W kinie: Kobieta, która odeszła

lvdiazkobieta

 

KOBIETA, KTÓRA ODESZŁA
polska premiera: 10.11.2017
reż. Lav Diaz

moja ocena: 7/10

 

Myślę, że ten dzień to jedna z najważniejszych dat w historii kinowej dystrybucji w Polsce. Od dzisiaj do szerszej widowni ma szansę bowiem trafić Lav Diaz – wielki mistrz slow cinema i jeden z najbardziej utytułowanych twórców światowego kina. Jego dzieła wyjeżdżały z prestiżowymi nagrodami z największych festiwali – z Berlinem (2016), Locarno (2014) czy Wenecją (2007, 2008, 2016) na czele. “Kobieta, która odeszła” to nieco zaskakujący laureat Złotego Lwa właśnie z zeszłorocznego Lido i to zapewne ta statuetka walnie przyczyniła się do tego, że oto filipińska produkcja trafia m.in. na ekrany naszych kin. Lav Diaz to twórca wyjątkowy – zarazem odważny wizjoner i kontemplujący filozof. To reżyser, często sięgający po zagmatwaną historię kraju, z którego pochodzi, deklarujący na każdym kroku swoje oddanie i miłość do Filipin. Potrafi z niej wydobyć jednak egzystencjalne piękno, tak wyeksponować moralne dylematy swoich bohaterów, tak wnikliwie skupić się na człowieku, że te filmowe opowieści Diaza stają się tak uniwersalne, że wykraczają daleko poza granice państwa w południowo-wschodniej Azji. Ktoś mógłby mu zarzucić, że łatwo osiągać takie efekty, gdy robi się filmy trwające po kilka godzin (“Kobieta, która odeszła” to seans około 4-godzinny i to jedno z wyraźnie najkrótszych dzieł Filipińczyka). Jednak w przypadku większości jego produkcji paradoksalnie nie ma w nich scen niepotrzebnych. Taki poziom atencji i wrażliwości, jakie reprezentuje Lav Diaz, można bowiem osiągnąć tylko totalnie nie spiesząc się, przyglądając się światu w skupieniu i z dużą czujnością.

W inspirowanej prozą Tołstoja “Kobiecie, która odeszła” reżyser całą swoją uwagę kieruje w stronę Horacii – nauczycielki skazanej na wieloletnie więzienie za zbrodnię, której nie popełniła. Gdy jej wyrok dobiega końca, na jaw wychodzą nowe fakty w sprawie morderstwa sprzed 30 lat. Horacia dowiaduje się, kto stał za intrygą, która doprowadziła ją za kratki i planuje zemstę za swoje cierpienie. Tych lat spędzonych w więzieniu nie zwróci jej jednak nic. W tym czasie dorosły jej dzieci, przeminęła jej młodość i nie do poznania zmienił się świat. Ten współczesny bohaterce – koniec lat 90. – to na Filipinach okres naznaczony przemocą i wzrostem przestępczości, gdy rozwarstwienie społeczne było wyjątkowo widoczne i dokuczliwe. Bogaci odgradzali się od tego, z czym nie chcieli mieć kontaktu, zaś biedni grzęźli na społecznym marginesie. Diaz w swojej obserwacji filipińskiej rzeczywistości konkretnej epoki rzadko jest aż takim brutalistą, dlatego tym bardziej wypada wnikliwie patrzeć na to, co chce pokazać.

Ten upadły świat zdaje się w ogóle nie zaskakiwać Horacii, posiadającej ponadprzeciętną zdolność adaptacji do różnych okoliczności, która potrafi wcielać się w rozmaite role. Patrząc na tę wyjątkową bohaterkę, pokazaną z tak dużą dozą empatii, precyzyjnie i kompleksowo, “Kobieta, która odeszła” samoistnie przekształca się z powolnej opowieści o zemście w głęboko humanistyczny traktat moralny o ambiwalencji natury ludzi i mętności świata, w którym żyją. Forma monochromatycznego, niespiesznego, statycznego slow cinema misternie dopełnia wymowę dzieła, choć – jak to czasem bywa u Diaza – rozpływa się też w zbyt ostentacyjnej zadumie oraz, co paradoksalne, drugoplanowych skrótach, które zdają się być ceną z jednej strony, takiego poziomu koncentracji na jednej postaci, z drugiej – dość krótkiej jak na Filipińczyka długości filmu. U Diaza uwielbiam jednak to, że u niego nie ma oczywistych odpowiedzi na najprostsze nawet pytania. W przypadku tych ważkich i największego kalibru wszystko pozostaje tym bardziej w gestii widza. Nie ma tu więc też jednoznacznych wniosków i łatwych uogólnień. Czy to zatem kino trudne i wymagające? Jasne. Czy to film dla każdego? Chciałabym, by tak było, ale tak niestety nie jest. Każde dzieło Lava Diaza to jednak niecodzienna przygoda filmowa i wyzwanie, które warto podjąć, doceniając twórcę, który w dzisiejszych czasach zachowuje to, co posiada naprawdę niewielu – artystyczną wolność.

 

W kinie: Suburbicon

suburb

 

SUBURBICON
polska premiera: 10.11.2017
reż. George Clooney

moja ocena: 5.5/10

 

George Clooney w “Suburbicon” realizuje stary scenariusz braci Coen, jednak zamiast rozwijać i unowocześniać ich dawną koncepcję (oraz znany pomysł na kino), wchodzi tylko w ich buty. A te nie tylko nie bardzo mu pasują, ale też są już mocno schodzone. Sielankowe miasteczko Suburbicon i elegancka Ameryka lat 50. Niby wszyscy żyją tu wygodnie i spokojnie, uśmiechają się szeroko i są przyjaźnie nastawieni do siebie nawzajem. Niewiele jednak trzeba, by ukazać, jak w tym przypadku pozory mogą mylić. Z jednej strony strony do tej szczęśliwej okolicy wprowadza zwyczajna, lecz czarnoskóra rodzina, co budzi niezadowolenie mieszkańców Suburbicon. Inspirowana najbardziej prymitywnymi instynktami społeczność coraz bardziej agresywnie będzie dawała nowym przybyszom do zrozumienia, jak niemile są tu widziani. Obok Myersów mieszka rodzina Lodge’ów – Gardner i jego niepełnosprawna żona Nancy wraz z synem, których często odwiedza siostra Nancy, Margaret. Pewnego wieczora zostają oni brutalnie napadnięci, zaś w wyniku najścia ginie żona Gardnera. Rodzinna tragedia szybko okazuje się jednak iluzją, obnażającą frustrację i mordercze zapędy “porządnej”, amerykańskiej rodziny. Podszyta smoliście czarnym humorem i krwawą groteską historia w “Suburbicon” przypomina masę Coenowskich opowieści i nic nowego do nich nie wnosi. To typ przewrotności, który doskonale znamy. Okrutny komizm, do którego przez lata widzowie się przyzwyczaili. Część o Lodge’ach z nieco zaskakującą (bo odmienną od tradycyjnego emploi) kreacją Matta Damona i jak zawsze wyborną Julianne Moore, wcielającą się równocześnie w role obu sióstr jest całkiem wciągająca. Ponadto wiemy, że na nikim tak dobrze, jak na rudowłosej aktorce, nie leżą kostiumy z lat 50. Niestety bardzo mało łączy ją – poza dosłownym sąsiedztwem – z częścią Myersów. To opowieść bardziej w stylu Clooney’a-reżysera, bo mocno rozpolitykowana, nieco poważniejsza w tonie, całkiem aktualna w wymowie. Clooney żadnej z tych części nie opowiada jednak własnym głosem, a jak wiadomo Coenów najlepiej kopiują sami Coenowie i naprawdę nikt więcej.

 

Miesiąc w muzyce: październik 2017 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
fferdinand17

Franz Ferdinand – Always Ascending
Always Ascending LP, 2017
Try this!

 

number2
negativegemini

Negative Gemini – You Weren’t There Anymore
7”, 2017
Try this!

 

number3
sorchar

Sorcha Richardson – 4AM
7”, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Paloma Faith – Guilty (The Architect LP) Try this!
[pop] [w stylu diwy]

Rhye – Taste (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [subtelnie]

Fever Ray – To The Moon And Back (Plunge LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [charakternie]

Ella Vos – Mother (Don’t Cry) (7”) Try this!
[kobiecy pop] [chwytliwie]

Joya Mooi – I’m Not There Yet (The Waiting Room EP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

King Miśkiewicz – Mów do mnie w tle (To minie EP) Try this!
[muzyka klubowa] [charyzmatycznie]

Belle and Sebastian – I’ll Be Your Pilot (How To Solve Our Human Problems EP) Try this!
[inteligentny pop] [klasycznie]

Elohim – The Wave (7”) Try this!
[electro pop] [chwytliwie]

Alice Glass – Without Love (7”) Try this!
[electro pop] [glitch]

King Krule – Half Man Half Shark (7”) Try this!
[młode brzmienia] [lekkie wariactwo]

Yumi Zouma – December (Willowbank LP) Try this!
[indie pop] [lekkość]

Sophie – It’s Okay To Cry (7”) Try this!
[electro pop] [na spokojnie]

Kllo – Dissolve (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [klubowy pop]

Kehlani – Touch (7”) Try this!
[r’n’b] [z okolic sypialni]

Morgan Saint – You (7”) Try this!
[modern pop] [charakterna subtelność]

Amber Mark – Heatwave (7”) Try this!
[disco pop] [summer vibes]

Ainslie Wills – Running Second (7”) Try this!
[kobiece brzmienie] [kameralnie]

 

W kinie: Mother!

motherda

MOTHER!
8. American Film Festival
reż. Darren Aronofsky

moja ocena: 3/10

 

Jakkolwiek kocham w kinie szaleństwo i śmiałe, autorskie wizje, tak ten film jest dla mnie po prostu kuriozalny (chciałam napisać ‘głupi’, ale może nie do końca jednak wypada). Spuszczę zasłonę milczenia na to, że Aronofsky bezwstydnie garściami czerpie z dorobku tych autentycznie odważnych wizjonerów kina od Buñuela po von Triera, bo nie w tym przecież problem. Uderzając bowiem w najwyższe tony, fantazja Aronofsky’ego ostatecznie okazuje się tak uboga, zmanieryzowana i dosłowna, że staje się wręcz żenująco śmieszna. Ale po kolei… On (Javier Bardem) i Ona (Jennifer Lawrence) mają piękny dom na skraju ciemnego lasu. Nie mają imion, bo na co im coś tak trywialnego. Gdyby ktoś miał wątpliwości – ta dwójka ma być nośnikiem idei, a nie ludźmi z krwi i kości. Całkowitą pieczę nad domowym ogniskiem w tym związku sprawuje po bożemu kobieta. Troszczy się o wszystko, ale i niczemu nie zawadza, bo mąż potrzebuje przestrzeni w pracy nad swoim nowym literackim dziełem (ono w końcu powstanie i setnie nas rozbawi). Na razie pisarz cierpi na twórczą blokadę, więc gdy w tym domostwie na odludziu odezwie się dzwonek do drzwi, On ochoczo zaprosi nieznajomego do siebie, nie zważając na niezadowolenie i nieufność żony. Każdy bodziec mile widziany. Ponieważ na jednym gościu w tym przypadku się nie skończy, rola perfekcyjnej pani domu stanie się dla Niej coraz trudniejsza i bardziej nieprzyjemna do odgrywania. A On nie ma zamiaru bynajmniej zaprzątać tym sobie głowy, stając się w tym momencie (anty)bohaterem memów Marty Frej.

Od chwili, gdy Jennifer wstanie z łóżka, właściwie wiadomo, że tkwimy w jakiejś wyniosłej metaforze. Jakże przecież subtelne jest odmawianie bohaterom imion i własnej tożsamości. Od razu też wtłacza się ich w ściśle przypisane, zantagonizowane i symboliczne role tak, by ostentacyjnie biegły ku bizantyjskiemu grande finale. “Mother!” zaczyna się bowiem jak niepozorny horror spod znaku home invasion, a kończy biblijną HAKATUMBĄ jak z barokowej opery. Mamy tu więc Testament zarówno Stary, jak i Nowy. W kakofonii egzaltacji i pretensjonalnej powagi bije też po oczach ta antyludzka symfonia, mówiąca o tym, jak beznadziejnym i autodestrukcyjnym gatunkiem jesteśmy i Darren najwyraźniej nie widzi dla nas żadnego ratunku. Lawrence dwoi się i troi, by dać bardziej spektakularny występ niż Neve Campbell w “Krzyku”, zaś Bardem usiłuje być elegancko psychodeliczny (ale lepiej wychodziło mu to w większości filmów, w których grał właśnie takie role). Ich staranna emfaza to zdecydowanie najbardziej rozczulający w swym niezamierzonym komizmie element filmu. To nie ich wina, tylko tego pana po drugiej stronie kamery.

Myślę, że Darren Aronofsky myśli, że został stworzony do mówienia rzeczy wielkich i doniosłych. Koniec więc z upadłymi zapaśnikami i baletnicami z problemami psychicznymi. Pozostały zatem tylko prawdy objawione, do których reżyser poczuł się – niczym ten Noe – niemalże chyba wybrany przez Boga. Takie można odnieść wrażenie, oglądając to nieszczęsne “Mother!”. On nam tam nic własnym domysłom nie pozostawi. Powie, co ma do przekazania i trzaśnie głośno drzwiami, których już nie da się otworzyć, a też nie ma sensu tego robić, bo wszystko wyłożył kawa na ławę. Tę kawę z gracją i poświęceniem, w prześwitującej koszuli nocnej, podała mu Lawrence i to jej bohaterki w sumie najbardziej szkoda. Nie dlatego, że okazuje się wyśnionym koszmarem wszystkich feministek. Instrumentem w ręku zarówno swojego filmowego męża, jak i partnera w realu. Ona tak wzorowo stara się wypełniać rolę żony idealnej i idzie jej to tak dobrze, ale ostatecznie nawet Małgosia Rozenek nie da rady, gdy wbija ci się do domu nieproszonych jeźdźców apokalipsy w liczbie dużo razy większej niż cztery. W tym szaleństwie nie ma metody, to bezkompromisowa megalomania, która wytacza najcięższe działa i żadnych jeńców nie bierze.

 

W kinie: Szczęściarz

luckyh

 

SZCZĘŚCIARZ
8. American Film Festival
reż. John Carroll Lynch

moja ocena: 6.5/10

 

Reżyserski debiut aktora najbardziej znanego z roli mordercy w “Zodiaku” to rzecz z gatunku miłych niespodzianek. Po pierwsze dlatego, że to film o śmierci przemijaniu, w którym nie ma posępnego nastroju, morza łez, żałobnego tonu. Za to jest dowcip i “nieznośna lekkość bytu” na tle pustynnych, surowych obrazów Kalifornii, które razem nawet wzruszają, ale dzielnie unikają wpadania w pułapki filmowego gatunku. Przede wszystkim jest jednak bohater – krnąbrny, nieznośny, ale sympatyczny 90-latek, człowiek z krwi i kości oraz bagażem doświadczeń na plecach. Lucky czuje w kościach, że koniec jest już blisko i w sumie jest z nim pogodzony, ale nie ma zamiaru czekać biernie aż dostanie bilet na drugą stronę. Dlatego pilnuje codziennej rutyny, urozmaicając ją od czasu do czasu nieco wręcz łobuzerskimi występkami. Rola Lucky’go napisana została dla Harry’ego Deana Stantona – aktora ikonicznego, który w swojej filmografii ma naprawdę kultowe tytuły. To jednak taka trochę smutna postać, a przynajmniej taka, która powinna Hollywood przyprawiać o moralnego kaca, bo rzadko talent Stantona należycie wykorzystywano. John Carroll Lynch zrobił to więc właściwie w ostatnim momencie, oddając całą historię i cały ekran Harry’emu, by ten mógł odegrać swoje wyborne one man show. Lepiej późno niż wcale.

 

W kinie: Borg McEnroe (AFF)

borg

 

BORG MCENROE
8. American Film Festival
reż. Janus Metz Pedersen

moja ocena: 6.5/10

 

Ten film niestety nie dekonstruuje schematu biophicu. W retrospektywach w przerwach między poszczególnymi rundami wimbledońskiego turnieju 1980 oglądamy więc trudne dzieciństwo obu bohaterów oraz ich wyboistą drogę na szczyt. Niezwykłe jednak w “Borgu/McEnroe” jest to, że film porywa się na realizację karkołomnego pomysłu – narzucenia dramaturgii tenisowego meczu narracji filmowej. Elektryzujące wymiany, emocjonujące gemy, momenty przestroju czy wyczekiwania, nerwowe przerwy, komentatorskie domniemania i analizy snute językiem filmowym. Sympatycy tego sportu odnajdą się tu znakomicie. To produkcja, która ma też w sobie zarówno coś z przebojowego mainstreamu, jak i stonowanego kina art house’owego. I ta mieszanka wypada naprawdę nieźle. Najbliżej “Borgowi/McEnroe” do świetnego “Wyścigu” Rona Howarda, bo ramy sportowej rywalizacji służą tu przede wszystkim zderzeniu dwóch całkowicie odmiennych charakterów, temperamentów i pomysłów na karierę, które obnażają horrendalną cenę sportowego sukcesu. Filmowi Janusa Metza Pedersena towarzyszy też taka smutna nostalgia typowego fana tenisa – żal z powodu przedwczesnego końca kariera wielkiego Björna Borga oraz lekka pretensja spowodowana tym, jak ustandaryzowały się z czasem tenisowe kariery. Czy za 20 lat ktoś stworzy pasjonującą wiwisekcję rywalizacji Rogera Federera i Rafy Nadala? Szczerze wątpię, bo choć to wielcy zawodnicy, to nie ta dramaturgia, nie ten poziom emocji.

 

W kinie: Pomiędzy Słowami (WFF)

beyondwords

 

POMIĘDZY SŁOWAMI
33. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Urszula Antoniak

moja ocena: 6.5/10

 

Wizualnie ten film to małe arcydzieło. Oparte na tych oczywistych, monochromatycznych kontrastach, konfrontowaniu monumentalnej, nowoczesnej architektury Berlina i małych ludzi na jej tle, ale też różnicach dużo subtelniejszych i bardziej wyrafinowanych. Jak choćby ta pomiędzy Michałem i jego ojcem. Ten pierwszy to przystojny prawnik o wyglądzie modela z żurnala, który pnie się po szczeblach kariery w prawniczej korporacji. Chodzi w idealnie skrojonych garniturach, mieszka w eleganckim (ale smutnie pustym) mieszkaniu i perfekcyjnie realizuje swój plan życia na obczyźnie. Ojciec Michała, z kilkudniowym zarostem i rozczochraną fryzurą, dekadenckim, otwartym sposobem bycia i wolnym, niepewnym zawodem muzyka, to jego całkowite przeciwieństwo. Chłopak nieźle w Niemczech się zadomowił. Odciął się od polskiej przeszłości, wtapiając się w niemiecką klasę średnią i czując się jej pełnowartościową częścią. Konfrontacja Michała z nieobecnym dotąd w jego życiu ojcem zburzy jednak wewnętrzny spokój bohatera, uwidoczni, na jak wątłych podstawach opiera się jego nowa, zachodnia tożsamość, którą z taką starannością sobie wytworzył. Urszula Antoniak opowiada (a może lepiej – snuje) swój film w rytmie sennego fantazmatu, tworząc świat bardziej symboliczny niż realny. Polka z Holandii jest artystką obdarzoną wyjątkową wrażliwością, jest też niekonwencjonalnym i twórczym filmowcem, dlatego nawet jeśli wyobraźnia w końcówce “Pomiędzy Słowami” prowadzi ją trochę na manowce, w rejony metafor nieznośnie mdłych i banalnych, Antoniak nie traci z oczu ani na moment myśli przewodniej swojego filmu, ani artystycznej wyrazistości własnego języka filmowego.

 

 

***
Kasia na WFF powered by:

W kinie: Hannah (WFF)

hannahwff

 

HANNAH
33. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Andrea Pallaoro

moja ocena: 6.5/10

 

“Hannah” to drugi prezentowany na WFF tytuł, który dowodzi wysokiego poziomu tegorocznego festiwalu w Wenecji. Film Andrea Pallaoro z Włoch wyjechał z dwoma wyróżnieniami, ale jednym bardziej istotnym – Pucharem Volpi dla Charlotte Rampling. Warto to podkreślać, dlatego że francuska aktorka to esencja tego filmu. Oddała mu ciało i duszę, a zrobiła to, bo nie było właściwie innego wyboru. Grana przez nią Hannah to tak naprawdę jedyna prawdziwa bohaterka filmu, której bezpardonowo bliska, intymna obserwacja pozwala poukładać sobie w głowie historię, jaką on opowiada. Choć to właściwie strzępki historii. Wszystko wskazuje bowiem na to, że oto rozsypuje się w pył życie granej przez Rampling kobiety. Jej mąż idzie do więzienia, oskarżony najpewniej o molestowanie dzieci. Hannah najwyraźniej nigdy się od niego odcięła. Coś wspólnego ze sprawą ma też ich dorosły syn, który teraz nie chce utrzymywać żadnych kontaktów ze swoimi rodzicami, choć matka nalega na choćby okazjonalne, kurtuazyjne wizyty. Ten fabularny minimalizm uzupełnia w filmie Pallaoro niezwykła, formalna zuchwałość. Nie ma bowiem reguły języka filmowego, zasad montażu, ustawienia kadru, której Włoch by nie złamał. W ciasnych wnętrzach mieszkania bohaterki, przestronnym domu, gdzie pracuje czy świetlicy teatralno-terapeutycznej grupy, do której uczęszcza wygląda to naprawdę fascynująco i w zamkniętych przestrzeniach ta nonszalancja reżysera broni się kapitalnie. Dużo gorzej ten osobliwy zabieg prezentuje się, gdy Hannah wychodzi na zewnątrz i gdy Pallaoro zderza bohaterkę Rampling z czymś innym niż jej wewnętrzna, duchowa kondycja (np. z łopatologicznymi metaforami, których ten film w ogóle nie potrzebuje). “Hannah” to bardzo ciekawa propozycja – śmiała i oryginalna. Twórcy podjęli niemałe ryzyko i ono właściwie się opłaciło.

 

 

***
Kasia na WFF powered by:

W kinie: Uwodziciel (WFF)

charmer

 

UWODZICIEL
33. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Milad Alami

moja ocena: 6/10

 

Debiut Irańczyka ze Skandynawii ciekawie odnosi się do tematu współczesnej emigracji zarobkowej. Dylematów tych, którzy opuszczają rodzinę z nadzieją, że ułożą sobie życie w lepszym, bogatszym kraju na tyle znośnie, by ich sprowadzić i zapewnić potem przyzwoity poziom egzystencji. Takie plany ma Esmail, ale przez blisko dwa lata coś jednak mu chyba nie wyszło. Teraz jego jedynym pomysłem na stały pobyt jest małżeństwo z duńską obywatelką. Mężczyzna dzieli więc pieniądze pomiędzy rodzinę w Iranie i pokrywanie wydatków w barze, gdzie spotyka kobiety, próbując którąś usidlić. Ten wątek to najsłabsza i najgłupsza część filmu Alamiego. Esmail bowiem pozostawił w ojczyźnie żonę, którą zamierza sprowadzić do Europy, gdy tylko ustabilizuje swój prawny status. Jak więc sobie wyobraża swoją sytuację, gdyby jego pomysł z ożenkiem wypalił – nie wiadomo. Inna sprawa, że mężczyzna uwodzicielem jest średnio skutecznym, skoro przez dwa lata nie związał się jeszcze z żadną kobietą na dłuższy okres czasu. Są jednak w “Uwodzicielu” dwa ciekawe wątki. Jeden – potraktowany niestety dość skrótowo – to konfrontacja Esmaila z mężem jednej ze swoich kochanek, który nie może pogodzić się nie tylko ze stratą małżonki, ale też z tym, że mogłaby ona znaleźć szczęście i spełnienie u boku kogoś takiego jak biedny Irańczyk. Drugi to rodzące się uczucie między Esmailem a Sarą, również imigrantką z Iranu, ale już urodzoną w Danii i mającą tu całkiem dobre życie. Dzięki tej znajomości mężczyzna podgląda codzienność kolorowej, perskiej społeczności, której sam mógłby stać się częścią, gdyby zapomniał o żonie w Iranie i związał się z sympatyczną, atrakcyjną krajanką, będącą tu, na miejscu. Wybór bohatera po raz pierwszy pozwala widzowi odnieść się do niego inaczej niż obojętnie. Wydarza się jednak to trochę zbyt późno.

 

***
Kasia na WFF powered by:

W kinie: Ava (WFF)

ava17

 

AVA
33. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Léa Mysius

moja ocena: 7/10

 

Gdy wydawać by się mogło, że w temacie filmów o dorastaniu powiedziano już wszystko, oto pojawia się Léa Mysius i jej młoda bohaterka. Historia o Avie ma w sobie coś z beztroski i nostalgii opowieści o „ostatnich takich wakacjach”, ale też z baśni o parze katastroficznych kochanków – szalonych niczym Bonnie i Clyde oraz fatalnych jak Romeo i Julia. Matka obiecuje swojej 13-letniej córce, że ta przeżyje swoje najwspanialsze lato. Obietnica jest o tyle ważka, gdyż u Avy zdiagnozowano właśnie chorobę wzroku. Postępuje ona bardzo szybko i wkrótce dziewczyna najpewniej straci wzrok. Matka, choć sympatyczna i kochająca swoje dzieci, także chce korzystać z uroków lata w gwarnym, nadmorskim kurorcie. Ava wrażeń poszukuje więc na własną rękę i tak trafia na Juana – starszego od niej cygańskiego chłopaka na życiowym rozdrożu. Mysius wspaniale zarysowała paralelę między jasnym okresem dzieciństwa a mrocznym etapem wkraczania w dorosłość. Zrobiła to znakomicie zarówno na poziomie czysto fabularnym, śmiało sięgając po nie tak oczywisty realizm magiczny, ale też technicznym – owa ciemność towarzyszy Avie wszędzie, fascynując ją i przerażając jednocześnie. Juan ma wyjątkowo ciemną karnację i czarnego jak węgiel wilczura u swojego boku. Ich schronieniem staje się opuszczony bunkier na plaży, udający posępną jaskinię, a ścigająca ich policja konna wygląda jak patrol średniowiecznej armii w atramentowych zbrojach. Baśniowy ton „Avy” inteligentnie równoważy i wygładza odwagę twórców filmu w mówieniu o dojrzewaniu młodej dziewczyny w całkiem bezpruderyjnej formie. To tylko pokazuje, jak sprytną i kreatywną reżyserką jest Léa Mysius. Jej nazwisko na pewno warto sobie zapamiętać.

 

 

***
Kasia na WFF powered by: