W kinie: Kobieta idzie na wojnę

womanat

 

KOBIETA IDZIE NA WOJNĘ
polska premiera: 21.06.2019
reż. Benedikt Erlingsson

moja ocena: 6.5/10

 

Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) to superbohaterka na miarę naszych, popapranych czasów. Za dnia odgrywa rolę wartościowej, acz całkowicie zwyczajnej członkini małej społeczności – dyryguje chórem i chce adoptować dziecko. Ma też drugie oblicze fanatycznej, ekologicznej aktywistki, która w partyzanckim stylu, uzbrojona w łuk i strzały regularnie zakłóca działanie linii wysokiego napięcia, sabotując w ten sposób działalność lokalnej fabryki. Pozostaje nieuchwytna i niezidentyfikowana, bo potrafi sprytnie, w stylu Rambo, zorganizować sobie ucieczkę z miejsca akcji. Siłą filmu Benedikta Erlingssona jest jego wyborna bezpretensjonalność wynikająca z błyskotliwego scenariusza. Orzeźwiający humor i skandynawski absurd uosabiany zwłaszcza przez kontrapunktującą rozwój wydarzeń orkiestrę służą tej opowieści, całkowicie pozbawiając ją nadętego, moralizatorskiego tonu. Być może – w ramach dobrych chęci, by uatrakcyjnić jeszcze bardziej fabułę – wprowadzono do filmu zbyt wiele wątków, lekko rozrzedzających to, co w nim najistotniejsze. Bo Halla, kobieta, która poszła na wojnę, pomimo swojej zbuntowanej natury uczy pokory, empatii i szacunku wobec świata i ludzi. Pokazuje, że zmianę można zacząć od siebie, w swoim najbliższym otoczeniu, niekoniecznie uprawiając łobuzerski survival w kamuflażu. “Kobieta idzie na wojnę” to kino społeczne, jakiego potrzebujemy i które powinniśmy oglądać, wyciągając z niego odpowiednie wnioski zanim będzie na to za późno.

 

W kinie: Anna

annalb

 

ANNA
polska premiera: 28.06.2019
reż. Luc Besson

moja ocena: 4.5/10

 

“Anna” stanowi kolejne ogniwo w filmowych fantazjach Luca Bessona, wariację jego ukochanej heroiny – (super)bohaterki pełnej sprzeczności. Silnej, ale kruchej. Ekstremalnie kobiecej, ale z twardym, męskim charakterem. Czasy się zmieniają, ale nie zmienia się francuski reżyser. Dlatego tradycyjnie traktuje Annę (Sasha Luss) z typową dla siebie mieszanką szowinizmu i fascynacji jej kobiecością. Więcej tu zachwytu nad słowiańską urodą dziewczyny niż sugerowaną fabularnie jej wyjątkową inteligencją i perfekcyjnym wyszkoleniem wojskowym. W końcu przecież najskuteczniejszą bronią Anny okazują się jej wdzięki, dzięki którym uwodzi mężczyzn stojących po różnych stronach barykady w gorącym okresie politycznych przemian lat 90. Besson nie czuje się dobrze w schemacie klasycznego kina szpiegowskiego. Nie korzysta z historycznego kontekstu, po który sięgnął. Nie potrafi wciągnąć w intrygę widza. Nie wie nawet, co zrobić, by zgrabnie ją poprowadzić. Odtwórcy męskich ról nie mają w tym filmie nic do zagrania, a to przecież Luke Evans i Cillian Murphy! Poza Anną jedyną postacią, której wyhodowano jakieś scenariuszowe korzenie jest grana przez Helen Mirren Olga. Mam też mieszane uczucia co do Sashy Luss, która na ekranie na pewno efektownie wygląda, w scenach akcji prezentuje się nienagannie jakby akrobatyka z nożami czy pistoletem nie różniła się niczym od spacerów po wybiegu w Mediolanie, ale tam, gdzie trzeba pokazać jakieś emocje (np. wątki romansowe), jest sztywna jak manekin na wystawie H&M.

 

W kinie: Krew Boga

krewboga

 

KREW BOGA
polska premiera: 14.06.2019
reż. Bartosz Konopka

moja ocena: 4.5/10

 

Na próżno szukać we współczesnym kinie tak mistrzowskiego wizualnie, ambitnego i śmiałego w swojej artystycznej wizji dzieła jak “Krew Boga” Bartosza Konopki. Oraz filmu, który pomimo swojego wizjonerstwa poniósłby jednocześnie tak bolesną porażkę. Surowy ekspresjonizm wzięty z “Valhalla Rising” Refna, filozoficzne rozważania kalibru “Milczenia” Scorsese, ale efekt bliżej katastrofalnego “Walsera” Libery aniżeli głębokiego kina religijnego niepokoju. Do krainy pogan przybywają dwaj misjonarze. Ich celem jest nawrócenie mieszkańców tej ziemi, jeśli ich misja się nie powiedzie, królewskie wojska bezwzględnie spacyfikują to terytorium. Ludzi kościoła od celu oddala nie tylko językowa bariera, jaka dzieli ich i tubylców, ale też konflikt o wizję szerzenia wiary. Każdy z nich widzi ją bowiem inaczej. Willibrord (Krzysztof Pieczyński) woli przemawiać krzykiem i budować świątynie, podczas gdy Jan (Karol Bernacki) stawia na relacje, empatię i miłość, tworząc zupełnie niematerialną wspólnotę. Rozwój tej konfrontacji dość szybko okazuje się drogą donikąd. Staje się ona jałowa i trywialna. Poważne teologiczne rozważania łatwo zamieniają się w prostacką rywalizację sił dobra i zła. Problemem “Krwi Boga” jest też obraz samych pogan – ludzkiej masy bez właściwości lub – jeśli ktoś woli – prymitywnych dzikusów jak w amerykańskich westernach. To, co dobre w filmie Konopki ogranicza się do jego strony wizualnej. Nowatorskiej pracy kamery, tworzącej frapującą, psychodeliczną atmosferę. Zniewalającej, ziemistej szarości obrazów, balansującej pomiędzy ponurą baśnią a brutalnym realizmem. Cholerycznych zbliżeń zwłaszcza na ludzkie twarze, w których kryje się jakaś fatalistyczna tajemnica. Bez solidnej fabuły to wszystko staje się jednak “sztuką dla sztuki” – pustą stylizacją i kunsztownym kaprysem.

 

W kinie: Rocketman

rocketman

 

ROCKETMAN
polska premiera: 7.06.2019
reż. Dexter Fletcher

moja ocena: 6/10

 

“Rocketman” leży półkę wyżej (sporo wyżej) niż arcy nudne “Bohemian Rapsody”, które było nie tylko irytująco schematycznym biophiciem, ale też ewidentnie nie umiało sobie poradzić z niejednoznaczną biografią swojego bohatera. Dexter Fletcher nie popełnił przynajmniej tego pierwszego błędu. Barwna historia jednej z najbardziej niezwykłych gwiazd światowego popu w “Rocketman” przyjmuje postać efekciarskiego widowiska, przyjemnie kiczowatego wodewilu zaaranżowanego z iście barokowym rozmachem. Oczywiście odnosi się do konkretnych epizodów z życia (zwłaszcza wczesnych jego etapów) Eltona Johna, ale traktuje je raczej jako pretekst, by pokazać więcej kolorów, kostiumów, okularów, świecidełek. By móc zaśpiewać na ekranie jak najwięcej piosenek (niekoniecznie zaprzątając sobie głowę chronologią ich powstawania) i wykonać jeszcze więcej energetycznych sekwencji tanecznych. Oraz by to wszystko harmonijnie wpisywało się w filmową, musicalową formułę. W takich realiach doskonale odnalazł się Taron Egerton, który nie tylko prezentuje tu imponującą charyzmę sceniczną, ale przede wszystkim nie odtwarza postaci, ale ją dość autorsko interpretuje. Bezkonfliktowo wtłacza ją w konkretną, gatunkową konwencję, która dodatkowo szalenie pasuje do kogoś takiego jak Elton John. Niby bywa dramatycznie, odwyk i trudne dzieciństwo bez miłości to smutne rzeczy, ale to jednak rozrywka. W najczystszej, bombastycznej i też trochę infantylnej postaci. Idzie ten film drogą – zwłaszcza scenariuszowo w przypadku paru wątków – na skróty. Często brakuje mu odwagi, by być mniej bajką, a bardziej pełnokrwistą, nawet jeśli bardzo kolorową opowieścią o poszukiwaniu miłości, samozatraceniu, upadku i odrodzeniu, męskiej przyjaźni. Ale mają tu tego Egertona – autentycznego, kapitalnego showmana godnego postaci kalibru Eltona Johna, który tą rolą wystrzelił się w absolutny kosmos.

