W kinie: Mother!

motherda

MOTHER!
8. American Film Festival
reż. Darren Aronofsky

moja ocena: 3/10

 

Jakkolwiek kocham w kinie szaleństwo i śmiałe, autorskie wizje, tak ten film jest dla mnie po prostu kuriozalny (chciałam napisać ‘głupi’, ale może nie do końca jednak wypada). Spuszczę zasłonę milczenia na to, że Aronofsky bezwstydnie garściami czerpie z dorobku tych autentycznie odważnych wizjonerów kina od Buñuela po von Triera, bo nie w tym przecież problem. Uderzając bowiem w najwyższe tony, fantazja Aronofsky’ego ostatecznie okazuje się tak uboga, zmanieryzowana i dosłowna, że staje się wręcz żenująco śmieszna. Ale po kolei… On (Javier Bardem) i Ona (Jennifer Lawrence) mają piękny dom na skraju ciemnego lasu. Nie mają imion, bo na co im coś tak trywialnego. Gdyby ktoś miał wątpliwości – ta dwójka ma być nośnikiem idei, a nie ludźmi z krwi i kości. Całkowitą pieczę nad domowym ogniskiem w tym związku sprawuje po bożemu kobieta. Troszczy się o wszystko, ale i niczemu nie zawadza, bo mąż potrzebuje przestrzeni w pracy nad swoim nowym literackim dziełem (ono w końcu powstanie i setnie nas rozbawi). Na razie pisarz cierpi na twórczą blokadę, więc gdy w tym domostwie na odludziu odezwie się dzwonek do drzwi, On ochoczo zaprosi nieznajomego do siebie, nie zważając na niezadowolenie i nieufność żony. Każdy bodziec mile widziany. Ponieważ na jednym gościu w tym przypadku się nie skończy, rola perfekcyjnej pani domu stanie się dla Niej coraz trudniejsza i bardziej nieprzyjemna do odgrywania. A On nie ma zamiaru bynajmniej zaprzątać tym sobie głowy, stając się w tym momencie (anty)bohaterem memów Marty Frej.

Od chwili, gdy Jennifer wstanie z łóżka, właściwie wiadomo, że tkwimy w jakiejś wyniosłej metaforze. Jakże przecież subtelne jest odmawianie bohaterom imion i własnej tożsamości. Od razu też wtłacza się ich w ściśle przypisane, zantagonizowane i symboliczne role tak, by ostentacyjnie biegły ku bizantyjskiemu grande finale. “Mother!” zaczyna się bowiem jak niepozorny horror spod znaku home invasion, a kończy biblijną HAKATUMBĄ jak z barokowej opery. Mamy tu więc Testament zarówno Stary, jak i Nowy. W kakofonii egzaltacji i pretensjonalnej powagi bije też po oczach ta antyludzka symfonia, mówiąca o tym, jak beznadziejnym i autodestrukcyjnym gatunkiem jesteśmy i Darren najwyraźniej nie widzi dla nas żadnego ratunku. Lawrence dwoi się i troi, by dać bardziej spektakularny występ niż Neve Campbell w “Krzyku”, zaś Bardem usiłuje być elegancko psychodeliczny (ale lepiej wychodziło mu to w większości filmów, w których grał właśnie takie role). Ich staranna emfaza to zdecydowanie najbardziej rozczulający w swym niezamierzonym komizmie element filmu. To nie ich wina, tylko tego pana po drugiej stronie kamery.

Myślę, że Darren Aronofsky myśli, że został stworzony do mówienia rzeczy wielkich i doniosłych. Koniec więc z upadłymi zapaśnikami i baletnicami z problemami psychicznymi. Pozostały zatem tylko prawdy objawione, do których reżyser poczuł się – niczym ten Noe – niemalże chyba wybrany przez Boga. Takie można odnieść wrażenie, oglądając to nieszczęsne “Mother!”. On nam tam nic własnym domysłom nie pozostawi. Powie, co ma do przekazania i trzaśnie głośno drzwiami, których już nie da się otworzyć, a też nie ma sensu tego robić, bo wszystko wyłożył kawa na ławę. Tę kawę z gracją i poświęceniem, w prześwitującej koszuli nocnej, podała mu Lawrence i to jej bohaterki w sumie najbardziej szkoda. Nie dlatego, że okazuje się wyśnionym koszmarem wszystkich feministek. Instrumentem w ręku zarówno swojego filmowego męża, jak i partnera w realu. Ona tak wzorowo stara się wypełniać rolę żony idealnej i idzie jej to tak dobrze, ale ostatecznie nawet Małgosia Rozenek nie da rady, gdy wbija ci się do domu nieproszonych jeźdźców apokalipsy w liczbie dużo razy większej niż cztery. W tym szaleństwie nie ma metody, to bezkompromisowa megalomania, która wytacza najcięższe działa i żadnych jeńców nie bierze.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.