W kinie: Minari

minari

 

MINARI
polska premiera: 18.06.2021
reż. Lee Isaac Chung

moja ocena: 7.5/10

 

Osobiste wspomnienia 42-letniego reżysera, który podobnie jak dzieci bohatera “Minari”, dorastał na polach i łąkach Arkansas, gdzie jego pochodząca z Korei Południowej rodzina realizowała na obcej ziemi swój amerykański sen, determinują to, co w tej opowieści najbardziej wartościowe i poruszające. Wiadomo, że w Japonii Hirokazu Koreeda robi to wszystko lepiej – patrzy wnikliwiej, a historia zawsze zdaje się być bardziej kompleksowa i głębsza, ale Lee Isaac Chung dotyka czułych strun na przekór wszystkiemu. Narracja w filmie jest bardzo klasyczna, a wręcz archaiczna. Jej rytm – lekki czy nawet ospały. Reżyser sięga po wiele skrótów, przez które nawet owa gorzka rozprawa ze złamanymi obietnicami ery Reagana, w które tak uwierzył Jacob (Steven Yeun), wybrzmiewa w nad wyraz subtelnej tonacji. Nie każdy też zaakceptuje to, że “Minari” ledwie imituje klimat azjatyckiego kina, a nie przenosi jego estetykę na jankeski grunt. Film Chunga – wbrew kontrowersjom z minionego sezonu około Oscarowego – to produkcja na wskroś amerykańska.

Bohaterowie “Minari” to koreańska rodzina, która na początku lat 80. przyjeżdża do Ameryki w poszukiwaniu lepszego życia. Małżeństwo z dwójką dzieci po epizodzie na farmie kurczaków w Kalifornii, finalnie osiedla się w Arkansas – stanie obdarzonym ponoć najlepszymi glebami w kraju. Podczas gdy Steven patrzy na nowe miejsce i widzi przytulny domek otoczony żyznymi polami i łąkami, jego małżonka Monica (Ye-ri Han) ma przed oczami przerośniętą przyczepę z przeciekającym dachem usytuowaną na totalnym zadupiu. Mężczyznę niesie nie tylko entuzjazm co do słuszności obranej drogi, ale też wizja nieuchronnego sukcesu. Przecież jego gospodarstwo ma produkować koreański asortyment dla tutejszych warzywniaków, po który sięgną imigranci z ojczyzny Stevena coraz liczniej osiedlających się w Ameryce. Plan jest przemyślany, trzeba go tylko urzeczywistnić. By Monica nie czuła się nadto samotna, gdy jej mąż zajmie się farmą i biznesem, małżonek z Korei sprowadza też jej matkę (nagrodzona Oscarem Youn Yuh-jung). Soonja zamiast wcielać się w rolę troskliwej babci, woli jednakowoż odkrywać nowe miejsce na swój sposób – oglądać w telewizji wrestling, popijając w nadmiarze słodzone, gazowane napoje. Mimo to ona właśnie będzie przypominać młodym, skąd pochodzą, kim są i co tak naprawdę jest w życiu ważne. Staruszka będzie tym drogowskazem na wyboistych drogach codziennej egzystencji, usłanych zarówno małymi radościami i większymi smutkami.

Tytułowe minari to zielenina wykorzystywana w koreańskiej kuchni. Rośnie jak chwast i ma niewielkie wymagania, korzenie zapuszcza więc wyjątkowo łatwo. Nie chcąc psuć rolniczych planów swojego zięcia, seniorka sadzi minari w miejscu, które sama wybrała, na uboczu rodzinnej farmy. Roślina w końcu awansuje też do rangi kluczowego symbolu nadziei i przetrwania oraz szansy na realizację marzeń o stabilizacji i samowystarczalności na nowej ziemi. W tych procesach adaptacyjnych tyleż ważne jest bowiem pozytywne nastawienie i determinacja, ile pamięć o własnych korzeniach, tożsamości i troska o rodzinę, która stanowi najpoważniejszy fundament do budowania teraźniejszości i przyszłości. “Minari” to film o blaskach i cieniach amerykańskiego snu skompromitowanej ery reaganowskiej, pochwała dla rodzinnych więzi, które pomagają przetrwać najgorsze próby i refleksja nad trudami asymilacji. Kino chwytające za serce swoją skromnością, sentymentalizmem i wrażliwością. Wiele w nim prostych prawd, o których za łatwo można zapomnieć.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *