W kinie: Matki Równoległe

matkirownolegle

 

MATKI RÓWNOLEGŁE
polska premiera: 18.02.2022
reż. Pedro Almodóvar

moja ocena: 6.5/10

 

Jedną z najnudniejszych rzeczy na świecie jest odkrywanie, przy okazji każdego nowego filmu Pedro Almodóvara, że oto znów mamy do czynienia z jego “najlepszym dziełem od lat”. To znaczy – dokładnie od kiedy? Od premiery poprzednika? Czy może od jakiejś odleglejszej daty z przeszłości, gdy Hiszpan zachwycił świat fabułami kalibru “Wszystko o mojej matce” (1999) czy “Porozmawiaj z nią” (2002)? Durny frazes, który sugeruje, jakoby Almodóvar nieustannie przechodził jakiś kryzys formy i musiał się z niego podnosić. Prawda jest zupełnie inna. Hiszpański reżyser zbudował własne, filmowe uniwersum. Absorbujące go motywy i wątki powracają, układane niby w nowe, ale tak naprawdę dość znajomo wyglądające historie. Oczywiście można wzdychać nad tym, że wraz z wiekiem Pedro utracił część swoich mocy, stępiając tego przysłowiowego pazura, który czynił z niego barwnego, niepokornego wizjonera. Może jego kino stało się bardziej kanapowe i mniej zaczepne, ale ciągle nikt w taki sposób nie opowiada o kobietach jak Almodóvar. I choćby dlatego ja sobie bardzo cenię jego twórczość, mam do niej duży szacunek, lubię się troszeczkę ekscytować kolejnymi filmami nie najmłodszego już mistrza, nie oczekując przy tym nie-wiadomo-jakich uniesień. A “Matki Równoległe” wynagradzają z nawiązką tę akceptację dla szlachetnej przewidywalności, jaką dzisiaj oferuje kino Almodóvara.

Tym razem poznajemy Janis (Penélope Cruz) – charakterną fotografkę, która imię otrzymała po słynnej, hipisowskiej buntowniczce oraz Anę (Milena Smit) – nastolatkę utrzymywaną przez rozwiedzionych rodziców. Tak różne bohaterki połączył pokój na oddziale położniczym. Obie zaszły w nieplanowane ciąże i za chwilę będą musiały zmierzyć się z samotnym rodzicielstwem. Na próżno bowiem szukać mężczyzn w orbicie tytułowych, równoległych matek. Pojawiają się na chwilę, znikają, co czasem niesie ze sobą gwałtowne zmiany, ale tylko i wyłącznie dla kobiet, które w pojedynkę mierzą się z konsekwencjami męskiej (nie)obecności. Dla młodszej z kobiet, Any, macierzyństwo to podróż w nieznane, konieczność szybkiej nauki dorosłości, sytuacja oznaczająca lęk i niepewność. Dojrzalsza Janis informację o ciąży przyjęła raczej z ekscytacją, a macierzyństwo, nawet samotne, traktuje jako szansę otrzymaną od losu. W szpitalu dostrzega jednak niepewność koleżanki i dlatego zostawia nastolatce swój numer. By miała do kogo zwrócić się w potrzebie. Matki w końcu powinny trzymać się razem, a Janis i Anę spotkanie na porodówce połączy akurat w wyjątkowo zaskakujący sposób.

Starszą z bohaterek dziecko na chwilę oderwało od jej misji i rodzinnej powinności. Kobieta jest bowiem mocno zaangażowana w rozliczenie zbrodni z okresu Białego Terroru. Zależy jej, by dokonać ekshumacji masowego grobu ofiar frankistowskiego rezimu, gdzie najpewniej spoczywają także jej męscy krewni. Janis reprezentuje kolejne już pokolenie, które odziedziczyło traumę i odpowiedzialność za oddanie należytej czci tragicznie zmarłym. Z tym wyraziście politycznym wątkiem łączy się nawet macierzyństwo Janis. Ojca dziecka bohaterka poznała w trakcie sesji zdjęciowej. Korzystając z okazji, prosiła go o pomoc w kontakcie z fundacją, która mogłaby zająć się ekshumacją, czego archeolog Arturo (Israel Elejalde) zresztą się podjął. Jeśli myślicie, że przypadkowy romans to jedyny element wspólny dla rozliczeniowej agendy Almodóvara i intymnego dramatu o niejednoznaczności macierzyństwa, to Hiszpan proponuje znacznie więcej.

To nieoczywiste połączenie dużo lepiej spina się w realiach scenariusza aniżeli narracyjnej praktyce. “Matki Równoległe”, błyskotliwy remiks “Wszystko o mojej matce” (1999), “Volver” (2006) i “Juliety” (2016), są w gruncie rzeczy przecież tym, co często zarzucamy dziełom Almodóvara – wyrafinową telenowelą w kunsztownych, nasyconych kolorami i kontekstami wnętrzach, spektaklem prostych emocji, często raczej deklaratywnych niż faktycznie oddanych na ekranie. Mimo to ten film nie poległ na własnych niedoskonałościach, bo najgłośniej jednak wybrzmiewa z niego ten cudowny hymn na cześć kobiecej solidarności. Bohaterkom tej historii daleko do ideału, ale to, jak mierzą się z trudnościami, dylematami najcięższego kalibru, jak znoszą niepowodzenia i jak empatycznie cieszą się z małych nawet sukcesów, pozwala uznać je za godne naśladowania wzorce. Nader wszystko dostrzegają oczyszającą moc szczerości, odrzucając kłamstwo, na którym nie można budować nowego życia. Nie ważne, czy chodzi o teraźniejsze sprawy osobiste czy zbrodnie z przeszłości. Siła leży we wspólnocie, a kto tworzy trwalsze więzy niż złączone często trudnymi doświadczeniami kobiety? Zmarłym należy się pamięć, a przyszłość żyjącym.

 

Miesiąc w muzyce: styczeń 2022 (piosenki)

PIOSENKI STYCZNIA

number1
INVSN

INVSN – Slow Disco
7”, 2022
Try this!

 

number2
keatemp

Kae Tempest feat. Kevin Abstract – More Pressure
The Line Is A Curve LP, 2022
Try this!

 

number3
burial22

Burial – Antidawn
Antidawn EP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Mitski – Love Me More (Laurel Hell LP) Try this!
[indie pop] [80s vibes]

Let’s Eat Grandma – Happy New Year (Two Ribbons LP) Try this!
[electro pop] [muzyka miejska]

FKA twigs – meta angel (7”) Try this!
[muzyka miejska] [intymne r’n’b]

Vitesse X – Us Ephemeral (Us Ephemeral LP) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka klubowa]

Yumi Zouma – In The Eyes Of Our Love (Present Tense LP) Try this!
[indie pop] [retro pop]

Fontaines D.C. – Jackie Down The Line (7”) Try this!
[indie rock] [gitarowe granie]

Holly Humberstone – London Is Lonely (7”) Try this!
[electro pop] [dziewczęco]

Ecco2k & bladee – Amygdala (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Fred again.. x Romy x HAAi – Lights Out (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [klubowe brzmienia]

Trentemøller – No More Kissing In The Rain (Memoria LP) Try this!
[electro pop] [atmosferyczne brzmienie]

alt-J – Hard Drive Gold (The Dream LP) Try this!
[indie pop/rock] [na bogato]

Broods – Like A Woman (Space Island LP) Try this!
[pop] [kameralnie]

Beach House – Masquerade (Once Twice Melody LP) Try this!
[dream pop] [barokowe brzmienie]

Barrie – Quarry (Barbara LP) Try this!
[indie pop] [lekko]

Hatchie – Quicksand (Giving The World Away LP) Try this!
[electro pop] [przebojowe przestery]

Hurray For The Riff Raff – Pierced Arrows (Life On Earth LP) Try this!
[indie rock] [feministyczne granie]

Jenny Hval – Year of Love (Classic Objects LP) Try this!
[sterylny pop] [eleganckie]

Donna Missal – Insecure (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [future pop]

Kiesza – Passenger (7”) Try this!
[klubowy pop] [muzyka taneczna]

Marie – Do Dna (7”) Try this!
[polski pop] [na bogato]

Griff X Sigrid – Head on Fire (7”) Try this!
[pop] [młoda muzyka]

***
posłuchaj na YT

IFFR: Please Baby Please

pleasebabyplease

 

PLEASE BABY PLEASE
IFFR 2022
reż. Amanda Kramer

moja ocena: 5.5/10

 

W najnowszym dziele zaskakującej bohaterki retrospektywy tegorocznego festiwalu w Rotterdamie, Amanda Kramer, reżyserka wbija na imprezę, na której gości prowokują już Anna Biller, Bruce LaBruce i Bertrand Mandico. Transgresyjna wizja Amerykanki ocieka od kulturowych tropów i cytatów. Już w pierwszych minutach “Please Baby Please” oglądamy kadry rodem z “West Side Story” przefiltrowane przez estetykę kina Fassbindera. Nowy Jork lat 50., otulony światłem neonów i dymem rodem z jazzowych klubów Harlemu. W mrocznych zakamarkach miasta szaleje gang Young Gents, którego charyzmatyczny lider (Karl Glusman) jednej nocy hipnotyzuje swoim łobuzerskim urokiem Arthura (Harry Melling) i Suze (Andrea Riseborough). Młode małżeństwo doświadcza stopniowego przebudzenia, unaoczniają się skrywane pragnienia i tłumione emocje. Arthur będzie szukał sposobu, by urzeczywistnić swoje homoerotyczne fantazje, Suze będzie chciała zrewidować swoje role, jakie pełni zgodnie ze społecznymi normami, do czego też zachęci ją grana przez Demi Moore sąsiadka. Uniwersum inspiracji dla “Please Baby Please” jest przeogromne, ale każda z nich służy temu, by uwypuklić queerową naturę artystycznych poszukiwań Kramer dedykowanych tematyce miłości i seksu. Reżyserka odrzuca nie tylko kulturowe kody i schematy, ma też ambiwalentne podejście do postmodernistycznych reinterpretacji takich pojęć jak płeć czy feminizm. Te poglądy tłumaczą na ekranie bohaterowie filmu w teatralnych dialogach i monologach. W tej Brechtowskiej inscenizacji tkwi największa słabość filmu. Choć “Please Baby Please” wizualnie potrafi czarować niesamowitymi, vintage’owymi obrazami, a musicalowe elementy ładnie wpisują się w narracyjną tkankę, to kino za bardzo statyczne, momentami rażące sztucznością i zbytnio przestylizowane. Kramer z przytupem dołącza jednak do tego ciekawego grona niezależnych filmowców, którzy nieustannie burzą poczucie komfortu, igrają z przyzwyczajeniami widza, odcinają się od tego, co tradycyjne i wygodne.

 

Perły Klasyki Filmowej (19): Cannes 1969

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ… CANNES 1969

Rok 1968 był pełen ideologicznych, społecznych i politycznych starć, napięć i konfliktów, które swoje piętno odcisnęły nawet na filmowych festiwalach. Relatywnie najmniej poturbowane z tego burzliwego okresu wyszło Berlinale, ale już Wenecja czy Cannes musiały się zmierzyć z wieloma problemami. W przypadku włoskiej imprezy praktycznie na dekadę zniknęła ona z radarów, stając się wydarzeniem o marginalnym znaczeniu. Francuski festiwal natomiast musiał zdecydować się na gruntowne zmiany, by nie podzielić takiego losu. To właśnie nad Sekwaną wydarzenia z 1968 roku miały najbardziej gwałtowny przebieg i najmocniej wpłynęły na wiele dziedzin życia w tym kraju, w tym kulturę. W wyniku masowych protestów przerwano 21. edycję festiwalu w trakcie jej trwania, nie przyznając żadnych nagród, unikając w ten sposób niefajnych scen z późniejszej Wenecji, gdzie większość twórców wycofała swoje filmy z imprezy, a te kilka pokazów, które się finalnie odbyło, przerywały masowe, dość bezpardonowe protesty.

69-protesty

Cannes nie zmarnowało kilkunastu miesięcy. Wiatr zmian silnie bowiem powiał na Lazurowym Wybrzeżu już w 1969 roku. Widać to zarówno w organizacyjnych i programowych modyfikacjach, ale też w bardzo wymownych werdyktach. Co ciekawe, do jury pod przewodnictwem Luchino Viscontiego dołączono nawet studenta ze Szwecji, niejakiego Jerzego Glucksmana, nobilitując w ten sposób młode pokolenie, które głośno protestowało na francuskich ulicach rok wcześniej. Najistotniejszą nowością z tego czasu jest Quinzaine des Réalisateurs, które powstało całkowicie niezależnie od głównej canneńskiej imprezy. Do życia powołało je nowo powstałe, francuskie Stowarzyszenie Reżyserów (SRF) jako odpowiedź na odrzucenie ich propozycji reform głównego festiwalu. Założenia Quinzaine des Réalisateurs zamknięto w haśle “Cinema en liberte” (“kino na wolności”). To miała być platforma dla światowego kina autorskiego, otwarta na filmowe eksperymenty, ekstrawagancje, odważne wizje i nowatorstwo, podążająca z duchem czasu, a zatem zmieniająca się wraz z tym, jak zmienia się współczesny świat. Od początku porzucono format oparty na rywalizacji i nagrodach, inwestowano przede wszystkim w różnorodność. Pierwsza edycja zgromadziła kilkadziesiąt (!) tytułów z całego świata (plus drugie tyle krótkich metraży) i była całkowicie otwarta dla publiczności. Można było tam zobaczyć m.in. filmy Nagisy Oshimy, Bernardo Bertollucciego, André Téchiné’a, Micklosa Jancso, Phillipe’a Garrela, egzotyczne produkcje z Kuby, Kanady, Finlandii czy Argentyny. Teraz Quinzaine des Réalisateurs szczyci się tym, że to właśnie u nich, na przestrzeni lat, swoje międzynarodowe debiuty zaliczali tacy twórcy jak Jim Jarmusch, Werner Herzog, Chantal Akerman, Michael Haneke, Naomi Kawase i wiele innych, dzisiaj ikon światowego kina. Gdy sekcja ruszała, ze względu na programowy rozmach, ale też towarzyszący jej entuzjazm, we francuskiej prasie niektórzy komentatorzy nawet prognozowali, że oto na Lazurowym Wybrzeżu wyrasta alternatywna impreza filmowa, bardziej egalitarna i demokratyczna, która kiedyś wchłonie stary festiwal. Nic takiego się nie wydarzyło, także dlatego, że Cannes szybko zareagowało na to, co niosło ze sobą nowe dziesięciolecie oraz jakie były aktualne oczekiwania twórców i widzów. Dodatkowo, kilka lat później, w 1978 roku, festiwal utworzył sekcję Un Certain Regard, której założenia jawnie przypominały te, jakie legły u podstaw Quinzaine des Réalisateurs. Ostatecznie udało się osiągnąć równowagę – od wielu dekad różne części festiwalu są komplementarne względem siebie. Udaje im się też zachować własny charakter i niezależność.

69-qdr

Duch 1968 roku unosił się nad La Croisette podczas 22. edycji festiwalu, a kontestacyjny ferment epoki czuć było na korytarzach i w salach kinowych. Licznie reprezentowane w konkursie głównym kino protestu przyciągało swoją aktualnością i zaczepnością, o czym wprost mówił przewodzący jurorskiemu gremium Visconti. Włoch podkreślał, że będzie popierał odważne dzieła, acz z uwagi na swoją rolę postara się o jak największy obiektywizm. Wśród krytyków – a przedstawiciele branży i mediów zameldowali się w Cannes w tym roku w rekordowej ilości – szybko na faworytów wyrosły dwa tytuły – Z Costy-Gavrasa i ADALEN 31 Bo Widerberga, ale ostatecznie pogodziło je JEŻELI… Lindsaya Andersona. To trzeci film z Wielkiej Brytanii, który w latach 60. wyjechał z Lazurowego Wybrzeża ze Złotą Palmą. W tamtych czasach JEŻELI… uchodziło za dzieło ogromnie kontrowersyjne. Do Cannes osobiście pofatygował się brytyjski ambasador, by zaapelować o wyrzucenie filmu z festiwalu, bo obraża on brytyjskie społeczeństwo (na co reżyser odpowiedział, że to społeczeństwo zasługuje na to, by być obrażane). Anderson po latach wspominał, że w dniu premiery nikt z organizatorów nie pojawił się, by powitać twórców, co już wtedy było bardzo częstą praktyką i częścią festiwalowego ceremoniału. Film miał tak małe wsparcie, że Malcolm McDowell nie był w stanie opłacić hotelowych rachunków, a pieniądze na taksówkę na lotnisko pożyczył mu scenarzysta David Sherwin.

69-if

Ciężko wyobrazić sobie film, który w momencie swojej premiery byłby bardziej aktualnym produktem swoich specyficznych czasów. Choć sam pomysł narodził się kilka lat wcześniej, zdjęcia do JEŻELI… rozpoczęły się wiosną 1968 roku, czyli zaledwie kilka tygodni przed francuskimi protestami. Czy Anderson i jego ekipa mieli po prostu niesamowite szczęście, czy raczej przeczuwali nieuchronny moment społecznego wybuchu – pozostaje pytaniem ciągle otwartym. Ta aktualność i zakorzenienie w realiach epoki z dzisiejszej perspektywy czynią canneński werdykt z 1969 roku adekwatnym i oczywistym, a przecież choćby z uwagi na współczesne filmowi kontrowersje wtedy tak jasna jego sytuacja bynajmniej nie była. Czerpiąc z własnych doświadczeń wychowanka Cheltenham College (gdzie film był nawet częściowo kręcony) oraz jawnie inspirując się kultową PAŁĄ ZE SPRAWOWANIA (1933) Jeana Vigo, Anderson stworzył szaloną, agresywną satyrę społeczną. Z męskiej szkoły z internatem – wiodącej instytucji brytyjskiego systemu edukacji, wpajającego sztywne zasady i reguły hierarchicznego porządku – uczynił symbol całej Wielkiej Brytanii. Tym bardziej bolesny i obrazoburczy w odbiorze, bo kończący się surrealistyczną erupcją przemocy, gdzie ci najbrutalniej doświadczeni upokarzającymi relacjami w szkole w końcu buntują się przeciwko swoim oprawcom. Kierując broń w stronę uczniów i nauczycieli, w szalonym gniewie dokonują krwawego aktu zemsty. Wtedy trudno o bardziej świadomą i dobitną ekspozycję antyestablishmentowych nastrojów, ale dziś – gdy makabryczne sceny masakr w szkołach regularnie goszczą w mediach – ten finał mieni się w nieco innych odcieniach. Ponad 50 lat po swojej premierze JEŻELI… powoduje dalej uczucie ogromnego dyskomfortu, zachowało swoje filmowe i akademickie (skłaniające do wielowątkowych dyskusji) walory. I bez wątpienia pozostaje najmocniejszym tytułem 22. edycji festiwalu w Cannes.

Mimo że z pokazów ADALEN 31 publiczność ponoć wychodziła ze łzami w oczach i dogłębnie poruszona, odnajdując w tragicznej historii z przeszłości aluzje do czasów współczesnych, nie można szwedzkiego faworyta do nagród w poziomie kontestacji porównywać z filmem Andersona. Bo Widerberg sięgając po wydarzenia z 1931 roku, gdy na szwedzkim nabrzeżu zaczęto strzelać do protestujących robotników, wielu z nich pozbawiając życia, złożył hołd odwadze i zaangażowaniu wszystkich tych, którzy walczyli i walczą o prawa pracownicze. ADALEN 31 ma taką siłę rażenia nie tylko dlatego, że postulaty ludu pracującego wydają się ze wszech miar słuszne i niewygórowane, a niechęć ich pracodawców to efekt głupiego oporu i strachu przed precedensowym kompromisem (a przy tym bogacze w filmie nie są wcale demonizowani, nie licząc ich haniebnych decyzji o strzelaniu do robotników). Strajkujący mają twarze konkretnych ludzi, ci ludzie zaś bliskich, swoje historie i banalne marzenia. W przyziemności i rytuałach robotniczej egzystencji kryje się nawet pewien urokliwy liryzm, choć to życie trudne i ciężkie. W ich walce o lepsze jutro dla siebie i swoich rodzin nie ma wielkich słów ani poważnej polityki, choć taki był efekt tej masakry – w jej wyniku upadł konserwatywny rząd, a do władzy doszli socjaldemokraci, rządzący od tego czasu Szwecją przez całe dziesięciolecia i budujący zupełnie nowy kraj. ADALEN 31 w Cannes zdobyło nagrodę Grand Prix, czyli drugie, co do ważności, festiwalowe wyróżnienie.

69-z

Jeden z najlepszych thrillerów politycznych w historii kina, Z Costy-Gavrasa, finalnie z Cannes wyjechał z przyznaną jednogłośnie (co podkreślano) Nagrodą Jury i aktorskim wyróżnieniem dla Jeana-Louisa Trintignanta. To był obiektywnie być może najważniejszy i najbardziej wartościowy tytuł, jaki znalazł się w canneńskiej selekcji w 1969 roku. Grecki reżyser autentyczną historię zabójstwa socjalisty Gregorisa Lambrakisa z początku lat 60. przeniósł z Salonik do współczesnej Francji, gdzie jako filmowiec się wychował. Wykorzystał nowoczesne, hollywoodzkie techniki, które kryminałom twórców pokroju Johna Hustona, Roberta Siodmaka czy Julesa Dassina zapewniały ogromne, frekwencyjne sukcesy, ale wniósł tę estetykę na zupełnie nowy poziom. Uczynił z Z sensacyjne kino polityczne, którego przystępności, zupełnie nie wykluczającej angażującej, odważnej treści, czasem brakowało dziełom Francesco Rosiego, Gillo Pontecorvo czy Elio Petriego. W Z Costa-Gavras metodycznie rozbiera na czynniki pierwsze morderstwo lewicowego działacza (granego przez Ivesa Montanda). Zabójstwo było polityczne – miało swoich wysoko postawionych mocodawców, opowiadających się za obecnym status quo, którzy niewygodnego rywala usunęli rękoma bezwzględnych, antykomunistycznych rzezimieszków z grubymi kartotekami. Podczas gdy jedni robili wszystko, by prawda o zbrodni nigdy nie wyszła na jaw, środowisko skupione wokół ofiary, często rozproszone, ale połączone wspólnym celem, jeśli nie skazania, to domagali się chociaż wskazania prawdziwych morderców, w czym wspierał ich prowadzący sprawę prokurator (Trintignant). Urzędnik z krwi i kości, trzymający się procedur i niepodatny na wpływy. Anatomia politycznych przewrotów, puczy, rebelii, w których najwyraźniej widać paradoksy i patologie władzy zawsze stanowiła kluczowy element filmów Costy-Gavrasa. Najbardziej go to interesowało i poświęcał temu szczególną uwagę. Z pokazuje jednak, że intencją Greka było raczej ostrzeganie i obnażanie niepokojących mechanizmów, aniżeli opowiadanie się po jakiejś stronie konfliktu. Inna sprawa, że pod kątem czysto filmowym to kino wyjątkowo atrakcyjne, wciągające, precyzyjne, które swoich zalet nie utraciło wraz z upływem czasu.

69-easy

Z stało się szczególnie głośnym i popularnym filmem w Ameryce, która w latach 60. doświadczyła wielu politycznych morderstw (przedstawiciele rodziny Kennedych, Malcolm X, Martin Luther King). Doceniono aktualność kina Costy-Gavrasa i jego formalną świeżość. Mimo to ciągle inne było najważniejsze wydarzenie 22. edycji. Premiera EASY RIDER była tym, o czym się mówiło i żyło na La Croisette. W czasach współczesnych filmowi Dennisa Hoppera uchodził on za dzieło wywrotowe, apologię życia kontestacyjnego. Dzisiaj w wielu opracowaniach dowodzi się fasadowości dawnych interpretacji, dowodząc, że stanowiąc świadectwo pewnej epoki, EASY RIDER mocno zakotwiczone jest w kulturowych tradycjach Ameryki i nie ma zamiaru brać z nimi rozwodu. Grani przez Hoppera i Fondę dwaj nomadyczni motocykliści uosabiają bardziej niegdysiejszych kowbojów, aniżeli kontrkulturowych buntowników lat 60. Mają wypisane wolnościowe hasła na niewidzialnych sztandarach, ale tak naprawdę realizują kolejną wersję pogoni za amerykańskim snem, umacniając jego mitologię. W tym całym rozgardiaszu, być może przez przypadek, EASY RIDER doskonale ilustruje światopoglądowy chaos ówczesnych czasów, w których łatwo próbować nowych ścieżek do duchowego przebudzenia, ale jeszcze łatwiej szukać oparcia w tym, co znane i sprawdzone. Co się wydarzyło po canneńskiej premierze filmu? Stał on się jedną z najbardziej dochodowych produkcji w historii amerykańskiego kina (o paradoksie!). Otworzył Peterowi Fondzie i Jackowi Nicholsonowi drzwi do wielkiej sławy, które ci wyważyli z futryną. Hopper stał się wzorem niezależnego filmowca, którego wszyscy chcieli naśladować. Producenci filmu założyli firmę producencką BBS, która później podpisała lukratywny kontrakt z Columbią na realizację kilku, niezależnych projektów. To w ramach tej transakcji światło dzienne ujrzały takie kultowe klasyki jak OSTATNI SEANS FILMOWY (1971), KRÓL MARVIN GARDENS (1972) czy słynny dokument o wojnie w Wietnamie HEARTS AND MINDS (1974). Ponadto, EASY RIDER odcisnął swoje trwałe piętno na popkulturze – język, seksualne doświadczenia, narkotyki, stylówki, muzyka, które był codziennością młodego pokolenia za sprawą filmu przeniknęły do mainstreamu.

69-gala

Jeśli zastanawiacie się, czy wsparcie dla kontrkulturowych postaw było faktycznie wyrazem festiwalowej rebelii, odsuwającej Cannes od głównego nurtu, to nic bardziej mylnego. W 1969 roku po raz pierwszy w historii gala zamknięcia francuskiej imprezy była transmitowana przez ogólnie dostępną telewizję, trwała długo, a swoją wystawnością i nadęciem przypominała ceremonie Oscarowe (zresztą właśnie na nich się wzorowano). Oprócz laureata Złotej Palmy najjaśniejszą gwiazdą wieczoru była rodaczka Andersona, Vanessa Redgrave – uhonorowana nagrodą dla najlepszej aktorki. W filmie Karela Reisza wcieliła się w rolę Isadory Duncan, słynnej tancerki i na swój sposób również buntowniczki. Indywidualistki o artystycznej duszy, niespokojnej i wrażliwej kobiety, która wyrastała ponad epokę, w jakiej żyła. Choć sama fabuła potrafi grzęznąć w banalności typowego biophicu, Redgrave z klasą zagrała swoją bohaterkę. To jednak inna Brytyjka tego roku zasługiwała na aktorski laur.

PEŁNIA ŻYCIA PANNY BRODIE to z pozoru ugrzeczniony rewers filmu Andersona. Znów sceneria surowej, tym razem szkockiej szkoły dla dziewcząt w konserwatywnych latach 30., ale to nie uczennice sieją tu wyzwoleńczy ferment, lecz ich niekonwencjonalna nauczycielka – grana przez wyborną Maggie Smith tytułowa panna Brodie. Charakter to skądinąd niezwykły. Metody nauczania ma osobliwe, nie trzyma się faktów, kocha sztukę, określa się jako romantyczka i deklaruje podziw dla faszystowskich idei Mussoliniego i Franco. Podążające za nią uczennice z dumą nazywa “crème de la crème”. Sama niemalże otwarcie zaangażowana w uczuciowe związki z dwoma mężczyznami, zachęca swoje podopieczne do obyczajowych eksperymentów. Niegroźny z początku ekscentryzm panny Brodie w końcu uwydatnia jej narcystyczne skłonności, dwuznaczne moralnie zachowania czy wręcz reakcje psychotyczne. Z jednej strony, nauczycielka potrafi zarażać wolnościowymi ideałami i zachęcać do kwestionowania niesłusznie rygorystycznego porządku, z drugiej – ma silną, toksyczną osobowość, jej wpływ ma młode, niedoświadczone dziewczyny może być też zgubny. I ta skomplikowana natura głównej bohaterki oraz jej relacji z otoczeniem to najbardziej fascynująca rzecz w tym filmie. Maggie Smith za swoją rolę zasługuje na wszystkie nagrody świata (dostała m.in. Oscara). Jak trudna w osądach jest ta historia niech świadczy fakt, że PEŁNIA ŻYCIA PANNY BRODIE w chwili premiery otrzymała status X – produkcji dla widzów powyżej 16 lat. Dopiero w 1989 roku obniżono go do 15, zaś w 2010, gdy ukazało się DVD, znalazła się na nim adnotacja, że film jest odpowiedni dla osób powyżej 12 lat.

69-dill

Film Neame’a razem z DILLINGER NIE ŻYJE to moje dwa ulubione znaleziska tej edycji. Bo jeśli mówimy o festiwalu epoki kontestacji, to czy może być bardziej niepokorny twórca niż Marco Ferreri? O włoskim mistrzu radykalnej groteski pisałam trochę przy okazji Cannes’78, gdzie reżyser otrzymał do spółki z Jerzym Skolimowskim nagrodę Grand Prix. W 1969 roku z Cannes wyjechał bez żadnego wyróżnienia, ale seans DILLINGER NIE ŻYJE na pewno należał do tych niezapomnianych. W filmie bohater grany przez Michela Piccoliego – pracownik fabryki masek gazowych – wraca wieczorem do domu i zaczyna wykonywać szereg abstrakcyjnych czynności. Gotowanie kolacji i oglądanie telewizji nie są może niczym niezwykłym, ale już wyciągnięcie z dna szafy starego rewolweru tajemniczego pochodzenia, pomalowanie go czerwoną farbą, realizowanie dziwacznych, erotycznych fantazji z żoną (Anita Pallenberg – słynna muza panów z The Rolling Stones) i gosposią (Annie Girardot) mogły wprawiać w osłupienie. Zwłaszcza że ta noc miała mieć totalnie zaskakujący finał. W historii Glauco Ferreri naszkicował wymowne studium życiowego wypalenia, zrodzonego z zabójczej rutyny, tłumionej latami frustracji, reifikacji wartości (cytując Konrada Klejsę), do czego doprowadził napędzany przez konsumpcjonizm ówczesny porządek społeczny. Ta krytyka i ten motyw był jednym z kluczowych w twórczości Ferreriego. Powrócił on choćby w WIELKIM ŻARCIU (1972), jak i ŻEGNAJ MAŁPKO (1978). Włocha na festiwalu pytano, jaki ma stosunek do wydarzeń z 1968 roku, swoistej wigilii kontestacyjnych ruchów, która powinna mu być bliska, ale filmowiec nie odpowiadał na pytania. Nie lubił żadnych ideologii, nie oszczędzał niczego i nikogo, wolał, by jego kino mówiło same za siebie, co akurat świetnie mu wychodziło. Swoją drogą, paradoksem jest, że festiwal, który tak mocno postawił na filmowy radykalizm, kino zaangażowane i precyzyjne w swoim światopoglądzie, nie wyróżnił w tym roku tak soczyście negacyjnego, zaczepnego dzieła Ferreriego.

69-rocha

Najlepszymi reżyserami 22. edycji festiwalu zostali Glauber Rocha i Vojtěch Jasný. Ten pierwszy jest najważniejszą postacią Cinema Novo Brasileiro, który podobnie jak francuscy nowofalowcy zanim stanął za kamerą, zajmował się dziennikarstwem i krytyką filmową. Był człowiekiem o niezwykle wyrazistych, politycznych poglądach, którymi przesiąknięte było jego alegoryczne kino. ANTONIO DAS MORTES, kontynuacja BOGA I DIABŁA W KRAINIE SŁOŃCA (1964), nakręcona została w zupełnie innych okolicznościach niż poprzednik. Urzędujący prezydent Brazylii praktycznie został krajowym dyktatorem. M.in. połączył władzę ustawodawczą z wykonawczą, zawiesił instytucję wyborów, zakazał zgromadzeń, a na kulturę nałożył ostrą cenzurę. W takich okolicznościach filmy obudowane symbolami i metaforami, jak te Glaubera Rochy, mogły niebezpośrednio odnosić się do kwestii społeczno-politycznych i być oglądane. Chcąc zrealizować ANTONIO DAS MORTES, reżyser nie tylko sięgnął po ludową przypowieść, opowiadaną w poetyce westernu, ale też przywołał postać Świętego Jerzego walczącego ze smokiem. Akcja dzieje się w zmyślonym miejscu, ale przekrój społeczny fikcyjnego miasteczka odpowiada temu, jakie istniało wtedy w Brazylii. Tytułowy bohater, płatny zabójca, na zlecenie bogatego obszarnika ma usunąć ostatniego cangaceiro – rozbójnika i banitę kochanego przez pospólstwo. Wykonawszy zadanie, Antonio sam staje się jednak buntownikiem i przechodzi na stronę tych, przeciwko którym walczył. W filmie najmocniej wybrzmiewa rewolucyjny pogląd Rochy o tym, że stosunki społeczne oparte na przemocy tylko przemocą można zwalczyć. Taka postawa i takie kino sprawiły, że reżyser w 1971 roku musiał wyemigrować z kraju. Po tułaczce przez Hiszpanię, Chile i Francę osiadł w Portugalii. Do Brazylii wrócił na chwilę przed śmiercią, gdy był już ciężko chory. Zmarł w wieku 42 lat. Francuski dziennik “Libération” napisał w jego nekrologu o najbardziej inspirującym i najbardziej irytującym twórcy z Ameryki Południowej, z jakim przyszło im obcować. Wyrażali jednocześnie żal, że ostatnie 10 lat filmowiec spędził w zapomnieniu i to była prawda. Dekada lat 60., której ANTONIO DAS MORTES stanowił kreatywne zwieńczenie, była jedynym okresem świetności Glaubera Rochy i to całkowicie wystarczyło, by dziś umiejscawiać go w czołówce nowofalowych geniuszy swoich czasów.

69-polowanie

Vojtěch Jasný to jedyny reprezentant kinematografii zza Żelaznej Kurtyki, którego w Cannes’69 nagrodzono. Przedstawiciela Nowej Fali z Czechosłowacji można uznać za bywalca festiwalu – WSZYSCY DRODZY RODACY to trzecia produkcja, którą przywiózł na Lazurowe Wybrzeże. Wpisuje się ona w rozliczeniowy nurt we wschodnim kinie, który pozwalał sobie na rewizjonistyczne podejście wobec trudnych, powojennych czasów. Film opowiada o mieszkańcach czeskiej wsi, której sercem jest przedwojenne, dobrze prosperujące gospodarstwo. Kilka lat po wojnie władzę obejmują komuniści, majątek zostaje poddany kolektywizacji i sukcesywnie traci na swojej wartości. Zmiany lat 40. i 50., narzucany nowy porządek, rozwalały nie tylko dorobek materialny, ale też relacje międzyludzkie. Rozpadały się rodziny, niegdysiejsi przyjaciele stawali się wrogami, kiedyś prosta egzystencja stawała się nieznośna czy wręcz niemożliwa w tym miejscu, coraz bardziej wrogim. Jasný zachował w filmie dużo realizmu, ale wiodąca jest w nim ta czulsza nuta, nostalgia za tym, co zostało zniszczone oraz ton pogodzenia się z przeszłością. Zapewne wynika to z tego, że WSZYSCY DRODZY RODACY to osobiste dzieło, oparte o wspomnienia matki reżysera, mieszkanki morawskiej wioski Kelč, gdzie Jasný chciał pierwotnie kręcić film. Mieszkańcy nie chcieli jednak wracać do tamtych czasów i przegonili ekipę, która ostatecznie przeniosła się w inny region Czech. My też mieliśmy w konkursie swojego przedstawiciela, ale jakże innego niż produkcja naszych południowych sąsiadów. W POLOWANIU NA MUCHY Andrzeja Wajdy według scenariusza Janusza Głowackiego Małgorzata Braunek wcieliła się w rolę współczesnej modliszki, której wygórowanym, hipsterskim oczekiwaniom stara się sprostać niewydarzony tłumacz Włodek (Zygmunt Malanowicz). Film jest dekadencką komedią satyryczną, po równo drwiącą sobie zarówno z ówczesnego mieszczaństwa, nudnego i wygodnego, jak i artystycznych elit, złożonych głównie z bumelantów i wiecznych imprezowiczów. Jakkolwiek Braunek jest w tym filmie zjawiskowa, tak całość wydaje się płaska i jednowymiarowa. Nic dziwnego, że obok Jasný’ego “wschodnim” wydarzeniem tej edycji był specjalny pokaz ANDRIEJA RUBLOWA. Arcydzieło Tarkowskiego zakwalifikowało się na festiwal już w 1967 roku, ale w ostatniej chwili zostało wycofane przez Sowietów. Zresztą przez około rok od zakończenia zdjęć różne komisje zgłaszały do filmu swojego uwagi, zwłaszcza te o zbytnie upolitycznienie fabuły były szczególnie groźne dla twórcy. Tym bardziej, że zbliżała się 50. rocznica rewolucji październikowej. Po jednym kinowym pokazie w Moskwie ANDRIEJ RUBLOW trafił do szafy i został wyciągnięty na 22. edycję canneńskiej imprezy, w czym ogromna zasługa Francuskiej Partii Komunistycznej, która o niego zabiegała. Seans zorganizowano jeden, w ostatni dzień festiwalu, w godzinach wczesnopopołudniowych, w ramach pozakonkursowych pokazów specjalnych, co i tak nie przeszkadzało, by film Tarkowskiego wyróżnić nagrodą FIPRESCI. Sam Leonid Breżniew był obecny na sali w Cannes, nie był zachwycony pełną widownią i ponoć wyszedł oburzony w połowie projekcji. Sowieccy oficjele ostatecznie mieli uznać pokaz za nielegalny. W ZSRR ANDRIEJ RUBLOW doczekał się kinowej premiery dopiero w 1971 roku, a do oficjalnej, zachodniej dystrybucji trafił 2 lata później.

Pod koniec lat 60. na canneńskim festiwalu po raz pierwszy zaprezentowali się niektórzy z najważniejszych dla tej imprezy twórców. Z małym, niepozornym filmem THAT COLD DAY IN THE PARK wyświetlanym w ramach pokazów specjalnych do Francji przyjechał Robert Altman, który za rok miał podbić Cannes komedią M*A*S*H i zgarnąć za nią Złotą Palmę. Może zaskakiwać fakt, że produkcja, która poprzedzała wielki hit, była w gruncie rzeczy kameralnym, Bergmanowskim (!) dramatem. Sandy Dennis, niczym te kultowe aktorki szwedzkiego mistrza Ullman, Thulin czy Andersson, subtelnie i metodycznie obnaża psychozy i dysocjacje swojej bohaterki, której historia rozpoczynająca się od zaproszenia do swojego mieszkania przemokłego, młodego mężczyzny zauważonego w parku przeobraża się w horror życia w samotności i cierpieniu wywołanych społeczną alienacją i seksualną opresją. Wątki z THAT COLD DAY IN THE PARK Altman będzie rozwijał w swoich późniejszych i bardziej docenianych, kobiecych psychodramach, OBRAZACH i TRZECH KOBIETACH. Uważam, że warto wspomnieć o tym wczesnym dziele Amerykanina, bo jest ono niesłusznie niedoceniane. Wydaje mi się także doskonałą pozycją na swoisty “podwójny seans” z innym, już bardziej ikonicznym w temacie Cannes tytułem – PIANISTKĄ Hanekego.

69-maud

10 lat po swoim długometrażowym debiucie w głównej festiwalowej selekcji pojawił się Eric Rohmer, który 2 lata wcześniej KOLEKCJONERKĄ (1967) podbił Berlinale. Ze wszystkich francuskich nowofalowców Rohmer na rozkwit kariery czekał najdłużej, a obok Godarda to właśnie on latami pozostał wierny tej estetyce, praktycznie do końca realizując kino w naturalnych plenerach, bliskie rzeczywistości, siłę budujące na dialogach i “swoich” aktorach. Centralny segment cyklu “Sześć opowieści moralnych”, czyli MOJA NOC U MAUD, mogłaby być zrealizowana nawet wcześniej, ale reżyser czekał na dostępność Jeana-Louisa Trintignanta, który wtedy był bardzo zajętym aktorem. Po sukcesie tej fabuły, choć w Cannes nie zdobyła nic poza zachwytami krytyków, Rohmer w końcu zaczął być traktowany jako poważny twórca. Filmy cyklu zawsze łączy postać głównego bohatera – mężczyzny, stającego przed wyborem między dwoma różnymi kobietami. Pierwsza oferuje stabilizację i tym samym jest wyborem z gatunku “bezpiecznych”, druga natomiast utożsamia erotyczną przygodę i nutę ryzyka. Sześć razy bohater kieruje się rozumem, a nie uczuciami i za każdym razem prowadzi to do innych, dramaturgicznych konsekwencji. W MOJEJ NOCY U MAUD ta nić porozumienia i wzajemnej fascynacji wykształca się w trakcie tytułowej nocy u kobiety imieniem Maud (Françoise Fabian) – elokwentnej wolnomyślicielki, której propozycji romansu opiera się Jean-Louis (Trintignant), pozostając wierny swojemu wcześniejszemu, spontanicznemu wyborowi partnerki, kobiety spotkanej w kościele. Po latach podczas przypadkowego spotkania Maud na plaży, mężczyzna dokona szybkiego rozliczenia dawnej decyzji. I choć to krótka scena, w której pada niewiele konkretów, ta melancholia chwili wyrażona mimiką, gestem, spojrzeniem, to jedna z moich najukochańszych scen w kinie w ogóle. Wolę ją nawet bardziej niż ten kultowy le marivaudage (dialog o tematyce erotycznej) w domu Maud.

MOJA NOC U MAUD to był drugi z trzech filmów, w którym błyszczał podczas tej edycji Trintignant, a jeśli chodzi o rekordową ekspozycję w najistotniejszych festiwalowych produkcjach, to taką może się pochwalić także Annie Girardot. Francuzka pojawiła się na ekranie w DILLINGER NIE ŻYJE, WKRÓTCE BĘDZIE KONIEC ŚWIATA Petrovicia i MIŁOSNYM KRĘGU Griffiego, gdzie partnerował jej zresztą Trintignant. Oboje pierwsze kroki w kinie stawiali w podobnym czasie, ale o ile w przypadku francuskiego aktora wraz z końcówką lat 60. trwał w najlepsze złoty czas w jego karierze, o tyle dla Girardot, po rolach u Viscontiego, Vadima, Ferreriego, Leloucha, 1969 rok stanowił szczyt jej aktorskiej kariery. Choć i tak później miała ją całkiem zacną, zakończoną dopiero w XXI wieku, gdy to grała m.in. u Hanekego.

W 1969 roku w pobocznych sekcjach festiwalu (Quinzaine des Réalisateurs + Tydzień Krytyki) pokazanych zostało ponad 80 filmów pełnometrażowych. Oczywiście nie sposób tego ogarnąć i to odkopać, sama sięgnęła ledwie po 12 tytułów z tego zestawu, ale czy zatem można z tego coś polecić? O ŚMIERCI PRZEZ POWIESZENIE Nagisy Oshimy nie będę tu pisać, bo to klasyczna pozycja azjatyckiego kina z lat 60. (i słusznie ma taki status). W Tygodniu Krytyki znalazły się natomiast godne uwagi SCENY MYŚLIWSKIE Z DOLNEJ BAWARII. Film na postawie sztuki Martina Sperra wyprodukowany został przez jednego z sygnatariuszy manifestu z Oberhausen (odsyłam tu i tu) i wyreżyserowany przez debiutanta, wykształconego podobnie jak Volker Schlöndorff we Francji, Petera Fleischmanna. Już ironiczny tytuł, nawiązujący do sielskich heimetfilmen, sygnalizował, że dla rodaków reżysera to może być seans trudny. Bawarska wieś odsłania w nim swoje najgorsze oblicze, represyjne, nietolerancyjne i stygmatyzujące, gdy powraca do niej niejaki Abram (w tej roli autor sztuki Sperr). Roznosi się plotka, że mężczyzna siedział w więzieniu za homoseksualizm, co nakręca spiralę przemocy wymierzoną nie tylko w mężczyznę, ale też wobec wszystkich tych, którzy w jakiś sposób odróżniają się od grupy. Prowincja nie tylko brutalnie odrzuca wszelką odmienność, ale też w swoim dbaniu o “społeczną normalność” zdała się zachować niemalże sentymenty nazistowskie. Film Fleischmanna oburzył Niemców i niewiele brakowało, by nie doczekał się dystrybucji w swoim kraju, gdyby nie bardzo pozytywna recepcja SCEN MYŚLIWSKICH w Cannes.

69-inv

W Quinzaine des Réalisateurs zaintrygowało mnie INVASION Hugo Santiago, do którego scenariusz napisał sam Jorge Luis Borges. Pisarz reklamował film jako kino fantastyczne, jakiego jeszcze nie widział. Dystopijny obraz miasta oblężonego przez tajemnicze siły, którym przeciwstawia się grupa dojrzałych mężczyzn w sztywnych prochowcach znajduje wspólne mianowniki zarówno z ALPHAVILLE Godarda, jak i Z Costy-Gavrasa. INVASION skrupulatnie bowiem dekonstruuje mechanizm politycznej, ludowej rewolty przeciwko nigdy niedookreślonym wprost wrogom. Film spowija Kafkowska aura, ale jest w nim też to napięcie zarezerwowane dla amerykańskich, noirowych thrillerów. Od strony czysto technicznej to dzieło też znakomite – od świetnego montażu, nieszablonowej pracy kamery, po reżyserię dźwięku. Nietrudno odnieść fabułę INVASION do autentycznych wydarzeń. Film bowiem powstał tuż po Revolución Argentina, gdy w wyniku (jednego z wielu w XX wieku) zamachu stanu władzę w 1966 roku objęła wojskowa junta Juana Carlosa Onganii, która m.in. bezpardonowo rozprawiała się z protestami w środowiskach uniwersyteckich i alergicznie reagowała na ruchy lewicowe czy komunistyczne. Alegorie polityczne często pojawiały się w kinie z Ameryki Południowej. Ta w INVASION była nie tylko na tyle czytelna, ale i profetyczna, że kilka lat po premierze kinowej, w okresie tzw. Brudnej Wojny, film wycofano z programu telewizyjnego, gdyż uznano, że odnosi się on do wydarzeń z II połowy lat 70. (!). Wojskowi ukryli wszystkie dostępne kopie i przez wiele lat INVASION uchodziło za dzieło bezpowrotnie zaginione. Dopiero w 2004 roku odnaleziono taśmę 35 mm i film odrestaurowano. Dziś powoli odzyskuje on swój status jednego z najważniejszych dzieł argentyńskiego kina.

69-jens

Zupełnie zbędna ciekawostka: w zalewie kina kontestacji i buntu łatwo mogą umknąć autentyczne, filmowe osobliwości, a do takich należy na pewno duńska produkcja sci-fi CZŁOWIEK, KTÓRY WYMYŚLIŁ ŻYCIE, mająca nawet na początku lat 70. swoją premierę w Polsce. Zawdzięczamy to na pewno osobie Witolda Leszczyńskiego, reżysera KONOPIELKI czy SIEKIEREZADY, który Duńczyków wspomógł jako operator, poznawszy ich na studenckiej wymianie. Twórca filmu, Jens Ravn, to fascynująca postać, bo przeglądając jego biografię łatwo uznać, że to człowiek, dla którego reżyseria fabuł była zajęciem zgoła przypadkowym. Niedługo po premierze canneńskiej został dyrektorem szkoły filmowej, angażował się w pracę filmowych instytutów w Danii, następnie spędził trochę czasu w telewizji jako twórca seriali, aż w końcu zajął się dokumentalistyką. Najfajniejsze streszczenie fabuły CZŁOWIEKA, KTÓRY WYMYŚLIŁ ŻYCIE, jakie znalazłam brzmi: neurochirurg jest terroryzowany przez człowieka o mocach supermana; gdy odmawia spełniania jego żądań, superman podstawia jego sobowtóra, który kradnie mu pracę, narzeczoną, życie. Myślę, że to doskonale i z nutą obecnego w filmie absurdu opowiada jego treść, ale nie oddaje realizacyjnego rozmachu i klimatu. Otóż patronem duńskiego dzieła na pewno jest Stanley Kubrick z DR STRANGELOVE, motyw doppelgangera wprowadza do niego mrok rodem z rasowych horrorów, relacja lekarza z owym supermanem przypomina tę uczonego i diabła z FAUSTA, a jeśli dodać do tego scenografię stanowiącą wyborną reklamę duńskiego dizajnu, to otrzymujemy dzieło naprawdę niesamowite, szalone, zaskakujące.

***
Obejrzane w ramach “Przeżyjmy to jeszcze raz: Cannes 1969”:

Andrei Tarkovsky: Andrei Rublow – 9/10*/**
Costa Gavras: Z – 8.5/10*
Marco Ferreri: Dillinger è morto – 8/10
Lindsay Anderson: If… – 8/10*
Éric Rohmer: Ma nuit chez Maud – 8/10*
Ronald Neame: The Prime of Miss Jean Brodie – 8/10
Bo Widerberg: Ådalen 31 – 7.5/10
Hugo Santiago: Invasión – 7/10**
Jens Ravn: Manden der tænkte ting – 7/10
Vojtěch Jasný: Všichni dobří rodáci – 7/10
Pierre Étaix: Le Grand Amour – 7/10
Robert Altman: That Cold Day in the Park – 7/10**
Nagisa Oshima: (Kōshikei) – 7/10*/**
Dennis Hopper: Easy Rider – 7/10*
Evald Schorm: Farářův konec – 7/10
Peter Fleischmann: Jagdszenen aus Niederbayern – 7/10**
Masaki Kobayashi: Nihon no Seishun – 6.5/10
Glauber Rocha: Antonio das Mortes – 6/10*
Gilberto Tofano: Matzor – 6/10
Andrzej Wajda: Polowanie na muchy – 6/10
Alain Tanner: Charles mort ou vif – 6/10**
Giuseppe Patroni Griffi: Metti una sera a cena – 6/10
Aleksandar Petrović: Biće skoro propast sveta – 6/10
Sidney Lumet: The Appointment – 6/10
Bob Fosse: Sweet Charity – 6/10**
Miklos Jancso: Sirokkó – 6/10**
Herbert Biberman: Slaves – 6/10
Raffaele Andreassi: Flashback – 6/10
Risto Jarva: Ruusujen aika – 5.5/10**
Susan Sontag: Duett för kannibaler – 5.5/10**
Judit Elek: Sziget a szárazföldön – 5.5/10**
Karel Reisz: Isadora – 5.5/10
Robert Bresson: Une femme douce – 5.5/10**
Giuliano Montaldo: Machine Gun McCain – 5/10
Barbet Schroeder: More – 5/10*/**
Volker Schlöndorff: Michael Kohlhaas – der Rebell – 5/10
George Kaczender: Don’t Let the Angels Fall – 5/10

* widziałam kiedyś i/lub sobie odświeżyłam
** bonusowe seanse z innych sekcji

Piosenki 2021: 20-1

20-21

Neon Bunny – Twilight [Posłuchaj >>>]

 

19-21

Suki Waterhouse – Moves [Posłuchaj >>>]

 

18-21

Saint Sister – Karaoke Song [Posłuchaj >>>]

 

17-21

Mitski – The Only Heartbreaker [Posłuchaj >>>]

 

16-21

The Chemical Brothers – The Darkness That You Fear [Posłuchaj >>>]

 

15-21

Kaśka Sochacka – Niebo było różowe [Posłuchaj >>>]

 

14-21

Magdalena Bay – Chaeri [Posłuchaj >>>]

 

13-21

Laura Mvula – Church Girl [Posłuchaj >>>]

 

12-21

Dlina Volny – Tomorrow [Posłuchaj >>>]

 

11-21

Arca feat. Sia – Born Yesterday [Posłuchaj >>>]

 

10-21

Olivia Rodrigo – Drivers License [Posłuchaj >>>]

 

9-21

Zdechły Osa – Patolove [Posłuchaj >>>]

 

8-21

Mogwai – Ritchie Sacramento [Posłuchaj >>>]

 

7-21

Sharon Van Etten & Angel Olsen – Like I Used To [Posłuchaj >>>]

 

6-21

beabadoobee – Last Day On Earth [Posłuchaj >>>]

 

5-21

Griff – Black Hole [Posłuchaj >>>]

 

4-21

Cassandra Jenkins – Hard Drive [Posłuchaj >>>]

 

3-21

Thyla – Breathe [Posłuchaj >>>]

 

2-21

Little Simz – Introvert [Posłuchaj >>>]

 

1-21

Deafheaven – Great Mass of Color [Posłuchaj >>>]

 

***
posłuchaj na YT

Piosenki 2021: 40-21

40-21

Wczasy – Tyle słów [Posłuchaj >>>]

 

39-21

Doja Cat feat. SZA – Kiss Me More [Posłuchaj >>>]

 

38-21

Fred again.. – Angie (I’ve Been Lost) [Posłuchaj >>>]

 

37-21

Lucy Dacus – Hot & Heavy [Posłuchaj >>>]

 

36-21

L’Rain – Two Face [Posłuchaj >>>]

 

35-21

Magdalena Bay – You Lose! [Posłuchaj >>>]

 

34-21

All We Are – Colour Me Amazed [Posłuchaj >>>]

 

33-21

Self Esteem – I Do This All The Time [Posłuchaj >>>]

 

32-21

Omar Apollo – Go Away [Posłuchaj >>>]

 

31-21

Mattiel – Those Words [Posłuchaj >>>]

 

30-21

serpentwithfeet – Fellowship [Posłuchaj >>>]

 

29-21

Sofia Kourtesis – La Perla [Posłuchaj >>>]

 

28-21

Torres – Don’t Go Puttin Wishes in My Head [Posłuchaj >>>]

 

21-21

Saint Sister – Any Dreams? [Posłuchaj >>>]

 

26-21

Pearl Charles – Only For Tonight [Posłuchaj >>>]

 

25-21

Roman Rouge – Watching In [Posłuchaj >>>]

 

24-21

Japanese Breakfast – Be Sweet [Posłuchaj >>>]

 

23-21

Trentemøller – In The Gloaming [Posłuchaj >>>]

 

22-21

Old Fashioned Lover Boy – L.A. [Posłuchaj >>>]

 

21-21

Mdou Moctar – Afrique Victime [Posłuchaj >>>]

 

***
posłuchaj na YT

Piosenki 2021: 60-41

60-21

Charlotte OC – Bad Bitch [Posłuchaj >>>]

 

59-21

Desire – Zeros [Posłuchaj >>>]

 

58-21

Molly Burch feat. Wild Nothing – Emotion [Posłuchaj >>>]

 

57-21

Dijon – The Dress [Posłuchaj >>>]

 

56-21

Lucy Dacus – Brando [Posłuchaj >>>]

 

55-21

Yves Tumor – Jackie [Posłuchaj >>>]

 

54-21

The Goon Sax – Psychic [Posłuchaj >>>]

 

53-21

Foxes – Sister Ray [Posłuchaj >>>]

 

52-21

FKA twigs, Headie One, Fred again.. – Don’t Judge Me [Posłuchaj >>>]

 

51-21

Molly Nilsson – Pompeii [Posłuchaj >>>]

 

50-21

Lady Dan – I Am The Prophet [Posłuchaj >>>]

 

49-21

Club Intl – Never Be The Same [Posłuchaj >>>]

 

48-21

Berwyn – To Be Loved [Posłuchaj >>>]

 

47-21

Smerz – Believer [Posłuchaj >>>]

 

46-21

Brodka – Game Change [Posłuchaj >>>]

 

45-21

Let’s Eat Grandma – Hall of Mirrors [Posłuchaj >>>]

 

44-21

The War On Drugs – I Don’t Live Here Anymore [Posłuchaj >>>]

 

43-21

Karolina Stanisławczyk – Cliché [Posłuchaj >>>]

 

42-21

Kedr Livanskiy – Boy [Posłuchaj >>>]

 

41-21

Emma Elisabeth – Tray Full of Ash [Posłuchaj >>>]

 

***
posłuchaj na YT

Piosenki 2021: 80-61

80-21

Loraine James – Running Like That [Posłuchaj >>>]

 

79-21

Sorry Boys – Jadę Do Domu [Posłuchaj >>>]

 

78-21

Julien Baker – Hardline [Posłuchaj >>>]

 

77-21

Jaeyn – Girl [Posłuchaj >>>]

 

76-21

Bark Bark Disco – Get Up & Run [Posłuchaj >>>]

 

75-21

Ellur – Migraine [Posłuchaj >>>]

 

74-21

Little Simz feat. Cleo Sol – Woman [Posłuchaj >>>]

 

73-21

Hatchie – This Enchanted [Posłuchaj >>>]

 

72-21

Rochelle Jordan – Next 2 You [Posłuchaj >>>]

 

71-21

Emma Ruth Rundle – Return [Posłuchaj >>>]

 

70-21

TOPS – Party Again [Posłuchaj >>>]

 

69-21

Iris – To be mine (is to lose your mind) [Posłuchaj >>>]

 

68-21

Courtney Barnett – Before You Gotta Go [Posłuchaj >>>]

 

67-21

Muchy – Szaroróżowe [Posłuchaj >>>]

 

66-21

The Weather Station – Parking Lot [Posłuchaj >>>]

 

65-21

Turnstile feat. Blood Orange – Alien Love Call [Posłuchaj >>>]

 

64-21

Aurora – Giving In To The Love [Posłuchaj >>>]

 

63-21

Young Leosia – Szklanki [Posłuchaj >>>]

 

62-21

Ofelia – Zakochana w bicie (Miranda) [Posłuchaj >>>]

 

61-21

Dawn Richard – Jacuzzi [Posłuchaj >>>]

 

***
posłuchaj na YT

Piosenki 2021: 100-81

100-21

Daria Zawiałow – Żółta Taksówka [Posłuchaj >>>]

 

99-21

Agnes – 24 Hours [Posłuchaj >>>]

 

98-21

DJ Seinfeld – U Already Know [Posłuchaj >>>]

 

97-21

Girl in Red – Serotonin [Posłuchaj >>>]

 

96-21

Tinashe & Wax Motif – Undo (Back To My Heart) [Posłuchaj >>>]

 

95-21

Circuit des Yeux – Vanishing [Posłuchaj >>>]

 

94-21

Madi Diaz – Nervous [Posłuchaj >>>]

 

93-21

Hand Habits – Aquamarine [Posłuchaj >>>]

 

92-21

Charli XCX feat. Christine and the Queens & Caroline Polachek – New Shapes [Posłuchaj >>>]

 

91-21

Dinosaur Jr. – I Ran Away [Posłuchaj >>>]

 

90-21

Still Corners – White Sands [Posłuchaj >>>]

 

89-21

Sleater-Kinney – Worry With You [Posłuchaj >>>]

 

88-21

Misia Furtak – Przychodzisz, odchodzisz [Posłuchaj >>>]

 

87-21

Jenn Champion – The World Has Turned And Left Me Here [Posłuchaj >>>]

 

86-21

Ducks Ltd. – 18 Cigarettes [Posłuchaj >>>]

 

85-21

lùisa – New Woman [Posłuchaj >>>]

 

84-21

Sally Shapiro – Forget About You [Posłuchaj >>>]

 

83-21

Leon Bridges – Motorbike [Posłuchaj >>>]

 

82-21

Ruskiefajki feat. Floral Bugs – Romance [Posłuchaj >>>]

 

81-21

UNIIQU3 – Microdosing [Posłuchaj >>>]

 

***
posłuchaj na YT

Filmy 2021: 10-1

afteryang900
10. Kogonada: After Yang

Z jednej strony głęboko humanistyczne kino sci-fi usytuowane w bliżej niedookreślonej przyszłości, które przemawia językiem niezwykle lirycznym. Z drugiej – fantazja o sztucznej inteligencji zamkniętej w humanoidalnych konstrukcjach wyrastająca z tego samego korzenia, co “Ex Machina” Garlanda i seriale “Humans” czy “Westworld”. Tylko perspektywa jakby mniejsza i o zgoła odmiennej temperaturze dramaturgii, bo zdecydowanie bardziej kameralna i wyciszona w tonie. Recenzja >>>

 

dziewczynai900
9. Ramon Zürcher & Silvan Zürcher: Dziewczyna i pająk (Das Mädchen und die Spinne) [Zobacz trailer]

Bracia Ramon i Silvan Zürcher zamknęli swoich bohaterów w bardzo ograniczonej przestrzeni kilku pokoi i korytarzy w mieszkaniach w jednej kamienicy, zamieszkanej przez podejrzanie atrakcyjnych, uśmiechniętych ludzi. Tę grupę integruje na kilkadziesiąt godzin przeprowadzka jednej z lokatorek. Lisa opuszcza wieloletnią przyjaciółkę, by rozpocząć samodzielne życie w pojedynkę. Jak poważny dla młodej dziewczyny jest to krok, niech świadczy skala przedsięwzięcia. Lisie pozbierać swoje rzeczy pomagają matka, znajomi z sąsiedztwa oraz polski majster ze swoim pomocnikiem. Recenzja >>>

 

ojciec900
8. Florian Zeller: Ojciec (The Father) [Zobacz trailer]

Siłą “Ojca” jest nie tylko ta wyrafinowana konstrukcja montażowa, gdzie subiektywna perspektywa staje się jednocześnie także zatrważająco uniwersalną. Skromny dramat przeistacza w horror z gatunku mind-game, choć dalej towarzyszą mu mocne emocje. W tym to wrażenie straszliwej bezsilności wobec postępującej ułomności własnego umysłu. Wiele w ostatnich latach było filmów o zatracaniu się jednostki w chorobie Alzheimera. “Ojciec” to najbardziej poruszający i chwytający za serce z nich wszystkich. Recenzja >>>

 

pocz900
7. Dea Kulumbegashvili: Początek (Dasatskisi) [Zobacz trailer]

Reżyserka przyznaje, że bardziej niż filmowe istotniejsze dla jej filmu miały inspiracje malarskie. I to naprawdę różnorodne – Holbein, Bacon, stare rodzinne fotografie, zakotwiczone w pamięci krajobrazy kaukaskiej, górzystej prowincji. Jej dzieło przemawia bowiem głównej obrazem. W długich, statycznych ujęciach imitujących spokój martwych natur Gruzinka zamknęła przeszywającą historię o różnych rodzajach opresji, uwięzieniu w religijnych rytuałach i patriarchalnym społeczeństwie, tonięciu w samotności. Mówią, że widać tu Hanekego, Tarkowskiego, Reygadasa, ale widać przede wszystkim Deę Kulumbegashvili.

 

titane900
6. Julia Ducournau: Titane [Zobacz trailer]

Świadomość filmowej materii, pewność własnej, artystycznej (a przecież kontrowersyjnej) wizji oraz przekonanie, co do przesłania, jakie chce się przekazać sprawiają, że kino Julii Ducournau nie można tylko traktować jako festiwalowego ekscesu, gatunkowego eksperymentu czy czystego szaleństwa. Mimo że wypełnione nawiązaniami i cytatami, “Titane” od początku do końca konsekwentnie mówi własnym językiem, dzięki któremu przemoc zrównoważona zostaje czułością, w akcie erotycznym dostrzega się głównie wołanie o miłość, a z kłamstwa czyni fundament dla prawdy. Julia, nie zwalniaj, wciskaj dalej gaz do dechy. Recenzja >>>

 

wheel900
5. Ryusuke Hamaguchi: W pętli ryzyka i fantazji (Guzen to sozo) [Zobacz trailer]

Film Hamaguchiego ma strukturę tryptyku, na który składają się trzy, niepowiązane ze sobą opowieści. Każda ma swoją odrębną dynamikę. Łączy je natomiast narracyjna lekkość, scenariuszowe wyrafinowanie i urokliwa melancholia. Każda opowieść dodatkowo zawiera w sobie drobny, fabularny twist, niespodziankę, która dowodzi niemałej maestrii Hamaguchiego, a dla widza stanowi dodatkowe uatrakcyjnienie i tak angażujących historii. Japończyk nie krył się ze swoimi inspiracjami kinem Érica Rohmera i francuski mistrz mógłby być dumny z takiego naśladowcy. Recenzja >>>

 

licorice900
4. Paul Thomas Anderson: Licorice Pizza [Zobacz trailer]

Wielcy reżyserzy mają ciągoty demaskatorskie, jeśli chodzi o powroty do czasów i krain własnego dzieciństwa. Jest u nich urocza nostalgia, ale też tendencja do rozprawienia się z kulturowymi mitami. Ale nie u P.T. Andersona, który stworzył swój najmniej ambitny film w karierze. I to zarazem jedno z jego najlepszych dzieł. Powrót do Nixonowskiej Ameryki i słonecznej Kalifornii to pretekst do opowiedzenia trochę dziwnej historii o miłości, która składa się z błahostek, anegdotek, pierdołowatych historyjek, biegania po mieście. Cudownych, zabawnych, czułych, niewymuszonych. Wypełniających filmową przestrzeń miodem z dodatkiem chili. Bo to film słodki i pieprzny jednocześnie. Dowodzący (który to już raz?), jak wybitnym reżyserem i storytellerem jest Anderson.

 

comp900
3. Juho Kuosmanen: Hytti Nro 6 [Zobacz trailer]

“Przedział nr 6” to świetne kino drogi, film o zaskakującej komunii dusz. Ze swoim ludzkim podejściem, błyskotliwym dowcipem, fajnymi bohaterami tworzy w pociągu na trasie Moskwa-Murmańsk fascynujący mikroświat, przepełniony emocjami i osobliwościami. Mimo że ten środek transportu nie wygląda na komfortowy, a potencjalni współpasażerowie na szczególnie godnych zaufania, fiński film sprawia, że chce się natychmiast w taką podróż wyruszyć i dać ponieść aurze spontanicznego voyage, voyage. Recenzja >>>

 

souv2900
2. Joanna Hogg: The Souvenir. Part 2 [Zobacz trailer]

Joanna Hogg wcale nie zaczęła opowiadać czułych historii zakorzenionych w realiach lepiej sytuowanej klasy średniej, czy wręcz klasy jeszcze bardziej uprzywilejowanej (żeby nie powiedzieć – burżuazji) od pierwszej części osobistego “The Souvenir”. Od wielu lat jej filmowe poszukiwania dotyczyły bohaterów wywodzących się z tych grup społecznych, bo też i reżyserka znała je najlepiej. Oddać jej trzeba, że przynajmniej na potrzeby dwóch ostatnich filmów stworzyła wspaniałą wizję rozterek młodości i artystycznego przebudzenia. Recenzja >>>

 

memoria900
1. Apitchapong Weerasethakul: Memoria [Zobacz trailer]

Ze wszystkich ikon współczesnego slow cinema sukcesy Apichatponga Weerasethakula cieszą mnie chyba najbardziej. W trakcie swoich festiwalowych wojaży miałam okazję uczestniczyć zarówno w pokazach premierowych dzieł Beli Tarra, Lava Diaza, ale tegoroczny seans galowy w Cannes “Memorii” wzruszył mnie najbardziej. Czekałam na ten film przez kilkanaście festiwalowych, pełnych wrażeń dni, bo – jak na złość – organizatorzy wrzucili ten film prawie na sam koniec programu. Dziwne są te relacje Taja z canneńską imprezą. Z jednej strony jego fabuły goszczą tu często, Weerasethakul zdobył Złotą Palmą, więc powinien być tu gościem niemalże honorowym. A jednak po “Wujku Boonmee” znakomity “Cmentarz Wspaniałości” w Cannes potraktowano dość słabo – zaginął on w sekcji Un Certain Regard. Zresztą zwycięstwo Weerasethakula na La Croisette w 2010 roku uważam za wybitnie przypadkowe. Doceniono bardziej osobę reżysera i reprezentowaną przez niego estetykę, która coraz mocniej przebijała się do światowego art-house’u, aniżeli to konkretne dzieło. Sama “Wujka Boonmee” cenię najmniej, jeśli chodzi o tytuły z filmografii Apichatponga, “Cmentarz Wspaniałości” natomiast postrzegam jako prawie wybitny (nr 7 w moim filmowym podsumowaniu dekady 2010-2019). Nie tyle trzeba było wyprawy w egzotyczne lasy Kolumbii, ile po prostu człowieka o wrażliwości i wizji Weerasethakula, by przypomnieć pewne proste prawdy. Jesteśmy częścią większej historii, szerszego ładu, dzielimy kolektywne wspomnienia, natura jest naszym sprzymierzeńcem, a nie wrogiem. Akceptacja i zrozumienie dla złożoności kosmicznego porządku to recepta na odnalezienie wewnętrznej harmonii i życiowej równowagi. Ludzie współcześnie są jak Jessica w Ameryce Południowej – zagubionymi cudzoziemcami, których ograniczają komunikacyjne bariery, dokucza alienacja, poczucie pustki i samotność. Nie każdego wybudzi głęboki dźwięk “z wnętrza ziemi” i wypchnie na drugi koniec świata, ale nigdy nie jest za późno, byśmy obudzili się sami. Recenzja >>>