Miesiąc w muzyce: listopad 2017 (piosenki)

PIOSENKI LISTOPADA

number1
joyamoo

Joya Mooi – Take The Blame
The Waiting Room EP, 2017
Try this!

 

number2
feder

Federico Albanese – By The Deep Sea
By The Deep Sea LP, 2018
Try this!

 

number3
marygau

Mary Gauthier – Bullet Holes In The Sky
Rifles & Rosary Beads LP, 2018
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Charlotte Day Wilson – Doubt (7”) Try this!
[soulowy klimat] [magnetycznie]

Joe Russell-Brown – Post-Youth Depression (7”) Try this!
[lo-fi pop] [dziarsko]

Miya Folick – Give It To Me (7”) Try this!
[siła kobiet] [z charakterem]

Jim James – The World Is Falling Down (Tribute To 2 LP) Try this!
[singer/songwriter] [spokojnie]

Baths – Extrasolar (Romaplasm LP) Try this!
[nowe brzmienia] [subtelna elektronika]

Kevin Morby – Baltimore (Sky At Night) (7”) Try this!
[folk] [singer/songwriter]

Men I Trust – Tailwhip (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka subtelna]

Jade Bird – Cathedral (Something American EP) Try this!
[americana] [przebojowo]

Flight Facilities feat. Broods, Reggie Watts & Saro – Stranded (7”) Try this!
[klubowy pop] [różnorodnie]

Jadu Heart & Mura Masa – U Never Call Me (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [nowoczesne r’n’b]

Young Fathers – Lord (Lord LP) Try this!
[soul] [pomysłowy rozmach]

Yaeji – Raingurl (EP2 EP) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka miejska]

Ala ZaStary – Pilot (7”) Try this!
[współczesny pop] [made in Poland]

Vallis Alps – So Settled (7”) Try this!
[pop] [z magiczną energią]

Sally Dige – Holding On (Holding On LP) Try this!
[synth pop] [pocztówka z lat 80.]

Javiera Mena – Dentro de ti (7”) Try this!
[latin pop] [tanecznie]

Kyle Craft – Heartbreak Junky (Full Circle Nightmare LP) Try this!
[americana] [singer/songwriter]

Sleigh Bells – Rainmaker (Kid Kruschev LP) Try this!
[pop/rock] [wyraziście]

Barbara Wrońska – Nie czekaj (7”) Try this!
[pop] [pocztówka z lat 60.]

The Marías – Only In My Dreams (Superclean Vol. I EP) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Sunflower Bean – I Was a Fool (7”) Try this!
[indie pop/rock] [melancholijnie]

Jonathan Bree feat. Clara Viñals – Say You Love Me Too (7”) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka niepokojąca]

Empire Of The Sun – On Our Way Home (7”) Try this!
[pop] [muzyka elektroniczna]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: Cicha Noc

cichanoc

 

CICHA NOC
polska premiera: 24.11.2017
reż. Piotr Domalewski

moja ocena: 7/10

 

Uważam, że hype, jaki towarzyszy tej premierze – związany z laurami w Gdyni i zachwytami krytyków – szkodzi “Cichej Nocy” bardzo. Debiut Piotra Domalewskiego to film solidny, inteligentny i pewnie w naszym kraju potrzebny. Stylistycznie umiejscowiony gdzieś między rumuńską nową falą a Smarzowskim, ale błyskotliwie uciekający od pułapek obu gatunkowych klisz. Po pierwsze dlatego, że Domalewski najwyraźniej nie aspiruje do bycia aż tak “realistycznym realistą” jak Cristian Mungiu i jego koledzy po fachu. Mazury w “Cichej Nocy” są może szare i smutne zimową porą, ale jednak swojskie oraz znów nie takie odpychające. Po drugie, młodszy reżyser ma zdecydowanie inną wrażliwość niż twórca “Domu Złego”. Patrząc na przeciętną, nadwiślańską rodzinę w trakcie rytualnej, bożonarodzeniowej celebry jak z pospolitego stereotypu (“Kevin sam w domu”, kolędy z telewizora, kolacja, o której każdy marzy, by jak najszybciej się skończyła etc.), porywa się na podobną diagnozę społeczną, ale w swojej obserwacji wydaje się jednak subtelniejszym i łagodniejszym recenzentem stanu polskiej duszy. Z tym właśnie mam problem największy, bo Domalewski choć widzi dużo, dostrzega rzeczy ważne i niewygodne, narrację prowadzi koronkowo i precyzyjnie (plus dodatkowo świetna operatorska robota Piotra Sobocińskiego czy autora muzyki Wacława Zimpla, który stworzył organiczne tło dźwiękowe dla tej historii), podobnie jak wielu rodzimych, nie tylko aspirujących filmowców, okazuje się obserwatorem dość jednostronnym. Domalewski skupia się bowiem na mniejszych i większych patologiach, siłę czerpie z brzydoty i przeciętności Polski B, napędza film słabościami i ułomnościami swoich bohaterów, a ponieważ to wszystko brzmi dziwnie znajomo, składa się naturalnie na coś zdecydowanie większego niż portret typowej, polskiej rodziny we wnętrzu. W naszym kinie to może być tylko albo szarobura, buraczana prowincja Grażyn i Januszów, albo wyidealizowana, modna Warszawka z hummusem i Starbucksem. Te światy nigdy w polskich filmach się nie spotykają, a nawet więcej – zdają się nie wiedzieć o swoim istnieniu. Domalewski nie wychodzi poza to popularne ograniczenie, czego żałuję. Przemawia do mnie jednak smutny uniwersalizm “Cichej Nocy”. Niby XXI wiek, Unia Europejska i internet w telefonie, szklane wieżowce i zachodnie sieciówki na każdej większej ulicy, a aspiracje i marzenia sporej części Polaków zatrzymały się na czasach, gdy o społecznym statusie, sukcesie i poczuciu komfortu decydowało posiadanie krewnych w RFN czy w Chicago oraz za drogie auto w garażu kupowane nie z potrzeby, ale dla taniego szpanu. Gdyby bohaterowie filmu dotrwali do Sylwestra, zapewne odbyłby by się on w kiczowatej remizie w rytmie Rihanny i Zenka Martyniuka, nad tłustym prosiakiem z rusztu i w kreacjach jak z “Dynastii”. W “Cichej Nocy” nie drwi się jednak z tych naszych narodowych skaz i niedociągnięć, ale empatycznie dostrzega się ich źródło. Bo mocne korzenie i przywiązanie do konkretnego miejsca. Bo obowiązek spełniania oczekiwań bliskich po wieczne czasy. Bo mus kultywowania archaicznych tradycji. Bo często nie ma dobrych decyzji, które trzeba jednak podjąć. Bo w końcu zawsze wracamy do tego rodzinnego stołu i uśmiechamy się szeroko do wspólnego zdjęcia, tym szerzej im bardziej nie znosimy osób z tejże fotografii. Polskie paradoksy – Domalewski sklasyfikował je wszystkie bez poddawania kąśliwej ocenie. On to po prostu tak po ludzku rozumie i po polsku czuje. Filmowa socjologia patriotyczna wysokiej próby.

 

11. Festiwal Filmowy Pięć Smaków (2)

briderip

 

ŻONA DLA RIP VAN WINKLE
reż. Shunji Iwai
Japonia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Miejska baśń, snująca opowieść o współczesnym kopciuszku – zamkniętej w sobie nauczycielce, której życie zdaje się być niebywałym rollercoasterem nieprawdopodobnych zdarzeń i wypadków – ale ekstrawagancko dekonstruująca popularne w popkulturze motywy i schematy. Perypetie nieśmiałej Nanami to bowiem z jednej strony epicka rozprawa o samotności w wielkim mieście, z drugiej – wielowątkowa opowieść o indywidualnej emancypacji, wychodzeniu ze strefy iluzorycznego komfortu, uczeniu się siebie i odkrywaniu własnej tożsamości. Imponuje w tej historii wnikliwość i głębia konstrukcji głównej bohaterki oraz inteligentnie efektowne rozmycie tego, co wokół niej, ale nie zawsze broni się ta rozbudowana, wymagająca ciągłego skupienia forma. Sposób narracji w filmie Shunji Iwai też wydaje mi się nazbyt rozwleczony, momentami wręcz ospały. Taka bliskość względem Nanami czasem zasłania też to, co w “Żonie dla Ripa Van Winkle” najciekawsze. To spojrzenie na współczesną Japonię, jej społeczne mechanizmy, obyczajowość i aktualnie rządzące nią konwenanse. Rzadko kiedy w kinie Kraju Kwitnącej Wiśni ktoś przedstawia tak kompleksową i konkretną diagnozę społeczną.

 

dakini

 

MIÓD DLA DAKINI
reż. Dechen Roder
Bhutan
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Czarny kryminał spowity mistyką małego, egzotycznego państwa we wschodnich Himalajach. Podstawą osi narracyjnej filmu jest śledztwo w sprawie zaginionej, najprawdopodobniej zamordowanej przeoryszy ukrytego w bhutańskim lesie klasztoru. Lokalna społeczność wskazuje śledczym podejrzaną – piękną Choden, dziewczynę z zewnątrz, która nie chce konfrontacji z organami ścigania. Wybiera więc ucieczkę. “Miód dla dakini” podzielić można na dwie części. Pierwsza jest najbardziej fascynująca, bo w formie onirycznego kina drogi przybliża niezwykłą duchowość i wierzenia Bhutanu, przedstawia tamtejsze legendy o żeńskich buddach, tłumaczy szerszej widowni w całkiem przystępnym, ale też uwodzicielski sposób magiczną symbolikę i miejscowe legendy. W drugiej zaś Dechen Roder wraca do kryminalnej zagadki, którą rozwiązuje uparty policjant, Kinley. Jego śledztwo ujawnia nie tylko intrygę, w jaką wplątała się Choden, ale przede wszystkim odkrywa wielopoziomową sieć zależności, w której znaleźli się lokalni urzędnicy i osoby u władzy. Piętnowanie w węższym wymiarze szemranych, małomiasteczkowych układów i odkrywanie politycznych realiów kraju, w bardziej uniwersalnym – ludzkiej chciwości i podłości, to ta mniej oryginalna i pasjonująca część “Miodu dla dakini”. Tego typu tematyka w kinie jest bowiem powszechna, zaś bhutańska mistyka to coś nowego i bardziej ekscytującego. Tego chciałoby się zobaczyć zdecydowanie więcej.

 

hemahema

 

HEMA HEMA
reż. Khyentse Norbu
Bhutan, Hongkong
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Khyentse Norbu jest jednocześnie buddyjskim lamą oraz cenionym filmowcem, którego produkcje funkcjonują w szerokim, festiwalowym obiegu. “Hema Hema” nie wygląda, jak film, który mógłby wyjść spod ręki tybetańskiego duchownego. To dzieło przepełnione folkową psychodelią i niekontrolowanym szaleństwem. Zamyka się w zgrabnej, intrygującej klamrze kompozycyjnej, umiejscowionej we współczesnej, głośnej dyskotece. Pomiędzy nią przenosimy się do zamkniętej społeczności, gdzie w środku lasu, ubrani w tożsame stroje i dziwne maski, dające wrażenie powszechnej anonimowości, ludzie oddają się osobliwym rytuałom, modlitwom i celebracjom. Ale nie tylko temu, bo to też miejsce, gdzie budzą się namiętności, uaktywniają skrywane instynkty i tłumione emocje. Wszystko, co tam się dzieje, buduje skomplikowany labirynt metafor i ukrytych znaczeń. Niektóre z nich sprawiają wrażenie pożyczonych niemalże z greckiej tragedii, inne – z buddyjskich, religijnych ksiąg lub… będących wytworem jakiegoś szalonego umysłu. “Hema Hema” to wyjątkowy film, bo nie można stworzyć jednej jego interpretacji. Ta otwartość instynktownie wydała mi się całkiem naturalna dla poetyki regionu, z którego pochodzą jego twórcy oraz dla wrażliwości, jaką sobą reprezentują. Nie będę ukrywać, że ciężko w stu procentach zaangażować się w tę śmiałą formalnie i fabularnie, surrealistyczną opowieść, ale na pewno warto próbować.

 

11. Festiwal Filmowy Pięć Smaków (1)

Pierwsza część (z dwóch) małego podsumowania tegorocznej edycji Pięciu Smaków. Okazało się, że najlepsze tytuły (“Marlina”, “Po nitce do kłębka”, “Rzeka Czasu”) widziałam już wcześniej, ale oprócz tego znalazło się na festiwalu jeszcze trochę przyzwoitych propozycji.

 

nocebangkoku

 

NOCE BANGKOKU
reż. Katsuya Tomita
Japonia, Laos, Tajlandia, Francja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Film tak zły, że aż wspaniały. Połączenie społecznej obserwacji w stylu Lava Diaza (z dużym, bo aż 3-godzinnym rozmachem!), sielskiej mistyki Apichatponga Weerasethakula, humanistycznej poczciwości Hirokazu Koreedy i… rozśpiewanej lekkości współczesnych musicali. Japoński reżyser wprowadza nas w sam środek rozrywkowych dzielnic Bangkoku, gdzie kwitnie erotyczny biznes dla turystów, wśród których szczególnie ci z Kraju Kwitnącej Wiśni zdają się być najbardziej pożądanymi. Piękna Luck – dziewczyna z prowincji – w tajskiej stolicy jako prostytutka zrobiła niemałą karierę. Teraz sama może wybierać sobie klientów i imprezy. Żyje dostatnie w wielkim mieście i jeszcze wysyła pieniądze rodzinie, którą w ten sposób właściwie w pojedynkę utrzymuje. Gdy do Bangkoku powraca Ozawa, dawny klient Luck, dziewczyna dziwnie traci swój twardy, biznesowy charakter. Wraca więc najpierw myślami, a potem także ciałem w rodzinne strony, gdzie wcale różowo nie jest. W podróż zabiera Ozawę, zaś w mieście zostawia wszystkich innych, w tym bogatych kochanków. Katsuya Tomita nie potrafi sensownie rozwijać wątków, nie opanował w żadnym stopniu sztuki montażu, porusza tyle tematów, że sam się w nich ewidentnie gubi. Tam, gdzie nie wiedział, co w sumie chce powiedzieć, wrzucił fajne piosenki, których teksty dopowiadały to, co niekoniecznie na ekranie było widać. “Noce Bangkoku” w swojej realizatorskiej nieporadności są jednak filmem bardzo ujmującym. Sprawiają wrażenie takiego dzieła powstałego z słusznych, szczerych intencji i z głębi serca. Najlepiej to widać w konstrukcji bohaterów. Nie ma tu bowiem postaci negatywnych, wszyscy są tu po prostu zagubieni, zrezygnowani lub naiwni, nawet seks biznes w Bangkoku nie wygląda strasznie i odpychająco. Tomita stawia przede wszystkim na twarde fakty. Pokazuje jak jest i dlaczego jego bohaterowie dokonują takich, a nie innych wyborów. Ale ponieważ ma do nich bardzo serdeczny, wyrozumiały stosunek, nie staje się twardym dokumentalistą, ale ciepłym, filmowcem-społecznikiem.

 

madworld

 

OBŁĄKANY ŚWIAT
reż. Wong Chun
Hongkong
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 5.5/10

 

Trudne relacje ojca i syna. Ten pierwszy to zwykły człowiek pracy, który był właściwie nieobecny w życiu swojej rodziny. Robił jednak, co mógł, by zapewnić krewnym środki do życia. Ten drugi tyrał w korporacji, związał się z sympatyczną kobietą, ale przytłoczony obowiązkami przeszedł załamanie nerwowe, po którym zdiagnozowano u niego chorobę psychiczną. Jedyna szansa dla niego na powrót do społeczeństwa to ciągła opieka, po którą placówka zgłasza się do jego ojca. I tak niegdyś poukładany mieszczuch trafia do małej klitki w zaniedbanym bloku, gdzie żyją prości ludzie ze społecznego marginesu. W takim otoczeniu mężczyzna musi okiełznać chorobę i stawić czoła własnym demonom. “Obłąkany Świat” to dzieło z misją, wołające o tolerancję i zrozumienie dla osób dotkniętych chorobami psychicznymi. Kondycji i problemów bohatera filmu nie rozumieją zarówno jego znajomi z czasów, gdy wiódł całkiem wygodne życie, jak i sąsiedzi z biednej dzielnicy jego ojca. Jedni wyśmiewają jego powrót do normalności, drudzy odmawiają prawa do funkcjonowania obok nich – w domyśle ludzi normalnych i zdrowych. Z sytuacją syna nieporadnie radzi też sobie jego jedyny, obecny krewny, który ma wątpliwości, czy jest gotów wziąć na siebie taką odpowiedzialność oraz czy w ogóle jest w stanie zająć się chorym, dorosłym dzieckiem. I to wszystko opowiadane jest w tak bardzo płaczliwym tonie, z taką lamentującą emfazą, że właściwie ten obłąkany świat bohaterów hongkońskiego filmu staje się dziwnie niewzruszający i obojętny.

 

nadejdziencz

 

NADEJDZIE NASZ CZAS
reż. Ann Hui
Hongkong, Chiny
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 5/10

 

Najnowszy film weteranki kina z Hong Kongu to poczciwe kino historyczne, które stawia na jak najwierniejsze oddanie realiów epoki przez pryzmat opowieści o konkretnych jednostkach, które wpadły w sam środek wojennej zawieruchy. “Nadejdzie nasz czas” rozpoczyna się niemalże dokładnie w tym miejscu, w którym skończyła się poprzednia fabuła chińskiej reżyserki – opowiadający historię pisarki Xiao Hong “Złoty Wiek”. Te dwa tytuły nie są integralnie ze sobą związane, ale reprezentują bardzo podobne podejście do kina historycznego. Charakteryzuje je elegancki realizm i szlachetna nuda. Opowiadając o niespokojnym czasie brutalnej, japońskiej okupacji Hong Kongu w latach 40. – zwanych tam “trzema latami i ośmioma miesiącami” – Ann Hui niby skupia się na ludziach, w tym autentycznych życiorysach kontrowersyjnych bohaterów tamtych czasów, ale dużo bardziej interesuje ją codzienne, zniewolone życie, które ukazuje z zegarmistrzowską precyzją i umiłowaniem historycznych detali. W pietyzmie, wyrafinowaniu i nienagannym warsztacie Hui znajduje się być może realistyczne piękno klasycznego kina w duchu starych mistrzów (u nas tego typu twórcą był Andrzej Wajda u schyłku swojego życia), ale zdecydowanie więcej w nim flegmatycznej, teatralnej pozy i mało atrakcyjnej zachowawczości fabularnej. Kilka dekad temu Ann Hui miała prawo mówić, że nadejdzie jej czas – zapisała w końcu świetną kartę w historii azjatyckiego kina, ale z całym szacunkiem dla jej dorobku, czas takiej estetyki, jaką prezentuje z ostatnimi swoimi dziełami, już się raczej skończył.

 

W kinie: Najlepszy

najlepszy

 

NAJLEPSZY
polska premiera: 17.11.2017
reż. Łukasz Palkowski

moja ocena: 4.5/10

 

Nowa fabuła Łukasza Palkowskiego po swojej premierze w Gdyni spotkała się z powszechnie ciepłym, bardzo pozytywnym odbiorem w środowisku rodzimej krytyki filmowej. Ja ten film zobaczyłam dopiero parę dni temu i totalnie nie rozumiem, skąd ten aplauz i zachwyty. Zdaję sobie sprawę, że tęsknota w Polsce za dobrą produkcją rozrywkową w hollywoodzkim stylu może być bardzo silna. Przez wiele bowiem lat większość bardziej wymagających widzów słysząc hasło “polskie kino rozrywkowe” raczej kina unikała. Łukasz Palkowski tę tendencję obrócił do góry nogami, gdy zekranizował z lekkością, zachodnim rozmachem i dowcipem biografię Zbigniewa Religi. Sportowiec Jerzy Górski nie jest postacią tego kalibru, ale ma jeszcze barwniejszy życiorys niż słynny kardiochirurg. W ciągu kilku lat Górski przeszedł długą drogę od upadłego narkomana do wielkiego mistrza morderczego triathlonu Double Ironman. W tym czasie otarł się o najbardziej obskurne, późnoprlowskie meliny w Legnicy, prowadzony przez samego Marka Kotańskiego wrocławski Monar i w końcu bezkresny stan Alabama w USA. Palkowski zabija niezwykłość tej historii nie tylko szkolnym linearyzmem, ale przede wszystkim kuriozalną dosłownością. Jeśli Górski przez całe życie walczy ze swoimi demonami, to reżyser postanawia pokazać tę walkę i dlatego wcielający się w rolę sportowca przystojny Jakub Gierszał albo rozmawia ze swoim bardziej demonicznym odbiciem w lustrze, albo boksuje się sam ze sobą. Do roli ładnych dekoracji sprowadzono jego filmowe partnerki, większość drugoplanowych postaci to w ogóle takie dość sztuczne konstrukty (ale znów Arkadiuszowi Jakubikowi dostają się najfajniejsze teksty w filmie). W ogóle przez te wszystkie łopatologiczne skróty i niedociągnięcia oglądając “Najlepszego” można odnieść wrażenie, że zarówno wychodzenie ze śmiertelnego nałogu, jak i wygrywanie katorżniczych zawodów sportowych to całkiem prosta sprawa. Wymagają może one nieco poświęceń, ale skoro w sumie nikt poza wewnętrznym głosem nam nie przeszkadza, a nawet przeciwnie – wszyscy dookoła gorąco kibicują – to właściwie bułka z masłem. Łukaszowi Palkowskiemu chyba też sukces przyszedł zdecydowanie zbyt łatwo, skoro nie zauważył, na jakie mielizny wyprowadził swój nowy film.

 

W kinie: Liga Sprawiedliwości

ligaspraw

 

LIGA SPRAWIEDLIWOŚCI
polska premiera: 17.11.2017
reż. Zack Snyder

moja ocena: 4/10

 

Nic naprawdę nie mam do tego filmu poza tym, że jest przeraźliwie nudny i… archaiczny. Kostiumy, scenografia i efekty specjalne wyglądają może jak z XXI wieku, ale cała reszta to fabularne średniowiecze. Nawet nie chodzi o to, że niezbyt oryginalny jest konstrukt napędzania narracji motywem budowania ekipy, która wspólnie miałaby zmierzyć z wielkim złoczyńcą. W ogóle w przypadku produkcji DC mówienie o „napędzaniu” czegokolwiek brzmi dość śmiesznie. W tych filmach – nie tylko poprzez irytujące, wszędobylskie slow mo – tempo jest raczej powolne. Przyzwyczaiłam się już do drewnianego Batmana w wydaniu Bena Afflecka. Lubię poczciwe ciepło bijące od Gal Gadot. Luz i zgrywa Ezry Millera oraz zabawna dekadencja Jasona Momoa rozładowuje sztywność całej fabuły. Tylko szwankuje wszystko inne. “Liga Sprawiedliwości” ma całkowicie zaburzone proporcje. Coś co powinno być sprawną ekspozycją zajmuje większość filmu, prezentacja bohaterów trwa tu zdecydowanie za długo. Nie ogarnięto też w sensowny sposób bohaterów drugiego planu – sceny z ich udziałem sprawiają wrażenie wyciągniętym z innego filmu, ale najmocniej ciała dano w przypadku naczelnego czarnego złoczyńcy. Steppenwolf to tak skretyniały czarny charakter, że nawet przez minutę nie ma się wrażenia, że ktoś tak głupi mógłby zniszczyć coś więcej niż opuszczoną wioskę w głębi Rosji. Snyder ewidentnie nie lubi też Supermana, to bowiem w usta tej postaci włożono najbardziej czerstwe teksty, jakie można sobie wyobrazić. Nigdy nie wierzyłam w tego typu produkcje, ale Marvel czasem nawet się broni. DC to bzdury i nuda.

 

W kinie: Kobieta, która odeszła

lvdiazkobieta

 

KOBIETA, KTÓRA ODESZŁA
polska premiera: 10.11.2017
reż. Lav Diaz

moja ocena: 7/10

 

Myślę, że ten dzień to jedna z najważniejszych dat w historii kinowej dystrybucji w Polsce. Od dzisiaj do szerszej widowni ma szansę bowiem trafić Lav Diaz – wielki mistrz slow cinema i jeden z najbardziej utytułowanych twórców światowego kina. Jego dzieła wyjeżdżały z prestiżowymi nagrodami z największych festiwali – z Berlinem (2016), Locarno (2014) czy Wenecją (2007, 2008, 2016) na czele. “Kobieta, która odeszła” to nieco zaskakujący laureat Złotego Lwa właśnie z zeszłorocznego Lido i to zapewne ta statuetka walnie przyczyniła się do tego, że oto filipińska produkcja trafia m.in. na ekrany naszych kin. Lav Diaz to twórca wyjątkowy – zarazem odważny wizjoner i kontemplujący filozof. To reżyser, często sięgający po zagmatwaną historię kraju, z którego pochodzi, deklarujący na każdym kroku swoje oddanie i miłość do Filipin. Potrafi z niej wydobyć jednak egzystencjalne piękno, tak wyeksponować moralne dylematy swoich bohaterów, tak wnikliwie skupić się na człowieku, że te filmowe opowieści Diaza stają się tak uniwersalne, że wykraczają daleko poza granice państwa w południowo-wschodniej Azji. Ktoś mógłby mu zarzucić, że łatwo osiągać takie efekty, gdy robi się filmy trwające po kilka godzin (“Kobieta, która odeszła” to seans około 4-godzinny i to jedno z wyraźnie najkrótszych dzieł Filipińczyka). Jednak w przypadku większości jego produkcji paradoksalnie nie ma w nich scen niepotrzebnych. Taki poziom atencji i wrażliwości, jakie reprezentuje Lav Diaz, można bowiem osiągnąć tylko totalnie nie spiesząc się, przyglądając się światu w skupieniu i z dużą czujnością.

W inspirowanej prozą Tołstoja “Kobiecie, która odeszła” reżyser całą swoją uwagę kieruje w stronę Horacii – nauczycielki skazanej na wieloletnie więzienie za zbrodnię, której nie popełniła. Gdy jej wyrok dobiega końca, na jaw wychodzą nowe fakty w sprawie morderstwa sprzed 30 lat. Horacia dowiaduje się, kto stał za intrygą, która doprowadziła ją za kratki i planuje zemstę za swoje cierpienie. Tych lat spędzonych w więzieniu nie zwróci jej jednak nic. W tym czasie dorosły jej dzieci, przeminęła jej młodość i nie do poznania zmienił się świat. Ten współczesny bohaterce – koniec lat 90. – to na Filipinach okres naznaczony przemocą i wzrostem przestępczości, gdy rozwarstwienie społeczne było wyjątkowo widoczne i dokuczliwe. Bogaci odgradzali się od tego, z czym nie chcieli mieć kontaktu, zaś biedni grzęźli na społecznym marginesie. Diaz w swojej obserwacji filipińskiej rzeczywistości konkretnej epoki rzadko jest aż takim brutalistą, dlatego tym bardziej wypada wnikliwie patrzeć na to, co chce pokazać.

Ten upadły świat zdaje się w ogóle nie zaskakiwać Horacii, posiadającej ponadprzeciętną zdolność adaptacji do różnych okoliczności, która potrafi wcielać się w rozmaite role. Patrząc na tę wyjątkową bohaterkę, pokazaną z tak dużą dozą empatii, precyzyjnie i kompleksowo, “Kobieta, która odeszła” samoistnie przekształca się z powolnej opowieści o zemście w głęboko humanistyczny traktat moralny o ambiwalencji natury ludzi i mętności świata, w którym żyją. Forma monochromatycznego, niespiesznego, statycznego slow cinema misternie dopełnia wymowę dzieła, choć – jak to czasem bywa u Diaza – rozpływa się też w zbyt ostentacyjnej zadumie oraz, co paradoksalne, drugoplanowych skrótach, które zdają się być ceną z jednej strony, takiego poziomu koncentracji na jednej postaci, z drugiej – dość krótkiej jak na Filipińczyka długości filmu. U Diaza uwielbiam jednak to, że u niego nie ma oczywistych odpowiedzi na najprostsze nawet pytania. W przypadku tych ważkich i największego kalibru wszystko pozostaje tym bardziej w gestii widza. Nie ma tu więc też jednoznacznych wniosków i łatwych uogólnień. Czy to zatem kino trudne i wymagające? Jasne. Czy to film dla każdego? Chciałabym, by tak było, ale tak niestety nie jest. Każde dzieło Lava Diaza to jednak niecodzienna przygoda filmowa i wyzwanie, które warto podjąć, doceniając twórcę, który w dzisiejszych czasach zachowuje to, co posiada naprawdę niewielu – artystyczną wolność.

