W kinie: Nine

 

NINE
polska premiera: 22.01.2010
reż. Rob Marshall

moja ocena: 3.5/10

 

Chyba nigdy nie zrozumiem po co i dla kogo robi się takie filmy. Tzn. wiadomo po co (dla pieniędzy), ale sensu nie ma w tym za grosz. Z „Nine” musical jest kiepski, piosenki nieciekawe, widowisko z zasady mało efektowne, bo pierwowzór, na którym kiedyś wzorowany był broadwayowski spektakl, to kino symboliczne, szalenie wymagające, genialne w każdym szczególe, nie funkcjonujące bez biografii jego twórcy. Z „Osiem i pół” po prostu NIE DA się zrobić lekkiego, łatwostrawnego musicalu. Jedynym fundamentem, podpierającym film Marshalla przed totalną katastrofą, są aktorzy. Największe hollywoodzkie gwiazdy, których dorobek znamy i cenimy (choć nie mam zielonego pojęcia, jak Daniel Day-Lewis doszedł do wniosku, że odnajdzie się w tak bezpłciowym kinie). Inna sprawa, że patrząc na Nicole Kidman czy Marion Cotillard i przypominając sobie Claudię Cardinale i Anouk Aimée, nie jestem w stanie nie parsknąć śmiechem. Niestety takie produkcje jak „Nine” z premedytacją obnażają płyciznę rozrywkowej kultury naszych czasów, gdzie reżyser myśli, iż ładne nogi (to będzie scena, gdzie pokażemy nogę Kate wraz z kuszącą podwiązką) i głębokie dekolty (a tutaj dla odmiany pokażemy wszystkie krągłości Penelope) w pełni zaspokoją oczekiwania współczesnego kinomana. Otóż nie i mam nadzieję, że jeszcze długo od filmowych twórców będziemy wymagać o wiele więcej.

 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=y_5_lzags3I]