W kinie: Mr. Turner (Cannes)

mrturner

 

MR. TURNER
Festival de Cannes 2014
reż. Mike Leigh

moja ocena: 5.5/10

 

Za ciekawy temat zabrał się Mike Leigh, który do canneńskiego konkursu przywiózł biophic Williama Turnera – wybitnego angielskiego malarza, który zasłynął przede wszystkim swoimi genialnymi marynistycznymi pejzażami. Widać, że Leigh wiele czasu spędził na studiowaniu biografii artysty, a obrazy samego Turnera stanowiły dla reżysera i jego operatora Dicka Pope’a dużą inspirację. Przede wszystkim praca Pope’a zasługuje na słowa uznania, który mimo ograniczonego budżetu robił, co w jego mocy, by przenieść na ekran turnerowskie malarstwo tak, jak te dzieła na to zasługują. Kwintesencją filmu Leigh jest próba skontrastowania butnej, aroganckiej i nieco odpychającej natury malarza i jego niewątpliwej wybitności – Turner nie tylko pięknie malował wzburzone, morskie pejzaże, ale też dokładnie je studiował, dużo podróżując i pracując w terenie. Instytucją, choć nie najsympatyczniejszą i nie najbardziej przyjemną, stał się już za życia. Leigh jednak trochę zbyt akademicko i ze zbyt dużym respektem podszedł do tematu, bo nawet pokazanie seksualnych obsesji malarza czy też jego osobliwego podejścia do tematu własnego ojcostwa, nie zarysowało tego ładnego, filmowego pomnika. Rolę życia w „Mr. Turnerze” zagrał na pewno Timothy Spall. Ten wiekowy już aktor, znany przede wszystkim z masy tzw. drugoplanowych ról charakterystycznych, potrafił z dużą naturalnością oddać całą barwną osobowość artysty (ach te pomruki dezaprobaty i zdenerwowania!). Dla interesujących się sztuką znajduje się w filmie cała masa historiozoficznych smaczków, jak choćby scena z reakcją angielskiej inteligencji na pierwsze, bardziej impresjonistyczne eksperymenty malarza. „Mr. Turner” to kawał przyzwoitej roboty, ale niedosyt trochę pozostaje.

 

***
Kasia w Cannes powered by: