Miesiąc w muzyce: kwiecień 2024 (piosenki)

PIOSENKI MARCA

number1

Florrie – Kissing In The Cold
The Lost Ones LP, 2024
Try this!

 

number2

Cassandra Jenkins – Only One
My Light, My Destroyer LP, 2024
Try this!

 

number3

Arooj Aftab – Raat Ki Rani
Night Reign LP, 2024
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Joe Goddard feat. Barrie – Moments Die (Harmonics LP) Try this!
[muzyka klubowa] [muzyka miejska]

GIFT – Wish Me Away (7”) Try this!
[dream pop] [80s vibes]

Salute feat. Rina Sawayama – Saving Flowers (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [modern disco]

Vitesse X – Realize (7”) Try this!
[electro pop] [cosmic sounds]

Sunday (1994) – Stained Glass Window (7”) Try this!
[indie pop/rock] [nostalgicznie]

Baby Rose – It’s Alright (Slow Burn LP) Try this!
[muzyka miejska] [soul]

Oxford Drama – More & More (The World Is Louder LP) Try this!
[elektronika] [polish core]

Lucy Rose – Over When It’s Over (This Ain’t The Way You Go Out LP) Try this!
[smooth pop] [szlachetnie]

Lola Young – Big Brown Eyes (7”) Try this!
[pop/rock] [zadziornie]

Lava La Rue – Humanity (Starface LP) Try this!
[soul] [melancholijnie]

Overmono & The Streets – Turn The Page (7”) Try this!
[muzyka miejska] [elektronika]

Cults – Crybaby (7”) Try this!
[indie pop] [melancholijnie]

A Certain Ratio – Dorothy Says (It All Comes Down To This LP) Try this!
[indie pop/rock] [modern retro]

Jamie xx feat. Honey Dijon – Baddy On The Floor (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Say Lou Lou – Dust (7”) Try this!
[pop] [przebojowo]

Kaśka Sochacka – Szum (7”) Try this!
[polski pop] [dziewczęco]

Tashi Wada feat. Julia Holter – Grand Trine (What Is Not Strange? LP) Try this!
[nowe brzmienia] [acid folk]

Mount Kimbie – Shipwreck (The Sunset Violent LP) Try this!
[elektronika] [shoegaze]

Sabrina Carpenter – Espresso (7”) Try this!
[pop] [z list przebojów]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Challengers

 

CHALLENGERS
polska premiera: 26.04.2024
reż. Luca Guadagnino

moja ocena: 6.5/10

 

Tenis to dyscyplina pełna paradoksów. Elitarny sport, ale śledzony przez miliony, z których część nigdy nawet nogi nie postawi koło kortu. Za najlepszymi sportowcami stoi zespół specjalistów, ale gdy gracz-singlista wychodzi na mecz, pozostaje zupełnie sam. Trener i sztab siedzą gdzieś wśród publiczności, zachowując od swojego zawodnika spory dystans. Spektakularne punkty, boleśnie przegrane gemy i sety sportowiec przeżywa samotny w tłumie głośnych gapiów. Ze swoim konwenansem, dziwną punktacją, strojami tenis być może pozostaje jednym z bardziej dziwacznych i na swój sposób konserwatywnych sportów. I zdradzę wam też pewien sekret: ogromna większość tenisowych pojedynków oglądana na żywo jest po prostu nudna. Na szczęście Lukę Guadagnino nie interesują reguły i zawiłości tego sportu, ale to, co dzieje się pomiędzy meczami i turniejami.

Dla większej dynamiki struktura narracji “Challengers” opiera się na schemacie tenisowej rozgrywki. Poszczególne jej części to kolejne fragmenty opowieści o losach Tashi (Zendaya), Patricka (Josh O’Connor) i Arta (Mike Faist), którzy spotykają się na samym początku swojej sportowej drogi. Wtedy, gdy sukces jest jedynie mglistą obietnicą, składaną młodym, ambitnym jednostkom. Niespecjalnie wspominając wówczas, ile pracy, wyrzeczeń, bólu i łez trzeba po drodze zostawić. Tenisowe życiorysy trójki bohaterów potoczą się różnie, ale od samego początku połączy ich jedno. Dzika namiętność, jaką żywią do siebie nawzajem. I nie chodzi bynajmniej tylko o gówniarskie flirty w hotelowym pokoju, z których uczyniono wabik na widzów w filmowym zwiastunie. Ich sportowe perypetie to szalone próby odgrzewania tego pierwotnego żaru. Na tym korcie zwanym życiem miłość okazuje się najsilniejszą motywacją.

Guadagnino uczynił emocje najważniejszym bohaterem tej historii i dlatego wyniki sportowe, ale też sam sport, nie mają w nim takiego znaczenia. Za to wyolbrzymione zostają niuanse. Jak tiki zawodników, którym ci często nadają znaczenie wręcz mistyczno-symboliczne. Dramatyzmem najpoważniejszego kalibru naładowane zostają mijanki graczy i przerwy w trakcie punktów, gemów czy setów oraz rzucane wtedy spojrzenia czy osobliwy body language. Rozwalanie o kort rakiety (co w rzeczywistości zdarza się całkiem często) nigdy jeszcze nie było takie widowiskowe.

Fantazję Guadagnino na temat tenisa, a szerzej – sportowej rywalizacji, ogląda się wspaniale. I wydaje mi się, że wcale nie trzeba interesować się lub znać reguł tej konkretnej dyscypliny, by się w ten film wciągnąć. Bywa on też kiczowaty, przerysowany, absurdalny. Założę się, że koleżanki i koledzy Igi Świątek oglądają go jako niezłą komedię i nawet zarówno ci najbardziej utytułowani, jak i najbarwniejsze postacie z tenisowego świata (pozdro dla Nicka Kyrgiosa) niewiele tam znajdą punktów stycznych z własną biografią. O parodię (celowo) ociera się też finał meczu Zweig vs Donaldson na małym, amerykańskim challengerze. Choć rozumiem, że w sercu pokolenia wychowanego na przygodach japońskiego piłkarza Tsubasy ze słynnej serii animowanej, to jak wlanie w serduszko beczki słodkiej nostalgii.

Na koniec korzystając z okazji, chcę rozpłynąć się nad talentem i ekranową charyzmą Josha O’Connora. To on w “Challengers” jest zdecydowanie najciekawszą postacią, która pcha ten wózek z piłkami do przodu. Tak, Zendaya jest też fajna i wyrazista, ale Josh ich tam wszystkich rozstawia po korcie.

 

Miesiąc w muzyce: marzec 2024 (piosenki)

PIOSENKI MARCA

number1

Diane Birch – Used To Lovin’ You
7”, 2024
Try this!

 

number2

Holy Wire – I Still Feel Alone All The Time
7”, 2024
Try this!

 

number3

The KVB – Overload
Tremors LP, 2024
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Fabiana Palladino – I Can’t Dream Anymore (Fabiana Palladino LP) Try this!
[smooth pop] [80s vibes]

Jo Bevan – Born Ready (7”) Try this!
[synth pop] [ethereal sound]

Nightbus – Average Boy (7”) Try this!
[shoegaze] [90s vibes]

The Secret Sisters – Paperweight (Mind, Man, Medicine LP) Try this!
[alt country] [americana]

Softcult – Spiralling Out (7”) Try this!
[shoegaze] [90s vibes]

Lava La Rue – Push N Shuv (Starface LP) Try this!
[r’n’b] [muzyka miejska]

Smerz – Shining Star (7”) Try this!
[electro pop] [wiosennie]

Mdou Moctar – Imouhar (Funeral For Justice LP) Try this!
[afro rock] [muzyka gitarowa]

Grace Cummings – Common Man (Ramona LP) Try this!
[alt pop] [americana]

The Marías – Run Your Mouth (Submarine LP) Try this!
[pop] [aksamitne brzmienie]

Vampire Weekend – Gen-X Cops (Classical LP) Try this!
[indie pop/rock] [energicznie]

Lucy Gaffney – Forgive To Forget (7”) Try this!
[pop] [elegancko]

Porij – Unpredictable (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Two Shell feat. FKA Twigs – Talk To Me (7”) Try this!
[połamane r’n’b] [nowe brzmienia]

La Luz – Strange World (7”) Try this!
[garage rock] [muzyka elektroniczna]

Boeckner – Ghost In The Mirror (7”) Try this!
[indie pop/rock] [chwytliwie]

Vegyn feat. John Glacier – A Dream Goes On Forever (The Road To Hell Is Paved With Good Intentions LP) Try this!
[indie pop] [nastrojowo]

Dehd – Light On (Poetry LP) Try this!
[indie pop] [chwytliwie]

Camera Obscura – We’re Going To Make It In A Man’s World (Look to the East, Look to the West LP) Try this!
[indie pop] [pozytywnie]

Griff – Miss Me Too (7”) Try this!
[pop] [kobieco]

St. Vincent – Broken Man (All Born Screaming LP) Try this!
[sophisti pop] [nowocześnie]

***
posłuchaj na YT

Miesiąc w muzyce: luty 2024 (piosenki)

PIOSENKI LUTEGO

number1

Jelani Aryeh – I’m In Love
7”, 2024
Try this!

 

number2

Bambina – If I Can’t Have Love (God Then Please Just Give Me Money)
7”, 2024
Try this!

 

number3

Charlotte Day Wilson – I Don’t Love You
Cyan Blue LP, 2024
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Rosalie. & Chloe Martini – No cóż (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [80s vibes]

Pet Shop Boys – Loneliness (Nonetheless LP) Try this!
[muzyka taneczna] [pop]

Torrey – Bounce (Torrey LP) Try this!
[shoegaze] [alt rock]

Clothing feat. Amber Coffman – Kingdom (7”) Try this!
[future pop] [muzyka elektroniczna]

Runforrest – Bruce (7”) Try this!
[synth pop] [80s vibes]

Kidburn feat. Max Cruise – Dreams (7”) Try this!
[synth pop] [retrowave]

Night Tapes – Loner (7”) Try this!
[dream pop] [muzyka gitarowa]

Kita Alexander feat Laurel – All Night (7”) Try this!
[muzyka miejska] [modern pop]

The Cheap Thrills – Last Orders (Mind Metro EP) Try this!
[pop/rock] [muzyka pubowa]

Sorcha Richardson – Map Of Manhattan (7”) Try this!
[midnight music] [melancholijnie]

Karin Ann – She (7”) Try this!
[indie pop] [chwytliwie]

Holly Humberstone – Dive (7”) Try this!
[pop] [90s vibes]

Dylan – The Alibi (7”) Try this!
[pop] [przebojowo]

Lagos & Elena Rose – Blanco Y Negro (7”) Try this!
[pop] [aksamitne brzmienia]

Shanghai Baby – I Could Never Beat You (7”) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka garażowa]

Jessica Pratt – Life Is (Here in the Pitch LP) Try this!
[alt country] [retro music]

Ride – Last Frontier (Interplay LP) Try this!
[indie rock] [shoegaze]

Mk.gee – Alesis (Two Star & The Dream Police LP) Try this!
[garażowy soul] [lo-fi]

TR/ST feat. Jake Shears – Being Boring (TR/ST EP) Try this!
[electro pop] [muzyka taneczna]

Kasper Bjørke feat. Systur – Conversations (Puzzles LP) Try this!
[electro pop] [lekko]

Tacet – 2001 (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [IDM]

***
posłuchaj na YT

Perły Klasyki Filmowej (20): Berlinale 1984

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ… BERLINALE 1984

Lata 80. w kinie uchodzą za najmniej ciekawą dekadę. Choć oczywiście można z tym polemizować, patrząc na program konkursu głównego Berlinale’84 – jednego z trzech najważniejszych, światowych festiwali – można przecierać oczy ze zdumienia. Kim są György Szomjas, Kurt Gloor, Pedro Olea czy Digna Sinke? A celowo nie wymieniłam nawet nazwisk reżyserów reprezentujących kinematografię gospodarzy filmowej imprezy. Paradoksalnie jest tam jedno głośne (i zaskakujące) niemieckie nazwisko. Rolanda Emmericha ciężko bowiem uznać za bywalca ambitniejszych festiwali, ale zanim ten master of disaster przeszedł na inną stronę mocy, pierwsze swoje kroki stawiał właśnie na Berlinale. “Das Arche Noah Prinzip” to dyplomowy projekt niespełna wówczas 30-letniego Emmericha, przygotowywany dla monachijskiego uniwersytetu filmowego. Jak na tego typu przedsięwzięcie, Niemiec ze Stuttgartu uzbierał na niego rekordowy budżet, sporo ponad 1 milion marek. Te fundusze nie uratowały jednak samego filmu. O ile techniczna strona produkcji zdaje się być całkiem w porządku, włączając w to efektowne zabiegi operatorskie, o tyle sama fabuła jest niezrozumiała i po prostu nudna. Akcja “Das Arche Noah Prinzip” dzieje się w świecie przyszłości (końcówka lat 90., hehe), w którym para astronautów sabotuje kosmiczny projekt związany z majstrowaniem przy pogodzie na ziemi, mogący zagrażać planecie. Wyobraźcie sobie scenerię i klimat “Obcego” realizowany z finezją “Trudnych Spraw” – to właśnie dyplomowy film Emmericha. Rozumiem, że chodziło o nieco bardziej filozoficzne kino sci-fi, ale widać, że twórca “Dnia Niepodległości” w ogóle nie czuje takiej estetyki. Tym lepiej, że na tym poprzestał. Wczesne fabuły Emmericha dzisiaj są ekstremalnie trudno dostępne, ale chyba to nie są historie z gatunku tych wartych ocalenia przed zapomnieniem.

Cała 34. edycja Berlinale nie wydaje się być szczególnie warta ocalenia przed zapomnieniem. Choć zerkając na kaliber ówczesnego laureata Złotego Niedźwiedzia, można było sobie robić nadzieje. “Strumienie Miłości” Johna Cassavetesa to przecież kawał kina i kawał historii kina. Tym dziełem amerykański reżyser myślał, że żegna się z widzami. Był wtedy ciężko chory i nie sądził, że kiedykolwiek jeszcze ktoś pozwoli mu stanąć po drugiej stronie kamery, gdy nie było pewności, że mógłby zdrowotnie podołać trudom pracy na planie filmowym. Ostatecznie Cassavetes zrobił jeszcze jeden film (bardzo nieudany i słusznie pomijany/zapominany w jego twórczości), zmarł w 1989 roku. To jednak “Strumienie Miłości” uchodzą za finałowe kino rozliczeniowe, w którym reżyser podsumowuje swoje życie i artystyczne wybory. Sam wcielił się w rolę Roberta Harmona, uzależnionego od alkoholu pisarza hedonisty (reżyser chorował na wątrobę, wyniszczoną przez dekady nadużywania alkoholu właśnie), który od ludzi się izoluje, jedynie z kobietami czasem nawiązuje płytkie, powierzchowne relacje, przy próbie jakiegokolwiek zbliżenia emocjonalnego porzucając swoje kochanki. Niemniej to właśnie w obserwacjach ludzkich zachowań kryje się sukces literatury bohatera. Do pisarza tymczasowo wprowadza się jego siostra (Gena Rowlands), która sama przeżywa trudne chwile. Po rozwodzie były mąż stara się utrudnić jej kontakty z dzieckiem, powołując się na psychiczną niestabilność kobiety. “Strumienie Miłości” były takie, jakie przez lata było kino Cassavetesa – intensywne i impulsywne, surowe, doznaniowe, bezkompromisowe w stylu narracji. Fabularny związek aktora-reżysera z Rowlands, prywatnie jego małżonką i wieloletnią partnerką na planie, tworzy poruszający portret pokiereszowanych dusz, próbujących odbudować ostatnią relację, jaką jeszcze można ocalić i na jakiej można się oprzeć. Choć “Strumienie Miłości” nie należą do najłatwiejszych i podstawowych dzieł Cassavetesa (nie od tego należy zaczynać swoją przygodę z reżyserem), to był sensowny wybór jury pod przewodnictwem Liv Ullmann, by nagrodzić amerykański film statuetką Złotego Niedźwiedzia, choć ten werdykt nie spotkał się wówczas z pełnym uznaniem krytyków i publiczności.

Ci, którzy wyjechali z Berlina w 1984 roku ze statuetkami, w ogóle wydają się całkiem rozsądnymi triumfatorami w swoich kategoriach. Oprócz Cassavetesa, z ikonicznych twórców z nagrodą dla najlepszego reżysera wyjechał Ettore Scola, który do Niemiec przywiózł kultowy “Le Bal”. Poprzez taniec i muzykę Włoch opowiada o XX-wiecznej historii Francji, zaczynając od 1936 roku, ekstatycznych czasów Frontu Ludowego, poprzez trudne lata II wojny światowej do studenckich protestów maja 1968 i obyczajowo-społecznej rewolucji. Wszystko zamknięte zostało w kolorowej przestrzeni balowej sali, rozgrywa się na parkiecie, 24 aktorów wciela się w sumie w ponad 100 postaci. Zmienia się scenografia i historyczne tło, zmieniają się stroje, z głośników lecą inne piosenki, ale taniec niezmiennie pozostaje główną, fantastyczną formą ekspresji. “Le Bal” to genialny, filmowy spektakl i może byłby to nawet lepszy wybór zwycięzcy całej imprezy. Taki, do którego raczej nikt by się nie przyczepił.

Również statuetki aktorskie dla Inny Churikovej – gwiazdy “Romansu Polowego” Piotra Todorowskiego i Alberta Finneya za rolę w “Garderobianach” Petera Yatesa, to bardzo sensowne wybory. Ta pierwsza stworzyła brawurą kreację, swoistą odpowiedź na Fassbinderowską Marię Braun, której bohaterka najpierw w wojennych okopach, a później w trudnych, powojennych realiach bardziej niż z uczuciami, walczy z twardą, radziecką rzeczywistością. Finney natomiast to jeden z najwybitniejszych przedstawicieli brytyjskiego kina, aktor i reżyser, wielokrotnie w swojej karierze nominowany do Oscara, Złotych Globów czy nagród BAFTA (zresztą także za występ w “Garderobianach”). W filmie Petera Yatesa wówczas nieco ponad 50-letni Finney stworzył niezapomnianą rolę podupadającej gwiazdy teatralnych scen, która u kresu życia, przy akompaniamencie syren zapowiadających niemiecki nalot, w małomiasteczkowym teatrze chce po raz ostatni zagrać króla Lira. By tego dokonać, w ekstraordynaryjnych okolicznościach, za kulisami zespół garderobianych dokonuje cudów, by wskrzesić spektakl i aktorów. “Garderobiany” to też jeden z przyjemniejszych, choć bardzo klasycznych momentów Berlinale’84. Powiewu świeżości należy bowiem szukać gdzieś indziej.

Twórczość małżeństwa Jeana-Marie Strauba i Danièle Huillet uchodziła za jedną z najbardziej radykalnych. Dzieła filmowe, naprawdę przeróżne, tworzyli od 20 lat i to właśnie Berlinale było dla Francuzów pierwszą platformą, gdzie szeroka publiczność poznawała ich filmowe eksperymenty jeszcze w latach 60. Duet uchodził zresztą za część ruchu Neuer Deutscher Film i był zaangażowany w słynny manifest z Oberhausen. Powrót do konkursu głównego festiwalu w Berlinie po blisko dwóch dekadach był sporym wydarzeniem. Zwłaszcza że lata mijały, zmieniało się kino, a twórczość spod znaku Straub–Huillet pozostawała zupełnie osobnym zjawiskiem. Luźno oparte na powieści “Ameryka” Franza Kafki “Klassenverhältnisse” to dziś chyba najbardziej znany film francuskiego duetu. Łączy estetykę surowej, monochromatycznej dokumentalistyki, absurdalnego humoru, Brechtowskiej inscenizacji, usiłując przenieść koncepcję ‘teatru epickiego’ do świata kina. Skupia się na bezwzględnej klasowości społecznych relacji, okrucieństwie kapitalistycznego porządku i bezduszności władzy, czyli tym, z czym europejskie, lewicujące środowiska uosabiały Amerykę. Straub i Huillet potwierdzili “Klassenverhältnisse” swoją pozycję ulubieńców środowisk akademickich, krytyków, literatów i ambitniejszych filmowców oraz prowokatorów debat i dyskusji. Z perspektywy czasu być może Berlinale mogłoby wykazać się większą odwagą i przyznać im coś więcej niż drugorzędne wyróżnienie, co przyznaję nawet ja, która fanką kina Straub–Huillet nie jest.

Nie będę udawać, że jestem ekspertką od kina György’ego Szomjasa, bo po raz pierwszy usłyszałam to nazwisko, przeglądając program tej edycji Berlinale. Natomiast gdybym miała strzelać, reżyser musi być całkiem konkretnym przestawicielem jakiejś węgierskiej wersji post nowej fali. “Könnyű testi sértés” to autentycznie zabawna, ale też smoliście czarna komedia o problemach mieszkaniowych mieszczuchów z Budapesztu. Po odsiedzeniu wyroku w więzieniu mężczyzna wraca do domu, by odkryć, że żona żyje z innym i nie ma zamiaru wracać do niegdysiejszego partnera. Problem w tym, że cała trójka musi egzystować w jednym, niewielkim mieszkaniu. Brzmi jak scenariusz na nie za mądrą komedyjkę, ale w wersji pana Szomjasa wyszła z tego pretensjonalnego galimatiasu opowieść zarówno dramatyczna, jak i pikantna satyra na komunistyczne realia (skąd my to znamy?). Film nie powinien przypaść do gustu władzom i cenzorom, ale on w całości powstał za państwowe pieniądze. Nikt nie zainteresował się produkcją realizowaną za zaskórniaki, które w odpowiednim funduszu tkwiły jeszcze jak kończył się fiskalny rok, a które trzeba było wykorzystać, by nie przepadły. Najwyraźniej ufano Szomjasowi, bo kto by nie ufał gościowi, który karierę filmową zrobił na gulaszowych westernach w latach 70.

Wśród moich odkryć tej edycji Berlinale wskazałabym na wyróżnione Srebrnym Niedźwiedziem “Rembetiko” (swoją drogą to doskonała pozycja na podwójny seans z “Le Bal” Scoli). W greckim filmie melodie charakterystyczne dla lokalnej odmiany bluesa/folku (zwanego właśnie Rembetiko), które charakteryzował subtelny balans między patosem, tragizmem, żartem i frywolnością, stają się istotnym tłem dla opowieści o burzliwej historii kraju – od początku XX wieku po końcówkę lat 70. Na pierwszym planie fabularną osią są losy konkretnych muzyków, stawiających czoła wyzwaniom czasów, w których przychodzi im żyć oraz próbujących zrealizować własne pragnienia i marzenia. Sotiria Leonardou w roli Mariki, od dziecka szukającej swojego miejsca w muzycznej społeczności, rozdziera serce. W momencie premiery filmu reżyser Costas Ferris był już dojrzałym twórcą (nie tylko był reżyserem, ale też aktorem, a nawet muzykiem), który ze swoim kinem właściwie nigdy nie wyjechał poza Grecję. “Rembetiko”, które w jego ojczyźnie porównywane bywa do “Dawno temu w Ameryce” i ma status dzieła nieco przykurzonego, ale kultowego, to jego pierwszy (i jedyny), międzynarodowy sukces. Bez Berlinale pozostałoby na pewno dziełem jeszcze bardziej nieznanym.

Dzisiaj, patrząc z odległej perspektywy, możemy trochę narzekać na poziom Berlinale’84, ale współcześnie organizatorzy byli bardzo zadowoleni z tej edycji. Powszechnie uważano, że była ona jedną z najlepszych, jaka odbywała się w tamtej epoce. Łącząc wszystkie sekcje i pokazy marketowe, w sumie zaprezentowano wówczas w Berlinie ponad 550 filmów. I to nie licząc Forum, które stanowiło wtedy nie tak integralną część festiwalu. Oprócz nowości widzowie oglądali pierwszą część retrospektywy Ernsta Lubitscha, mogąc zobaczyć wszystkie jego dzieła zrealizowane w latach 1914-1933. Bohaterami drugiej retrospektywy zostali Jules Dassin i Melina Mercouri, wyróżnieni także honorowym Złotym Niedźwiedziem w tym roku. Najbardziej kontrowersyjnym elementem imprezy okazał się film otwarcia Kinderfilmfest (sekcji z kinem dla dzieci). Komedia “Kidco” miała nachalnie i ostentacyjnie promować tzw. Reaganomikę. Zresztą w kuluarach festiwalu toczyła się gorąca dyskusja polityczna. Federalne Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, finansujące rodzimą kinematografię i chcące zmienić zasady tego finansowania, co nie podobało się środowisku filmowemu, było ostro pokłócone z szefostwem festiwalu. Geneza tego sporu sięgała jeszcze poprzedniej edycji imprezy, gdy politycy próbowali ingerować w ponoć kontrowersyjną, filmową selekcję, ale trwał on dalej w 1984 roku w najlepsze, o czym można było się przekonać podczas lektury wstępu do festiwalowego katalogu. Dyrektor Moritz de Hadeln miał za chwilę ostentacyjnie grać na nosie niemieckim politykom i coraz bardziej otwierać Berlinale na amerykańskie kino rozrywkowe. Póki co na tej edycji reprezentowały je tylko “Czułe słówka”. Szwajcarski szef festiwalu miał jednak specjalne miejsce w swoim sercu dla kina z Azji, szczególnie z Chin i Hong Kongu. Obie kinematografie miały w głównym konkursie swoich reprezentantów. Jednym z nich był jeden z liderów hongkongskiej nowej fali, Allen Fong, któremu do konkursowej sekcji wielkiego, europejskiego festiwalu udało się przebić przed takimi przyjaciółmi po fachu jak Ann Hui czy Tsui Hark.

Zupełnie zbędna ciekawostka: Zostając jeszcze przy azjatyckim kinie, słyszeliście kiedyś o Taro i Jiro? To dwa psiaki, rasy sachalińskie husky, które w latach 50. pracowały w japońskiej bazie na Antarktydzie. W sumie były samcami alfa większego stada i zostały narodowymi bohaterami Japonii. W 1958 roku podczas dramatycznej ewakuacji bazy naukowcy musieli porzucić na śnieżnym pustkowiu piętnaście psów, które latami im służyły. Mieli nadzieję, że wkrótce zastąpi ich inna ekspedycja, ale finalnie okazało się, że zostawiając tam zwierzęta, skazali je na śmierć. Część z badaczy wróciła na Antarktydę dopiero rok później, głównie po to, by odnaleźć i pochować ukochane czworonogi. Na miejscu zastali Taro i Jiro, którzy zaprzeczyli prawom natury i przeżyli kilkanaście miesięcy w ekstremalnych warunkach. Historii psów Koreyoshi Kurahara poświęcił film “Nankyoku Monogatari”, który trafił do konkursu głównego Berlinale’84 i był japońskim kandydatem do Oscara. To dzieło w sumie niezwykłe, bo częściowo kręcono je faktycznie na Antarktydzie, a kilkoro, czworonożnych aktorów to byli potomkowie jednego z psów, który zamarzł tam w 1958 roku (czworonogi pochodziły z tej samej hodowli). Muzykę do filmu stworzył Vangelis. “Nankyoku Monogatari” był hitem japońskiego box-office’u, stając się wówczas najbardziej kasową produkcją w historii tamtejszego kina. Ten rekord pobiła dopiero “Księżniczka Mononoke” Hayao Miyazakiego w 1997 roku. Wypchane ciała Taro i Jiro są atrakcją muzeum przyrodniczego w Tokio.

***
Obejrzane w ramach “Przeżyjmy to jeszcze raz: Berlinale 1984”:

Ettore Scola: Le Bal* – 8/10
John Cassavetes: Strumienie Miłości (Love Streams)* – 7.5/10
György Szomjas: Könnyü testi sértés – 7/10
Maurice Pialat: Za naszą miłość (À nos amours)* – 7/10
Costas Ferris: Rembetiko – 7/10
Peter Yates: Garderobiany (The Dresser) – 7/10
Koreyoshi Kurahara: Nankyoku Monogatari – 6.5/10
Pyotr Todorovsky: Romans polowy (Wojenno-poliewoj roman) – 6.5/10
Héctor Olivera: No habrá más penas ni olvido – 6/10
Jean-Marie Straub, Danièle Huillet: Klassenverhältnisse – 6/10
Samuel Fuller: Les voleurs de la nuit – 6/10
Allen Fong: Boon bin yen – 6/10
John Irvin: Champions – 5.5/10
Nils Malmros: Piękna i Bestia (Skønheden og udyret) – 5.5/10
Louis Malle: Crackers – 5.5/10
Bob Fosse: Star 80 – 5/10
Roland Emmerich: Das Arche Noah Prinzip – 4/10

* widziałam kiedyś i/lub sobie odświeżyłam
** bonusowe seanse z innych sekcji

Miesiąc w muzyce: styczeń 2024 (piosenki)

PIOSENKI STYCZNIA

number1

Fabiana Palladino – Stay With Me Through The Night
7”, 2024
Try this!

