W kinie: Ikar. Legenda Mietka Kosza

ikarkosz

 

IKAR.LEGENDA MIETKA KOSZA
polska premiera: 18.10.2019
reż. Maciej Pieprzyca

moja ocena: 5.5/10

 

Jeśli pojawiłaby się gdzieś petycja, by zdelegalizować w kinie biograficznym takie narzędzie jak retrospekcje, podpisałabym się pod tym obiema rękami i nogami. Niewielu reżyserów potrafi z niego kreatywnie korzystać, a przypadek “Ikara. Legendy Mietka Kosza” pokazuje, jak nadużywanie powrotów do przeszłości bohatera może spłaszczać narrację i odejmować atrakcyjności najbardziej fascynującym nawet życiorysom. Legenda ociemniałego geniusza fortepianu, który muzykę jazzową i improwizowaną raz usłyszawszy miał już zawsze we krwi, umarła nim zdążyła się narodzić. Mietek Kosz (Dawid Ogrodnik) życie zakończył tragicznie i przed trzydziestką, co sytuuje go w panteonie tych najatrakcyjniejszych, filmowych biografii. Dodając do tego trudne dzieciństwo na zacofanej prowincji, dorastanie w mroku, niebywały talent, hektolitry wypitego alkoholu, genialne występy na kultowych festiwalach i sercowe porażki, należałoby zapytać, dlaczego Koszem nasi filmowcy zainteresowali się tak późno. A odpowiedź jest prozaiczna: bo nie potrafią takiego materiału zamknąć w historię wnoszącą cokolwiek nowego do filmowego gatunku. Odrobili lekcję z biophiców z hollywoodzkim rodowodem, ale czy tego typu realizacyjny rozmach w dzisiejszych realiach robi jeszcze na kimkolwiek wrażenie? Szukając w fabule Pieprzycy dobrych rzeczy, trzeba pochwalić Ogrodnika, który dla tej roli nawet nauczył się grać na fortepianie. Kosz w jego interpretacji to bohater bogaty, pełny i bardzo ludzki. Najbardziej poruszający bywa wtedy, gdy podkreśla się jego samotność, powodowaną nie tylko niebywałym geniuszem, nie zawsze ogarnianym w smutnej, PRL-owskiej rzeczywistości, ale i niepełnosprawnością, wiejskim pochodzeniem, brutalnie pozbawionym rodzicielskiej miłości młodością. Za sprawą operatora Witolda Płóciennika występy jazzmana to spektakle iście magiczne, a krótki “pojedynek” młodego Kosza i granego przez Piotra Adamczyka zarozumiałego mistrza na telewizyjnej antenie to chyba najfajniejszy moment filmu. Tym bardziej szkoda, że mając sporo niezłych pomysłów na narracyjne fajerwerki, wybrzmiewa ten film melodią jak ze starej, zdartej płyty.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *