W kinie: Mandarynki (WFF)

mandarynki

 

MANDARYNKI
polska premiera: 29. WFF
reż. Zaza Urushadze

moja ocena: 7.5/10

 

A jednak! Okazuje się, że „Ida” Pawlikowskiego miała jednak godnego rywala w głównym konkursie WFF, który to nazywa się „Mandarynki” i powiedzmy sobie szczerze: to estońsko-gruzińska produkcja powinna otrzymać najważniejszą nagrodę warszawskiego festiwalu. Na otarcie łez dla twórców filmu pozostaje nagroda publiczności i wyróżnienie dla reżysera, Zazy Urushadze. Tę groteskową sytuację znamy już z „Ziemi Niczyjej” Tanovicia. Jest 1992 rok, na neutralnym gruncie, a dokładniej w chacie estońskiego osadnika gdzieś w Abchazji, spotykają się Czeczen i Gruzin walczący po przeciwległej stronie barykady w trwającej właśnie krwawej wojnie o sporne terytorium. Bodaj dwaj ostatni Estończycy, którzy pozostali w okolicy, by zebrać mandarynki, opiekują się ciężko rannymi wojownikami, a ci z szacunku do wybawców obiecują, że nie pozabijają się na ich oczach. By przetrwać, będą musieli nawet współpracować. Spotkanie tej czwórki bezwzględnie obnaży okrucieństwo i okropność wojny, bezsensowność ponoszonych ofiar, ale też pięknie pokaże, że poczciwość, dobro i szacunek nie umierają wraz z wybuchem konfliktu. Pielęgnując w sobie proste, ludzkie odruchy, ocalić można to, co najważniejsze – godność i człowieczeństwo. Film Zazy Urushadze to wspaniała, mądra, głęboko humanistyczna historia, opowiedziana za pomocą banalnych, ale przez to naprawdę sugestywnych, trafnych i wyzbytych patosu środków. W skromności i kameralności „Mandarynek” kryje się ich największa siła. Mimo jasno określonego czasu, miejsca i kontekstu, gruzińsko-estońska fabuła także niesie ze sobą na wskroś uniwersalne przesłanie i tym właśnie różni się od „Idy”, dla której punkt wyjścia stanowią jednak dość hermetyczne wydarzenia z powojennej historii Polski.

 

[youtube=http://www.youtube.com/watch?v=MMXjmYmwp-o]

 

***
Kasia na WFF powered by: