W kinie: Moja Syrenka, Moja Lorelei (WFF)

mojasyr

 

MOJA SYRENKA, MOJA LORELEI
30. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Nana Dzhordzhadze

moja ocena: 5.5/10

 

Kilkanaście lat temu oglądałam skromny, gruziński film “Lato albo 27 straconych pocałunków” – ładną, tętniącą życiem bajkę. I zdaje się, że od tego czasu u Nany Dzhordzhadze niewiele się zmieniło. Pochodząca z Tbilisi reżyserka realizm magiczny zdaje się mieć we krwi. Tworzy zwyczajny świat, który jednak w rzeczywistości zdaje się istnieć tylko i wyłącznie w jej filmach. Małe, nadmorskie miasteczko jest nostalgiczną arkadią poczciwości i sielskości. Dzieciaki są tu uroczo naiwne, prostytutki uśmiechnięte od ucha do ucha, alfonsi dowcipni, skorumpowani policjanci pomocni, szaleni kierowcy tramwaju, choć jeżdżą jak piraci drogowi, nie powodują żadnych wypadków, bójki i waśnie kończą się wyluzowanym piciem wódki. “Moja Syrenka, Moja Lorelei” to taka baśń o zderzeniu dziecięcego świata z tym dorosłych, który u Dzhordzhadze bynajmniej nie jest szczególnie brutalny czy bezwzględny. Po prostu nieco bardziej skomplikowany. Nie wystarczy wyznać komuś miłości, by odjechać z nim czerwonym samochodem oraz żyć długo i szczęśliwie. Mimo to w sympatycznej kategorii feel-good movie film Nany Dzhordzhadze sprawdza się całkiem nieźle.

 

***

Kasia na WFF powered by: