W kinie: Nuestro Tiempo

naszczas

 

NUESTRO TIEMPO
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Carlos Reygadas

moja ocena: 7/10

 

Wyjątkowo gorzki wydźwięk ma tytuł nowego filmu Carlosa Reygadasa. Jego bohaterowie bowiem wiodą ładne, komfortowe życie, ale ów wspólny czas najczęściej spędzają jednak osobno. Juan (w tej roli sam reżyser) oddaje się pracy na farmie, opiece nad ukochanymi bykami, porzucając obowiązki cenionego i nagradzanego poety. Jego żona, Ester (Natalia López – prywatnie żona Reygadasa), chętniej opuszcza wiejską idyllę, uczestniczy w kulturalnych wydarzeniach, spotyka się z ludźmi, a nader wszystko testuje granice swojego małżeństwa. Otwarty związek, w jakim zdecydowali się funkcjonować Juan i Ester, bardziej pasuje kobiecie niż jej mężowi. Jemu coraz mocniej doskwiera śmiałość żony w realizowaniu własnych pragnień i fantazji, do czego potrzebuje ona także innych mężczyzn. Meksykański mistrz z niezwykłą dbałością o psychologiczną głębię małżeńskiego dramatu buduje intymne uniwersum rodzinne, które niemalże niezauważalnie, ale niebezpiecznie drży w posadach. Ten charakterystyczny dla Reygadasa neomodernistyczny realizm rozgrywany w sielskich okolicznościach skąpanej w delikatnym słońcu i porannej mgle meksykańskiej prerii nadaje historii epickich walorów, ale “Nasz Czas” pozostaje kameralnym kinem odważnych niuansów i sentymentalnych, autorskich detali. Zaczyna się i kończy pięknymi, symbolicznymi klamrami. Pierwsza, w której uczestniczą również grające w filmie dzieci państwa Reygadasów, celebruje młodzieńczą witalność i niewinność, zderzając je za chwilę z ambiwalentnym światem dorosłych. Końcowa zaś konfrontuje spokój i majestat przyrody z gwałtownym huraganem, który przeszedł przez związek pary bohaterów. W ramy rodzinnego dramatu Reygadas zmieścił także refleksję o kobietach uwikłanych w maczystowskie rytuały i potyczki. Jakkolwiek to nie okazuje się najciekawszym wątkiem filmu poświęconego głównie skomplikowanej anatomii małżeńskiego szkieletu, który przez takie wrzutki bywa też za długi, ale nie burzy organicznej, spójnej narracji “Naszego Czasu”. Gdyby za kamerą stał ktoś inny niż Carlos Reygadas, ta fabuła zapewne nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, ale w ujęciu meksykańskiego reżysera staje się ona kinem szalenie wartościowym i autentycznie przenikliwym.

 

W kinie: Midsommar

midsommar

 

MIDSOMMAR
polska premiera: 5.07.2019
reż. Ari Aster

moja ocena: 6.5/10

 

Jeśli celem Ariego Astera było bezpardonowe obśmianie horroru jako filmowego gatunku, wykonał tę robotę po mistrzowsku. Oczywiście, że piszę to pół żartem, pół serio, bo nie tyle co wysiłki młodego reżysera, doceniam jego wielkie ambicje, które – jak wiadomo – mogą artystycznie napędzać każdego twórcę, a jednocześnie stanowić potężny balast. I trochę w tym właśnie tkwi problem “Midsommar” – dzieła arcy ambitnego, rzucającego wyzwanie tyleż gatunkowym kliszom, ile przyzwyczajonemu do nich widzowi. Garściami czerpiącego z dorobku światowego kina, a przy tym do swoich inspiracji podchodzącego buńczucznie i błyskotliwie. Spójrzmy choćby na wprowadzającą do fabuły wiwisekcję relacji głównych bohaterów, Dani (Florence Pugh) i Christiana (Jack Reynor). Ukazaną w niepozornych rozmowach telefonicznych, słowach innych – przede wszystkim kumpli chłopaka – oraz niebywałego bagażu emocjonalnego, który nosi dziewczyna, też niedługo zaraz koszmarnej tragedii, jakiej doświadczy. To, jak Aster pokazał przeszywającą samotność w związku, bolesną asymetrię uczuć, sytuuje go gdzieś w okolicach “Scen z życia małżeńskiego” Bergmana, który dodatkowo tę genialną przenikliwość szwedzkiego dzieła przetłumaczył na język współczesnych milenialsów. Krajobraz po dramatycznych wydarzeniach z życia Dani rozładował kapitalną w swym komediowym tonie sceną, gdy dobrze zapowiadający się bromance z euro tripem jako motywem przewodnim, niweczy dołączenie do ekipy przeżywającej żałobę dziewczyny.

Ten właściwy horror rozpoczyna się wraz z wylądowaniem bohaterów na szwedzkiej prowincji. Wyjątkowo jasnej, pogodnej i pastelowej. To przekorny i odważny pomysł, by folkowe kino grozy rozgrywać w pełnym słońcu, ale to także ostatnia rzecz, jaką w “Midsommar” można się zachwycić. Klimatu temu filmowi odmówić nie można, ale trudno mu się poddać, gdy Aster nieustannie i tak spazmatycznie mruga do widza okiem, równocześnie próbując zachować groteskową wręcz powagę w schematycznych (albo po prostu bezsensownych, jak cały wątek “naukowej” rywalizacji Christiana i jego kolegi) zachowaniach swoich bohaterów i tego, co na łonie zamkniętej, skandynawskiej wspólnoty ich spotyka. Każdy zwrot akcji okazuje się boleśnie przewidywalny, a obiecywana dekonstrukcja gatunku pachnie niezłą hochsztaplerką. Na takim przechrzczonym paliwie “Midsommar” dojeżdża do swojego finału – intensywnego, barwnego, ale też przesadnie histerycznego. Zdecydowanie za łatwo przeobrażającego się w antropologiczne break up movie. To niesamowite, że ktoś tak zdolny, tak diabelsko świadomy atrakcyjności rustykalnych scenerii, detali, rytuałów nie potrafił zadbać o odpowiedni balans śmieszkowania i powściągliwości. W tym pierwszym przypadku przegina w stronę humoru na poziomie “Scary Movie”, w drugim – zbyt ufa efektom budowanym wyrazistą ścieżką dźwiękową czy afektywną stroną wizualną, które w końcu stają się dość męczące.

Pomimo wielu rys i nomen omen jaskrawych niedociągnięć, stawiam wyżej “Midsommar” niż “Hereditary”, które po prostu było jeszcze bardziej niedoskonałe. Nowy film Astera jest bogatszy w znaczenia, przesiąknięty fajowymi inspiracjami, odważniejszy formalnie. Wykonuje bardziej widowiskowy niż poprzednik skok na miano arcydzieła. Nawet jeśli ponosi w tym tak spektakularną porażkę.

 

Filmowe Okno na Świat s04e03

houseofhumm

 

BEOL-SAE
reż. Bora Kim
Korea Płd.
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

W swoim niezwykłym debiucie Kim Bora zawstydza całe to ambitniejsze kino coming-of-age zza Oceanu, którym się ostatnio zachwycaliśmy (“Lady Bird”, “Eight Grade”). Dużo bliższa jest jej bowiem liryczna przenikliwość azjatyckich mistrzów pokroju Hou Hsiao Hsiena czy Edwarda Yanga. Wzbogacona o własną, kobiecą wrażliwość i osobiste doświadczenie. Koreanka wraca do Seulu lat 90., w którym się wychowała i przygląda się zwyczajnemu życiu 14-letniej Eun-hee (Park Ji-hu). To, co uderza od pierwszych scen filmu to brak jakiejkolwiek nostalgii, która często mydli oczy zwłaszcza gdy autor konfrontuje się z własnymi wspomnieniami. Ton narracji przez cały czas pozostaje szlachetnie wyciszony (nawet ważny punkt zwrotny dla fabuły jak zawalenie się mostu Seongsu tego nie zmienia), zaś kameralna obserwacja życia nastolatki toczy się w zgodzie z zasadami filmowego realizmu. Nie bywa jednak brutalna, lecz raczej subtelna, mimo że najważniejsze wydarzenia z życia Eun-hee mają wyjątkowo dramatyczne oblicze. Dziewczyna boleśnie odkrywa, w jak niedoskonałej rodzinie funkcjonuje, notorycznie zawodząc się na bliskich. Pokładając zaufanie w rówieśnikach, pozornie będących w podobnym położeniu, także doznaje głównie rozczarowań. Ciężko na takich fundamentach stabilnie i w spokoju odkrywać własną tożsamość. Skojarzenia z “Siedzącym Słoniem”? Tylkjo pozornie, bo pomimo osamotnienia, zagubienia i niezrozumienia bohaterki, jej losy na tej wyboistej drodze zmierzają ku pewnej jasnej konkluzji. Pewnie, że towarzyszyć jej będą przez grubo ponad 2 godziny łzy, rozdarcie, głębokie poruszenie z powodu tego, co spotyka Eun-hee. Wytchnienie nie będzie oczywiste, fanfar nie usłyszymy, ale w równie ascetycznych subtelnościach kryje się ta prawda, o tym, co to jeśli nas nie zabije, to wzmocni, że po każdej burzy wschodzi słońce, a życie to ciągła nauka na własnych, nawet najtrudniejszych doświadczeniach.

 

thebeastinju

 

THE BEAST IN THE JUNGLE
reż. Clara van Gool
Holandia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

Adaptacje klasycznych powieści bywają często nudną, filmową konfekcją, ale to zupełnie nie dotyczy Clary van Gool i jej imponującej interpretacji powieści Henry’ego Jamesa. “The Beast in the Jungle” w wersji holenderskiej reżyserki to postmodernistyczny melodramat, trzymający się dość mocno swoich literackich korzeni. Opowiada więc o niemożliwym uczuciu, jakie połączyło beznadziejnego fatalistę Johna (Dane Hurst) i poczciwą May (Sarah Reynolds). By pokazać, jak uniwersalna historia ukrywa się w prozie z początku poprzedniego wieku, van Gool nie ogranicza się do jednej epoki, ale pozwala się spotykać (i mijać) bohaterom w różnych okolicznościach czasoprzestrzennych, czyniąc je jak najbardziej naturalnymi dla dynamiki ich relacji. By zadać kłam stereotypowi, że w kwestii melodramatu w kinie powiedziano już wszystko, Holenderka z uczuciem dekonstruuje jego schemat, tworząc sensualny, uduchowiony spektakl, ucztę dla zmysłów. “The Beast in the Jungle” to film, który mówi językiem tańca. Choreografię swojego związku odtwarzają John i May, rzadko jednak tańcząc jako para, a mimo to ta forma bliskości stanie się ich najintymniejszą. Nie ważne, czy tańczyć będą w pięknym wiktoriańskim ogrodzie, czy sterylnym drapaczu chmur we współczesnym Londynie zawsze pozostają jednocześnie tak blisko i daleko od siebie. Rytmika narracji “The Beast in the Jungle” kojarzy mi się z “Ghost Story” – relacja bohaterów z płynącym czasem czyni z nich swego rodzaju duchy. W poetyckim traktowaniu krajobrazu i wnętrz dostrzegam u van Gool coś z oniryczności Sokurowa. “The Beast in the Jungle” to tyleż żałobna rapsodia nad utraconymi szansami, ile filozoficzna refleksja o ulotności czasu, pamięci, miłości. Totalnie urzekająca w formie, zgrana z nią swą poetycką treścią.

 

andthenwedance

 

AND THEN WE DANCED
reż. Levan Akin
Gruzja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Można by powiedzieć – skąd my to znamy. W konserwatywnym społeczeństwie, takim jak we współczesnej Gruzji (lecz przecież nie tylko), gdzie kilka lat temu z wyjątkową wrogością zareagowano na pierwszą w tym kraju Paradę Równości, lepiej pozostawać w ukryciu, gdy nie reprezentuje się upodobań heteroseksualnej większości. Tym bardziej jeśli tak jak Merab (Levan Gelbakhiani), żyje się marzeniem o karierze w tradycyjnym zespole tanecznym o wielowiekowej i bardzo zasadniczej tradycji. Tutaj nawet niemęski ruch bioder może skutkować wyrzuceniem z grupy, a co dopiero zdemaskowanie zakazanego uczucia do kolegi z parkietu i jednocześnie swojego najpoważniejszego rywala w konkurowaniu o główną partię taneczną. Pełna chemii relacja Meraba i Irakliego (Bachi Valishvili) ma w sobie coś rozbrajająco naiwnego, jest w słodki sposób pretensjonalna, beznadziejnie romantyczna. Ma swój niepodrabialny urok, nawet jeśli towarzyszą jej takie oczywistości, jak najbliższe otoczenie rzucające wiecznie chłopakom pod nogi dość banalne dla tego typu fabuły kłody oraz nieustannie wysyłające sygnały, że ich miłość to ta z gatunku nie mających się prawa się ziścić. Bardziej jednak niż społeczne przesłanie – na pewno ważne dla takiej Gruzji (i paru innych krajów) – ujęła mnie w “And Then We Danced” autentyczna energia młodej ekipy filmu, dzięki której jego bohaterowie są zdecydowanie czymś więcej niż tylko nosicielami konkretnych postaw, kontekstów, dylematów. Tej szczerości, przebojowości i animuszu brakowało wielokrotnie choćby polskim twórcom, bo skromna, gruzińska produkcja właśnie dzięki temu zostawia daleko w tyle np. takie apatyczne i smutne “Płynące Wieżowce”.

 

W kinie: Kobieta idzie na wojnę

womanat

 

KOBIETA IDZIE NA WOJNĘ
polska premiera: 21.06.2019
reż. Benedikt Erlingsson

moja ocena: 6.5/10

 

Halla (Halldóra Geirharðsdóttir) to superbohaterka na miarę naszych, popapranych czasów. Za dnia odgrywa rolę wartościowej, acz całkowicie zwyczajnej członkini małej społeczności – dyryguje chórem i chce adoptować dziecko. Ma też drugie oblicze fanatycznej, ekologicznej aktywistki, która w partyzanckim stylu, uzbrojona w łuk i strzały regularnie zakłóca działanie linii wysokiego napięcia, sabotując w ten sposób działalność lokalnej fabryki. Pozostaje nieuchwytna i niezidentyfikowana, bo potrafi sprytnie, w stylu Rambo, zorganizować sobie ucieczkę z miejsca akcji. Siłą filmu Benedikta Erlingssona jest jego wyborna bezpretensjonalność wynikająca z błyskotliwego scenariusza. Orzeźwiający humor i skandynawski absurd uosabiany zwłaszcza przez kontrapunktującą rozwój wydarzeń orkiestrę służą tej opowieści, całkowicie pozbawiając ją nadętego, moralizatorskiego tonu. Być może – w ramach dobrych chęci, by uatrakcyjnić jeszcze bardziej fabułę – wprowadzono do filmu zbyt wiele wątków, lekko rozrzedzających to, co w nim najistotniejsze. Bo Halla, kobieta, która poszła na wojnę, pomimo swojej zbuntowanej natury uczy pokory, empatii i szacunku wobec świata i ludzi. Pokazuje, że zmianę można zacząć od siebie, w swoim najbliższym otoczeniu, niekoniecznie uprawiając łobuzerski survival w kamuflażu. “Kobieta idzie na wojnę” to kino społeczne, jakiego potrzebujemy i które powinniśmy oglądać, wyciągając z niego odpowiednie wnioski zanim będzie na to za późno.

