Filmy 2019: 20-11

tarantino-p

20. Quentin Tarantino: Once Upon A Time in Hollywood [Zobacz trailer]

Najbardziej nostalgiczny film w dorobku reżysera i – dosłownie – rozczulająca bajka ukryta za efektowną kotarą błyskotliwej i prowokacyjnej czarnej komedii oklejona jego znakami firmowymi. Kilka filmów w jednym. Próba oddania klimatu Hollywood i Los Angeles w naprawdę ostatnim momencie tzw. ich złotej ery. Quentin nie ma prawa dokładnie pamiętać 1969 roku, miał wtedy 6 lat, więc fantazjuje na ten temat. Udowadnia, że w kinie nawet tragiczne fakty rządzą się swoimi prawami i żyją nieco innym życiem. Na tym polega właśnie ta fetyszyzowana, cudowna magia kina.

 

bozecialo-p

19. Jan Komasa: Boże Ciało [Zobacz trailer]

Szlachetne w swej prostocie drążenie tajemnic wiary, zestawiające jej instytucjonalny i ludyczny wymiar, które zdają się nie mieć punktów stycznych, choć dotyczą przecież tego samego. W tym filmie ukryła się też humanistyczna opowieść o odkupieniu win i zadośćuczynieniu za grzechy. W obu przypadkach rzecznikiem najważniejszych tematów “Bożego Ciała” zostaje młody aktor Bartosz Bielenia – obdarzony charyzmatyczną fizjonomią i nieoszlifowanym talentem, kolejne odkrycie Komasy.

 

reygadas-p

18. Carlos Reygadas: Nasz Czas (Nuestro Tiempo) [Zobacz trailer]

Meksykański mistrz z niezwykłą dbałością o psychologiczną głębię małżeńskiego dramatu buduje intymne uniwersum rodzinne, które niemalże niezauważalnie, ale niebezpiecznie drży w posadach. Ten charakterystyczny dla Reygadasa neomodernistyczny realizm rozgrywany w sielskich okolicznościach skąpanej w delikatnym słońcu i porannej mgle meksykańskiej prerii nadaje historii epickich walorów, ale “Nasz Czas” pozostaje kameralnym kinem odważnych niuansów i sentymentalnych, autorskich detali.

 

bacurau-p

17. Kleber Mendonça Filho & Juliano Dornelles: Bacurau [Zobacz trailer]

Wybuchowa i dziwaczna mieszanka Peckinpahowskiego antywesternu, futurystycznej przypowieści społecznej i dusznego kampu ala Robert Rodriguez. Historia o sile małomiasteczkowej wspólnoty opowiadana w totalnie ekscentryczny sposób. Z narracją wybitnie dysharmonijną i mało skorelowaną, nawet kiczowatą. Filho i Dornelles robią to wszystko natomiast z taką śmiałością i świadomością niedoskonałości i kontrowersyjności filmowej materii, że szybko wciągają widza w tę opowieść

 

historiamal-p

16. Noah Baumbach: Historia Małżeńska (Marriage Story) [Zobacz trailer]

“Historia Małżeńska” jest mocno zakorzeniona w intymnym kinie wiwisekcyjnym (“Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana), jak i rozdzierających dramatach o rozpadzie rodziny (“Sprawa Kramerów” Bentona). Noah Baumbach przybił temu filmowi jednak swój mocny, autorski stempel, czyniąc z niego precyzyjne, ale bardzo ludzkie studium erozji związku dwojga kochających się ludzi. Perfekcyjna świadomość delikatności i minimalizmu filmowej struktury tej opowieści sprawiają, że fabuła Baumbacha bardziej przemawia do serca niż rozumu widza, dlatego tak skutecznie chwyta za czułe struny.

 

babyteeth-p

15. Shannon Murphy: Babyteeth [Zobacz trailer]

Ten film emanuje narracyjnym ciepłem. Perfekcyjnie wyważono w nim komizm i dramatyzm, choć zupełnie niepotrzebnie zdecydowano się na tendencyjną, płaczliwą puentę w finale. Jak przystało na przyjemne, niezależne kino środka, film Murphy doskonale łączy inkluzyjną, lekko pluszową warstwę wizualną z orzeźwiającą ścieżką dźwiękową. Egzystencję bohaterki sprowadzono do poziomu ulotności i kruchości tego tytułowego mlecznego zęba, a mimo to wydała się ona całkiem pełna, delikatnie szalona, bogata, nawet jeśli za krótka.

 

souvenir-p

14. Joanna Hogg: The Souvenir [Zobacz trailer]

“The Souvenir” przybrało formę pastelowego, rozmytego pamiętnika, zbudowanego z jednostkowych epizodów, w którego centrum znalazła historia tragicznej miłości pomiędzy wychowaną w duchu rotariańskich wartości dziewczyną z klasy średniej oraz uzależnionego od heroiny i pieniędzy swojej partnerki, dekadenta i nihilisty. Film ogląda się jak album ze starymi, pożółkłymi zdjęciami, któremu towarzyszy wyidealizowana, melancholijna opowieść o tym, co się na nich znajduje.

 

monos-p

13. Alejandro Landes: Monos [Zobacz trailer]

Hipnotyczne kino przytłaczające swoim ponurym klimatem zatracenia i moralnej pustki, którego przerażającymi bohaterami zostały dorastające dzieciaki. Pozostawione same sobie, pod kuratelą uzbrojonych wyrzutków. W filmie Landesa odbijają się potworna symbolika “Władcy Much”, nastrój szaleństwa i człowieczego upadku z “Czasu Apokalipsy” oraz survivalowy naturalizm kina Brillante Mendozy. Wyłania się z niego przejmujący obraz straconej młodości, która nie zasłużyła na tę alienację i indoktrynację oraz której pewnie nie da się odzyskać.

 

uncutgems-p

12. Joshua Safdie, Benny Safdie: Uncut Gems [Zobacz trailer]

Adam Sandler jako roztrzęsione ucieleśnienie wielkomiejskiej niepewności i kapitalistycznych lęków. Karykaturalna wersja filmu o realizacji marzeń o lepszym życiu włożona – podobnie jak w “Good Times” – w schemat szalonej odysei po podejrzanych zaułkach miasta, zamieszkanych przez brzydkich ludzi prowadzących szemrane, bezduszne interesy. Narkotyczny klimat filmu i jego frenetyczny rytm narracji cementują braci Safdie jako parę najciekawszych aktualnie filmowców zza Oceanu.

 

portretkobiety-p

11. Céline Sciamma: Portret kobiety w ogniu (Portrait de la jeune fille en feu) [Zobacz trailer]

Ubierając historię o zakazanym uczuciu w XVIII-wieczny kostium, w szarej, ascetycznej scenografii, Sciamma nadaje jej rangę uniwersalnej przypowieści. Poświęca w niej dużo miejsca na refleksję o naturze miłości, która zwłaszcza gdy niespełniona potrafi na zawsze pozostać w duszy kochanków. Ale też upomina się o kobiety-artystki, których kreatywność bywała ograniczana absurdalnymi zasadami. To nie są niezwiązane ze sobą tematy, bo miłość i sztuka rządzą się podobnymi prawami i mają zbliżoną dynamikę. Bez względu na okoliczności mogą żyć wiecznie.

 

Filmy 2019: rekomendacje

Oficjalne, filmowe podsumowanie tradycyjnie rozpoczynam od dziesięciu rekomendacji – tytułów obecnych głównie w obiegu festiwalowym, wygrzebanych na pchlim targu światowego kina. Raptem jedna z tych pozycji doczekała się dystrybucji w naszym kraju. Z przyjemnością zawsze przypominam, że odkrywanie filmów reprezentujących mniej popularne kinematografie zawsze sprawia mi dużo radości i wolę na nie poświęcać czas niż np. na produkcje superbohaterskie. Za nami niezły rok w kinie (i na festiwalach). W tym roku w pełnym wymiarze uczestniczyłam w Berlinale, Cannes, Nowych Horyzontach, Warszawskim Festiwalu Filmowym i American Film Festival. Wpadłam na łódzką Cinergię, Pięć Smaków i Splat!FilmFest.

Ta aktywność sprawiła, że na ten moment – w kinie, na festiwalach filmowych, w domu – zaliczyłam 395 seansów. Parę dni 2019 roku jeszcze zostało, więc spokojnie przekroczę barierę 400 filmów w roku kalendarzowym. Mój roczny ranking stanowi wypadkową mojego gustu, ukierunkowanego w stronę szeroko pojętego art-house’u, który jest mi szczególnie bliski – każdego roku to podkreślam dla zaznaczenia, że przegląd kina bieżącego zarówno komercyjnego, jak i bardziej niszowego, mam po prostu ogarnięty bardzo dobrze. Filmy nowe, które oglądam, oceniam na bieżąco, sporą część z nich też krótko recenzuję na blogu, FB i Filmasterze. Tradycyjnie jestem szczególnie dumna, że większość moich filmów z zestawienia nie reprezentuje kinematografii anglojęzycznych – są one zdecydowaną mniejszością. Tyle tytułem statystycznego wstępu, podsumowanie filmowe 2019 czas zacząć!

 

borakim-p

Bora Kim: Beol-sae [Zobacz trailer]

W swoim niezwykłym debiucie Kim Bora zawstydza całe to ambitniejsze kino coming-of-age zza Oceanu, którym się ostatnio zachwycaliśmy. Dużo bliższa jest jej bowiem liryczna przenikliwość azjatyckich mistrzów pokroju Hou Hsiao Hsiena czy Edwarda Yanga. Ton narracji przez cały czas pozostaje szlachetnie wyciszony, zaś kameralna obserwacja życia nastolatki toczy się w zgodzie z zasadami filmowego realizmu. Nie bywa jednak brutalna, lecz raczej subtelna, mimo że najważniejsze wydarzenia z życia Eun-hee mają wyjątkowo dramatyczne oblicze.

 

blanco-p

Théo Court: Blanco en blanco [Zobacz trailer]

Zainspirowany przerażającą, sepiową fotografią z końca XIX w., na której przedstawiono europejskiego kolonizatora Juliusa Poppera w trakcie bestialskiego polowania na Indian z plemienia Selk’nam Théo Court puszcza wodze fantazji i opowiada historię autora tegoż zdjęcia. “Blanco en blanco” przeszywa poruszający chłód, zaś wymowę filmu praktycznie zamknięto w kluczowych dla niego scenach obrazu pracy fotografa, który metodycznie buduje scenerię i gorączkowo ustawia ludzi, by zbudować najciekawszy kadr i tym samym zrobić najlepsze zdjęcie. Ciche świadectwo niewyobrażalnego dramatu.

 

lillian-p

Andreas Horvath: Lillian [Zobacz trailer]

Sygnowana nazwiskiem Ulricha Seidla jako producenta “Lillian” to ekstremalne kino drogi z jedną bohaterką. Rosjanką z nieważną, amerykańską wizą, która rozczarowana Ameryką postanawia wrócić do domu. Precyzyjniej – przejść na nogach z Nowego Jorku do Rosji przez Cieśninę Beringa. W jej długiej, wycieńczającej wędrówce przebija się nie tylko nastrojowe, szlachetne slow cinema o tęsknocie za domem z nutą survivalu, ale też Wendersowa fascynacja Ameryką wielkich przestrzeni i małych ludzi egzystujących obok majestatycznie rozciągających się po horyzont pól, lasów, gór i rzek.

 

melancholijnadz-p

Susanne Heinrich: Melancholijna dziewczyna (Das melancholische Mädchen) [Zobacz trailer]

Film w formie groteskowego, różowego pamiętnika – ironicznych bazgrołów z życia dziewczyny w wielkim mieście. Albo precyzyjniej – kilkunastu kolorowych, luźnych epizodów. Tematyka współczesnych związków, feminizmu i konsumpcjonizmu przegląda się tu uroczo w postmodernistycznym zwierciadle. Zblazowana poza Marie Rathscheck tworzy rozkoszny obraz tytułowej melancholijnej dziewczyny, streszczającej i komentującej współczesne traktaty filozoficzne. Rewelacyjnie się z nią bawiłam.

 

thebeast-p

Clara van Gool: The Beast in the Jungle [Zobacz trailer]

Adaptacje klasycznych powieści bywają często nudną konfekcją, ale to zupełnie nie dotyczy tej pomysłowej interpretacji powieści Henry’ego Jamesa zmienionej na postmodernistyczny melodramat. By pokazać, jak uniwersalna historia ukrywa się w prozie z początku poprzedniego wieku, van Gool nie ogranicza się do jednej epoki, ale pozwala się spotykać (i mijać) bohaterom w różnych okolicznościach czasoprzestrzennych. To tyleż żałobna rapsodia nad utraconymi szansami, ile filozoficzna refleksja o ulotności czasu, pamięci, miłości.

 

lodge-p

Severin Fiala & Veronika Franz: The Lodge [Zobacz trailer]

Szanuję w “The Lodge” ciekawą żonglerkę gatunkowymi konwencjami, która jednakowoż nie ma aspiracji bycia jednocześnie nośnikiem jakichś uniwersalnych znaczeń, co we współczesnych, ambitniejszych horrorach stało się modnym trendem. Fiala i Franz dotykają intrygującego tematu. Interesuje ich zło, ale nie per se, lecz raczej jego percepcja. Pokazują, jak można go nie dostrzegać u tych, których kulturowo uznaje się za czystych i niewinnych (dzieci), choć to właśnie oni okazują się katalizatorem dla przyszłej tragedii. To horror zachowujący gatunkową powagę i jednocześnie zaskakująco odważny.

 

thenightingale-p

Jennifer Kent: The Nightingale [Zobacz trailer]

Kent po “Babadook” kontynuuje swoje reżyserskie podboje na polu kina gatunkowego. “The Nightingale” to kolejny horror w jej dorobku z kobiecą bohaterką w roli głównej, która musi walczyć z potworami. Zmieniła się scenografia na dziką Ziemię van Diemena pogrążoną w XIX-wiecznej szarzyźnie i ciemiężoną przez brytyjskiego kolonizatora. Także zło przybrało teraz postać człowieka z krwi i kości. Historyczny, brutalny realizm filmu – niczym u naszego Smarzowskiego – winien wskrzeszać pamięć o krwawej historii podbijanych przez białego człowieka ziem na Antypodach, których potęga wyrosła z przemocy, nietolerancji i barbarzyństwa oraz wywoływać potężne wyrzuty sumienia.

 

waves-p

Trey Edward Shults: Waves [Zobacz trailer]

Wypełniony przyjemnym światłem, otulającym ciepłem i kapitalną muzyką melancholijny hymn na cześć młodości – szalonej, nieprzewidywalnej, infantylnej, przeklętej, która zawsze mija za szybko. Przebojowy film w duchu serialowej “Euforii” – młodzieżowe kino, mówiące językiem tej grupy wiekowej, ale nie pomijające też tych, którzy ten okres w życiu mają za sobą. Będące blisko swoich bohaterów tak, że można poczuć ten wiatr we włosach podczas jazdy samochodem. Może bywa czasem zbyt telenowelowe, ale cóż – taki urok młodości.

 

dylda-p

Kantemir Balagov: Wysoka Dziewczyna (Dylda) [Zobacz trailer]

O bliznach tych widocznych, bo na ciele i tych ukrytych, które boleśnie wyryły się na psychice i duszy w swoim drugim filmie opowiada Kantemir Balagov. “Dylda” to daleka krewna naszej “Róży” – również portretująca mroczne, powojenne czasy. Reżyser nie oszczędza swoich bohaterek. Karze im dalej cierpieć, pokazując w ten sposób, że wojna nie ma w sobie nic z kobiety. Ich rany potrafią być dużo bardziej bolesne niż te, które można odnieść na polu bitwy. Wiążą się bowiem z traumami, o których zawsze przypominać będą mrożące krew w żyłach ataki paniki oraz niezrealizowane marzenia o byciu żoną i matką.

 

farewellmyson-p

Xiaoshuai Wang: Żegnaj mój synu (Di jiu tian chang) [Zobacz trailer]

Za fasadą epickiego, rozciągniętego na blisko cztery dekady kina, sagi o dwóch rodzinach i ich przyjaciołach, których na zawsze połączyła straszliwa tragedia, doświadczony Xiaoshuai Wang zawarł wyjątkowo gorzki i jednoznaczny komentarz na temat chińskiej polityki jednego dziecka. Nie oszczędził też rewolucji przemysłowej i zmian gospodarczych, jakie zachodziły w Państwie Środka. Jak u Jia Zhangke powroty bohaterów po latach do miejsc ich młodości służą obserwacji postępujących w niebotycznym tempie przemian. Chwyta za serce.