 

W kinie: Suburbicon

suburb

 

SUBURBICON
polska premiera: 10.11.2017
reż. George Clooney

moja ocena: 5.5/10

 

George Clooney w “Suburbicon” realizuje stary scenariusz braci Coen, jednak zamiast rozwijać i unowocześniać ich dawną koncepcję (oraz znany pomysł na kino), wchodzi tylko w ich buty. A te nie tylko nie bardzo mu pasują, ale też są już mocno schodzone. Sielankowe miasteczko Suburbicon i elegancka Ameryka lat 50. Niby wszyscy żyją tu wygodnie i spokojnie, uśmiechają się szeroko i są przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem. Niewiele jednak trzeba, by ukazać, jak w tym przypadku pozory mogą mylić. Z jednej strony strony do tej szczęśliwej okolicy wprowadza zwyczajna, lecz czarnoskóra rodzina, co budzi niezadowolenie mieszkańców Suburbicon. Inspirowana najbardziej prymitywnymi instynktami społeczność coraz bardziej agresywnie będzie dawała nowym przybyszom do zrozumienia, jak niemile są tu widziani. Obok Myersów mieszka rodzina Lodge’ów – Gardner i jego niepełnosprawna żona Nancy wraz z synem, których często odwiedza siostra Nancy, Margaret. Pewnego wieczora zostają oni brutalnie napadnięci, zaś w wyniku najścia ginie żona Gardnera. Rodzinna tragedia szybko okazuje się jednak iluzją, obnażającą frustrację i mordercze zapędy “porządnej”, amerykańskiej rodziny. Podszyta smoliście czarnym humorem i krwawą groteską historia w “Suburbicon” przypomina masę Coenowskich opowieści i nic nowego do nich nie wnosi. To typ przewrotności, który doskonale znamy. Okrutny komizm, do którego przez lata widzowie się przyzwyczaili. Część o Lodge’ach z nieco zaskakującą (bo odmienną od tradycyjnego emploi) kreacją Matta Damona i jak zawsze wyborną Julianne Moore, wcielającą się równocześnie w role obu sióstr jest całkiem wciągająca. Ponadto wiemy, że na nikim tak dobrze, jak na rudowłosej aktorce, nie leżą kostiumy z lat 50. Niestety bardzo mało łączy ją – poza dosłownym sąsiedztwem – z częścią Myersów. To opowieść bardziej w stylu Clooney’a-reżysera, bo mocno rozpolitykowana, nieco poważniejsza w tonie, całkiem aktualna w wymowie. Clooney żadnej z tych części nie opowiada jednak własnym głosem, a jak wiadomo Coenów najlepiej kopiują sami Coenowie i naprawdę nikt więcej.

 

Miesiąc w muzyce: październik 2017 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
fferdinand17

Franz Ferdinand – Always Ascending
Always Ascending LP, 2017
Try this!

 

number2
negativegemini

Negative Gemini – You Weren’t There Anymore
7”, 2017
Try this!

 

number3
sorchar

Sorcha Richardson – 4AM
7”, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Paloma Faith – Guilty (The Architect LP) Try this!
[pop] [w stylu diwy]

Rhye – Taste (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [subtelnie]

Fever Ray – To The Moon And Back (Plunge LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [charakternie]

Ella Vos – Mother (Don’t Cry) (7”) Try this!
[kobiecy pop] [chwytliwie]

Joya Mooi – I’m Not There Yet (The Waiting Room EP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Kinga Miśkiewicz – Mów do mnie w tle (To minie EP) Try this!
[muzyka klubowa] [charyzmatycznie]

Belle and Sebastian – I’ll Be Your Pilot (How To Solve Our Human Problems EP) Try this!
[inteligentny pop] [klasycznie]

Elohim – The Wave (7”) Try this!
[electro pop] [chwytliwie]

Alice Glass – Without Love (7”) Try this!
[electro pop] [glitch]

King Krule – Half Man Half Shark (7”) Try this!
[młode brzmienia] [lekkie wariactwo]

Yumi Zouma – December (Willowbank LP) Try this!
[indie pop] [lekkość]

Sophie – It’s Okay To Cry (7”) Try this!
[electro pop] [na spokojnie]

Kllo – Dissolve (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [klubowy pop]

Kehlani – Touch (7”) Try this!
[r’n’b] [z okolic sypialni]

Morgan Saint – You (7”) Try this!
[modern pop] [charakterna subtelność]

Ainslie Wills – Running Second (7”) Try this!
[kobiece brzmienie] [kameralnie]

 

W kinie: Mother!

motherda

MOTHER!
8. American Film Festival
reż. Darren Aronofsky

moja ocena: 3/10

 

Jakkolwiek kocham w kinie szaleństwo i śmiałe, autorskie wizje, tak ten film jest dla mnie po prostu kuriozalny (chciałam napisać ‘głupi’, ale może nie do końca jednak wypada). Spuszczę zasłonę milczenia na to, że Aronofsky bezwstydnie garściami czerpie z dorobku tych autentycznie odważnych wizjonerów kina od Buñuela po von Triera, bo nie w tym przecież problem. Uderzając bowiem w najwyższe tony, fantazja Aronofsky’ego ostatecznie okazuje się tak uboga, zmanieryzowana i dosłowna, że staje się wręcz żenująco śmieszna. Ale po kolei… On (Javier Bardem) i Ona (Jennifer Lawrence) mają piękny dom na skraju ciemnego lasu. Nie mają imion, bo na co im coś tak trywialnego. Gdyby ktoś miał wątpliwości – ta dwójka ma być nośnikiem idei, a nie ludźmi z krwi i kości. Całkowitą pieczę nad domowym ogniskiem w tym związku sprawuje po bożemu kobieta. Troszczy się o wszystko, ale i niczemu nie zawadza, bo mąż potrzebuje przestrzeni w pracy nad swoim nowym literackim dziełem (ono w końcu powstanie i setnie nas rozbawi). Na razie pisarz cierpi na twórczą blokadę, więc gdy w tym domostwie na odludziu odezwie się dzwonek do drzwi, On ochoczo zaprosi nieznajomego do siebie, nie zważając na niezadowolenie i nieufność żony. Każdy bodziec mile widziany. Ponieważ na jednym gościu w tym przypadku się nie skończy, rola perfekcyjnej pani domu stanie się dla Niej coraz trudniejsza i bardziej nieprzyjemna do odgrywania. A On nie ma zamiaru bynajmniej zaprzątać tym sobie głowy, stając się w tym momencie (anty)bohaterem memów Marty Frej.

Od chwili, gdy Jennifer wstanie z łóżka, właściwie wiadomo, że tkwimy w jakiejś wyniosłej metaforze. Jakże przecież subtelne jest odmawianie bohaterom imion i własnej tożsamości. Od razu też wtłacza się ich w ściśle przypisane, zantagonizowane i symboliczne role tak, by ostentacyjnie biegły ku bizantyjskiemu grande finale. “Mother!” zaczyna się bowiem jak niepozorny horror spod znaku home invasion, a kończy biblijną HAKATUMBĄ jak z barokowej opery. Mamy tu więc Testament zarówno Stary, jak i Nowy. W kakofonii egzaltacji i pretensjonalnej powagi bije też po oczach ta antyludzka symfonia, mówiąca o tym, jak beznadziejnym i autodestrukcyjnym gatunkiem jesteśmy i Darren najwyraźniej nie widzi dla nas żadnego ratunku. Lawrence dwoi się i troi, by dać bardziej spektakularny występ niż Neve Campbell w “Krzyku”, zaś Bardem usiłuje być elegancko psychodeliczny (ale lepiej wychodziło mu to w większości filmów, w których grał właśnie takie role). Ich staranna emfaza to zdecydowanie najbardziej rozczulający w swym niezamierzonym komizmie element filmu. To nie ich wina, tylko tego pana po drugiej stronie kamery.

Myślę, że Darren Aronofsky myśli, że został stworzony do mówienia rzeczy wielkich i doniosłych. Koniec więc z upadłymi zapaśnikami i baletnicami z problemami psychicznymi. Pozostały zatem tylko prawdy objawione, do których reżyser poczuł się – niczym ten Noe – niemalże chyba wybrany przez Boga. Takie można odnieść wrażenie, oglądając to nieszczęsne “Mother!”. On nam tam nic własnym domysłom nie pozostawi. Powie, co ma do przekazania i trzaśnie głośno drzwiami, których już nie da się otworzyć, a też nie ma sensu tego robić, bo wszystko wyłożył kawa na ławę. Tę kawę z gracją i poświęceniem, w prześwitującej koszuli nocnej, podała mu Lawrence i to jej bohaterki w sumie najbardziej szkoda. Nie dlatego, że okazuje się wyśnionym koszmarem wszystkich feministek. Instrumentem w ręku zarówno swojego filmowego męża, jak i partnera w realu. Ona tak wzorowo stara się wypełniać rolę żony idealnej i idzie jej to tak dobrze, ale ostatecznie nawet Małgosia Rozenek nie da rady, gdy wbija ci się do domu nieproszonych jeźdźców apokalipsy w liczbie dużo razy większej niż cztery. W tym szaleństwie nie ma metody, to bezkompromisowa megalomania, która wytacza najcięższe działa i żadnych jeńców nie bierze.