 

W kinie: Królowa Kier

queenofh

 

KRÓLOWA KIER
polska premiera: 7.06.2019
reż. May el-Toukhy

moja ocena: 6.5/10

 

Anne (Trine Dyrholm) i Peter (Magnus Krepper) tworzą szczęśliwe małżeństwo, wychowujące córki bliźniaczki w nowoczesnym, pięknym domu na skraju lasu. Są rodziną jak z obrazka, której układa się także w życiu zawodowym. On jest lekarzem, ona – prawniczką z pasją walczącą zwłaszcza o prawa młodych ofiar seksualnych przestępstw. Harmonijną, rodzinną egzystencję przerywa niespodziewane pojawienie się Gustava (Gustav Lindh) – 17-letniego syna Petera z pierwszego małżeństwa. Ojciec zaprasza krnąbrnego i mającego problemy z prawem syna pod swój dach. Choć chłopak nie darzy sympatią macochy, nakryty przez nią na kłamstwie, zawiera z nią ciche porozumienie. W zamian za dochowanie tajemnicy obiecuje angażować się w życie domu. Wydaje się, że wszyscy mogliby żyć długo i szczęśliwie, że Anne wikła się w romans z Gustavem. Wiedziona pożądaniem, znudzona małżeńską rutyną, zbyt często samotna we własnej, mieszczańskiej idylli kobieta inicjuje sytuację, która do katastrofy może doprowadzić jej życiową wygodę i tak misternie budowane latami rodzinne szczęście. To jednak nie autodestrukcyjny pęd bohaterki buduje napięcie filmu, ale moment, gdy wygrywany na wirtuozerskiej głębi postaci Dyrholm i subtelnej bierności (nigdy zaś szczenięcej niewinności!) Lindha dramat psychologiczny zmienia się w ciernisty thriller o skutkach decyzji podejmowanych z pozycji siły jednej strony wobec drugiej. I jak ta uprzywilejowana strona nie cofnie się przed niczym, by ochronić wszystko to, co naraziła swoim impulsywnym, amoralnym zachowaniem. W przypadku Anne zwłaszcza jej zawodowa rola staje się straszliwie fałszywa. Wszak w wyniku działań kobiety ofiarą, na którą każdego dnia może natknąć się w biurze, staje się jej nastoletni kochanek. Choć to akurat zupełnie zbędny dodatek do charakterystyki głównej bohaterki, buduje dodatkowy kontekst, który to przekraczanie kolejnych granic przez Anne czyni jeszcze bardziej perfidnym i nagannym. “Królowa Kier” ostatecznie pozostawia widza w dużym dyskomforcie. Idzie przecież zupełnie pod prąd utartym w popkulturze schematom napastnika i ofiary. Z odwagą buduje okoliczności pokazujące, że władza może demoralizować niezależnie od płci. I niestety też, jak trudno z tym słabszym się utożsamić, nie mówiąc już o pociągnięciu do odpowiedzialności tego, kto dopuszcza się karygodnych czynów, a świadomie i bezwzględnie korzysta z dobrodziejstw własnego statusu społecznego.

 

Miesiąc w muzyce: maj 2019 (piosenki)

PIOSENKI MAJA

number1
hatchie2

Hatchie — Obsessed
Keepsake LP, 2019
Try this!

 

number2
morabeza

Morabeza Tobacco – Orinoco
Morabeza Tobacco LP, 2019
Try this!