 

number2

The Reds, Pinks & Purples – Your Worst Song Is Your Greatest Hit
Unwishing Well LP, 2024
Try this!

 

number3

Erika de Casier – Lucky
Still LP, 2024
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Bullion feat. Carly Rae Jepsen – Rare (Affection LP) Try this!
[sophisti electro pop] [80s vibes]

Close Talker – From Dark To Lightness (The Sprawl LP) Try this!
[indie pop/rock] [americana]

Abigail Rose – Run Girl (7”) Try this!
[folkowy pop] [Fleetwood Mac vibes]

Mali Obomsawin & Magdalena Abrego – Believer (7”) Try this!
[posępny pop/rock] [muzyka gitarowa]

The Lemon Twigs – My Golden Years (7”) Try this!
[retro pop] [60s vibes]

Natascha Polké – Poison Of Choice (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka nocna]

Arab Strap – Bliss (7”) Try this!
[pop/rock] [mrocznie]

Kacy Hill – Listen To You (7”) Try this!
[pop] [subtelnie]

Julia Holter – Spinning (Something In The Room She Moves LP) Try this!
[eksperymentalnie] [muzyka artystyczna]

Rachel Chinouriri – Never Need Me (What A Devastating Turn of Events LP) Try this!
[pop] [przebojowo]

Bodega – Tarkovski (Our Brand Could Be Yr Life LP) Try this!
[college rock] [90s vibes]

The Last Dinner Party – Caesar On A TV Screen (Prelude To Ecstasy LP) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka teatralna]

Jamie xx – It’s So Good (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Lola Young – Wish You Were Dead (7”) Try this!
[rebel pop/rock] [zaczepnie]

Sleater Kinney – Untidy Creature (Little Rope LP) Try this!
[rock] [charyzmatycznie]

Chelsea Wolfe – Everything Turns Blue (She Reaches Out To She Reaches Out To She LP) Try this!
[cięższe brzmienia] [muzyka nocna]

Still Corners – The Dream (Dream Talk LP) Try this!
[electro pop] [muzyka wieczorna]

Bleachers – Tiny Moves (7”) Try this!
[pop/rock] [przebojowo]

Morgan Saint – End Of Time (7”) Try this!
[minimalistyczne r’n’b] [subtelnie]

Norah Jones – Running (Visions LP) Try this!
[muzyka łagodna] [subtelnie]

Coals – Nowy Świat (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka miejska]

The Vaccines – Discount De Kooning (Last One Standing) (Pick-Up Full Of Pink Carnations LP) Try this!
[indie pop/rock] [chwytliwie]

Phosphorescent – Revelator (Revelator LP) Try this!
[americana] [nastrojowo]

Goth Babe – Sadie (Lola LP) Try this!
[chillwave] [summer vibes]

Sheer Mag – Moonstruck (Playing Favorites LP) Try this!
[retro pop/rock] [70s vibes]

Justin Timberlake – Selfish (7”) Try this!
[pop] [r’n’b]

Ariana Grande – yes, and? (7”) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Pies i Robot

 

PIES I ROBOT
polska premiera: 19.01.2024
reż. Hugh Welchman, DK Welchman

moja ocena: 7.5/10

 

Animacja Pablo Bergera może Was zniechęcić vibe’m filmu dla dzieci i tak, to doskonała pozycja dla najmłodszych, ale jednocześnie dziecięca publika najłatwiej może się od “Psa i Robota” odbić. Nie ma tu dialogów, wartkiej akcji, dźwiękowych bodźców, jest za to empatyczne i dojrzałe przesłanie oraz powracający hit Earth Wind & Fire, przypominający o tym, jak ważne jest to, by pielęgnować własne wspomnienia, ale żyć jednak życiem teraźniejszym. Za to starsza widownia absolutnie powinna docenić inspiracje, nawiązania i kinofilskie smaczki, które przemyca Berger ku uciesze np. kogoś takiego jak ja. Dzieciaki raczej nie odnajdą szczególnej wartości w nostalgicznej topografii Nowego Jorku lat 80., które staje się drugoplanowym, ale ważnym bohaterem tej fabuły. Niczym w klasyce spod znaku Woody’ego Allena. Nie zabije im mocniej serce na widok plakatu filmu Pierre’a Étaix na ścianie mieszkania, dla którego estetyki i artystycznej wrażliwości “Pies i Robot” stanowią kapitalny hołd. Nie poruszy je przejmująco melancholijny widok charakterystycznych dwóch wież w nowojorskim krajobrazie. A jest jeszcze lepiej, bo animacja Bergera to nie tylko klimat i szlachetna nostalgia.

W niewielkim mieszkaniu gdzieś pomiędzy Greenwich Village i East Village mieszka Pies. W ogóle ten świat zamieszkują tylko zwierzęta po rozkosznej antropomorfizacji. Bohaterowi dokucza samotność, ale współczesna technologia daje szansę, by taki problem rozwiązać. Pies zamawia robota, który po złożeniu staje się jego wiernym towarzyszem. Robotowi niczego nie brakuje, w tym też świadomości, a relacja z Psem przynosi korzyści i radość obojgu. Do czasu, gdy para przyjaciół zostaje dramatycznie rozdzielona. Pies robi wszystko, by kumpla odzyskać, ale w końcu musi zaakceptować, że szybko to nie nastąpi. Robot będzie zaś śnił (dosłownie!) o powrocie do przyjaciela, ale jego mechanika pozostanie bezsilna wobec upływu czasu.

Ich historia dostarcza niezwykle cennej nauki o tym, że nic nie trwa i wcale nie musi trwać wiecznie. Bezwzględność egzystencji i jej największy paradoks polega na tym, że składa się z ulotnych chwil i momentów, które gdy trwają warto celebrować, a gdy mijają ich wspomnienie warto w sobie nosić, ale najważniejsze to nie roztrząsać przesadnie przeszłości i iść dalej. Finał “Psa i Robota”, daleki od prostego happy endu, przesiąknięty smutkiem i melancholią, zawiera w sobie tyle samo goryczy, ile pogodności. Daje również nadzieję, bo nie tylko to, co radosne przemija. Przemijają też rzeczy bolesne.

 

W kinie: Biedne Istoty

 

BIEDNE ISTOTY
polska premiera: 19.01.2024
reż. Yorgos Lanthimos

moja ocena: 8/10

 

W kulturze takich bohaterów mieliśmy bez liku. Ludzkie stworzenia – białe karty zrodzone w laboratoryjnych warunkach przez szalonego geniusza, uczące się od totalnych podstaw świata, do którego wyrzuca je łono naukowca. Grana przez Emmę Stone Bella Baxter niczym dzieło doktora Frankensteina z powieści Mary Shelley zostaje pozszywana z kawałków i ponownie ożywiona. W ciele dorosłej osoby rodzi się niemowlę i rozwija w iście Darwinowskim porządku rzeczy. Musi nauczyć się prawidłowo chodzić, mówić i samodzielnie myśleć, by nie być tylko lalką w męskich rękach (pozdrowienia dla Barbie!). Yorgos Lanthimos to jeden z dziwniejszych twórców światowego kina, jednakże darując sobie egzegezę jego artystycznego ekscentryzmu, wspomnę jedynie, że dziwactwa Greka w “Biednych Istotach” otrzymały zdecydowanie najbardziej bombastyczną, barokową formę z dotychczasowych. Realia epoki (niby) wiktoriańskiej toną w absurdalnych kolorach i jeszcze bardziej absurdalnej architekturze. Salvador Dali lubi to. To wszystko jest po prostu piękne, majestatyczne i magnetyzujące. Nic dziwnego, że bohaterka marzy, żeby tę rzeczywistość zgłębić.

Bella want look at world – mówi dziewczyna do swojego “ojca” dr Godwina ‘Goda’ Baxtera (William Dafoe) i wyrusza w podróż po światowych metropoliach, ale Lizbona, Aleksandria czy Paryż u Lanthimosa w niczym nie przypominają miejsc, które kojarzymy (fun fact: większość filmu kręcona była w okolicach Budapesztu). Ale te wszystkie przeszarżowane barwy, wymyślne kształty, bajkowe wnętrza, magiczne krajobrazy mają swoją symbolikę dla drogi, jaką pokonuje bohaterka. Zaczyna od czarno-białych wnętrz londyńskiej posiadłości swojego stwórcy, gdzie pałętają się inne jego stworzenia jak gęś skrzyżowana z bulldogiem czy kaczka na kozich nóżkach, ale z czasem otoczenie Belli – literalnie – nabiera kolorów. (Nie)boski God wypuszcza ukochaną podopieczną z klatki i pozwala jej doświadczyć świata, poznać innych ludzi i samą siebie. Dowiedzieć się, co to radość, spełnienie, ból i cierpienie.

“Biedne Istoty” są trochę takim przewrotnym kinem coming of age, ale jeszcze bardziej wielkim traktatem o emancypacji. Wizjonerskim, szalonym, dość odważnym, ale też niesamowicie zabawnym (nie prześmiewczym, ale właśnie inteligentnie dowcipnym). Za humor chyba lubię ten film najbardziej. Uwielbiam też Bellę Emmy Stone, bo to właśnie taka Barbie, którą chciałaby pokazać światu Greta Gerwig, a Lanthimos trochę, choć pewnie niecelowo, obśmiał artystyczną wizję Amerykanki, która raczej stworzyła grzecznego, korporacyjnego blockbustera, aniżeli kino prawdziwie feministyczne. Choć Greka można też uznać za nieco wątpliwego feministę.

Paradoksalnie jest coś z mizoginii w tym, że po pierwsze doświadczenia bohaterka “Biednych Istot” zbiera głównie za pośrednictwem i dzięki kontaktom z mężczyznami (kobiety w tej fabule są obecne, ale raczej mocno drugoplanowo), po drugie – że są to kontakty seksualne. Cielesności Belli (Emmy Stone?) Grek poświęca bardzo dużo uwagi, ale zaskakująco ma to sporo sensu. Ciało staje się bowiem narzędziem bohaterki, które ona uczy się kontrolować, czym gra na nosie chcącym ją okiełznać fizycznie i intelektualnie mężczyznom, coraz bardziej na etapie społecznego rozwoju rozmijającymi się z tym, co reprezentuje sobą dziewczyna. Ostatecznie Bella zostawi ich w tyle pod każdym względem. Będzie stała prosto i głowę podnosiła wysoko. Będzie posługiwać się wyjątkowo kwiecistym językiem i będzie tak po prostu mądra. Będzie mieć marzenia i ambicje, dzięki którym, nawet w tym ciągle bardzo patriarchalnym świecie, sama da sobie szansę na prawdziwą wolność i realne upodmiotowienie. Pójdzie zdecydowanie dalej niż do ginekologa. That’s my girl

 

W kinie: Chłopiec i Czapla

 

CHŁOPIEC I CZAPLA
polska premiera: 19.01.2024
reż. Hayao Miyazaki

moja ocena: 7/10

 

Hayao Miyazaki, rocznik 1941, zapowiadał już nieraz koniec kariery, ale być może to właśnie “Chłopiec i czapla” byłby najdoskonalszym pożegnaniem wielkiego mistrza kina animowanego z jego wierną publiką. Współtwórca Studia Ghibli już wcześniej wrzucał autobiograficzne wątki do własnych filmów, a w przypadku “Zrywa się wiatr” nawet sięgnął po tematykę niemalże z rodzinnego albumu. Wszakże biografia Jiro Horikoshiego, konstruktora japońskich samolotów, które uczestniczyły w II wojnie światowej, ma związek z historią jego ojca – dyrektora technologicznego przedsiębiorstwa Miyazaki Airplane, także produkującego maszyny na użytek wojskowego lotnictwa. W “Chłopcu i czapli” migają jednak osobiste doświadczenia małego Hayao, który jako dziecko w wyniku wojennej zawieruchy opuścił z rodziną Tokio i przeniósł się do Utsunomiyi, zbombardowanej zresztą latem 1945 r. Być może reżyser chowa w sobie powidoki tych dramatycznych wspomnień, choć miał wtedy raptem 4 lata.

Podobnych okropieństw doświadcza bohater jego najnowszego filmu. Matka małego Mahito umiera w szpitalu w wyniku odniesionych w ataku na Tokio ran. Ojciec, pracujący w fabryce inżynier, zabiera syna na wieś, gdzie by zapewnić dziecku odpowiednią opiekę i stabilizację, poślubia siostrę zmarłej żony. Chłopiec nie jest pogodzony ze stratą rodzica, nie wydaje się również popierać pomysłu, by tak szybko zastąpić matkę inną kobietą. Osamotniony, straumatyzowany i odizolowany od otoczenia, które znał, Mahito trafia pod skrzydła człowieka-czapli i zostaje zaproszony do kolejnej “krainy bogów” – znaku rozpoznawczego kina Hayao Miyazakiego.

Nawet nie będę udawać, że odczytałam wszystkie metafory i symbole, które wypełniają fantazyjną, alternatywną rzeczywistość, w jaką Japończyk wrzuca swojego młodego bohatera. A to bardzo osobliwe uniwersum. Trochę dziwniejsza Narnia władana przez tajemniczego demiurga-autokratę. Czasem mitologiczne zaświaty zamieszkane przez duchy zmarłych przodków. Innym razem surrealistyczna, ornitologiczna baśń, w jaką Mahito wpada niczym Alicja w krainę czarów i musi uciekać przed armią krwiożerczych papug. To najbardziej skomplikowana i wieloznaczna z dotychczasowych przestrzeń, jaką wytworzyła wyobraźnia Miyazakiego. Na poziomie analizy szczegółu na pewno wymagająca (i warta) wielokrotnych seansów, powtórzeń, studiów. Tę pozostawiam najwytrwalszym fanom twórcy, gdyż z patrząc na “Chłopca i czaplę” mniej analitycznym okiem i z bardziej uniwersalnej perspektywy, to przede wszystkim opowieść o oswajaniu traumy, przeżywaniu żałoby, ostatnich pożegnaniach. O dezintegracji świata, który na nowo trzeba sobie poukładać, by trwać dalej w zgodzie z samym sobą i tymi, którzy nas otaczają. O ekspresowym kursie dojrzewania, który niestety trzeba przejść, bo takie są akurat niestandardowe i nie najłatwiejsze okoliczności. Za potężną abstrakcją Miyazaki ukrył tak naprawdę potężny dramat egzystencjalny. Tym bardziej poruszający, że mierzy się z tymi wszystkimi wielkimi rzeczami młody chłopiec.

 

W kinie: Matka siedzi z tyłu

 

MATKA SIEDZI Z TYŁU
polska premiera: 5.01.2024
reż. Hilmar Oddsson

moja ocena: 7/10

 

Hilmar Oddsson nie jest czołową postacią europejskiego kina. Nie zaryzykowałabym nawet stwierdzenia, że jest ważnym reprezentantem kina islandzkiego. Przed nagrodzonym w Tallinie “Matka siedzi z tyłu” jego twórczość jako reżysera była raczej anonimowa. I jedno dzieło może zmienić dla tego pana wszystko. Muszę przyznać, że jest coś magicznego, majestatycznego i pięknego, gdy takie krajobrazy jak surowe, puste, islandzkie bezdroża prezentuje się w monochromatycznych barwach i trochę ziarnistych obrazach. Jakby przeglądało się stare, podróżnicze fotografie wygrzebane u kogoś na strychu. “Matka siedzi z tyłu” opowiada zresztą o ludziach mocno zasiedziałych w przeszłości. Niecodziennej parze – matce i synu, którzy skazali siebie samych na samotną egzystencję na wietrznym odludziu. Pielęgnujących codziennymi, niemożebnie nużącymi rytuałami gnuśną rutynę oraz w ciszy i bólu znoszących własne towarzystwo. Do czasu, gdy sędziwa już rodzicielka postanawia na zawsze opuścić ten zapomniany przez Boga padół. Pomimo pretensji i oschłości wobec zmarłej rodzicielki, syn postanawia spełnić ostatnie życzenie kobiety i pochować ją w rodzinnej miejscowości położonej na drugim końcu wyspy.

Każdy z nas by pewnie zrobił to samo. W najbardziej wyjściowym stroju zapakował zwłoki matki w adekwatnej pozycji na tylne siedzenie zdezelowanego auta i ruszył w podróż. Matka (martwa) siedzi z tyłu, naprawdę. W ten sposób rozwija się melancholijne kino drogi w stylu “Nebraski” Payne’a, ale wypełnione takim czarnym, absurdalnym humorem ludzi z Północy. Zbudowane z ogromu czułości i bezpretensjonalnej nostalgii, wywołujących zarówno śmiech, jak i łzy.

Islandzki film może wydawać się skromny, ale opowiada o wielu rzeczach. O ostatnich pożegnaniach, które w najbardziej nieoczekiwanych sytuacjach odkrywają coś nieodkrytego. O opuszczaniu własnej samotni i konfrontacji ze światem zewnętrznym, z którym dawno temu utraciło się kontakt. O magii spotkań z innymi ludźmi i ich zaskakujących konsekwencjach. O pułapkach życia przeszłością i w przeszłości. O psach, zawsze najwierniejszych towarzyszach człowieczej niedoli. O wełnianych swetrach, łączących ludzi i pokolenia. Warto wybrać się w tę podróż.