Perły Klasyki Filmowej (10): Wenecja 1989

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ… VENICE FILM FESTIVAL 1989
 

Filmowy Festiwal w Wenecji wydaje się mieć najbardziej burzliwą historię. Będąc jedną z najstarszych tego typu imprez na świecie, wielokrotnie upadał, by odrodzić się na nowo. Ustanowiony w 1932 roku, w drugiej połowie lat 30. stał się areną dla kina faszystowskiego i reżimowej propagandy (przyznawano wtedy nawet Puchar Mussoliniego dla włoskich i zagranicznych produkcji), by jako prawdziwe święto filmu powstać z kolan zaraz po wojnie. Trudne czasy dla Wenecji nastały ponownie w latach 60., gdy po politycznych zawirowaniach roku 1968 festiwal zrezygnował z sekcji konkursowej, przez 10 lat nie odbywał się nawet regularnie co roku. Decyzję o reaktywacji Wenecji w tradycyjnej, najatrakcyjniejszej formule podjęto dopiero w 1979 roku. Selekcja konkursowa z główną nagrodą, Złotym Lwem, powróciła w 1980 roku. 46. edycja, która odbyła się w 1989 roku i do której powracam, była więc już pełnowartościowym festiwalem, przez całą dekadę mocno pracującym na to, by odbudować swój prestiż z lat 50. i 60. oraz pozycję w branży. Tyle skrótowego kontekstu historycznego włoskiej imprezy.

Z punktu widzenia polskiego widza Wenecja 1989 może uchodzić za jeden z najjaśniejszych momentów w historii naszego kina. To wtedy na Lido pokazano cały DEKALOG Kieślowskiego, celebrując epicką serię pokazem jednego filmu dziennie. To było wówczas autentyczne wydarzenie, przyciągające ogromną uwagę widzów, dziennikarzy i filmowej branży. Jeden z polskich krytyków wspominał, że na pierwszy pokaz przyszła raptem garstka festiwalowiczów, ale już trzeciego dnia ustawiła się kolejka chętnych na Kieślowskiego. Pocztą pantoflową rozniosło się, że DEKALOG to festiwalowe must-see. Produkcja otrzymała w Wenecji tylko parę mniejszych nagród, w tym FIPRESCI, bo ze względu na swoją rozbudowaną strukturę nie włączono jej do głównej selekcji konkursowej. To nie był jednak ostatni sukces Kieślowskiego na Lido – ten najbardziej spektakularny miał dopiero nadejść za kilka lat.

dek89

Złotego Lwa w 1989 roku zdobyło MIASTO SMUTKU – jedna z najważniejszych produkcji współczesnego kina ze wschodniej Azji. Film Hou Hsiao-hsiena buduje pomost między nowofalowymi tradycjami kina z tego rejonu świata, którego znakiem rozpoznawczym stały się długie, statyczne ujęcia i kontemplacyjny styl narracji, a wielkimi, epickimi widowiskami o historycznych wydarzeniach. To idealne rozwiązanie dla MIASTA SMUTKU, które było pierwszą produkcją tak bezpośrednio opowiadającą o okresie tzw. białego terroru na Tajwanie, gdy okupację japońską zastąpiła okrutna chińska. Pod nią właśnie przez wiele dekad nie było szans, by w tajwańskim kinie sięgać po wydarzenia z powojennej historii regionu, a gdy taka możliwość się pojawiła Hou Hsiao-hsien nie miał zamiaru opowiadać jej w ostentacyjnie dramatyczny sposób. Rozprawa z bezwzględną polityką i wprowadzanymi brutalnie zmianami społecznymi rozgrywa się w bardziej symbolicznym wymiarze, ukazując kameralne losy czterech braci i powolny rozpad tworzonej przez nich rodziny. MIASTO SMUTKU było kolorowe i tętniło życiem, stało się szare i tragiczne, grzebiąc tych, którzy nie mieli szczęścia przetrwać najgorszych czasów.

miastosm89

MIASTO SMUTKU to jedyny tytuł, który widziałam wcześniej, zanim zabrałam się za Wenecję 1989. Wydawać by się mogło, że im nowsza edycja jakiegoś festiwalu, tym łatwiejszy będzie dostęp do filmów, a ich selekcja bardziej znajoma. Nic z tych rzeczy! Kim są Reinhard Hauff, Taieb Louhichi i Olga Narutskaya? Chyba nigdy się nie dowiem. Problemy są też z gwiazdorskimi produkcjami. W epickiej, międzynarodowej koprodukcji AUSTRALIA w reżyserii Jean-Jacquesa Andriena wystąpili Jeremy Irons i Fanny Ardant, współautorem scenariusza jest Jacques Audiard, fabuła otrzymała w Wenecji nagrodę za zdjęcia, a 30 lat po swojej premierze ma status filmu zapomnianego i zaginionego. Wydany on bowiem został tylko na VHS i to w jednym kraju, we Francji. Jego odnalezienie okazało się jednak prostsze niż konkursowego filmu kogoś tak znanego jak Lina Wertmüller, w którym wystąpili Rutger Hauer, Nastassja Kinsky, Peter O’Toole i Faye Dunaway. Wracając do AUSTRALII, tytuł może być mylący, bo większość filmu toczy się w Londynie oraz belgijskim mieście Verviers – lokalnej stolicy przemysłu wełnianego, w którym biznesy w latach 50. robi grany przez Ironsa bohater. Edouard Pierson wraca do Europy, by pomóc krewnym w kłopotach, w tajemnicy przed nimi pozostawiając na Antypodach, gdzie wyemigrował w czasie wojny, córkę. Boi się, jak europejska socjeta przyjęłaby dziecko o egzotycznej urodzie (matka dziewczyny pochodziła z Indonezji). Dynamika rodzinnych zależności, budowana na fundamencie niejasnych sekretów i tłumionych emocji, w filmie Andriena wygląda całkiem sensownie i mrocznie, ale totalnie rozmydla ją wątek mdłego romansu Piersona z bohaterką graną przez Fanny Ardant – samotną matką, która ma wzbudzać w mężczyźnie poczucie winy z powodu porzucenia własnego dziecka. Nie wiem, jaki był udział Jacquesa Audiarda w scenariuszu, ale się trochę jego ekipa nie popisała na tym polu.

otar89

Ta Wenecja w tym roku to był niezły pchli targ światowego kina – 23 tytuły z około 20 krajów, reprezentujące 5 kontynentów. Najlepsze podsumowanie dla tej różnorodności stanowi Specjalna Nagroda Jury (po Złotym Lwie najważniejsze wyróżnienie festiwalu) dla I NASTAŁA JASNOŚĆ Otara Iosselianiego. Reżyser z Gruzji (wtedy w ZSRR), zebrawszy pieniądze od kilku zachodnich krajów europejskich, pojechał do małej wioski w Senegalu, by nakręcić sceny z codziennej egzystencji tamtejszej społeczności i złożyć z tego barwny, pełen witalności dramat o nowoczesności i cywilizacyjnym postępie, które coraz śmielej ingerują i dezintegrują zbudowany na wielowiekowej tradycji spokój i rytm życia mieszkańców. Iosseliani wykazał się niesamowitą intuicją, włączając kamerę w odpowiednich momentach, by z polotem, empatią i humorem zaprezentować zwyczaje rdzennych Senegalczyków. Znalazło się tu miejsce na kronikę szybkiej, plemiennej procedury rozwodowej i jeszcze bardziej ekspresowego małżeństwa czy podglądanie transakcji seksu za kiść bananów, w wyniku której kobieta miała doczekać się upragnionego potomstwa. Jednak przelatujące coraz częściej nad głowami helikoptery i przejeżdżające przez wioskę transporty drewna niechybnie zwiastują, że dla takich tradycyjnych społeczności kurczy się miejsce. Dowcipna, etnograficzna fraszka o plemiennych zwyczajach – zgodnie ze swoim ironicznym tytułem – okazuje się więc melancholijną, przygnębiającą refleksją nad przemijaniem pierwotnych wspólnot w zderzeniu ze współczesnością. I NASTAŁA JASNOŚĆ to dzieło, które byłoby festiwalowym hitem nawet w naszych czasach, to film o uniwersalnym przesłaniu i walorach, zatem nic dziwnego, że sukces odniósł już pod koniec lat 80. – przynajmniej w oczach weneckiego jury, któremu wówczas przewodniczył radziecki aktor i reżyser Andrei Smirnov.

Srebrnymi Lwami w 1989 roku podzieliły się produkcje z Japonii i Portugalii. ŚMIERĆ HERBACIANEGO MISTRZA Kei Kumaiego wydaje się nie lada rarytasem dla miłośników zarówno azjatyckiego kierunku, jak i art-house’u spod znaku slow cinema. Dodatkowo gra w niej Toshiro Mifune – ulubiony aktor Akiry Kurosawy (panowie współpracowali razem aż 16 razy!). Film Kumaiego cofa się do XVI wieku, by opowiedzieć historię prawdziwego mistrza herbacianego rytuału Rikyu, widzianą oczami jednego z jego uczniów, który po blisko 30 latach bada kulisy honorowej, samobójczej śmierci swojego mentora. Może fabuła o parzeniu i celebrowaniu herbaty nie brzmi szczególnie interesująco, ale w czasach wielkiego Rikyu za tym ceremoniałem kryła się zarówno wielka polityka, wojenne spektakle, jak i opowieści o jednostkowych ambicjach i rodzących się z nich sporów o największą stawkę. W ŚMIERCI HERBACIANEGO MISTRZA ukrywa się to wszystko głównie w słowach i relacjach osób, do których powraca po latach uczeń Rikyu, ale jest coś wciągającego i fascynującego w konstrukcji tego prywatnego śledztwa, co wyzwoliło u mnie małą ekscytację z powodu obcowania z tą historią, przypominającą te o honorowych samurajach, żyjących (i umierających) wg ściśle określonej etykiety. Bo mocno zakorzeniony w filozofii zen film to jednak dzieło bardzo wymagające, ekstremalnie hołdujące w swojej narracji wartościom herbacianego ceremoniału – prostocie, spokojowi, wyciszeniu.

jcm89

Wybitnie autorskim kinem jest drugi laureat Srebrnych Lwów – portugalskie WSPOMNIENIA Z ŻÓŁTEGO DOMU. João César Monteiro dzięki bogatej retrospektywie na Nowych Horyzontach powinien być jednym z bardziej znanych wśród polskiej publiki twórców ze swojego kraju. Patyczakowaty chudzielec, podobnie jak komedianci pokroju Chaplina, Tatiego, Suleimana, często stawiał siebie w centrum swoich filmów, pozwalając nam śmiać się ze swojej specyficznej, nieatrakcyjnej postury i rubasznego stylu bycia, choć delikatny uśmiech towarzyszący perypetiom stworzonego przez niego bohatera Joao de Deusa ma zdecydowanie gorzki smak, a humorystyczna warstwa filmu bazuje na dość nieprzyjemnej, szorstkiej ironii. WSPOMNIENIA Z ŻÓŁTEGO DOMU ugruntowały we mnie przekonanie, że Monteiro to raczej nie moja bajka, a odgrywana przez niego postać albo mnie wcale nie obchodzi, albo irytuje. Nie widzę nic fajnego w niby niewinnych sprośnościach, niegroźnych fetyszach czy poglądaczej manii starszego pana, aczkolwiek doceniam inteligencję i erudycję Portugalczyka, który z lekkością miesza np. kulturę wysoką z tym, co pospolite i przeciętne. Nawet brzydota u Monteiro wydaje się bardzo elegancka.

Obie nagrody aktorskie w 1989 roku w Wenecji powędrowały do ekranowych duetów. W KTÓRA JEST GODZINA Ettore Scoli Marcello Mastroianni i Massimo Troisi stworzyli uroczą parę ojciec-syn, którzy spotykają się na jeden dzień, by odświeżyć nieco zaniedbaną relację. Michele, młodszy z panów, odbywa służbę wojskową w prowincjonalnym miasteczku portowym niedaleko Rzymu. Taki wybór ścieżki kariery niekoniecznie rozumie ojciec – majętny, stołeczny prawnik. Spacerując po zaułkach miejscowości Civitavecchia, bohaterowie konfrontują swoje pomysły na życie, oczekiwania i nadzieje. Podsumowują przeszłość i nieśmiało patrzą w przyszłość. Cały film mistrza Scoli przypomina estetykę amerykańskiego kina niezależnego, a zwłaszcza Richarda Linklatera. Budują go rozmowy ojca i syna, wędrówki po okolicy, krótkie spotkania z mniej lub bardziej przypadkowymi ludźmi (spontaniczna wizyta u dziewczyny Michele to coś wspaniałego). Mastroianni i Troisi z klasą odegrali swoje role. Starszy z tej pary wkraczał wówczas w schyłkowy okres własnej, wielkiej kariery, choć przed nim ostatecznie było jeszcze kilkanaście ról do zagrania. Paradoksalnie mniej czasu zostało będącemu wtedy na wyraźnie wznoszącej fali Troisiemu, który zmarł 5 lat później i stał się jednym z siedmiu aktorów w historii kina, którzy pośmiertnie otrzymali statuetkę Oscara. Włoch dostał ją za LISTONOSZA, do którego zdjęcia zakończyły się dzień przed tragicznym w skutkach zawale serce, którego doznał Massimo Troisi.

Za Pucharem Volpiego dla Peggy Ashcroft i Geraldine James kryje się moje ulubione odkrycie z Wenecji 1989. DŁUGO JEJ NIE BYŁO to niepozorna, telewizyjna produkcja zrealizowana w ramach antologii Screen One emitowanej przez BBC w latach 1985-2002. peggy89 Znana przede wszystkim z udziału w konkursie na Lido i ostatniej tak dużej roli wielkiej damy brytyjskiego teatru i telewizji Peggy Ashcroft. Brytyjka gra tu ciotkę Lillian – starszą panią, która spędziła kilkadziesiąt lat w zakładzie zamkniętym, gdzie umieściła ją rodzina, nie mogąc poradzić sobie z wówczas młodą, krnąbrną, zbuntowaną dziewczyną (a chyba jednak niezupełnie psychicznie chorą). Ośrodek, gdzie przebywała kobieta, ma zostać zamknięty, więc pod swój dach Lillian przyjmuje jej siostrzeniec – stateczny mieszczuch z żoną i kilkuletnim synem, cytującym w codziennych rozmowach paragrafy kodeksów prawnych. Partnerka Hugh (Geraldine James) dowiaduje się, że właśnie spodziewa się drugiego dziecka, ale jednocześnie Harriet dokucza życiowa rutyna, denerwuje ją poukładana egzystencja na przedmieściach i nadopiekuńczość męża. Kobieta znajduje zaskakującą sojuszniczkę w Lillian, w której dekady odosobnienia i samotności wcale nie stępiły bezczelności i prowokacyjnej natury. Okazuje się, że w ciele starszej pani ciągle kryje się nastoletnia wichrzycielka. DŁUGO JEJ NIE BYŁO to taki fajny komediodramat – zabawny i wzruszający, z autentyczną chemią między Ashcroft i James, film, który w ogóle się nie zestarzał, a jego wiek przypominają tylko stroje bohaterów i samochody, którymi jeżdżą.

46. edycja festiwalu na Lido nie była szczególnie porywająca. Generalnie nagrody zdobyli ci, co powinni, choć w zestawie konkursowym można znaleźć też tytuły trochę pominięte przy jurorskim stole. Tak mógł czuć się choćby Mrinal Sen – obok Satyajita Raya największa postać hinduskiego kina, jeden z twórców indyjskiej Nowej Fali, reżyser nagradzany na wszystkich, trzech najważniejszych festiwalach. EK DIN ACHANAK to kameralne studium pustki, która wytworzyła się wraz z nagłym zniknięciem głowy rodziny w pewną deszczową noc. Zaniepokojone, dorosłe dzieci czekają w domu wraz z posmutniałą matką, dzwonią po krewnych i znajomych, ale nikt nic nie wie o ojcu. Mijają dni, w końcu miesiące, a bliski dalej nie daje znaku życia, mnożą się za to domysły, co mogło stać za zniknięciem mężczyzny. Mijający czas jedynie uzmysławia wszystkim, jak bardzo w ich życiach brakuje tego, który tak nagle stał się nieobecnym. Paul Cox – jeden z ojców australijskiego kina niezależnego – do Wenecji przywiózł WYSPĘ. To subtelnie feministyczna, poetycka opowieść o kobietach, które próbują wyrwać się ze scenariuszy, które dla ich egzystencji napisali mężczyźni. Bohaterki spotykają się na małej wyspie Astypalea na morzu Egejskim, ale tam też nie znajdują wytchnienia od przeszłości. W końcu SCUGNIZZI Nanniego Roya, gdzie neapolitańska bieda i smutne życiorysy chłopaków z ulicy wdzierają się śpiewająco na deski opery San Carlo za sprawą zawziętego komiwojażera/reżysera, który zaplanował sobie do zrealizowania musical z dzieciakami z poprawczaka. Włoski film razi inscenizacyjną nieporadnością, ale zwłaszcza te musicalowe momenty wyszły w nim nadspodziewanie zgrabnie.

alain89

Zupełnie zbędna ciekawostka: Nagrodę za scenariusz w Wenecji otrzymało CHCĘ WRACAĆ DO DOMU Alaina Resnaisa. Reżyser to jedna z najbardziej pomnikowych postaci w europejskim kinie, współtwórca Francuskiej Nowej Fali i autor wielu niezapomnianych, kultowych dzieł. Spośród innych geniuszy filmowej sztuki wyróżnia go bardzo osobliwa filmografia, w której obok siebie znajdują się takie tytuły jak ZESZŁEGO ROKU W MARIENBADZIE, NOC I MGŁA, WUJASZEK Z AMERYKI… i coś takiego jak CHCĘ WRACAĆ DO DOMU. Gdy Brytyjski Instytut Filmowy stworzył przewodnik po twórczości Alaina Resnaisa, produkcję z 1989 roku wskazał jako tę, od której wybitnie nie należy rozpoczynać swojej przygody z filmami Francuza. Za jej powstaniem kryje się wielka miłość reżysera do komiksów. Tak, ten niezwykły inteligent i genialny humanista kochał obrazkowe historyjki. I to kochał je tak bardzo, że dorobił się nawet oficjalnie największej, prywatnej kolekcji komiksów w Europie. Resnais przyjaźnił się z wieloma rysownikami, w tym ze Stanem Lee. Z Francuzem i twórcą ze stajni Marvela łączy się zresztą jedna z najbardziej oryginalnych alternatywnych historii Hollywood. Panowie wielokrotnie rozważali pracę przy filmowym projekcie, Lee był ponoć bliski namówienia reżysera HIROSZIMA MOJA MIŁOŚĆ do zekranizowania przygód Spider-Mana, ale jakoś ten pomysł upadł. Wiele lat natomiast rozmawiali o autorskim przedsięwzięciu THE MONSTER MAKER, które miało reprezentować wielkie ambicje Resnais na miarę Hollywood. Do jego realizacji nigdy nie doszło, ale sam Stan Lee bardzo lubił opowiadać o tym pomyśle, co czynił wiele razy, nawet już po śmierci Alaina Resnaisa. CHCĘ WRACAĆ DO DOMU to efekt kolaboracji Francuza z inną ikoną komiksu, Julesem Feifferem. Amerykanin ma dziś ponad 90 lat i listę osiągnięć o wielkości encyklopedii, wśród nich skromną, wenecką nagrodę za scenariusz filmu o kulturowym zderzeniu karykaturalnego Jankesa z typowym, francuskim stylem bycia. To opowieść wypełniona okropnymi stereotypami i irytującymi postaciami, jedna z bohaterek gada nawet z rysunkowym kotem. Dziwnych rzeczy związanych z tym filmem dopełnia powierzenie głównej roli Adolphowi Greenowi, który choć charakterystyczny grywał w kinie niewiele, zaś zasłynął przede wszystkim jako scenarzysta popularnych musicali (stworzył np. DESZCZOWĄ PIOSENKĘ). Oglądaniu CHCĘ WRACAĆ DO DOMU towarzyszy nieustające zdziwienie z gatunku WTF, trudno zaliczyć ten seans do szczególnie udanych, a mimo to, gdy przeanalizuje się kulisy jego powstania, osobliwą relację Alaina Resnais z komiksową sztuką i popkulturą, ten bałagan zaczyna nabierać trochę sensu.

***
Obejrzane w ramach “Przeżyjmy to jeszcze raz: Wenecja 1989”:

Hou Hsiao-hsien: Miasto Smutku (Beiqíng chéngshì)* – 7.5/10
Otar Iosseliani: I nastała jasność (Et la lumière fut) – 7/10
Peter Hall: Długo jej nie było (She’s Been Away) – 7/10
Mrinal Sen: Ek Din Achanak – 6.5/10
Paul Cox: Wyspa (Island) – 6.5/10
Amos Gitai: Berlin-Jerozolima (Berlin-Yerushalaim) – 6.5/10
Nanni Loy: Scugnizzi – 6/10
Ettore Scola: Która jest godzina (Che ora è?) – 6/10
Kei Kumai: Śmierć Herbacianego Mistrza (Sen no Rikyu: Honkakubô ibun) – 6/10
Alain Tanner: La femme de Rose Hill – 6/10
Alain Resnais: Chcę wracać do domu (I Want to Go Home) – 6/10
Jean-Jacques Andrien: Australia – 5.5/10
João César Monteiro: Wspomnienia z Żółtego Domu (Recordações da Casa Amarela) – 5.5/10
Juraj Jakubisko: Sedím na konári a je mi dobre – 5/10
Henry Jaglom: Nowy Rok (New Year’s Day) – 5/10
Fernando Trueba: El sueño del mono loco – 3/10
Giorgos Panousopoulos: M’ agapas? – 2/10

* widziałam kiedyś i/lub sobie odświeżyłam

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *