W kinie: American Animals (AFF)

amanimals

 

AMERICAN ANIMALS
9. American Film Festival
reż. Bart Layton

moja ocena: 6.5/10

 

Młodzieżowe heist movie z moralizującym przesłaniem don’t do crimes, ale zapodane w bardzo atrakcyjnej formie. Z ironicznym dreszczykiem i równie prześmiewczo potraktowanym schematem mocumentu. Grupa dzieciaków wpada na szalony i karkołomny pomysł, by z uniwersyteckiej biblioteki wykraść cenne książki. Nie tylko planują – w ich mniemaniu – precyzyjny napad, ale też wszystko to, co wokół niego. Muszą przecież na tak oryginalny towar znaleźć pewnych nabywców. Dla chcącego jednak nic trudnego – zblazowane nastolatki nadspodziewanie łatwo odnajdują drzwi do świata podejrzanych marszandów i handlarzy dziełami sztuki ze źródeł niewiadomego pochodzenia. Brzmi to wszystko jak nieprawdopodobna bajka, ale w filmie Barta Laytona rzuca się w oczy zupełnie inna sprawa. Ta wyrafinowana, przebojowa drwina z mitu american dream, z przekonania, że fortuna i sukces są na wyciągnięcie ręki, jeśli ktoś tylko postanowi przejąć inicjatywę, zostać kowalem własnego losu. W “American Animals” młodociani bohaterowie tak to wykoślawiają, że aż miło na to patrzeć. W końcu nadchodzi też moment wyczekiwanego skoku na bibliotekę. Ze swoją poważną dramaturgią i racjonalnie wcielanym w życie planem. Tym bardziej jego cudowny w swej grotesce finał (oraz jego konsekwencje) idealnie wpisuje się w kreatywny koncept twórców filmu, którzy fajnie potrafili udźwignąć ciężar nieprawdopodobnej historii opartej na faktach i się w niej nie zagubić.

 

W kinie: Suspiria

suspiria

 

SUSPIRIA
polska premiera: 2.11.2018
reż. Luca Guadagnino

moja ocena: 7/10

 

Luca Guadagnino bardzo instrumentalnie traktuje zarówno oryginalną “Suspirię” mistrza giallo Dario Argento, jak i ramy horroru jako gatunku. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że ani jedno, ani drugie go nieszczególnie interesują. To tylko pretekst dla zbudowania na jakichś atrakcyjnych fundamentach własnej opowieści – odrealnionego, złowieszczego manifestu feministycznego, w którym główny bohater jest tylko jeden. To taniec – gorączkowy, dziki żywioł, który zespaja ze sobą nie tylko ciała, ale też dusze tych, którzy mu się w pełni podporządkują. W “Suspirii” Guadagnino to taniec jest najbardziej wyrazistym elementem kina grozy, jaki można tu znaleźć. Jak choćby wtedy gdy występ Susie Bannion (Dakota Johnson) spazmatycznie wygina ciało zamkniętej w innym pomieszczeniu tancerki, doprowadzając do jej bolesnej śmierci. Czy jak też w barokowo epickim finale filmu. Guadagnino pozbył się wszystkich wnętrzności z fabuły Argento, by napakować ją własnymi znaczeniami, a jest ich tu bez liku. Akcja nowej “Suspirii” rozgrywa się w latach 70. w podzielonym i niespokojnym Berlinie (skojarzenia z “Opętaniem” są jak najbardziej na miejscu). Te nastroje z pozoru udzielają się także uczennicom szkoły tanecznej. Jedną z nich nawet podejrzewa się o aktywne sympatyzowanie z młodymi terrorystami z Niemiec. Ale w szkole Heleny Markos (Tilda Swinton) dzieją się dużo bardziej niezwykłe rzeczy – znikają kolejne tancerki. Uwikłana w ten proceder zdaje się być cała kadra placówki, zorganizowana jak czarownice w Noc Walpurgi. Knująca w ciemnych kątach budynku i udająca, że przygotowuje swoje podopieczne do oryginalnego, scenicznego występu pod okiem dostojnej Madame Blanc (Tilda Swinton). Młode dziewczyny wciągane zostają w pułapkę i wabione wprost do jaskinia lwa. Prywatne śledztwo w sprawie tego, co dzieje się w szkole, na własną rękę podejmuje sędziwy dr Josef Klemperer (Tilda Swinton), zaniepokojony losem jednej z tancerek. Psychiatrę rozdziera też od środka jego własna tragedia z wojennej przeszłości. Guadagnino mnoży wątki, ale jednocześnie odciąga od nich uwagę transowym rytmem narracji i przepiękną, psychodeliczną stroną wizualną filmu. Jak to się wspaniale ogląda! Jak cudownie słucha się muzyki Thoma Yorke’a! Tak przepysznie, że nawet brak logiki i spójności tych tropów interpretacyjnych wcale mi nie przeszkadzał. W ogóle gdyby otrzepać się z tej hipnotycznej ekstazy wytworzonej przez wystawny spektakl, jakim jest “Suspiria”, można dostrzec, jak w gruncie rzeczy bezsensowny jest to film. Jak cała tajemnica Susie, rywalizacja Markos i Blanc, poszukiwania dr Klemperera, ale też stricte techniczne elementy (np. ścieżka dźwiękowa czy gra aktorska Johnson), w ogóle nie spinają się w finałowej kulminacji. Ostatecznie jednakowoż wcale mi to nie przeszkadzało, co uważam ze wielki sukces twórców tego remake’u – nieremake’u.

 

Miesiąc w muzyce: październik 2018 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
kwarmeliv

Kwamie Liv – New Boo
7”, 2018
Try this!

 

number2
sharonvett

Sharon Van Etten – Comeback Kid
Remind Me Tomorrow, 2018
Try this!

 

number3
loverman

Loverman – Blue Blood Baby
7”, 2018
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Millie Turner – Night Running (7”) Try this!
[pop] [przebojowo]

Nicole Dollanganger – Lemonade (Heart Shaped Bed LP) Try this!
[muzyka nastrojowa] [klimatycznie]

Alpines – Be Yours (Full Bloom LP) Try this!
[pop] [chwytliwa ballada]

Dahlia Sleeps – Settle Down (7”) Try this!
[pop/rock] [przebojowo]

Billie Eilish – when the party’s over (7”) Try this!
[muzyka nastrojowa] [melancholia]

Broken Social Scene – Old Dead Young (7”) Try this!
[indie pop/rock] [moc]

Jessica Pratt – This Time Around (Quiet Signs LP) Try this!
[kameralny folk] [melancholia]

Beacon – On Ice (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka elektroniczna]

Deerhunter – Death in Midsummer (Why Hasn’t Everything Already Disappeared LP) Try this!
[pop/rock] [folkowa wrażliwość]

Edyta Bartosiewicz – Lovesong (7”) Try this!
[pop/rock] [muzyka z emocjami]

Trentemøller: – Transformer Man (Harbour Boat Trips Vol. 02 Copenhagen LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [klubowy pop]

Ryley Walker – Diggin’ A Ditch (The Lillywhite Sessions LP) Try this!
[rock] [ładny hałas]

RAY BLK – Mama (7”) Try this!
[soul] [muzyka z duszą]

Theophilus London feat. Tame Impala – Only You (7”) Try this!
[retro klimaty] [taneczny pop]

SOAK – Everybody Loves You (7”) Try this!
[pop] [spokojnie]

Jessie Ware – Overtime (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [klubowe klimaty]

Lil Silva feat. Cautious Clay – Always Wonder (Heart Shaped Bed LP) Try this!
[nowe brzmienie] [nocna muzyka]

Ralph – Long Distance Lover (A Good Girl LP) Try this!
[klubowy pop] [dziewczęco]

Liv Dawson – Good Intentions (Bedroom EP) Try this!
[popowe r’n’b] [przebojowo]

Boy Harsher – Face the Fire (Careful LP) Try this!
[synth pop] [mroczna elektronika]

Claire George – Orbits (7”) Try this!
[electro pop] [dream pop]

Friendly Fires – Heaven Let Me In (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [klubowe klimaty]

IU – Bbibbi (7”) Try this!
[kpop] [pozytywne brzmienie]

Maxwell – Shame (7”) Try this!
[soul] [miejskie brzmienia]

Allen Stone feat. Jamie Lidell – Taste Of You (7”) Try this!
[funkująco] [muzyka żywiołowa]

Kwiat Jabłoni – Niemożliwe (7”) Try this!
[folk] [made in Poland]

Flo – Set in Stone (7”) Try this!
[indie pop] [siła skromności]

***
posłuchaj na YT

// posłuchaj na Spotify

W kinie: Her Smell (AFF)

hersmell

 

HER SMELL
9. American Film Festival
reż. Alex Ross Perry

moja ocena: 7.5/10

 

Film-przeżycie. Z początku przede wszystkim dlatego, że trzeba przeżyć pierwszą część – męczącą, kakofoniczną, rozegraną w bardzo wysokiej tonacji emocjonalnej, w której ze zdecydowanie nieprzyzwoicie blisko usytuowanego pierwszego rzędu uczestniczymy w autodestrukcyjnym wybuchu głównej bohaterki. Artystki i scenicznego demona, Becky Something (warta wszystkich nagród świata Elisabeth Moss), za kulisami jednego z wielu swoich nieprzewidywalnych koncertów właśnie przeżywającej potężne załamanie nerwowe. Wokalistka spada w otchłań szaleństwa w stylu Andrzeja Żuławskiego i w dół ciągnie ze sobą wszystkich, których kocha i którzy coś dla niej znaczą. I gdy wydawać by się mogło, że po takim wstępie „Her Smell” nie jest nam w stanie zaoferować bardziej intensywnych wrażeń, totalnie zmienia się nastrój filmu i dopiero tutaj oglądamy autentyczny negliż emocjonalny jego bohaterki. Odartej z kostiumu i krzykliwego makijażu, skłóconej z życiem upadłej madonny i próbującej się pogodzić – z samą sobą, bliskimi, współpracownikami. W ciszy czterech ścian zagraconych artefaktami z niedawnej, buńczucznej przeszłości i perspektywą niepewnej przyszłości starającej się powoli posprzątać bałagan, którego być może uporządkować się nie da. Gdy Becky gra swojej córce „Heaven” na pianinie, brzmi to jak najsmutniejsze i najsłodsze zarazem pożegnanie. Liczy się tylko ta chwila, JAKBY JUTRA MIAŁO NIE BYĆ. By podtrzymać to ładne napięcie, a finał filmu uczynić bardziej spektakularnym – na swój osobliwy i osobisty sposób – Alex Ross Perry każe swojej bohaterce znów powrócić na scenę. W to piekło, przez które w gruzach legła jej egzystencja. Ta fabularna elipsa stanowi swoisty rewers początku tej historii, choć znów ma ona już całkiem inny wymiar. Wewnętrzna walka Becky toczy się dalej, ale już w zupełnie innych niż wyjściowe okolicznościach. Niby wiadomo, że show must go on z nią czy bez niej, ale gwarantuję, że takiego filmu o cenie sławy to jeszcze nie widzieliście/przeżywaliście.

 

W kinie: The Hate U Give (AFF)

thug

 

THE HATE U GIVE
9. American Film Festival
reż. George Tillman Jr.

moja ocena: 6.5/10

 

Młodzieżowe kino z misją edukacyjną i uwrażliwiające na rasową różnorodność współczesnej Ameryki, z jej problemami i tragediami. Nastoletnia Starr (Amandla Stenberg) prowadzi swego rodzaju podwójne życie. Z racji urodzenia związana jest nierozerwalnie ze swoją “czarną” dzielnicą, w której rządzą przestępcze gangi. Każdy zna tu kogoś, kto prowadzi działalność niezgodną z prawem. W swoim bliskim otoczeniu takich znajomych ma też Starr, ale rodzice postanowili ją odseparować ją od tego środowiska, posyłając do prywatnej, liberalnej szkoły, uczęszczanej przez bogate, białe dzieciaki. Dziewczyna potrafi się łatwo zasymilować, jest bystra i inteligentna. Dobrze czuje się zarówno w gronie rówieśników z sąsiedztwa, jak i znajomych ze swojej szkoły. Wszystko się jednak zmienia, gdy bezbronny przyjaciel Starr zostaje zastrzelony przypadkowo przez białego policjanta, czego dziewczyna była bezpośrednim świadkiem. Nastolatka musi raz jeszcze zastanowić się nad tym, kim naprawdę jest i zadecydować, czy jest w stanie podjąć walkę o siebie i swoich bliskich. Potyczkę na wielu frontach – z lokalnym gangiem, systemem sprawiedliwości, uprzedzeniami i stereotypami. Dużo jak na jedną 17-latkę, ale układa się ta cała opowieść w ciekawą całość. “The Hate U Give” sprytnie bawi się schematami high school drama, komedii o nastolatkach i poważnego kina społecznego. Tego pierwszego ostatecznie jest w filmie trochę za dużo, ale można to nawet twórcom wybaczyć za to, jak bardzo kompleksowo podeszli do tematu. Ekranizując popularną książkę dla młodzieży, atrakcyjnie przetłumaczyli ją na język kina. Kina dla widzów w różnym wieku, stanowiącym mądrą lekcję wiedzy o społeczeństwie.

 

W kinie: Life Itself (AFF)

lifeitself

 

LIFE ITSELF
9. American Film Festival
reż. Dan Fogelman

moja ocena: 4/10

 

Dan Fogelman to człowiek, który stoi za ogromnym sukcesem “This is Us” – obyczajowego serialu, który rozkochał w sobie widownię na całym świecie. Z doskonale rozpisanymi, skomplikowanymi wątkami i postaciami. Dostarczającym autentycznych wzruszeń. Tak, też jestem fanką tego serialu, czego w ogóle bym się po sobie nie spodziewała. Tę wielowątkową, naszpikowaną emocjami formułę Fogelman teraz starał się wykorzystać do krótszej formy, jaką jest film fabularny. Poległ na każdym polu, choć zaczęło się obiecująco. Wątek małżeńskich losów Willa (Oscar Isaac) i Abby (Olivia Wilde) dramaturgicznie rozpisany został bez zarzutu, polifonia humoru i tragedii stopniowana jest powoli i z rozwagą, ale potem historia rozrasta się niedorzecznie, tocząc się niemalże jednocześnie w Andaluzji i Nowym Jorku, dążąc do absurdalnie kiczowatego finału. To jest taka produkcja, która konkurować by mogła z telenowelową tandetą. Są tu umierające matki, zbuntowane nastolatki, niesamowite zbiegi okoliczności i różne odcienie miłości. Największym niebezpieczeństwem dla bohaterów okazuje się komunikacja miejska. Fogelman chce zmusić ludzi do łez, ale u mnie to była bardziej reakcja alergiczna i wybuchy niekontrolowanego śmiechu. Nie obchodziły mnie losy właściwie żadnej z tych niedorzecznie poczciwych postaci i gdybym była scenarzystą tego filmu szybko ukróciłabym ich niedolę i swoje cierpienie jako widza.

 

W kinie Pierwszy Człowiek

firstman

 

PIERWSZY CZŁOWIEK
polska premiera: 19.10.2018
reż. Damien Chazelle

moja ocena: 7/10

 

Nie wiem, co musiało się wydarzyć u Damiena Chazelle’a, że od “La La Land” dość szybko przeszedł do kina pokroju “Pierwszego Człowieka” – intymnego, wyciszonego, antybohaterskiego. Bo Neil Armstrong (Ryan Gosling) jest tu wyjątkowo markotny i introwertyczny nawet w skali autyzmu. Motywacją dla jego obsesyjnych, kosmicznych poszukiwań jest śmierć ukochanej córeczki. Armstrong oddaje się służbowym obowiązkom i szuka nowych celów zawodowych, bo to jego sposób na przepracowanie żałoby, a momentem katharsis tego procesu będzie wyśniony i upragniony pierwszy krok na księżycu. Perfekcjonizm, gotowość poświęcenia rodziny i życia dla marzenia czynią z Armstronga Chazelle’a duchowego brata Andrew i Sebastiana – bohaterów poprzednich filmów tego reżysera. Młody twórca mierzy się z potężnym, amerykańskim mitem, metodycznie go dekonstruując. Wpisuje tę legendę w historyczny kontekst epoki, zimnowojennej rywalizacji mocarstw i wyścigu zbrojeń, który w latach 60. sięgnął – dosłownie – kosmicznego poziomu. Absurd i paranoja – w takich kategoriach pozwala patrzeć na te kulisy eksploracji kosmosu Chazelle. Udaną wyprawę na księżyc poprzedzają również długie godziny testów w klaustrofobicznych, metalowych puszkach oraz żmudne studiowanie technicznej literatury. Mało tu wielkich słów o szczytnych celach i motywacyjnych gadek zagrzewających do walki. Są za to trupy i jest ich całkiem sporo. W drodze na księżyc koszty tej operacji bowiem wzrastają. Mnożą się wydatki (z publicznych przecież pieniędzy) oraz tragicznie kończą żywoty tych, którzy nie mieli tyle szczęścia, co załoga Apollo 11. Oddali życie, by takiemu Armstrongowi się może kiedyś udało. Chazelle głośne podsumowanie tych wątpliwości wrzuca w usta Janet (Claire Foy) – żony Armstronga, która w chwili słabości wykrzykuje do przełożonego jej męża, że to całe NASA to banda małych chłopców bawiących się zabawkami, których nie kontrolują. Małych, białych chłopców dorzuci też później Chazelle, gdy będzie mnożył dwuznaczności towarzyszące programowi Apollo. Tylko dla wygłoszenia tej kwestii i późniejszego zmuszenia Armstronga do konfrontacji z dziećmi przed najważniejszą i niepewną co do swojego finału misją. Reszta scen z Foy to sztampowa nuda, ale wróżę Brytyjce nominację do Oscara i może nawet samą statuetkę. Wspomniana scena z dziećmi, wieczorową porą, przy pustym stole pokazuje chorobliwy stopień fiksacji Armstronga na jego marzeniu, który do kilkulatków widzących ojca być może po raz ostatni przemawia wyuczonymi formułkami jak na jakiejś konferencji prasowej. Kocham ten moment, ale ma on w sobie też coś złowieszczo niepokojącego. Ciekawe, czy Amerykanom zmąciło to choć trochę portret ich wspaniałego bohatera. Lądowanie na księżycu też obdarł Chazelle z patosu, mimo że pojawiają się tam i słynne słowa o małym kroku człowieka i wielkim ludzkości, i amerykańska flaga powiewająca na tle ciemnego, prawie czarnego nieba. Księżyc jako szara pustynia pyłu i kraterów pozwala na chwilę zadumać się nad ludzkim losem i naszym miejscem we wszechświecie, Armstrongowi daje możliwość pogodzenia się ze stratą, ale gdy magia tego niezwykłego momentu znika, powracają pytania. Z tym najważniejszym na czele: czy naprawdę było warto. “Pierwszy Człowiek” mnie nie porwał, czasem nawet trochę nużył, ale ja straszliwie szanuję i doceniam ten wielowątkowy, skomplikowany film, który w takiej formie niesamowicie mnie pozytywnie zaskoczył. I ciągle zbieram szczenę z podłogi z wrażenia, jak dojrzałym i mądrym twórcą jest Damien Chazelle.

 

W kinie: Złe Wychowanie Cameron Post (AFF)

miscampost

 

ZŁE WYCHOWANIE CAMERON POST
9. American Film Festival
reż. Desiree Akhavan

moja ocena: 6.5/10

 

Nastoletnia Cameron (Chloë Grace Moretz), nakryta na czułościach ze swoją przyjaciółką w trakcie szkolnego balu, trafia do ośrodka, w którym mają ją uleczyć z homoseksualnych skłonności i sprowadzić na Chrystusową drogę. W tym miejscu mieszka już cała grupa młodzieży, zmagająca się z brakiem akceptacji najbliższych, ale nie wszyscy uważają, że faktycznie coś z nimi jest nie tak. Terapii poddają się w obliczu ewentualnej bezdomności i dla świętego spokoju. Sama Cameron zdecydowanie znajduje się gdzieś pomiędzy. Wątpiąc, stara się poznać samą siebie i dojrzeć do wniosku, że to przede wszystkim ona musi zaakceptować siebie taką, jaką jest. Queerowy akcent w “Złym Wychowaniu” wybrzmiewa oczywiście dość mocno, ale to po prostu taki element charakterystyczny typowego kina coming-of-age. Bardzo subtelnego i pełnego ciepła w podejściu do młodych bohaterów, ale też do tych, którzy ich indoktrynują – kolejnych zbłąkanych i przestraszonych dusz. Desiree Akhavan nikogo w tym filmie nie obśmiewa. Nawet te momenty “nauczania” nie sprawiają wrażenia szczególnie groźnych i inwazyjnych, choć ich odbiór zależy oczywiście od tego, kto słucha i jak bardzo się tym przejmuje (a film dogłębnie pokazuje, jak różne mogą być reakcje). Zamiast moralizatorstwa i krytykanctwa w “Złym Wychowaniu” oglądamy wyważone, kameralne kino młodzieżowe – idealne zwłaszcza dla rówieśników bohaterów filmu, ale też starsza widownia doceni jego błyskotliwą powściągliwość i uciekanie od taniej sensacji tak daleko, jak to tylko możliwe.

 

W kinie: Bez obaw, daleko nie zajdzie (AFF)

dontworry

 

BEZ OBAW, DALEKO NIE ZAJDZIE
9. American Film Festival
reż. Gus Van Sant

moja ocena: 5.5/10

 

Doprawdy nie wiem, ile razy oglądałam już takie historie na dużym ekranie i nie tylko. O beztroskich jednostkach egzystujących z dnia na dzień pod parasolem upadlających nałogów i autodestrukcyjnych przyzwyczajeń, które muszą sięgnąć totalnego dna, otrzeć się o śmierć, by zastanowić się nad sobą, zapragnąć zmian i mieć w końcu przyzwoite, w miarę szczęśliwe życie. Według Gusa Van Santa taką postacią był John Callahan – rysownik i ilustrator, znany ze swojego wyjątkowo niepopranego politycznie humoru. Ale zanim Callahan stał się tą znaną personą, był kimś zupełnie innym – nałogowcem, hulaką i społecznym wałkoniem, który dopiero w wyniku dramatycznego wypadku skutkującym trwałym kalectwem przewartościował to i owo w swojej głowie. “Bez obaw…” pokazuje tą trudną, wyboistą drogę z typowymi dla niej przystankami: wychodzeniem z nałogu, poszukiwaniem wsparcia, zawieraniem wartościowych znajomości, godzeniem się z samym sobą i własnymi słabościami, odnajdywaniem nowego powołania. Joaquin Phoenix w roli głównej – ze swoją szorstką aparycją i nieprzeciętnymi, aktorskimi umiejętnościami – na pewno ożywia tę przewidywalną konwencję. Ładnie na drugim planie asystuje mu choćby Jonah Hill jako mentor z przeszłością i własnymi demonami. Sam Van Sant natomiast nie szuka żadnych oryginalnych rozwiązań w obrębie kina biograficznego. Podąża ścieżką prostych emocji i wzruszeń oraz łatwiejszej, oczywistej narracji. Ku pokrzepieniu serc i z jasną wskazówką, by uczyć się także na błędach innych.

