W kinie: Teoria Wszystkiego

theofev

 

TEORIA WSZYSTKIEGO
polska premiera: 30.01.2015
reż. James Marsh

moja ocena: 4/10

 

Chyba nigdy nie polubię tego typu filmów – rutyniarskich biopiców, które powstają tylko po to, by wystawić laurkę jakiejś ważnej postaci i zakwalifikować się do wyścigu o najpopularniejsze nagrody filmowe. Bazą dla “Teorii Wszystkiego” jest biografia Stephena Hawkinga, ciągle żyjącego, wybitnego naukowca, który całe swoje życie poświęcił na dowodzenie odważnych, astrofizycznych teorii mimo postępującego stwardnienia zanikowego bocznego. Dziś sędziwy naukowiec porusza się na wózku i porozumiewa ze światem zewnętrznym za pomocą elektronicznego syntezatora mowy. Prymitywna ekranizacja tak fascynującej historii, której dokonał James Marsh, obraża mnie intelektualnie. Sądzę, że ośmiesza też wielkość Hawkinga, choć pozornie można się cieszyć z takiego ładnego pomnika. Kurioza zaczynają się już na samym początku. Na typowej, studenckiej imprezie spotykają się spojrzenia chłopaka i dziewczyny. Od tej chwili już wiadomo, że wspólne życie jest im pisane. Tymi ludźmi są Hawking i jego wieloletnia małżonka Jane. Potem pojawia się choroba. Naukowiec najpierw dziarsko ściga się z kolegami na rowerze i steruje wioślarską osadą, a potem nagle nie może utrzymać kredy w ręce, przewraca się na chodniku i stopniowo traci zdolności motoryczne. Dalej jednak może snuć naukowe teorie, kochać wybrankę swojego serca i płodzić potomstwo. Jane więc zostaje jego żoną, kochanką, matką ich dzieci, gospodynią domową i opiekunką. Po około 30 latach ma jednak dość i w wielkiej przyjaźni oraz zrozumieniu rozstaje się z mężem, który zdążył się już skumać ze swoją pielęgniarką. Hawking nagradza poświęcenie Jane, zabierając ją na uroczystą ceremonię ku jego czci do brytyjskiej królowej, sugerując, że powinni być z siebie dumni, bo mają tak piękne dzieci. Wszystko wskazuje więc na to, że film Marsha jest prostackim wręcz melodramatem, z zerową głębią, nie mówiący absolutnie nic cennego o Stephenie Hawkingu i jego życiu, czego nie wyczyta się na Wikipedii. Felicity Jones w roli Jane to obsadowe nieporozumienie. Aktorka o bardzo dziewczęcej urodzie przez cały film, mimo że lata lecą, wygląda jak 20-letnia dzierlatka. Eddie’mu Redmayne’owi – jak wcześniej Nicole Kidman czy Charlize Theron – Oscara zapewni w dużej mierze charakteryzator. Ciężko ukryć, że naprawdę jestem zdegustowana “Teorią Wszystkiego”.

 

[youtube=https://www.youtube.com/watch?v=Salz7uGp72c]