 

W kinie: Anna

annalb

 

ANNA
polska premiera: 28.06.2019
reż. Luc Besson

moja ocena: 4.5/10

 

“Anna” stanowi kolejne ogniwo w filmowych fantazjach Luca Bessona, wariację jego ukochanej heroiny – (super)bohaterki pełnej sprzeczności. Silnej, ale kruchej. Ekstremalnie kobiecej, ale z twardym, męskim charakterem. Czasy się zmieniają, ale nie zmienia się francuski reżyser. Dlatego tradycyjnie traktuje Annę (Sasha Luss) z typową dla siebie mieszanką szowinizmu i fascynacji jej kobiecością. Więcej tu zachwytu nad słowiańską urodą dziewczyny niż sugerowaną fabularnie jej wyjątkową inteligencją i perfekcyjnym wyszkoleniem wojskowym. W końcu przecież najskuteczniejszą bronią Anny okazują się jej wdzięki, dzięki którym uwodzi mężczyzn stojących po różnych stronach barykady w gorącym okresie politycznych przemian lat 90. Besson nie czuje się dobrze w schemacie klasycznego kina szpiegowskiego. Nie korzysta z historycznego kontekstu, po który sięgnął. Nie potrafi wciągnąć w intrygę widza. Nie wie nawet, co zrobić, by zgrabnie ją poprowadzić. Odtwórcy męskich ról nie mają w tym filmie nic do zagrania, a to przecież Luke Evans i Cillian Murphy! Poza Anną jedyną postacią, której wyhodowano jakieś scenariuszowe korzenie jest grana przez Helen Mirren Olga. Mam też mieszane uczucia co do Sashy Luss, która na ekranie na pewno efektownie wygląda, w scenach akcji prezentuje się nienagannie jakby akrobatyka z nożami czy pistoletem nie różniła się niczym od spacerów po wybiegu w Mediolanie, ale tam, gdzie trzeba pokazać jakieś emocje (np. wątki romansowe), jest sztywna jak manekin na wystawie H&M.

 

W kinie: Krew Boga

krewboga

 

KREW BOGA
polska premiera: 14.06.2019
reż. Bartosz Konopka

moja ocena: 4.5/10

 

Na próżno szukać we współczesnym kinie tak mistrzowskiego wizualnie, ambitnego i śmiałego w swojej artystycznej wizji dzieła jak “Krew Boga” Bartosza Konopki. Oraz filmu, który pomimo swojego wizjonerstwa poniósłby jednocześnie tak bolesną porażkę. Surowy ekspresjonizm wzięty z “Valhalla Rising” Refna, filozoficzne rozważania kalibru “Milczenia” Scorsese, ale efekt bliżej katastrofalnego “Walsera” Libery aniżeli głębokiego kina religijnego niepokoju. Do krainy pogan przybywają dwaj misjonarze. Ich celem jest nawrócenie mieszkańców tej ziemi, jeśli ich misja się nie powiedzie, królewskie wojska bezwzględnie spacyfikują to terytorium. Ludzi kościoła od celu oddala nie tylko językowa bariera, jaka dzieli ich i tubylców, ale też konflikt o wizję szerzenia wiary. Każdy z nich widzi ją bowiem inaczej. Willibrord (Krzysztof Pieczyński) woli przemawiać krzykiem i budować świątynie, podczas gdy Jan (Karol Bernacki) stawia na relacje, empatię i miłość, tworząc zupełnie niematerialną wspólnotę. Rozwój tej konfrontacji dość szybko okazuje się drogą donikąd. Staje się ona jałowa i trywialna. Poważne teologiczne rozważania łatwo zamieniają się w prostacką rywalizację sił dobra i zła. Problemem “Krwi Boga” jest też obraz samych pogan – ludzkiej masy bez właściwości lub – jeśli ktoś woli – prymitywnych dzikusów jak w amerykańskich westernach. To, co dobre w filmie Konopki ogranicza się do jego strony wizualnej. Nowatorskiej pracy kamery, tworzącej frapującą, psychodeliczną atmosferę. Zniewalającej, ziemistej szarości obrazów, balansującej pomiędzy ponurą baśnią a brutalnym realizmem. Cholerycznych zbliżeń zwłaszcza na ludzkie twarze, w których kryje się jakaś fatalistyczna tajemnica. Bez solidnej fabuły to wszystko staje się jednak “sztuką dla sztuki” – pustą stylizacją i kunsztownym kaprysem.

 

W kinie: Rocketman

rocketman

 

ROCKETMAN
polska premiera: 7.06.2019
reż. Dexter Fletcher

moja ocena: 6/10

 

“Rocketman” leży półkę wyżej (sporo wyżej) niż arcy nudne “Bohemian Rapsody”, które było nie tylko irytująco schematycznym biophiciem, ale też ewidentnie nie umiało sobie poradzić z niejednoznaczną biografią swojego bohatera. Dexter Fletcher nie popełnił przynajmniej tego pierwszego błędu. Barwna historia jednej z najbardziej niezwykłych gwiazd światowego popu w “Rocketman” przyjmuje postać efekciarskiego widowiska, przyjemnie kiczowatego wodewilu zaaranżowanego z iście barokowym rozmachem. Oczywiście odnosi się do konkretnych epizodów z życia (zwłaszcza wczesnych jego etapów) Eltona Johna, ale traktuje je raczej jako pretekst, by pokazać więcej kolorów, kostiumów, okularów, świecidełek. By móc zaśpiewać na ekranie jak najwięcej piosenek (niekoniecznie zaprzątając sobie głowę chronologią ich powstawania) i wykonać jeszcze więcej energetycznych sekwencji tanecznych. Oraz by to wszystko harmonijnie wpisywało się w filmową, musicalową formułę. W takich realiach doskonale odnalazł się Taron Egerton, który nie tylko prezentuje tu imponującą charyzmę sceniczną, ale przede wszystkim nie odtwarza postaci, ale ją dość autorsko interpretuje. Bezkonfliktowo wtłacza ją w konkretną, gatunkową konwencję, która dodatkowo szalenie pasuje do kogoś takiego jak Elton John. Niby bywa dramatycznie, odwyk i trudne dzieciństwo bez miłości to smutne rzeczy, ale to jednak rozrywka. W najczystszej, bombastycznej i też trochę infantylnej postaci. Idzie ten film drogą – zwłaszcza scenariuszowo w przypadku paru wątków – na skróty. Często brakuje mu odwagi, by być mniej bajką, a bardziej pełnokrwistą, nawet jeśli bardzo kolorową opowieścią o poszukiwaniu miłości, samozatraceniu, upadku i odrodzeniu, męskiej przyjaźni. Ale mają tu tego Egertona – autentycznego, kapitalnego showmana godnego postaci kalibru Eltona Johna, który tą rolą wystrzelił się w absolutny kosmos.

 

W kinie: Królowa Kier

queenofh

 

KRÓLOWA KIER
polska premiera: 7.06.2019
reż. May el-Toukhy

moja ocena: 6.5/10

 

Anne (Trine Dyrholm) i Peter (Magnus Krepper) tworzą szczęśliwe małżeństwo, wychowujące córki bliźniaczki w nowoczesnym, pięknym domu na skraju lasu. Są rodziną jak z obrazka, której układa się także w życiu zawodowym. On jest lekarzem, ona – prawniczką z pasją walczącą zwłaszcza o prawa młodych ofiar seksualnych przestępstw. Harmonijną, rodzinną egzystencję przerywa niespodziewane pojawienie się Gustava (Gustav Lindh) – 17-letniego syna Petera z pierwszego małżeństwa. Ojciec zaprasza krnąbrnego i mającego problemy z prawem syna pod swój dach. Choć chłopak nie darzy sympatią macochy, nakryty przez nią na kłamstwie, zawiera z nią ciche porozumienie. W zamian za dochowanie tajemnicy obiecuje angażować się w życie domu. Wydaje się, że wszyscy mogliby żyć długo i szczęśliwie, że Anne wikła się w romans z Gustavem. Wiedziona pożądaniem, znudzona małżeńską rutyną, zbyt często samotna we własnej, mieszczańskiej idylli kobieta inicjuje sytuację, która do katastrofy może doprowadzić jej życiową wygodę i tak misternie budowane latami rodzinne szczęście. To jednak nie autodestrukcyjny pęd bohaterki buduje napięcie filmu, ale moment, gdy wygrywany na wirtuozerskiej głębi postaci Dyrholm i subtelnej bierności (nigdy zaś szczenięcej niewinności!) Lindha dramat psychologiczny zmienia się w ciernisty thriller o skutkach decyzji podejmowanych z pozycji siły jednej strony wobec drugiej. I jak ta uprzywilejowana strona nie cofnie się przed niczym, by ochronić wszystko to, co naraziła swoim impulsywnym, amoralnym zachowaniem. W przypadku Anne zwłaszcza jej zawodowa rola staje się straszliwie fałszywa. Wszak w wyniku działań kobiety ofiarą, na którą każdego dnia może natknąć się w biurze, staje się jej nastoletni kochanek. Choć to akurat zupełnie zbędny dodatek do charakterystyki głównej bohaterki, buduje dodatkowy kontekst, który to przekraczanie kolejnych granic przez Anne czyni jeszcze bardziej perfidnym i nagannym. “Królowa Kier” ostatecznie pozostawia widza w dużym dyskomforcie. Idzie przecież zupełnie pod prąd utartym w popkulturze schematom napastnika i ofiary. Z odwagą buduje okoliczności pokazujące, że władza może demoralizować niezależnie od płci. I niestety też, jak trudno z tym słabszym się utożsamić, nie mówiąc już o pociągnięciu do odpowiedzialności tego, kto dopuszcza się karygodnych czynów, a świadomie i bezwzględnie korzysta z dobrodziejstw własnego statusu społecznego.

 

Miesiąc w muzyce: maj 2019 (piosenki)

PIOSENKI MAJA

number1
hatchie2

Hatchie — Obsessed
Keepsake LP, 2019
Try this!

 

number2
morabeza

Morabeza Tobacco – Orinoco
Morabeza Tobacco LP, 2019
Try this!

 

number3
beatyqueen

Beauty Queen – The Only One
Out of Touch EP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

NOIA – Ciudad del Humo (Crisàlida EP) Try this!
[muzyka elektroniczka] [nocne brzmienie]

Yuno – Sunlight (Crisàlida EP) Try this!
[lo-fi pop] [zaraża energią]

Clairo – Bags (Immunity LP) Try this!
[indie pop] [młoda muzyka]

Michelle Gurevich – Fatalist Love (Exciting Times LP) Try this!
[mroczne electro] [dekadenckie retro]

Girl in Red – Dead Girl in the Pool (7”) Try this!
[indie pop] [dowcipnie]

Tertia May – Twenty Two (7”) Try this!
[modernistyczny pop] [lekka dekonstrukcja]

Keep Shelly in Athens – Sunny Day (Sunny Day EP) Try this!
[atmosferyczna elektronika] [pogodne brzmienie]

DJ Seinfeld – Electrian (7”) Try this!
[muzyka syntezatorowa] [nowe brzmienia]

In Mirrors – Human (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [80s vibes]

Banks – Gimme (7”) Try this!
[klubowy pop] [muzyka elektroniczna]

Francis Lung – 2 Real (A Dream Is U LP) Try this!
[indie pop] [pogodne brzmienie]

Ronika – Loved Up (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [retro electro]

Kindness feat. Seinabo Sey – Lost Without (7”) Try this!
[pop] [soulujące brzmienie]

Belau feat. Sophie Barker – Essence (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [leniwa niedziela]

MorMor – Some Place Else (7”) Try this!
[liryczny soul] [muzyka nastrojowa]

Japan, Man – Stop Staring (7”) Try this!
[lofi pop] [młoda muzyka]

Tycho – Pink & Blue (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [subtelna przebojowość]

Sorcha Richardson – Don’t Talk About It (7”) Try this!
[pop] [zadziornie]

Charlotte OC – Better off on My Own (7”) Try this!
[pop] [przebojowa charyzma]

Kobina feat. Obskur Mond – Shogani (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [letnie brzmienie]

Florrie – Borderline (7”) Try this!
[pop] [kobiece brzmienia]

***
posłuchaj na YT

W kinie: It Must Be Heaven (Cannes)

itmustbeh

 

IT MUST BE HEAVEN
Festival de Cannes 2019
reż. Elia Suleiman

moja ocena: 7.5/10

 

Wracający po 10 latach uroczy komediant, Elia Suleiman, wyjeżdża z Palestyny, by szukać nowego domu. Rozbrajające swoją lekkością i bezpretensjonalnym humorem “It Must Be Heaven” tłumaczy też, dlaczego ten nietuzinkowy reżyser tworzy filmy tak rzadko. W Nazarecie granemu przez Elię Suleimana Eli Suleimanowi nagle wszystko wydaje się jakieś wrogie i nieprzyjemne. Sąsiad notorycznie podkrada cytryny z jego ogrodu, bezczelnie się z tym nie kryjąc. Policja nie reaguje na akty wandalizmu w lokalnych miejscach kultu. Do groźnych scysji dochodzi nawet w porządnych restauracjach, gdzie klienci reagują agresją wobec jej właściciela z powodu własnej, kulinarnej ignorancji. Palestyna doesn’t feel like home anymore. Suleiman pakuje więc walizkę i wyjeżdża najpierw do Europy, potem do Nowego Jorku. Szukając alternatywy dla swojej ojczyzny, przekonuje się jednak, że nie tylko gdziekolwiek nie pojedzie świat ze swoimi nadgorliwymi kontrolami, policyjną czujnością, wrogością wobec nieznajomych niczym nie różni się od wymęczonej wiecznym konfliktem jego cząstki Bliskiego Wschodu. Ale też że Palestyna pozostanie z nim na zawsze. Jako reżyser Suleiman ma to nieprawdopodobne wyczucie aranżacji kadru, które sprawia, że Chaplinowskie gagi wypełnione są zarówno kapitalnym dowcipem, jak i przenikliwą obserwacją z uniwersalnym, jasnym przesłaniem. Palestyńczyk to również błyskotliwy, świadomy komediant i performer, który czerpiąc z tradycji mistrzów kina niemego oraz Jacquesa Tatiego, doskonale wie, że często milczenie jest złotem, a sugestywne poruszenie brwiami powie więcej niż tysiąc słów. Ze swoim nienagannym ubiorem, chakterystycznym kapeluszem i szlachetnymi manierami zderzający z absurdami zachodniego świata Suleimana ma w sobie więcej prawdy niż niejeden dokumentalista. Jego siłą jest też to, iż potrafi do wielu rzeczy odnosić się nie tylko z humorem, ale i ciepłem oraz empatią.

Dlaczego tak zdolny i mądry humanista jak Elia Suleiman wypowiada się w kinie tak rzadko? Cóż, Palestyńczyk w “It Must Be Heaven” odpowiada również na to pytanie. Jego bohater próbuje zdobyć fundusze na swój film i nie jest to najłatwiejsza sprawa. Najpierw spotyka się z szefem potężnego Wild Bunch, Vincentem Maravalem, który w groteskowej korpo gadce tłumaczy Suleimanowi, że jego projekt jest za mało palestyński. W Nowym Jorku w reżysera nie wierzy także Nancy Grant – producentka, która w tym roku przyjechała do Cannes z “Matthias & Maxime” Dolana. Taka to właśnie ludzka komedia, którą sam Suleiman potrafi skwitować najlepiej. Łagodnym uśmiechem i sugestywnym drgnięciem brwi.