 

W kinie: Bracia Sisters (AFF)

sistersbro

 

BRACIA SISTERS
9. American Film Festival
reż. Jacques Audiard

moja ocena: 5.5/10

 

Historia o trudnym braterstwie – trochę jak z antycznej tragedii, trochę jak z biblijnej przypowieści – ubrana w kostium realiów XIX-wiecznej Ameryki. Czasów, kiedy określenie Dziki Zachód nie mogło brzmieć bardziej dosłownie. Wtedy to bowiem na odległy kontynent przybywali emigranci z całego świata ze swoimi nadziejami i marzeniami na lepsze życie. W gorączce złota budowano miasta i miasteczka, w których rządzili majętni nuworysze, ochraniani przez sprawnych rewolwerowców. Bo wtedy sprawiedliwość wymierzało się właściwie na własną rękę. W stanie Oregon posadę u niejakiego Komandora (Rutger Hauer) znaleźli tytułowi bracia Sisters: porywczy Charlie (Joaquin Phoenix) i melancholijny Eli (John C. Reilly). Żywioły względem siebie jak ogień i woda, złączeni wspomnieniem naznaczonego cierpieniami dzieciństwa u boku ojca-pijaka i kolejnymi zleceniami od swojego szefa, w których – zwykle bezpardonowo i krwawo – muszą rozprawiać się z tymi, którzy zaleźli ich pracodawcy za skórę. Jednym z takich delikwentów jest niepozorny chemik Warm (Riz Ahmed), który twierdzi, że odkrył formułę, pozwalającą efektywniej wydobywać złoto z amerykańskich potoków. To człowiek, który nie tyle chce się dorobić, ale przede wszystkim wykorzystać tak zdobyty majątek na budowę sprawiedliwej i demokratycznej wspólnoty gdzieś w Teksasie. Do swojej idealistycznej wizji Warm przekonał już Morrisa (Jake Gyllenhaal) – kolejnego współpracownika Komandora. Musi jeszcze uciec braciom Sisters, albo ich również zaprosić do współpracy. Jacques Audiard ma iście fanowski stosunek do tradycji westernów osadzonych w czasach amerykańskich pionierów. Ta estetyka i epoka ewidentnie go fascynują. Dlatego właśnie historyczne tło kolejnej przygody braci Sisters wygląda tak atrakcyjnie i wciągająco. Co innego już sama opowieść o ludzkich relacjach w tych osobliwych czasach, którą tworzą nużące swoim sentymentalizmem klisze fabularne. Postacie Charlie’go i Eli w tym kontekście bronią się swoją porządnie nakreśloną rodzinną i zawodową historią, ale już taki Morris – podatny na utopijne fantazje filozof w kowbojkach i kronikarz-amator – w uniwersum filmu Audiarda sprawia wrażenie przybysza z innej galaktyki. Zaskakująco łatwo bohaterowie zmieniają też motywacje swoich działań, dlatego zmiana, która ostatecznie w nich zachodzi, wiarygodnie to może wygląda na poziomie napisanego scenariusza. Audiard stara się sugerować, że wiele rzeczy dojrzewa w bohaterach, bo zmienia się świat wokół nich. Bracia Sisters przy okazji polowania na Warma po raz pierwszy wyjadą poza Oregon, zobaczą ubikację ze spłuczką i zaczną prowadzić profesjonalną toaletę jamy ustnej za pomocą szczoteczki i pasty do zębów. Ale przecież to nie z tego powodu zmienią swoje nastawienie do rzeczywistości. Nie z tego powodu wybiorą kolejny kierunek swojej wędrówki. Francuski reżyser niezbyt przekonywująco pokazał te zależności. W intensywniejszych momentach okazał się ponadto zbyt wycofany, w chwilach fabularnego oddechu brał go aż za bardzo, więc pozbawił film sensownego tempa. A w kategorii kontemplacyjnego westernu przegrywa wyraźnie chociażby z taką Kelly Reichardt. Dla mnie „Bracia Sisters” są dowodem na to, że Audiard z odważnego, wyrazistego twórcy przeobraził się w branżowego domatora, hołdującego klasycznym, ładnym, prostym formom i schematom męskiego kina.