 

number3
beatyqueen

Beauty Queen – The Only One
Out of Touch EP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

NOIA – Ciudad del Humo (Crisàlida EP) Try this!
[muzyka elektroniczka] [nocne brzmienie]

Yuno – Sunlight (Crisàlida EP) Try this!
[lo-fi pop] [zaraża energią]

Clairo – Bags (Immunity LP) Try this!
[indie pop] [młoda muzyka]

Michelle Gurevich – Fatalist Love (Exciting Times LP) Try this!
[mroczne electro] [dekadenckie retro]

Girl in Red – Dead Girl in the Pool (7”) Try this!
[indie pop] [dowcipnie]

Tertia May – Twenty Two (7”) Try this!
[modernistyczny pop] [lekka dekonstrukcja]

Keep Shelly in Athens – Sunny Day (Sunny Day EP) Try this!
[atmosferyczna elektronika] [pogodne brzmienie]

DJ Seinfeld – Electrian (7”) Try this!
[muzyka syntezatorowa] [nowe brzmienia]

In Mirrors – Human (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [80s vibes]

Banks – Gimme (7”) Try this!
[klubowy pop] [muzyka elektroniczna]

Francis Lung – 2 Real (A Dream Is U LP) Try this!
[indie pop] [pogodne brzmienie]

Ronika – Loved Up (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [retro electro]

Kindness feat. Seinabo Sey – Lost Without (7”) Try this!
[pop] [soulujące brzmienie]

Belau feat. Sophie Barker – Essence (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [leniwa niedziela]

MorMor – Some Place Else (7”) Try this!
[liryczny soul] [muzyka nastrojowa]

Japan, Man – Stop Staring (7”) Try this!
[lofi pop] [młoda muzyka]

Tycho – Pink & Blue (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [subtelna przebojowość]

Sorcha Richardson – Don’t Talk About It (7”) Try this!
[pop] [zadziornie]

Charlotte OC – Better off on My Own (7”) Try this!
[pop] [przebojowa charyzma]

Kobina feat. Obskur Mond – Shogani (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [letnie brzmienie]

Florrie – Borderline (7”) Try this!
[pop] [kobiece brzmienia]

***
posłuchaj na YT

W kinie: It Must Be Heaven (Cannes)

itmustbeh

 

IT MUST BE HEAVEN
Festival de Cannes 2019
reż. Elia Suleiman

moja ocena: 7.5/10

 

Wracający po 10 latach uroczy komediant, Elia Suleiman, wyjeżdża z Palestyny, by szukać nowego domu. Rozbrajające swoją lekkością i bezpretensjonalnym humorem “It Must Be Heaven” tłumaczy też, dlaczego ten nietuzinkowy reżyser tworzy filmy tak rzadko. W Nazarecie granemu przez Elię Suleimana Eli Suleimanowi nagle wszystko wydaje się jakieś wrogie i nieprzyjemne. Sąsiad notorycznie podkrada cytryny z jego ogrodu, bezczelnie się z tym nie kryjąc. Policja nie reaguje na akty wandalizmu w lokalnych miejscach kultu. Do groźnych scysji dochodzi nawet w porządnych restauracjach, gdzie klienci reagują agresją wobec jej właściciela z powodu własnej, kulinarnej ignorancji. Palestyna doesn’t feel like home anymore. Suleiman pakuje więc walizkę i wyjeżdża najpierw do Europy, potem do Nowego Jorku. Szukając alternatywy dla swojej ojczyzny, przekonuje się jednak, że nie tylko gdziekolwiek nie pojedzie świat ze swoimi nadgorliwymi kontrolami, policyjną czujnością, wrogością wobec nieznajomych niczym nie różni się od wymęczonej wiecznym konfliktem jego cząstki Bliskiego Wschodu. Ale też że Palestyna pozostanie z nim na zawsze. Jako reżyser Suleiman ma to nieprawdopodobne wyczucie aranżacji kadru, które sprawia, że Chaplinowskie gagi wypełnione są zarówno kapitalnym dowcipem, jak i przenikliwą obserwacją z uniwersalnym, jasnym przesłaniem. Palestyńczyk to również błyskotliwy, świadomy komediant i performer, który czerpiąc z tradycji mistrzów kina niemego oraz Jacquesa Tatiego, doskonale wie, że często milczenie jest złotem, a sugestywne poruszenie brwiami powie więcej niż tysiąc słów. Ze swoim nienagannym ubiorem, chakterystycznym kapeluszem i szlachetnymi manierami zderzający z absurdami zachodniego świata Suleimana ma w sobie więcej prawdy niż niejeden dokumentalista. Jego siłą jest też to, iż potrafi do wielu rzeczy odnosić się nie tylko z humorem, ale i ciepłem oraz empatią.

Dlaczego tak zdolny i mądry humanista jak Elia Suleiman wypowiada się w kinie tak rzadko? Cóż, Palestyńczyk w “It Must Be Heaven” odpowiada również na to pytanie. Jego bohater próbuje zdobyć fundusze na swój film i nie jest to najłatwiejsza sprawa. Najpierw spotyka się z szefem potężnego Wild Bunch, Vincentem Maravalem, który w groteskowej korpo gadce tłumaczy Suleimanowi, że jego projekt jest za mało palestyński. W Nowym Jorku w reżysera nie wierzy także Nancy Grant – producentka, która w tym roku przyjechała do Cannes z “Matthias & Maxime” Dolana. Taka to właśnie ludzka komedia, którą sam Suleiman potrafi skwitować najlepiej. Łagodnym uśmiechem i sugestywnym drgnięciem brwi.

 

W kinie: Mektoub, My Love – Intermezzo (Cannes)

fdc2019

 

MEKTOUB, MY LOVE: INTERMEZZO
Festival de Cannes 2019
reż. Abdellatif Kechiche

moja ocena: 4/10

 

Seria Abdellatifa Kechiche’a zaplanowana została na trzy części. Pierwsza okazała się fajowym, bezpretensjonalnym pamiętnikiem z wakacji, zmysłowym studium młodości i roztańczoną dyskoteką. W “Intermezzo” została właściwie tylko dyskoteka. I kobiece pośladki. Dużo kobiecych pośladków. Nie od dziś wiadomo, że Kechiche ukrywa w sobie małego zboczeńca i fascynują go kobiece krągłości. Czasem wręcz można odnieść wrażenie, że tylko po to, by sobie na nie popatrzeć, uprawia zawód reżysera. W “Intermezzo” przekracza jednak nie tylko granice dobrego smaku, ile granicę złego filmu. Zabarwione tanią erotyką i opowiadane w słońcu historie bohaterów z “Canto Uno”, w nowej fabule właściwie się nie rozwiją. Starczyłoby ich na skromną krótkometrażówkę skoncentrowaną na rozterkach Ophélie – romansującej z bawidamkiem Tonym i zaręczonej z jego przyjacielem, komandosem na misji. Nie ma jednak takich problemów, o których nie można by zapomnieć w tanecznym twerkingu, zabawie na dyskotece i przypadkowym seksie w toalecie z kolejnym kumplem ze swojej paczki. Kechiche nie byłby zaś sobą, gdy temu ostatniemu epizodowi nie poświęcił dostatecznej uwagi i na chwilę (kilkunastominutową) nie zamienił “Intermezzo” w film pornograficzny. Ciekawe, czy ktoś się tu bawił na tyle dobrze, by dać reżyserowi środki na część trzecią.

 

W kinie: Ból i Blask (Cannes)

dolor

 

BÓL I BLASK
Festival de Cannes 2019
reż. Pedro Almodovar

moja ocena: 6/10

 

A film by Almodovar – ikony światowego kina takie jak Pedro nie potrzebują nawet pełnej introdukcji w napisach początkowych swojego nowego filmu. Albo raczej, ta wizytówka, film Almodovara, wystarczy za wszelakie słowa wstępu. Slogany promocyjne też są tu zupełnie niepotrzebne. 40 lat zawodowej kariery zobowiązuje i może ciążyć na duszy nawet takiego mistrza jak hiszpański reżyser. Zwłaszcze że w tej dekadzie nie zawsze publika, a na pewno filmowa krytyka, były mu przychylne. “Bólem i Blaskiem” Almodovar odważnie mierzy się z tym, co nieuchronne – upływem czasu, który go dotyczy nie tylko jako człowieka, zwykłego śmiertelnika, ale też artysty. Wcielający się w rolę wielkiego reżysera cierpiącego fizyczne i emocjonalne katusze Salvadora Mallo gra Antonio Banderas. Aktor, który nie tylko wywodzi się z uniwersum filmowego Almodovara, ale też w “Bólu i Brzasku” z gęstą czupryną na głowie i siwizną na brodzie bardzo przypomina tego, który stoi po drugiej stronie kamery. Jeśli dodamy do tego małą ciekawostkę, iż sceny w kolorowym, stylowym domu Mallo kręcone były w autentycznych wnętrzach Pedra, osobisty kontekst filmu staje się bezsporny. Zresztą ta nieoczywista siła “Bólu i Blasku” jako dzieła autobiograficznego oraz zarazem kolejnego filmu wielkiego mistrza wynika z jego intymnego nastroju, niezmiennie autorskiego stempla i zaskakująco melancholijnej w tonie konfrontacji z własną przeszłością. Salvador w cierpieniu spowodowanym bólem pleców, migrenami i kilkoma innymi schorzeniami, lecząc się na przemian przepisywanymi przez lekarza medykamentami i zdobywaną na ulicy heroiną, wraca do czasów swego dzieciństwa. Spędzonego w biedzie na ubogiej prowincji Walencji. W retrospektywach z młodości Mallo przebijają się wszystkie motywy doskonale znane z twórczości samego Almodovara – trudne relacje z matką (w tej roli kolejna ulubienica reżysera, Penelope Cruz), twarda, katolicka edukacja czy pierwsze doświadczenia erotyczne. Rozliczeniowy język filmu wypełnia rozczulająca nostalgia, ale też spora dawka tego bólu, który w artyście i człowieku pozostał na zawsze.

“Ból i Blask” to faktyczne najlepsze dzieło Almodovara od lat. Opowiedziane szczerze i z dużą wrażliwością. To sprawia, że bodaj pierwszy raz w długiej karierze Hiszpana możemy dostrzec w nim nie tylko kultowego artystę i barwnego buntownika współczesnego kina, ale też człowieka z krwi i kości. Czy wybaczycie mu więc przewidywalny autotematyzm oraz bezpieczne odgrzewanie dyżurnych dla jego filmografii tematów, zależy od Waszej relacji z tym dziełem i samym Pedro Almodovarem.

 

W kinie: Il Traditore (Cannes)

iltraditore

 

IL TRADITORE
Festival de Cannes 2019
reż. Marco Bellocchio

moja ocena: 6/10

 

Romantyczna historia Tomasso Buscetty (świetny Pierfrancesco Favino) – nawróconego, prominentnego członka sycylijskiej mafii, który zniesmaczony chciwością i rosnącą brutalnością swojej “rodziny” złamał osławioną omertę – zmowę milczenia i odwrócił się od cosa nostry. Współpracował z policją, zeznawał przed sądem. Został objęty wraz z żoną i najmłodszymi dziećmi programem ochrony świadków, ale doprowadził do skazania wielu dawnych współpracowników. Do końca życia musiał oglądać się za plecy. Zdając sobie sprawę z wyroku, jaki swoją decyzją na siebie wydał, Buscetta publicznie zachowywał dumę i buńczuczne nastawienie. Wierzył, że to on reprezentuje wartości sycylijskiego kodeksu, a wszyscy, których doprowadził się do skazania, się mu sprzeniewierzyli. Weteran włoskiego kina, Marco Bellocchio, połączył drobiazgową, filmową rekonstrukcję policyjnego śledztwa i relacji z sądowej sali ze staromodnym kinem gangsterskim. To film elegancki i klasyczny, dlatego też zupełnie nieefektowny, w czym drzemie jego siła i jego siłabości. Najciekawiej patrzy jednak Bellocchio na Buscettę, który dokonuje śmiałej wolty, odrzuca to, kim był oraz co mu potem ostatecznie pozostało.