W kinie: Timbuktu (Cannes)

timbuktu

 

TIMBUKTU
Festival de Cannes 2014
reż. Abderrahmane Sissako

moja ocena: 6/10

 

Abderrahmane Sissako od czasów prezentowanego kilka lat temu na Nowych Horyzontach „Bamako” zrobił niewielki progres. Reżyser ciągle posługuje się dość prostym językiem, opiera się na jednoznacznych, ładnych kadrach, opowiada wiele, dość epizodycznych historii, które łączy wspólnym mianownikiem. Tym spoiwem w „Timbuktu” jest religijny fanatyzm i zacietrzewienie, niszczące spokojną egzystencję mieszkańców skąpanej w słońcu i piasku wioski gdzieś w afrykańskim Mali. Film rozpoczyna się od sceny, w której zamaskowani islamiści próbują trafić uciekającą antylopę, następnie strzelają do drewnianych rzeźb – świadectw tradycji autochtonicznej ludności z tej okolicy. Islamska rewolucja i jej wojownicy zaczynają śledzić każdy ruch mieszkańców miasteczka, zabraniając im niemalże wszystkiego i nakładając na nich coraz to nowe nakazy i zakazy. Na takim tle rozgrywa się także dramat Kidane – przyzwoitego, miłującego własne domowe ognisko pasterza. Epicka, statyczna, niemalże dumontowska panorama, na której przeciwległych stronach jakże różnie – dosłownie i metaforycznie – kończą się dwa życia to fantastyczna scena, która na długo zostaje w pamięci. Samo „Timbuktu” natomiast nie jest żadnym, uniwersalnym filmem (a szkoda), ani mocnym, politycznym manifestem (na szczęście) albo jedną z tych produkcji, które mają pokazywać, jak okrutnym i dzikim miejscem jest Czarny Ląd. To raczej wyraz troski reżysera, ewidentnie czującego więź z tym rejonem świata, o przyszłość takich miejsc jak Mali. W końcówce filmu najważniejsze stają się dzieci, które, zdaje się mówić Sissako, wcale nie muszą żyć w takiej okrutnej i nieprzyjaznej rzeczywistości.

 

***
Kasia w Cannes powered by: