W kinie: Serena

serena

 

SERENA
polska premiera: 6.02.2015
reż. Susanne Bier

moja ocena: 3/10

 

Szatan, mamona lub Krzysztof Zanussi (a może wszystko naraz?) opętali chyba Susanne Bier – niegdyś najciekawsze nazwisko europejskiej i światowej kinematografii. Skandynawska reżyserka bowiem kolejną już produkcją niszczy własną markę, popełniając błędy, które my – polscy widzowie – znamy doskonale, gdyż rodzimy filmowcy są w tym prawdziwymi ekspertami. Co w „Serenie” nie kuleje? Chyba tylko baśniowe zdjęcia dzikiej Ameryki sprzed prawie 100 lat oraz pieczołowitość w oddaniu scenograficznych i kostiumowych detali. Wszystko inne woła natomiast o pomstę do nieba. Okropny scenariusz i niewyobrażalnie dramatyczna gra aktorów, którzy nawet nie udają, że występują w czymś dobrym, sprawiły, że „Serena” pozbawiona jest jakichkolwiek emocji. A przecież ten film z założenia miał być melodramatem namiętności, opowieścią o dwójce marzycieli, którzy realizując własne pragnienia, niszczą nie tylko siebie, ale i wszystkich tych, którzy im w ich przedsięwzięciu towarzyszą. Zaangażowano w to najgorętsze postacie z Hollywood – Bradleya Coopera i Jennifer Lawrence, po drugiej stronie kamery postawiono Susanne Bier i dokonano nie lada wyczynu, tworząc najprawdziwszy, filmowy koszmar.

 

[youtube=https://www.youtube.com/watch?v=lITvFNhoxek]