimową porą w ładnym hotelu nad chwilowo lodowatą rzeką spotykają się sympatyczni wykolejeńcy – ojciec i jego dwóch dorosłych synów oraz dwie, samotne przyjaciółki. Czas mija im na ulotnych small talkach i niewymyślnych posiłkach z obowiązkowym elementem procentowym, w trakcie których zza kontuaru towarzyskiego ceremoniału nieśmiało wychylają się te wszystkie smutki, żale, rozczarowania aż do – jak na Honga – bardzo depresyjnego finału. Tę opowieść Koreańczyk zbudował na powtarzających się w kółko mikroscenkach, mijaniu i spotykaniu się bohaterów, ale tym razem porzucił on też pogodny nastrój i naturalny humor, który prawie zawsze te improwizowane fabułki napędzały (choć akurat bardzo zabawny był ten kwadratowy zoom tu i ówdzie). Ja zdecydowanie wolę go w tej innej wersji, bo melancholijny Hong wydaje mi się jednak nieco zbyt pusty i zimny. Zupełnie jak ta okolica hotelu nad rzeką.

 

Filmowe Okno na Świat s03e04

krysztal

 

KRYSZTAŁ
reż. Darya Zhuk
Białoruś, Rosja, Niemcy
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

Zadziorna Alina Nasibullina jako kolorowy ptak uwięziony w klatce absurdów i zacofania czasów białoruskiej transformacji. Debiutantka Daria Żuk pięknie odmalowała swoją barwną bohaterkę – chodzący w czerwonych rajtuzach i chabrowym szaliku pomnik nieposkromionego indywidualizmu – na tle przygnębiającej szarzyzny postkomunistycznego kraju. Dziewczynę, która porzuciła prawniczą karierę, by grać house’owe kawałki w magazynach załadowanymi artefaktami z poprzedniej epoki, udającymi dyskoteki. Śniącą niepoprawny, amerykański sen, na drodze którego stoi tylko proces wizowy i jeden telefon z ambasady, który zadzwoni na przypadkowy numer i który niestety trzeba odebrać (i potwierdzić zawarte we wniosku kłamstewka) w mieścinie nieco odległej od Mińska. A tam wcale nie jest ciekawiej niż w mieście, bo na tej prowincji za pracę ludziom płaci się kryształowym szkłem, a na wesele łowi ryby dynamitem pod osłoną nocy. Mało tu przestrzeni dla życzliwości, jeszcze mnie dla jednostkowej wolności. Jak Żuk to wszystko pięknie wybalansowała – przebojowy humor groteskowej rzeczywistości zakleszczonej między starym i nowym oraz cichy dramat tych, którzy mają śmiałość, by marzyć o czymś większym niż ślub z obowiązku i nudnie bezpieczna posada w państwowej instytucji. Białorusinka zrobiła atrakcyjne kino kobiece oraz zarazem bardzo błyskotliwe i donośne w swym uniwersalnym, społecznym przesłaniu. Takie kobiety za konsolety, takie kobiety za stery kamery!

 

kiedydrzewa

 

KIEDY DRZEWA PADAJĄ
reż. Marysia Nikitiuk
Ukraina, Polska, Macedonia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Gorące lato na ukraińskie wsi spokojnej, ale już nie tak wcale wesołej. Duchota doskwiera tu wszystkim, ale najbardziej nastoletniej Larysie, której namiętny romans z miejscowym łobuzem spotyka się z bezceremonialną dezaprobatą jej najbliższych. Dziewczyna kocha chłopaka i on też chyba darzy ją uczuciem, ale wrogość i zawiść otoczenia wlewa gorzką truciznę do tego związku. Gdy bliżej się przyjrzeć tym ludziom, widać w ich oczach i postawie nie tylko rezygnację, ale zgorzknienie, które wykiełkowało w ich duszach, kiedy to sami w przeszłości poddali się zamiast walczyć o własne marzenia. Larysa ma jeszcze w sobie trochę siły i dużo złości, by się buntować, ale to walka z gatunku sama przeciw wszystkim. Debiutantka Marysia Nikitiuk chciała trochę za bardzo, rozgałęzia wątki zamiast skupić się na tym, co w jej fabule najmocniejsze. Reżyserka z Kijowa ma talent do atrakcyjnego łączenia poetyckiego realizmu magicznego z surową obserwacją społeczną, do patrzenia na bezduszność świata z perspektywy dorosłej i dziecięcej, robienia kina pełnego pasji i uczuć. Dzięki obecności za kamerą Michała Englerta, który wykonał tu wspaniałą robotę, umiejętności i styl Nikitiuk mogły wybrzmieć z odpowiednim impetem – naturalnie i szlachetnie, bo ten film chłonie się przede wszystkim zmysłami, zwłaszcza oczami, i sercem.

 

gorasulejm

 

GÓRA SULEJMANA
reż. Elizaveta Stishova
Kirgistan, Rosja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Dramat kobiet w zimnym piekle gór Kirgistanu, które bez mężczyzn nie znaczą nic, co najbardziej przejmujące – nawet we własnych oczach. Porzucona przez męża dla innej, młodszej kobiety Zhipara podejmuje desperacki krok, by odzyskać Karabasa. Zabiera z sierocińca chłopca, który najbardziej przypomina ich zaginionego w tajemniczych okolicznościach synka i tak zwabia mężczyznę do siebie. Dość szybko staje się jasne, że małżonek nie jest wart jej miłości. To pijak, hazardzista i mitoman, który nie jest w stanie zadbać o nikogo, a jednak kurczowo trzyma się jego zarówno Zhipara, jak i jego nowa, ciężarna partnerka. Zamiast budować zdrowe, międzyludzkie relacje, ten egzotyczny tercet pogrąża się w patologiach i nieszczęściu. Urodzona w Moskwie debiutantka Elizaveta Stishova błyskotliwie połączyła dramatyczną historię rodzinną z folklorem kirgiskiej prowincji. Tytułowa Góra Sulejmana to miejsce lokalnych pielgrzymek – symbol nadziei na odmianę losu i duchowego oczyszczenia. Zhipara czyni się samozwańczą kapłanką tego miejsca, przekonując, że może pomóc innym, ale w pierwszej kolejności nie jest w stanie pomóc sama sobie. Wszyscy ostatecznie znajdują się w tym filmie w sytuacji bez wyjścia. Stishova nie tworzy jednak obrazu totalnej beznadziei, pokazując, że pod kupą brudu i moralnego błota może przetrwać i kobieca solidarność, i dziecięca niewinność.

 

W kinie: Młodość

youthch

 

MŁODOŚĆ
Pięć Smaków 2018
reż. Xiaogang Feng

moja ocena: 6.5/10

 

Nostalgiczny fresk o dojrzewaniu oraz kolorowa laurka wystawiona czasom młodości durnej i chmurnej, nawet jeśli przeżywanej pod parasolem brutalnego, komunistycznego reżimu. Urocza i ciepła w podejściu do bohaterów – wkraczających w dorosłość dzieciaków skupionych wokół chińskiego zespołu Mazowsze (Mazurek, hehe) u schyłku rządów wielkiego Mao. Dostarczających kulturalną i zgodną z linią partii rozrywkę dla żółnierzy. Wdziera się w tę opowieść czasem zbyt wiele nadmiernie literackich schematów, czasem przesadza z patosem, inny razem z ckliwymi podsumowaniami. Irytuje też egzaltowana narracja z offu i ewidentnie zbyt ładna inscenizacja najpierw wojskowych koszarów / internatu, później nawet frontu wojny chińsko-wietnamskiej, ale pięknie ten przytulny obraz młodzieńczej sielanki przełamują wyjątkowo smutne, poruszające tony. Mimochodem napomknięte opowieści o umierających samotnie w obozach reedukacyjnych rodzicach, dzieciństwie spędzonym w brudzie i biedzie, dla którego jedyną alternatywą jest przynależność do wojskowego zespołu tanecznego i mechaniczna służba okrutnemu systemowi. Niezgrabna konfrontacja absurdu artystycznego widowiska i krwawego spektaklu wojny, ale robi ona jednak solidne wrażenie. “Młodość” oddycha wymyślną epiką z rozliczeniowym rozmachem, ale widać, że to też obraz przepełniony osobistymi doświadczeniami i wspomnieniami swoich twórców. Ogląda się to świetnie i zupełnie mnie nie dziwi, że był to jeden z najważniejszych, azjatyckich filmów poprzedniego sezonu.

 

W kinie: Góra (AFF)

gorara

 

GÓRA
9. American Film Festival
reż. Rick Alverson

moja ocena: 4.5/10

 

Znakiem rozpoznawczym kina Ricka Alversona jest jego nieprzyzwoita uciążliwość. To nie są seanse ani miłe, ani przyjemne. Bywają nieznośne, męczące, irytujące, zmanierowane. Ten niemożliwy, autorsko wyzywający styl miał jednak swój osobliwy urok oraz magiczną siłę przyciągania. “Komedia” czy “Rozrywka” to jedne z najbardziej oryginalnych tytułów tej dekady, których forma narzuca ich rozpatrywanie w kategorii brutalnego zjawiska czy ekstremalnego doznania. I tak “Góra” proponuje znów kino mocnych wrażeń abstrakcyjnych i przeżyć ekstrawaganckich. Zamknięty w statycznych, surowych retro kadrach obraz o poszukiwaniu ojca w zastępstwie tego, który właśnie odszedł. Bo samotność potrafi wywiercać dziury w głowie. Film o dorastaniu i uczeniu się dorosłości pod okiem zatracającego się w swojej pracy lekarza psychiatry. Cel przecież uświęca środki. Fabuła o próbie poznania tajemnic ludzkiego umysłu i w ogóle o tylu jeszcze kwestiach, że naprawdę wierzę Jeffowi Goldblumowi, gdy twierdzi, że ta “Góra” to jedna z najlepszych produkcji, w jakich przyszło mu uczestniczyć. Tyle tylko, że to wszystko, czym do tej pory imponował mi Alverson, w jego nowym dziele wygląda tak strasznie sztucznie. Te minimalistyczne kadry niby takie ładne i stylowe, naszpikowane symbolami i tropami interpretacyjnymi (z tytułową górą na czele), a jednak potwornie i na siłę zainscenizowane. Bohaterowie z papieru, nieżywi i bezbarwni, jak nierzucające się w oczy artefakty rozstawione na komodzie, więc też ich poczynania w ogóle mnie nie obeszły – nie odrzuciły, nie zaintrygowały, tylko najzwyczajniej znudziły. Po Alversonie spodziewałam się wszystkiego, ale najmniej tego, że zrobi film tak totalnie nieinteresujący.

 

W kinie: To Dust (AFF)

todust

 

TO DUST
9. American Film Festival
reż. Shawn Snyder

moja ocena: 6.5/10

 

W przypadku Shmuela (znany z “Syna Szawła” Géza Röhrig), chasydzkiego Żyda, metafizyczny kontekst śmierci jest jasny i nie budzi żadnych pytań. Wyjaśniono mu to dokładnie w trakcie edukacji w chederze i jesziwie za młodu. To ten jej – nomen omen – przyziemny, biologiczny aspekt zaprząta głowę pobożnego Chasyda, który niedawno został wdowcem. Po stracie ukochanej żony Shmuel nie potrafi powrócić ani na łono wspólnoty, ani rodziny i być ponownie ojcem dla swoich młodych synów. Interesuje go jedynie postępujący rozkład ciała małżonki, pochowanej w ziemi zgodnie z ortodoksyjnym rytuałem i jej ewentualne pośmiertne cierpienia z tym związane. Nieco przypadkowym przewodnikiem po świecie nauki, w tym chemii organicznej i patomorfologii, zostanie dla Shmuela Albert (Matthew Broderick) – niezbyt wybitny nauczyciel z publicznego liceum. Zderzenie dwóch światów – żydowskiego mistycyzmu i naukowej prozy – to siła napędowa filmu Shawna Snydera, z której wynika cała masa uroczo zabawnych sytuacji i scenek rodzajowych. Ale pod tą powierzchnią sympatycznej komedii kryje się też ładne, prostolinijne kino o przeżywaniu żałoby i godzeniu się ze stratą bliskiej, ukochanej osoby. Wiadomo bowiem, że całe “śledztwo” Shmuela i Alberta nie służy pożegnaniu czy upamiętnianiu zmarłej, ale tym, których ta przedwcześnie za sobą pozostawiła. Proces żałoby zdaje się być równie niezbadany i tajemniczy, jak proces rozkładu ciała w ziemi – twierdzi Snyder, czyniąc z “To Dust” jedną z najbardziej dosłownych i oryginalnych zarazem ekranizacji stwierdzenia z prochu powstałeś i w proch się obrócisz.

 

Netflix: Outlaw King

outlawking

 

OUTLAW KING
polska premiera: 9.11.2018
reż. David Mackenzie

moja ocena: 5.5/10

 

Tę filmową lekcję średniowiecznej, szkockiej historii kino popularne zakończyło na epickim “Braveheart”, gdzie Mel Gibson wcielał się w rolę Williama Wallace’a – narodowego bohatera Szkotów, którego rozsławiło zorganizowanie powstania przeciwko Anglikom. Wallace umiera w Londynie jakiś czas po tym, jak upada jego narodowościowy zryw. Rok później królem Szkocji zostaje Robert I Bruce (Chris Pine), który jest właśnie bohaterem filmu Davida Mackenzie, choć zaczyna się to wszystko trochę wcześniej. W wyniku szkockich klęsk w walkach z Anglikami, w tym zwłaszcza przegranej bitwy pod Dunbar, szkocka arystokracja zmuszona jest potwierdzić swoje wiernopoddaństwo wobec angielskiego króla Edwarda I i podpisać odpowiedni dokument. Do historii przeszedł on pod nazwą “szmatławego rejestru”, zaś kulisy tego wydarzenia stanowią punkt wyjścia dla “Outlaw King”, bo wśród sygnatariuszy wstydliwego porozumienia był także Robert Bruce. Zanim Szkot koronuje się na króla, jako podrzędny szlachcic i posiadacz ziemski, przez kilka lat będzie wiódł w miarę spokojne życie. Będzie wychowywał córkę oraz poślubi nastoletnią Irlandkę Elżbietę de Burgh (Florence Pugh). Czasy jednak są wyjątkowo niespokojne, a sytuacja robi się jeszcze bardziej burzliwa, gdy na prowincję dociera informacja o egzekucji Williama Wallace’a. Nie chcę tutaj gloryfikować “Braveheart”, które filmem było raczej przeciętnym, ale w swojej kategorii stanowiło świetne, pełne pasji i rozmachu widowisko historyczne, ale w porównaniu do niego produkcja Netflixa to realizacja i poziom emocji trochę jak w teatrze telewizji. Skądinąd sympatyczny i dostojny w swojej roli Chris Pine nie ma choćby kszty charyzmy Mela Gibsona (a to Robertowi Bruce’owi nadano przecież przydomek “Waleczne Serce”, nie Wallace’owi), zaś jego postać to po prostu poprawnie napisany bohater. Wokół niego funkcjonuje młoda żona, której wierność mężowi zostanie sztampowo wystawiona na najcięższą próbę oraz młody następca tronu Edward II (Billy Howle), który od samego początku w bolesnym schemacie staje się klasycznym, choć wyjątkowo mdłym antagonistą głównego bohatera. Może “Maria, Królowa Szkotów” okaże się ciekawszym filmem?

 

W kinie: Listopad

listopad

 

LISTOPAD
polska premiera: 2.11.2018
reż. Rainer Sarnet

moja ocena: 6.5/10

 

Najprawdopodobniej najbardziej oryginalny, art-house’wy film, jaki w tym roku obejrzycie na ekranach polskich pochodzi z małej i niepozornej Estonii, choć złożyło się też na niego parę bogatszych kinematografii jak holenderska czy polska. Zapewne efektem jest ostatniej współpracy jest muzyka Jacaszka – rodzimego tuza minimalistycznej elektroniki, który ze swoim onirycznym stylem doskonale wpisał się w filmową baśń Rainera Sarneta. Baśń, przy której najmroczniejsze fragmenty z braci Grimm wyglądają całkiem niewinnie. “Listopad” tworzą fabularne elektrony, które zderzają się na siebie, tworząc wielowątkową, odrealnioną historię, w której tyle samo miejsca poświęca się snuciu miłosnej opowieści, ile społecznej obserwacji ludzi (prowincjonalnych) i czasów (trudnych). Pogańska tradycja przeplata się w filmie z wyrafinowaną metafizyką i fascynującym, wiejskim folklorem, realizm miesza z fantastyką (otwarcie!), zaś chrześcijańska wrażliwość z ludyczną emocjonalnością. Nawet tytuł zdaje się tu mieć swoje ukryte znaczenie – miesiąc uważany za najbrzydszy w ciągu roku, kojarzący się z przedzimowym ziąbem, szarą aurą i ponurymi nastrojami. Świat w “Listopadzie” na pewno do najcudowniejszych i najprzyjemniejszych nie należy, ale pięknie został pokazany w klimatycznych, monochromatycznych obrazach Marta Taniela. To film do podziwiania – jak dzieło sztuki w galerii, który jednocześnie swoją wysmakowaną formą imponuje, ale też jest jej zakładnikiem.