 

5 najlepszych ról męskich 2019

 

5aktm19

5. Levan Gelbakhiani (And Then We Danced)

Swoją młodzieńczą, ekstatyczną energię gruziński film zawdzięcza całej młodej ekipie aktorskiej, której entuzjazm i radość z filmowego doświadczenia, jakie ich spotkało (nie chodzi tylko o to, co działo się na planie, ale też dużo później, w trakcie akcji promujących “And Then We Danced”), zaraża wszystkich, którzy ich oglądają. W tej radosnej ekipie najjaśniejszym światłem emanuje jednak Levan Gelbakhiani, którego warto wyróżniać już na początku jego aktorskiej drogi.

4aktm19

4. Willem Dafoe i Robert Pattinson (The Lighthouse)

Formalnie i aktorsko film Roberta Eggersa to najciekawsze dzieło sezonu. Ma też swoje wady, ale bynajmniej nie należą do nich role Willema Dafoe i Roberta Pattinsona. Siła “The Lighthouseę stanowi emanację ich fizycznych, intensywnych ról, które kierują ich aktorską manierę w stronę wycieńczającego i godnego podziwu ekspresjonizmu. Tworzą na ekranie ten rzadki rodzaj narkotycznej chemii, która w tak samo równym stopniu buduje klimat filmu jak te wszystkie wyrafinowane, stylistyczne zabiegi.

3aktm19

3. Antonio Banderas (Ból i Blask)

Hiszpan wcielił się w atrakcyjną rolę wielkiego reżysera cierpiącego fizyczne i emocjonalne katusze Salvadora Mallo – alter ego samego Almodovara. Aktor, który nie tylko wywodzi się z uniwersum filmowego reżysera, ale też w “Bólu i Brzasku” z gęstą czupryną na głowie i siwizną na brodzie bardzo przypomina tego, który stoi po drugiej stronie kamery. Potrafi być zmęczony, sentymentalny i… prawdziwy. O to przecież chodziło.

2aktm19

2. Christian Bale (Ford v Ferrari)

W tym filmie oglądamy dwóch aktorów, ale szczególnie Brytyjczyk zagrał w “Ford v Ferrari” jedną z najlepszych i najfajniejszych ról w swojej karierze. Taką, która skrada serca i sprawia, że siedząc na kinowym fotelu z autentyczną ekscytacją ściskamy mocno kciuki, by Milesowi udało się wszystko to, na co tak ciężko i zapalczywie pracuje.

1aktm19

1. Tom Mercier (Synonimy)

Tom Mercier to najważniejsze ogniwo prowokacyjnego filmu Nadava Lapida. Jego poświęcenie dla wymagającej roli, odwaga i chłopięca naiwność są po prostu niesamowite. Tym bardziej jest to imponujące, iż mówimy o gościu z dość skromnym dorobkiem w filmowej branży. Na Berlinale swoje uznanie dla początkującego aktora wygłaszali wszyscy, z Juliette Binoche na czele, która wówczas przewodniczyła gremium jurorskiego. “Synonimy” bywają nieznośne, ale Mercier zachwyca od początku do końca. To jego film, a nie Nadava Lapida i żaden Złoty Niedźwiedź tego nie zmieni.

5 najlepszych ról kobiecych 2019

 

5akt19

5. Ke-Xi Wu (Nina Wu)

Aktorka i scenarzystka z Tajwanu, która w zaskakującym, Lynchowskim thrillerze Midiego Z, wcieliła się w rolę dziewczyny marzącej o karierze w filmowym showbiznesie. Jej magnetyczna uroda i zagubiony wzrok wzbogaciły tę fabułę o dodatkową dawkę tajemniczości. Choć to nie pierwszy, gdy Ke-Xi Wu pojawia się na dużym ekranie, tym razem zagrała rolę z puli tych, w których trudno wyobrazić sobie kogoś innego.

4akt19

4. Jessie Buckley (Wild Rose)

Rudowłosa Irlandka to jedna z tych postaci, którą bardzo lubię i poczynania śledzę, a która bardzo mozolnie i (zbyt) powoli wspina się po drabinie do wielkiej kariery. A to szalenie zdolna bestia – w “Wild Rose” świetnie śpiewa, a gdyby musiała zatańczyć też by sobie bezbłędnie z takim zadaniem poradziła. W tym roku zaznaczyła nieźle swoją obecność, a może następny, gdy pojawi się w kolejnym sezonie “Fargo” i paru filmach, będzie dla niej w końcu naprawdę przełomowy?

3akt19

3. Noémie Merlant i Adèle Haenel (Portret kobiety w ogniu)

Nie chcę wyróżniać żadnej, wyróżniam zatem obie. Ten na wskroś kobiecy film, ale traktujący o bardzo uniwersalnych tematach, nie udałby się bez doskonałych kreacji aktorskich. I to takich będących jednocześnie subtelnymi i wyrazistymi, które w żadnym momencie nie mogą wygląda na nadmiernie dramatyczne i przeszarżowane. Merlant i Haenel dokładnie to zrobiły, a jeszcze jako ekranowa para wypadły bardzo fajnie.

2akt19

2. Trine Dyrholm (Królowa Kier)

Dunka to zdecydowanie najlepsza aktualnie aktorka z europejskim rodowodem. Świetna sprawdza się w każdym repertuarze, nie ma dla niej ról za trudnym czy zbyt wymagających. A ta w “Królowej Kier” taka była, bo to typowy dramat bez fajerwerków, skupiony na swoich postaciach, więc by historia wypadła wiarygodnie i przejmująco potrzebowała kogoś tak znakomitego jak Trine Dyrholm.

1akt19

1. Olivia Colman, Emma Stone, Rachel Weisz (Faworyta)

Nie było w mijającym roku filmu, poza dziełem Céline Sciammy, który tak mocno stawiałby w centrum kobiece postaci, definiujące modus operandi całej opowieści. Dodatkowo miał praktycznie trzy równorzędne bohaterki – jakże różne od siebie i pozwalające wcielającym się w nie aktorkom naprawdę się wykazać i wyróżnić na tle koleżanek. Trio z “Faworyty” dokładnie to robi, eksponując bezbłędnie swój warsztat. Choć to Olivia Colman ostatecznie otrzymała najważniejsze nagrody w sezonie, w tym Oscara, nie mogę odeprzeć wrażenie, nie ujmując czegokolwiek Brytyjce, że te wszystkie wyróżnienia to jednak były przyznane za wysiłek grupowy.

10 najlepszych produkcji telewizyjnych 2019

Seriale na dobre znikają z telewizji, ostatecznie przenosząc się do internetu. To już nie tylko Netflix, HBO i Amazon Prime, bo dwóm gigantom wyrosła niezła konkurencja. Jesienią wystartowały Apple TV+ i Disney+, kolejny rok własne produkcje, w tym seriale, tworzy YouTube. Zestawiając cokolwiek z platformy streamingowej z tym, co proponują tradycyjne telewizje (np. najgłośniejszy, polski serial jesieni “Żmijowisko” na C+), nie da się nie zauważyć, że przegrywają z internetową konkurencją właściwie na starcie. Nie tylko nie ten rozmach i budżety, ale też koncept, odwaga i podejście do serialowych schematów.

 

themornshow

10. The Morning Show (sezon 1)

Popkultura zderza się ze spuścizną #metoo, dla czego pretekstem stał się serial o kulisach tworzenia telewizji śniadaniowej w momencie, gdy jeden z prowadzących program i zarazem od lat jego największa gwiazda zostaje oskarżony o seksualne nadużycia w miejscu pracy. Nie ukrywam, że prezentacja konkretnych zjawisk w “The Morning Show” bywa dość ordynarna, ale historia opowiadana jest z dużym polotem i całkiem kompleksowo.

euforia

9. Euphoria (sezon 1)

Oczywiście jest absurdalny ten skrót narracyjny, który sprawia, że wszystkie możliwe patologie zdarzają się akurat w tej jednej niewielkiej społeczności, ale “Euphoria” – choć na wypasie i niemalże baśniowo zniekształcona – jest najbardziej współczesnym, poruszającym najbardziej aktualne problemy serialem o nastolatka (bo bym jednak przemyślała kwestię czy na pewno dla wszystkich nastolatków).

mindhunter2

8. Mindhunter (sezon 2)

Zwiększenie ilości podstawowych bohaterów i równoległe prowadzenie ich wątków przysłużyło się “Mindhunter”. Serial nic nie stracił ze swojej gęstości i niezwykłej atmosfery, w której ekscytacja nad naukowym aspektem raczkującej wtedy profesji grupy agentów FBI miesza się z niebywałym okrucieństwem napotykanych zbrodni i moralną ambiwalencją prowadzonych badań, co wpływa także na ich samych jako ludzi z krwi i kości.

yearsandyearstv

7. Years and Years

Brakowało produkcji takiej jak “Years and Years” w ofercie. Mierzącej się z niepokojącą tematyką posthumanizmu, epoki fake newsów i rosnącej fali populizmu. Viv Rook to bez wątpienia najlepszy czarny charakter, z jakim zetknęłam się w tym roku, bo – choć w nieco zbyt grubo ciosany sposób – uosabiający wszystko to, co w realnym świecie polityki okropne, bulwersujące i przerażające.

sukcesja12

6. Sukcesja (sezony 1-2)

Serialowe odkrycie roku, którym zachwycali się niemalże wszyscy, którzy po “Sukcesję” sięgnęli. Podchodziłam z dużą rezerwą, ale też odkryłam coś perwersyjnie przyjemnego w oglądaniu rodzinnego siedliska żmij obrzydliwie bogatych ludzi, których koronkowe intrygi sprawiają, że pomimo ogromnego majątku i jeszcze większych ambicji, tym pierwszym nie są w stanie spokojnie się cieszyć, zaś tych drugi bezproblemowo spełniać.

czernobyl

5. Czarnobyl

“Czarnobyl” wspaniale operuje obrazami, błyskotliwie korzysta z faktów, wirtuozersko gra na emocjach. To na pewno jedna z najlepszych produkcji poświęcona tej tragedii w historii kina/telewizji, ale też nie tak wybitna, jakby się mogło wydawać. Szerszy komentarz polityczno-społeczny wybrzmiewa donioślej tylko czasami, a losy poszczególnych bohaterów czynią z nich raczej nosicieli konkretnych postaw i zachowań, aniżeli ludzi z krwi i kości. Przemawia jednak do masowej wyobraźni i celnie punktuje wszystko to, co w przypadku tragedii w Czarnobylu warto i trzeba podkreślać.

killingeve2

4. Killing Eve (sezon 2)

Obsesyjna fascynacja policjantki młodą morderczynią w swojej drugiej odsłonie stała się bardziej absurdalną komedią niż feministyczną odpowiedzią na “Ściganego”. Z drugiej strony, patrząc na to, że za scenariusz do “Killing Eve” odpowiada m.in. Phoebe Waller-Bridge, można zrozumieć, skąd wziął się tam ten osobliwy humor. Wciąż ten serial to w pierwszej kolejności znakomita konfrontacja aktorska Sandry Oh i Jodie Comer, bez których ta produkcja nie miałaby najmniejszego sensu.

fleabag2

3. Fleabag (sezon 2)

Uwielbiam ten bezpretensjonalny, sarkastyczny humor Phoebe Waller-Bridge w jej najbardziej autorskiej produkcji, uśmiech wykrzywiany goryczą. Nieznośna lekkość bytu singielki w wielkim mieście i jednocześnie nogi uginające się pod ciężarem fatalistycznych w swych skutkach życiowych wyborów głównej bohaterki. Drugi sezon “Fleabag” trwa zaledwie trzy godziny, co pozwala dość bezproblemowo cieszyć się nim na nowo.

the oa

2. The OA (część 2)

“The OA” ma swoje wady, ale to i tak jedna z najbardziej nowatorskich, odważnych, redefiniujących gatunek (a nawet konwencję serialowej narracji) produkcji w historii serialowego formatu – nie boję się tego zestawienia – od czasów “Twin Peaks”. Brit Marling i Zal Batmanglij porwali się na wielki koncept, kwestionujący rzeczywistość, naginający czasoprzestrzeń w zupełnie inny sposób niż robiły to “Incepcja” czy “Interstellar”. Przy “The OA” te filmy wyglądają w ogóle jak niewinne igraszki i dlatego zapewne “The OA” pozostanie dziełem wiecznie niedocenionym. Zostawia za dużo pytań, bywa zbyt zagadkowy i niejasny, nie ma klarownie prowadzonej akcji. Ale właśnie za to, ja ten serial uwielbiam.

thecrown3

1. The Crown (sezon 3)

Zdecydowanie najlepsza odsłona już kultowej serii Netflixa, której fenomen polega nie tylko na nim, że jej bohaterami są ciągle żyjące, prawdziwe postacie. “The Crown” udaje się rzecz niezwykła – łączenie faktografii z potężną refleksją o charakterze społecznym, psychologicznym, politycznym nad majestatyczną instytucją i tymi, którzy ją tworzą. “The Crown” daje wrażenie, iż daje możliwość bardzo intymnego, insiderskiego spojrzenia na decyzje ludzi, które do tej pory znaliśmy z zupełnie innej strony. I tak Elżbieta zostaje postacią wyjętą niemalże z antycznej tragedii, a dzisiaj znienawidzonemu przez opinię publiczną Karolowi zaczynamy autentycznie współczuć. Obejrzyjcie odcinek o dramacie w Aberfan, by zobaczyć, jak głębokie, poruszające i wyjątkowe spojrzenie proponuje “The Crown”, stając się zdecydowanie czymś więcej niż historią najbardziej znanej rodziny królewskiej na świecie.

W kinie: Dwóch Papieży

twopopes

 

DWÓCH PAPIEŻY
10. American Film Festival
reż. Fernando Meirelles

moja ocena: 6.5/10

 

Papież Benedykt XVI i jezuita z Buenos Aires Jorge Mario Bergoglio spotykają się w słonecznym Castel Gandolfo i rozmawiają. Ten pierwszy już wie, że zostanie pierwszą w historii głową Kościoła, która zrezygnuje ze swojej funkcji w trakcie pełnienia swojej posługi. Ten drugi czuje się zmęczony i chciałby przejść na emeryturę, nie zdając sobie sprawy z tego, iż jego postępowe poglądy sytuują go w gronie faworytów do objęcia tronu Piotrowego w Watykanie, gdyby nagle pojawił się wakat na tym stanowisku. Zmęczony, konserwatywny papież – poważny mędrzec pilnujący sztywnego, świątobliwego ceremoniału kontra uśmiechnięty arcybiskup będący blisko swoich wiernych, fanatyczny kibic piłki nożnej, który przyjeżdżając do Włoch jedyne, o czy marzy, to zjedzenie pizzy w najmniej eleganckiej knajpce w mieście. Wspaniały okazał się pomysł, by o ważkim, teologicznym sporze o kierunek, w którym powinien pójść współczesny Kościół (a – bądźmy szczerzy – nie jest to szczególnie atrakcyjny filmowo temat) opowiedzieć językiem lekkiej, rozkosznej komedii. Zwłaszcza że jej podstawą jest rozmowa dwójki starszych panów, ale ponieważ ten dialog jest niesamowicie żywy, zabawny, pełen błyskotliwych puent i ciętych ripost nie tylko pcha akcję do przodu, ale też nie pozwala widzowi nudzić się w jej trakcie, budując jednocześnie jego bliższą relację z bohaterami. A w takiej formule to nawet skostniały Benedykt wydaje się sympatycznym, miłym człowiekiem, bo dzisiejszy Papież Franciszek to w ogóle nie potrzebował takiej ocieplającej wizerunek kampanii. I akurat w jego przypadku Fernando Meirelles postanowił nieco przybrudzić ten idealny obraz skromnej, pogodnej głowy kościoła, przypominając przeszłość księdza Bergoglio, na której cieniem rzuca się domniemana współpraca jezuickiego duchownego z wojskową juntą w latach 70. To też najsłabsza część filmu – opowiedziany nudnym schematem w banalnych retrospekcjach biophic, który równie dobrze mógłby się nazywać “Jorge – człowiek, który został papieżem”. Wątek zupełnie niepotrzebny, kiedy totalnie zadziałała wcześniej zaproponowana konwersacyjna konwencja, której dodatkową atrakcją jest fantastyczny pojedynek wielkich, aktorskich osobowości – Anthony’ego Hopkinsa i Jonathana Pryce’a. To ich zasługa, że w pomnikowych postaciach dostrzegliśmy prawdziwych ludzi, zwykłych śmiertelników, a w kościele znaleźliśmy przestrzeń dla prowadzenia wcale nie nabożnej, sztywniackiej i nadętej dyskusji o chrześcijaństwie.

 

VOD: The Nightingale

thenightingalejk

 

THE NIGHTINGALE
VOD: 25.10.2019
reż. Jennifer Kent

moja ocena: 7/10

 

Jennifer Kent po “Babadook” kontynuuje swoje reżyserskie podboje na polu kina gatunkowego. “The Nightingale” to kolejny horror w jej dorobku z kobiecą bohaterką w roli głównej, która musi walczyć z potworami. Zmieniła się scenografia na dziką Ziemię van Diemena pogrążoną w XIX-wiecznej szarzyźnie i ciemiężoną przez brytyjskiego kolonizatora. Także zło przybrało zdecydowanie bardziej realistyczną postać człowieka z krwi i kości. Ofiarą bezwzględnego porucznika Hawkinsa (Sam Claflin) zostaje młodziutka Clare (Aisling Franciosi) – Irlandka o pięknym głosie zesłana na koniec świata za przewinienia zadane Brytyjskiemu Imperium. Pomimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności dziewczyna znalazła tu miłość i założyła rodzinę, wierząc, że uda się odkupić winy i wrócić na łono społeczeństwa, znosiła trudy życia i systemowe poniżenia. Aż do czasu, gdy ze wszystkiego, co miała i kochała okradła ją bestia w mundurze, krzywdząc ją także fizycznie. Kontrowersyjne sceny przemocy w filmie Kent są szalenie brutalne, ale nigdy eksploatacyjne i dosłowne. Okrucieństwo musiało tu wybrzmieć odpowiednio mocno, by uwiarygodniać przemianę delikatnej Clare w anioła krwawej zemsty, ale w żadnym momencie nie zostało ono wykorzystane dla samego efektu szoku. Zresztą tę część “The Nightingale” potraktować można jako ekspozycję dla głównego tematu filmu – opowieści o zemście podpartej poetyką antywesternu o feministycznym wydźwięku, ale też o milczącym przymierzu dwójki pariasów połączonych poczuciem krzywdy i rządzą wyrównania rachunków, pomiędzy który rodzi się przyjaźń na przekór wszystkiemu, co ich różni i definiuje. Można by uznać, że agresja Clare i Billy’ego (Baykali Ganambarr) wobec ich oprawców zrównuje ich z nimi, ale sprawność i wyrafinowanie reżyserskie Kent prowadzą do zupełnie innych konkluzji. Zemsta tej dwójki nie ma przecież kojących właściwości, nie przynosi bohaterom żadnego katharsis, nie pomaga zabliźniać ran. Dla tej drugiej strony stanowi przypomnienie o możliwej nieuchronności kary za potworne zbrodnie, których nie ścigało prawo, o rachunku za nadużycia i terror stosowany przez uprzywilejowanych, który może być wystawiony w najmniej spodziewanym momencie. U współczesnych historyczny, brutalny realizm “The Nightingale” – niczym u naszego Smarzowskiego – winien wskrzeszać pamięć o krwawej historii podbijanych przez białego człowieka ziem na Antypodach, których potęga wyrosła z przemocy, nietolerancji i barbarzyństwa oraz wywoływać potężne wyrzuty sumienia.

 

W kinie: The Farewell

thefarewell

 

THE FAREWELL
10. American Film Festival
reż. Lulu Wang

moja ocena: 7/10

 

Od początkowej planszy based on actual lie po słynne “Without You” w wersji mandaryńskiej podłożone pod napisy końcowe czuć, że “The Farewell” to film zrobiony z autentycznej, wewnętrznej potrzeby. Bardzo osobisty, ale jednocześnie na tyle uniwersalny, by jak w zwierciadle mogli w nim się przejrzeć porozrzucani po świecie emigranci i dojrzeć w nim samych siebie. Billi (Awkwafina) jako 6-latka wraz z rodzicami opuściła Chiny i osiadła w Stanach Zjednoczonych. Zresztą z Changchun wyjechali także stryjowie oraz dalsi krewni. Pozostała tam jedynie seniorka rodu Nai Nai (Zhao Shuzhen). 25 lat później dorosła już kobieta ma z babcią świetny kontakt (choć na odległość), ale sama stoi na rozdrożu własnego życia. Zawodowa kariera nie idzie po jej myśli, dodatkowo od rodziców dowiaduje się, że ukochana Nai Nai choruje i już niewiele czasu jej pozostało. Rodzina postanawia ten fakt ukryć przed staruszką oraz ekspresowo zorganizować w Chinach wesele kuzyna, by do domu powrócić mogli wszyscy bliscy, chcący pożegnać się z umierającą krewną w pogodnych okolicznościach i pozostawiając ją w niewiedzy co do stanu jej zdrowia. Rodzinna intryga i rozczulające zderzenie z chińską kulturą dostarczają oczywiście sporej dawki uroczego i totalnie niewymuszonego humoru, ale to przecież nie o śmiech w “The Farewell” chodzi. Nai Nai jest ostatnim ogniwem, łączącym rozproszoną po świecie rodzinę z dawną ojczyzną, a raczej – ich wspomnieniem o niej. Billi pamięta zabawy w parku i rodzinne spotkania u babci, ale żadne z tych miejsc w Changchun już nie istnieje, na swoim miejscu pozostała tylko sympatyczna staruszka. Wraz z jej odejściem zniknie być może coś, co spajało tę familię ze sobą i stanowiło ważny element ich tożsamości. Historia Billi w końcu to przykład tej melancholijnej zadumy nad losem emigranta, któremu bardzo trudno zapuścić permanentne korzenie gdzieś indziej i na dobre rozstać się z miejscem, które się opuściło, gdy pamięć o nim, mimo że mglista i pewnie wyidealizowana, ciągle żyje we wnętrzu. Dlatego że to opowieść w jakimś stopniu autobiograficzna, bije w niej żywe serce, a bohaterowie pozostają widzowi wyjątkowo nieobojętni. Ich perypetie bawią i wzruszają, a przy tym mądrze przekazują uniwersalne prawdy o ludziach i współczesnym świecie. Brawo, Lulu Wang!

 

W kinie: Młody Ahmed

mlahmed

 

MŁODY AHMED
polska premiera: 6.12.2019
reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

moja ocena: 5/10

 

Niewielu jest twórców takich jak bracia Dardenne, których kino od lat łączy społeczne zaangażowanie (choć o zupełnie innej sile rażenia niż takiego Kena Loacha) z charakterystycznym, konsekwentnym językiem filmowym. Tak surowym formalnie, że usytuowanym niemalże w bezpośrednim sąsiedztwie dokumentalnej estetyki. Emocjonalnie oszczędnym, ale rażącym z siłą prądu. Podglądającym bohaterów tak zwyczajnych, że kino bez wyrzutów sumienia może sobie o nich zapominać. Pamiętają Francuzi, którzy w nieefektownych perypetiach przyziemnych ludzi ukrywają wartościowe, dydaktyczne przesłanie. W “Młodym Ahmedzie” z trwogą przyglądają się narodzinom religijnego fanatyzmu, który zaczyna coraz mocniej przenikać do krwioobiegu młodego chłopaka. Dzieje się to na przekór wysiłkom otoczenia, wytaczającemu najcięższe działa, by tylko wytłumaczyć Ahmedowi, że radykalizm to nie jest dla nikogo odpowiednia, życiowa droga. Nad chłopcem płacze matka, pochylają się psycholodzy, walczy ulubiona niegdyś nauczycielka. Wszystko na próżno. Rozsądek, empatia i edukacja pozostają totalnie nieskuteczne wobec tajemniczej, trudno wytłumaczalnej atrakcyjności islamskiego fundamentalizmu. Oczywiście postawa Ahmeda uosabia jeden z najważniejszych problemów współczesnej Europy, zaś jego bliskich – bezsilność społeczną i instytucjonalną Starego Kontynentu w stawianiu czoła temu wyzwaniu. Jednak rozterki Dardenne’ów jeszcze nigdy nie były tak banalne, ich bohater tak idiotyczny i niezajmujący, a sama historia bezzębna i nieinteresująca.

 

W kinie: Historia Małżeńska

historiamalz

 

HISTORIA MAŁŻEŃSKA
10. American Film Festival
reż. Noah Baumbach

moja ocena: 7/10

 

“Historia Małżeńska” jest mocno zakorzeniona w intymnym kinie wiwisekcyjnym (“Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana), jak i rozdzierających dramatach o rozpadzie rodziny (“Sprawa Kramerów” Bentona). Noah Baumbach przybił temu filmowi jednak swój mocny, autorski stempel, czyniąc z niego precyzyjne, ale bardzo ludzkie studium erozji związku dwojga kochających się ludzi. Miłość dalej łączy Charliego (Adam Driver) i Nicole (Scarlett Johansson), ale wiele innych czynników sprawia, że ich małżeństwo nieuchronnie dobiega końca. Ciągle pamiętają o tym, co ich w pierwszej kolejności ze sobą połączyło i gdy mówią o tym w poradni małżeńskiej widać, że tych większych rzeczy, jak i uroczych drobiazgów będzie im brakować, ale sentyment i przyzwyczajenie to marnej jakości spoiwa, gdy rany zadane często nieświadomie stały się na tyle bolesne i głębokie, że można je goić już tylko w pojedynkę. Do tego jednak daleka droga, bo nim ta para dostanie szansę na odzyskanie życiowej równowagi, czeka ją jeszcze kosztowna, katorżnicza procedura rozwodowa, w trakcie której podzielić trzeba wszystko – od dóbr materialnych, przez opiekę nad dzieckiem, po efekty własnej pracy. Nicole i Charlie dzielili bowiem nie tylko życie prywatne, ale i zawodowe. On to ambitny, zdolny reżyser, którego ulubioną aktorką i najważniejszą partnerką w budowaniu własnej, artystycznej marki została właśnie żona. Kiedy do gry wkraczają bezduszni, rządni w imieniu swoich klientów krwi prawnicy, sytuacja bohaterów staje się jeszcze bardziej dramatyczna niż pierwotnie, zaś obietnice o rozwodzie w przyjacielskiej atmosferze szybko okazują się naiwną mrzonką. Pułapką systemu, w której ugrzęźli ludzie, nie chcący już mocniej się ranić, do czego ostatecznie zostali zmuszeni procedurami i prawniczymi konwenansami.

“Historia Małżeńska”, choć dotyka wielu kwestii dotyczących rozpadu związku, pozostaje opowieścią do głębi kameralną, całkowicie pozbawioną lamentacyjnego tonu czy widowiskowego napięcia. Rozgrywaną w spokojnych rejestrach, wyciszoną i ładnie zrównoważoną w ukazywaniu racji swoich bohaterów i ogromnej wobec nich empatii. Intencje filmu doskonale zrozumieli Driver i Johansson, dołączając do swojego aktorskiego emploi kreacje naprawdę na miarę swojego talentu i możliwości, co nie zawsze przecież widać w wysokobudżetowych produkcjach, w jakich ostatnio najczęściej możemy ich oglądać. Perfekcyjna świadomość delikatności i minimalizmu filmowej struktury tej opowieści sprawiają, że fabuła Baumbacha bardziej przemawia do serca niż rozumu widza – tego zdecydowanie czulszego punktu, w który reżyser z Nowego Jorku do tej pory nie zwykł chybić.