W kinie: Blade Runner 2049

bladerunner49

 

BLADE RUNNER 2049
polska premiera: .10.2017
reż. Denis Villeneuve

moja ocena: 7/10

 

Muszę przyznać, że wstrząsnął mną ten seans, choć „Blade Runner 2049” to film wybitnie niedoskonały. Trwa ponad 160 minut, akcji w nim niewiele (dla mnie to nawet lepiej, ale wiem, że niektórzy będą czuli spory niedosyt), dużo fanowskiego podejścia względem poprzednika (bez znajomości dzieła Ridleya Scotta – moim zdaniem – nie ma sensu zabierać się za ten nowy film), ale ogląda się to świetnie. To oczywiście nie są żadne mankamenty, ale pewne fakty dotyczące produkcji Denisa Villeneuve’a. Przy „Blade Runner 2049” daruję sobie, choć pewnie nie powinnam, odnoszenie do literackich korzeni opowieści o świecie przyszłości z perspektywy łowców androidów. Bez wątpienia literatura Philipa K. Dicka miała wpływ na te filmy, ale odnosząc się do tego, co zobaczyłam w tym najnowszym, raczej miała ona znaczenie drugorzędne i potraktowana została w sprytnie instrumentalny sposób. „Blade Runner 2049” to bowiem dzieło dogłębnie nasycone wrażliwością reżysera, w której wizja Ridleya Scotta nabrała kształtów „Pogorzeliska”. Zamiast mroczno-mechanicznej oniryczności, która budowała całą niezwykłość, posępność i tajemniczość pierwszego „Łowcy Androidów”, to teraz wątek z próbą rozwiązania zagadki sprzed 30 lat napędza rzeczywistość, bo jej rozwikłanie może całkowicie zmienić świat i ludzkość. Chodzi bowiem o odnalezienie dziecka urodzonego przez dawną replikantkę. To zadanie powierzone zostaje replikantowi nowej generacji, niby całkowicie posłusznemu oficerowi policyjnemu o udręczonej, kamiennej twarzy i smutnych oczach Ryana Goslinga, którego dochodzenie prowadzi nieuchronnie do konfrontacji nie tylko z Rickiem Deckardem, ale też ze spadkobiercami technologii upadłej korporacji Tyrell.

Warstwa wizualna filmu jest imponująca i wspaniała, ale paradoksalnie nie buduje tak spójnej atmosfery jak u Ridleya Scotta. Stanowi kolaż wariacji na temat wirtualnej rzeczywistości, hologramowych wizji miast przyszłości, pustynnych post apokalips (podkręconych egzaltowaną ścieżką dźwiękową – niestety ostatecznie – Hansa Zimmera, choć główny motyw jest akurat zaaranżowany genialnie). Robi hipnotyzujące wrażenie zwłaszcza tam, gdzie samotny bohater przemierza sepiowe pustkowia wypełnione artefaktami z przeszłości albo obskurne, zapomniane złomowiska. W ogóle wpisanie do dystopijnego krajobrazu „Blade Runner 2049” minorowo melancholijnego Ryana Goslinga było rewelacyjnym posunięciem. Zresztą nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dostrzegł to też sam Villeneuve z nabożnością pokazując nam zarówno zbliżenia tęsknej twarzy aktora, jak i całą jego nienaganną sylwetkę szczelnie owiniętą w czarny sweter i sfatygowany kożuch. I tutaj można przejść do sedna, czyli tego, co do kultowego uniwersum wniósł kanadyjski reżyser. W pierwszej kolejności świątynną wręcz powagę, która przenosi to dzieło z poziomu filmowego widowiska do doświadczenia niemalże duchowego. Błąkamy się po tym ciemnym, wiecznie skąpanym w opadach deszczu lub śniegu padole, odczuwając to samo, co główny bohater – samotność, poczucie pustki i wszechobecnego fałszu. Systematycznie odkrywając karty ze śledztwa oficera K., Villeneuve nasyca kolejne sceny nie tylko wielkimi alegoriami i metaforami o biblijnej skali, ale też w stylu natchnionego kaznodziei mnoży fundamentalne pytania dotyczące człowieczeństwa, przyszłości ludzkości i świata, ceny za rozwój, granic technologicznego postępu, moralności i prawdy. Czego tu nie ma! Ale ponieważ sam film snuje się bardzo powściągliwie i sennie, zaskakująco ładnie rozładowuje nie tylko to filozoficzne napięcie, ale też telenowelowy szkielet głównego wątku.

Villeneuve nie potrafi wyciągać odpowiedniej głębi z tej potężnej historii, na którą się porwał. Ma skłonność do przesady i koślawych skrótów jednocześnie, niezrozumiałej literalności i rozdętego konceptualizmu. Za łatwo sprowadza człowieczeństwo do pojęcia „duszy” i zdolności prokreacji. Zbyt ceremonialne inspiruje się pierwszym „Łowcą Androidów”, zbyt często sięga po klisze wykorzystane dużo ciekawiej we współczesnym kinie sci-fi. Jednak chyba po raz pierwszy eksponując tak wyraźnie swoje słabości, własnym warsztatem, wizją i wrażliwością wyszedł ze zmagań z sobą samym zwycięsko. Wiem, że film jest za długi, ale nic bym w nim nie skróciła. Wiem, że jest tu za dużo Goslinga patrzącego z boleścią na pustą przestrzeń, ale to przecież tak ładnie spowalnia narrację, tworząc jej balladowy rytm. Wiem, że wizualnie jest cudownie, lecz jałowo, ale mnie ta piękna pustka zachwyca. Bardzo niedoskonały Denis Villeneuve zaoferował nam epicki, ale kontemplacyjny spektakl wysokiej próby, choć z głębokimi rysami. Próbował pogodzić różne oczekiwania (w tym swoje własne) i jakoś temu podołał. Wierzę, że lepszego „Blade Runner 2049” – w takich okolicznościach i warunkach czasoprzestrzennych – dostać po prostu nie mogliśmy. A ten, który finalnie oglądamy, jest przecież całkiem satysfakcjonujący.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.