W kinie: High Life (WFF)

hilife

 

HIGH LIFE
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Claire Denis

moja ocena: 6.5/10

 

Seans tego filmu to jak zderzenie się ze ścianą. Materią ciężką, trudną do ogarnięcia, niejednoznaczną. Formalnie fascynującą i odrzucającą jednocześnie. Claire Denis jak Terrence Malick stawia wielkie pytania o istotę człowieczeństwa, ale w przeciwieństwie do amerykańskiego reżysera nie zanurza się w duchowych rozważaniach, lecz ostentacyjnie przyjmuje perspektywę biologiczną (i raczej nienaukową). W pierwszych ujęciach filmu widzimy Roberta Pattinsona naprawiającego statek, dryfujący przez bezdroża kosmicznego oceanu. Na pokładzie czeka na niego dziecko, które ten zabawia na odległość. Teraz są sami, ale kiedyś nie byli. W retrospekcjach dowiadujemy się, że na początku załoga liczyła więcej osób, składała się głównie z ziemskich skazańców, którym dano możliwość odkupienia win poprzez samobójczą misję do wnętrza czarnej dziury. Atrakcyjna pierwotnie alternatywa z czasem obudziła w nich świadomość beznadziejnej nieuchronności ich losu, zbliżającym się końcu, sytuacji bez wyjścia, w jakiej się znaleźli. A gdy rozum śpi, budzą się demony. Biologia i instynkty biorą górę nad racjonalnością, ludzie sami dla siebie stają się największym zagrożeniem. Liderka tej grupy – demoniczna pani doktor (Juliette Binoche) z tajemniczą przeszłością – pragnie rozmnożyć członków załogi, ale głównie odsłania w nich agresję i niekontrolowany pociąg seksualny. To prosta droga nie do poznania tajemnic kosmosu, ale do samozagłady. Claire Denis pyta, czy w obliczu rzeczy ostatecznych, w jądrze kosmicznej ciemności i duchowej pustce, gdy motywację do życia zastępują biologiczne popędy, może przetrwać nie tylko sam człowiek, ale też te wszystkie pozytywne, dobre uczucia z miłością na czele. Denis jest dość powierzchowna w swoich rozważaniach. Nie nadaje im odpowiednio doniosłej wagi. Zamiast tego buduje transowo usypiającą atmosferę, spowalnia narrację, choć gwarantuje pod względem wizualnym ciekawe doznania. Mimo wszystko “High Life” mnie autentycznie zafascynowało swoją odwagą i z premedytacją gryzącą formą. Na tyle że kiedyś na pewno do niego wrócę.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.