W kinie: Manchester by the Sea (AFF)

mbythesea

 

MANCHESTER BY THE SEA
7. American Film Festival
reż. Kenneth Lonergan

moja ocena: 8/10

 

Wymyśliłam sobie, że zacznę z tzw. grubej rury i napiszę, że to najlepszy film Kennetha Lonergana od czasów fantastycznego “You Can Count on Me”, ale za chwilę zdałam sobie sprawę, że między rokiem 2000 i 2016 nowojorski reżyser nakręcił raptem tylko “Margaret” z Anną Paquin, więc nie ma to najmniejszego sensu. Mimo tej skromnej filmografii (i mojego braku sympatii do wspomnianej “Margaret”) uważam, że Lonergan to absolutny mistrz kameralnych dramatów psychologicznych. Takich szalenie prostolinijnych opowieści o zwykłych ludziach, które są niezwykłe, bo wydają się totalnie autentyczne i naturalne. W “Manchester by the Sea” przenosimy się do małego miasteczka w stanie Massachusetts, by poznać skomplikowane, naznaczone traumami i tragediami losy rodziny Chandlerów. Lee mieszka obecnie w Bostonie. To małomówny, porywczy gość, który właściwie poza pracą jako dozorca-złota rączka nie ma życia. Z egzystencjalnego marazmu wyrywa go wiadomość o śmierci brata, Lee wraca więc w rodzinne strony, by załatwić wszystkie formalności i znów stamtąd uciec. Na miejscu okazuje się jednak, że zmarły Joe to właśnie jego wskazał jako opiekuna dla swojego 16-letniego syna. Z kilku retrospektyw dowiadujemy się, że matka chłopaka – cierpiąca na psychiczne zaburzenia alkoholiczka – dawno temu odeszła od męża i dziecka. Odkrywamy też tragiczną prawdę o Lee, co wyjaśnia nie tylko wiecznie zbolałą twarz mężczyzny, ale też jego nerwowe zachowanie i ciągłą apatię. Tylko nastoletni Patrick zdaje się nie być obciążony rodzinnymi tragediami i podchodzić do nich ze zdrowym dystansem, prowadząc w rybackiej miejscowości życie normalnego chłopaka w jego wieku. Podczas gdy dorośli wokół niego drętwo dryfują, on mocno trzyma stery własnej egzystencji. “Manchester by the Sea” to film o radzeniu sobie z własnymi traumami, o tym, że by przejąć kontrolę nad własnym życiem i poradzić sobie z bólem duszy powstałym po niepowetowanej krzywdzie, należy dokonać trudnego rozrachunku z przeszłością. Mimo że są rany, które być może nigdy się nie zabliźnią, trzeba nauczyć się z nimi funkcjonować. Ta specyficzna, delikatna tematyka mogłaby sugerować, że “Manchester by the Sea” to film poważny i posągowo smutny, ale tak nie jest. Interakcja apatycznego Lee z jego nastoletnim bratankiem wprowadza do historii urocze, niewymuszone i szczerze zabawne momenty, które doskonale rozładowują dramatyczne napięcie. Ponieważ Lonergan wybitnie potrafi opowiadać o międzyludzkich relacjach, w tym filmie tkwi nie tylko taka głęboko humanistyczna prawda o tychże, ale też ten smutek i tragizm ustępują miejsce subtelnej melancholii, która jednocześnie potrafi pięknie bawić i autentycznie wzruszać.

 

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.