W kinie: To przychodzi po zmroku

toprzychodzi

 

TO PRZYCHODZI PO ZMROKU
polska premiera: 7.07.2017
reż. Trey Edward Shults

moja ocena: 6/10

 

Ten film na pewno nie jest horrorem, choć wiele materiałów promocyjnych mogło to sugerować. Nie jest też do końca tradycyjnym kinem postapokaliptycznym, choć gęsta atmosfera katastrofy, która spadła na ludzkość i teraz niszczy ją za pomocą śmiercionośnego wirusa, spowija domostwo Paula i jego bliskich. Jednak to, jak doszło do upadku cywilizacji, twórców filmu wcale nie interesuje – skupiają się na apokalipsie w skali mikro. Bohaterowie starają się po prostu przetrwać i całkiem nieźle sobie z tym radzą. Posiadają spore zapasy, mają dostęp do wody i mieszkają w całkiem nieźle zabezpieczonym domu. Zagrożenie w ich sterylne środowisko – zgodnie z tytułem filmu – przychodzi po zmroku i nie ma wcale wielkich kłów i złowrogiego spojrzenia. Dużo bardziej bowiem niebezpieczne od jakiejś potworności okazuje się to, co w ludzkim odruchu rodzina Paula sama zaprasza pod swój dach, wprowadzając do swojego dobrze funkcjonującego ekosystemu obcy element i zmieniając w ten sposób rutynową, codzienną walkę o przetrwanie w nieprzewidywalny survival. Jest coś intrygującego w niepokojącym minimalizmie tej historii i jej dość zaskakującej, intensywnej warstwie psychologicznej (jak na tego typu kino). Dużo bardziej jednak przemówiła do mnie subtelna melancholia ciągle nieodkrytej, postapo perełki “The Open” niż surowy survival z “To przychodzi po zmroku”.

 

W kinie: Dunkierka

dunkirk2

 

DUNKIERKA
polska premiera: 21.07.2017
reż. Christopher Nolan

moja ocena: 6.5/10

 

Dunkierka – synonim alianckiej klęski w pierwszych tygodniach II wojny światowej, kiedy to niemiecka armia triumfalnie kroczyła na zachód, podbijając kolejne państwa, z Holandią, Belgią i Francją na czele. Z tego czasu na kartach historii najbardziej sugestywnie zapisały się obrazy szarej, francuskiej plaży, na której w dwuszeregach tłoczyło się 400 tysięcy brytyjskich żołnierzy, czekających na cud – ewakuację na Wyspy, podczas gdy wróg atakował ich coraz intensywniej, z morza, powietrza i lądu. W “Dunkierce” ten wróg ma raczej wymiar symboliczny. Przybiera formę torpedy niszczącej szpitalny statek, samolotu bombardującego plażę, serii strzałów z oddali. Film Nolana stoi bowiem dość daleko od nowoczesnego kina wojennego. Tradycyjnie bohaterskiego eposu o ludziach rzuconych w wir historii, z których większość w nadzwyczajnych okolicznościach wykazuje się niezłomnością i odwagą, okrywa się chwałą i buduje filmowy pomnik tym autentycznym, zazwyczaj anonimowym postaciom, które wojnę faktycznie przeżyły lub heroicznie na niej poległy. W “Dunkierce” żołnierze to smutni, zmęczeni ludzie, nie złączeni żadnymi podniosłymi ideami, ale prostym pragnieniem powrotu do domu, od którego oddziela ich raptem niewielka cieśnina na Morzu Północnym. Nieważne jak, byle skutecznie i w jednym kawałku. Tak właśnie robi Tommy – szeregowiec, który za wszelką cenę stara się dostać na jakikolwiek statek, mogący przeprawić go przez morze. Kolejne próby kończą się fiaskiem, ale chłopak desperacko podejmuje następne. To nie jedyna perspektywa, z jakiej oglądamy wydarzenia w Dunkierce. Christopher Nolan – najbardziej autorski twórca w kinie rozrywkowym – znany jest z tego, że lubi zaginać czasoprzestrzeń i tworzyć alinearne narracje. “Dunkierka” to trzy opowieści – tygodniowa odyseja Tommy’ego na francuskiej plaży, jednodniowa podróż kapitana prywatnego jachtu z Dorset, który rusza na pomoc uwięzionym rodakom i godzinna batalia w powietrzu trzech, brytyjskich spitfire’ów, mających osłaniać z nieba ewakuację. Ponieważ opowiadane są one równolegle, owa perspektywa czasowa (tydzień, dzień, godzina) całkowicie się rozmywa. Upływający czas odmierza jedynie hipnotyzująca ścieżka dźwiękowa Hansa Zimmera, budując nie tylko atmosferę grozy spowodowaną coraz szybciej zbliżającym się niebezpieczeństwem, ale też swoisty suspens. W “Dunkierce” obserwujemy też oryginalny sposób budowania postaci, bowiem każda z tych, które da wyciągnąć się ze zbiorowości (szeregowiec Tommy, pilot Farrier, pan Dawson – żeglarz z Dorset), to raczej pewne archetypy ludzkie niż pełnowymiarowi bohaterowie. Z paroma wyjątkami nie mają oni właściwie głębszych, psychologicznych rysów, większej historii za sobą, reprezentują swoją postawą konkretne idee i przesłania. O tym, że w trakcie walki o przetrwanie giną gdzieś ludzkie odruchy, że wojna nie ma w sobie nic pięknego i szlachetnego, że bohaterstwo to czasem po prostu ludzkie, zwyczajne gesty, że zniekształceniu ulegają honorowe kodeksy i żołnierskie reguły, że inaczej kształtuje się poczucie lojalności, że wyostrzają się podziały nawet w jednym obozie, w końcu że liczy się tylko mikroskala, bo zaciera się szerszy horyzont. Christopher Nolan, Hans Zimmer zostali już wymienieni, ale “Dunkierka” nie robiłaby takiego wrażenia, gdyby nie obrazy Hoyte’a Van Hoytemy, które swoją wymownością kapitalnie zastąpiły kwieciste dialogi, wielkie sceny przemocy i wizualny patos, który zwykle towarzyszy wojennym widowiskom. Jedyny żal do Nolana i ekipy można mieć jedynie taki, że zamiast do końca podążać za antybohaterskim paradygmatem, oni wchodzą na znaną ścieżkę kina wojennego patosu, budującego i emanującego nadzieją na lepsze jutro. Idealną – ich zdaniem – puentę znaleźli w słowach Churchilla: wojen nie wygrywa się dzięki ewakuacjom, lecz w tym ocaleniu było jednak zwycięstwo i uczynili z desperackiej walki o przetrwanie, dramatycznej ewakuacji czyn bohaterski. Tak jak ówcześni politycy, w “Dunkierce” filmowcy w ponurej klęsce wypatrzyli motywacyjne walory. Te, który widza ostatecznie pozostawią po seansie w dobrym nastroju, zamiast mocniej nim wstrząsnąć.

 

W kinie: Zwierzęta

tiere

 

ZWIERZĘTA
Transatlantyk Festival 2017
reż. Greg Zgliński

moja ocena: 6/10

 

Atrakcyjne małżeństwo udaje się na urlop do malowniczej Szwajcarii. On w mieście pozostawia kochankę, ona bynajmniej nie zostawia za sobą podejrzeń o niewierność męża. Ten wyjazd może wyprowadzić z kryzysu ich nadwyrężony związek. A może doprowadzić do czegoś zupełnie przeciwnego. Podróż zaczyna się dość niefortunnie, bo od pozornie niegroźnego wypadku samochodowego. “Zwierzęta” to film-łamigłówka, utrzymany w dziwnej, intrygującej poetyce snu thriller, w którym nigdy nie mamy pewności, że rzeczy, które oglądamy na ekranie faktycznie się wydarzyły, czy może są projekcją bujnej wyobraźni któregoś z bohaterów fabuły. Właściwości poszczególnych postaci (na czele z tym, że Anna jest pisarką, pracującą nad kolejną książką) oraz przestrzenie, w jakich funkcjonują przywodzą na myśl wiele filmowych klasyków – od niedawnych “Zwierząt Nocy” Toma Forda, przez von Triera, na Lynchu skończywszy. Wszechobecna jest tu freudowska filozofia. Podziwiam zręczność, z jaką Greg Zgliński bawi się gatunkami i popularnymi schematami, jak fajnie podtrzymuje napięcie, jednocześnie równoważąc je nieoczywistym, surrealistycznym poczuciem humoru, jak płata widzom figle i jak dobrym jest stylistą. Żałuję tylko, że ostatecznie ta fascynująca, intensywna podróż przez labirynt fantazji i lęków bohaterów “Zwierząt” ostatecznie kończy się w tak mało satysfakcjonującym punkcie.

 

W kinie: Rock n Roll

rocknroll

 

ROCK N ROLL
polska premiera: 30.06.2017
reż. Guillaume Canet

moja ocena: 7/10

 

Muszę przyznać, że żaden film tak mnie nie zaskoczył, jak ta autoironiczna komedia Guillaume’a Caneta. Jego samego jako aktora uwielbiam (jako reżysera może mniej, ale przecież w 2011 roku miałam na 11. miejscu rocznego podsumowanie jego świetne “Les Petits Mouchoirs”), za jego życiową partnerką, Marion Cotillard, mówiąc delikatnie – nie przepadam. Ale absolutnie zakochałam się w tej opowieści o parze francuskich celebrytów, przegrywających stracie z nieuniknionym upływem czasu i nie mogących się z tym pogodzić. Bohater filmu – Guillaume Canet we własnej osobie – odkrywa, że się starzeje. Nie dostaje już ról przebojowych amantów, nie lgną do niego młode kobiety, a jego życie zdominowała rutyna i domowe obowiązki. Sprzeciw aktora wobec takiego stanu rzeczy przyjmuje wyjątkowo absurdalne formy – od pijackich imprez począwszy, na eksperymentach z medycyną estetyczną skończywszy, czemu z zażenowaniem przyglądają się rodzina, przyjaciele i współpracownicy Caneta. Jego walka o odzyskanie młodości oczywiście wzbudza politowanie i uśmiech, ale jest też w niej coś gorzkiego i smutnego. Aktor jest w swoich działaniach mocno zdeterminowany, stawia na szalę zawodową pozycję i rodzinne szczęście, ale przecież skazany jest na porażkę. By uwiarygodnić tę historię Canet zaprosił do udziału w “Rock n Roll” nie tylko swoją życiową partnerkę, ale też autentycznych przyjaciół z branży, budując z ich udziałem absolutnie genialne epizody (Cotillard ucząca się kanadyjskiego akcentu, Johnny Hallyday schodzący do gościa, casting do filmu Bena Fostera, plan amerykańskiego serialu, motyw z Cezarami). Wiadomo jednak, że wcale nie podglądamy prawdziwego życia Canteta i Cotillard, że wszystko zostało tu mocno przerysowane, czasem wręcz sparodiowane. Ta komedia pokazuje jednak, jak duży dystans do siebie ma bodaj najpopularniejsza para francuskiego showbiznesu, ale też jak duży, zdrowy dystans ma do świata, w którym żyje. Jak również przystało na rasową, współczesną komedię nie mogło tu zabraknąć świetnej lokowanej muzyki – tanecznych szlagierów lat zerowych i 80., wielkich przebojów od Celin Dion i Demisa Roussosa. Po seansie ballada “Quand je t’aime” tego drugiego nigdy już nie będzie brzmiała tak samo…

 

Filmowe okno na świat S02E03

Odcinek “Filmowego Okna na Świat” z tegorocznego Cannes, czyli fajne filmy, które odkryłam w pobocznych sekcjach festiwalu, o których głośno raczej nie będzie i trochę szkoda. W tym momencie zamykam też podsumowywanie MFF Cannes 2017.

 

nothingwood

 

NOTHINGWOOD
reż. Sonia Kronlund
Francja (Afganistan)
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

W Ameryce mają Hollywood, w Indiach – Bollywood, a w Afganistanie, gdzie nie ma absolutnie nic, funkcjonuje sobie Nothingwood. Samozwańczym, ale szalenie kreatywnym twórcą narodowej kinematografii w biednym, ogarniętym konfliktem zbrojnym kraju jest niejaki Salim Shaheen, który na swoich barkach dźwiga rolę reżysera, scenarzysty, aktora, producenta, właściwie każdą. Bez wielkich budżetów i zasobów Afgańczyk jednocześnie potrafi kręcić nawet kilka filmów w duchu normalnego, komercyjnego, rozrywkowego kina. Sonia Kronlund nie musiała nawet wiele robić, bo Shaheen jest na tyle fascynującą postacią, że wystarczyło po prostu jeździć za nim z kamerą i dokument właściwie robił się sam. Francuzka potrafiła jednak z tej historii wydobyć wiele fajnych tematów. Po pierwsze, pokazała człowieka, który realizuje swoją pasją na przekór wszystkiemu, zaraża pozytywną energią innych, co w takim kraju jak Afganistan zdaje się mieć całkiem istotne znaczenie. Po drugie, Kronlund portretuje też kraj, o którym świat trochę już zapomniał, pokazując drzemiące w nim piękno, niebezpieczeństwo oraz jego tęskniących za normalnością mieszkańców. W końcu, “Nothingwood” to film o sile kina, które nawet w obliczu wojny i wszechobecnej beznadziei pomaga zapomnieć o tym, co niedobre i bolesne, choćby na chwilę pozwalające odetchnąć i przenieść się do innej, nawet jeśli fikcyjnej rzeczywistości.

 

losperros

 

LOS PERROS
reż. Marcela Said
Chile
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Problem rozliczeń z opresyjną przeszłością to temat, który stale powraca we współczesnym kinie z Ameryki Południowej. Również staje się on punktem wyjścia dla filmu Marceli Said, którego siłą napędową stanowi arcy ciekawa bohaterka. Mariana wikła się w różne relacje z mężczyznami obecnymi w jej życiu. Z mężem stara się o dziecko, choć u jego boku nie sprawia wrażenia szczęśliwej i spełnionej kobiety. Ojcu okazuje miłość i troskę (i z wzajemnością), ale ta serdeczność wygląda na dość płytką, wynikającą z przyzwyczajenia i czystej wygody. W życiu Mariany obecny jest też kochanek – instruktor jazdy konnej, za którym ciągnie się reżimowa przeszłość. Stając w samym środku rozrachunkowej zawieruchy Juana, kobieta sama postawiona zostanie przed moralnymi dylematami dotyczącymi jej rodziny. To na barkach Antonii Zegers, wcielającej się w rolę Mariany, położony został cały ciężar tej historii. I Chilijka doskonale sobie z tym poradziła. Jej bohaterka to jedna z najbardziej nieoczywistych kobiecych postaci, jaką zrodziło w ostatnich latach światowe kino. Zegers doskonale oddała sprzeczności jej charakteru, emocjonalne huśtawki, ambiwalencje w jej zachowaniach. To taka osobowość, której nie da się ani jednoznacznie lubić, ani równie jednoznacznie potępić. Ostatecznie też ścieżka, jaką obierze Mariana, w kontekście całościowego konstruktu tej postaci i jej zakotwiczenia w opowiadanej historii, okazuje się satysfakcjonująco zaskakująca.

 

aciambra

 

A CIAMBRA
reż. Jonas Carpignano
Włochy
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Wielowątkowy, bogaty obraz dojrzewania w zamkniętej, romskiej społeczności gdzieś na włoskiej prowincji z typowymi dla tej tematyki motywami. Od ulegania fałszywym autorytetom, przez doświadczanie pierwszych moralnych dylematów, po brutalne zderzanie się z rzeczywistością prostych, chłopięcych marzeń. Mimo mocnej, realistycznej formy Jonas Carpignano opowiada historię Pio z dużą wrażliwością i przenikliwością. Na drugim planie ciekawie zestawia również dwa, niby odległe od siebie światy, a jednak bardzo do siebie podobne. Wiele bowiem łączy żyjących na marginesie Romów i równie wyautowanych z życia społecznego emigrantów z Afryki, których wątek wprowadzony został do głównej fabuły. Egzystencja z dnia na dzień obu tych zbiorowości naznaczona jest ciągłą niepewnością, wyobcowaniem, brakiem perspektyw. Carpignano zdaje się mówić, że w zachodnich społeczeństwach nie tylko trudno być Cyganem czy Afrykańczykiem o innym kolorze skóry, ale ogólnie kimś obcym, spoza narodowej wspólnoty czy kulturowego kręgu. Państwowe mechanizmu także są ułomne, jeśli chodzi o integrację lub wyciąganie z patologicznych nizin zarówno całych rodzin, jak i pojedynczych jednostek. Włoch z Nowego Jorku, mimo że nie snuje jakichś wyjątkowo oryginalnych refleksji, jest bardzo przyzwoitym obserwatorem paradoksów współczesności. Dobrze potrafi komentować językiem filmowym najbardziej aktualne problemy Europy, szukając bardziej uniwersalnych wniosków. Jonas Carpignano – to nazwisko warto zapamiętać.

 

W kinie: Baby Driver

baby driver3

 

BABY DRIVER
polska premiera: 7.07.2017
reż. Edgar Wright

moja ocena: 7/10

 

Jest paru takich filmowych twórców, z którymi – tak sądzę – doskonale dogadałabym się na zupełnie prywatnej stopie. Wydaje mi się, że jednym z takich ludzi jest Edgar Wright. To bowiem koleś, który od lat w pierwszej kolejności pielęgnuje swoją kinofilską duszę, w drugiej – wciela się w rolę reżysera. Od czasów „Scotta Pilgrima” – tegoż samego Wrighta zresztą – nie było w kinie dzieła tak beztrosko bawiącego się filmowymi cytatami, tak luzacko, a przy tym błyskotliwie traktującego popularne konwencje i schematy. Jeśli po zwiastunie „Baby Driver” odnieśliście wrażenie, że to będzie jakiś pastisz kultowego „Drive”, to skojarzenie nie było do końca słuszne. Różnica jest taka: o ile Refn szukając inspiracji w popkulturze, tworzy coś na kształt zmysłowego spektaklu starającego się uderzać w bardziej wysokie nuty, o tyle Wright na bazie popkultury robi czystą, bezczelną rozrywkę. Punkt wyjściowy „Drive” i „Baby Driver” jest podobny – oto kierowca doskonały na usługach kryminalnego świata, spotykając odpowiednią dziewczynę, stara się zerwać z przestępczym fachem, mając przed sobą jeden, ostatni skok. Na tym jednak podobieństwa się kończą. Baby ma bowiem za sobą konkretną historię, na którą składają się traumatyczne przeżycia z dzieciństwa, chwytający za serce związek z niepełnosprawnym ojczymem i osobliwa relacja z szefem wszystkich gangsterskich szefów w mieście. Baby ma też masę iPODów z muzyką, bez których nie rusza się z domu. Słuchawki na uszach ma zarówno podczas spacerowania po mieście, jak i w trakcie napadu. Bez odpowiedniej piosenki nie odpali nawet samochodu, by zwiać z miejsca przestępstwa. W filmie Wrighta nie mogło też oczywiście zabraknąć szalonych pościgów, komiksowych złoczyńców, nieoczekiwanych zawrotów akcji i słodko naiwnego wątku miłosnego. Na papierze trąci to wszystko trochę zgraną płytą, ale w praktyce Baby zabiera widza na fajową, pełną przygód przejażdżkę, w trakcie której czuje się przede wszystkim to, że oto oglądamy film zrobiony od serca, bez ściemy i spiny. Dokładnie taki, jaki chciałby zobaczyć w kinie jego twórca. Ten gość po prostu kocha kino, a ja za to kocham Edgara Wrighta.

 

Miesiąc w muzyce: czerwiec 2017 (piosenki)

PIOSENKI CZERWCA

number1
bravestation

Bravestation – Up For You
7”, 2017
Try this!

 

number2
gordi

Gordi – Heaven I Know
Reservoir LP, 2017
Try this!

 

number3
alvvays

Alvvays – In Undertow
Antisocialites LP, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Hoops – Sun’s Out (Routines LP) Try this!
[pop z przesterami] [przebojowo]

Anna of the North – Lovers (Lovers LP) Try this!
[kobiecy pop] [ciepła muzyka]

Ariel Pink – Another Weekend (Dedicated To Bobby Jameson LP) Try this!
[retro psycho pop] [leniwie]

Samantha Urbani – Go Deeper (7”) Try this!
[electro pop] [retro brzmienia]

Daphni – Tin (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [inny szyld Caribou]

Exit Someone – Forbidden Colours (7”) Try this!
[retro brzmienia] [sophisti pop]

Kedr Livanskiy – Ariadna (Ariadna LP) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka oniryczna]

Deerhoof feat. Jenn Wasner – I Will Spite Survive (Mountain Moves LP) Try this!
[psycho pop] [letnie brzmienie]

Toro Y Moi – Girl Like You (Boo Boo LP) Try this!
[indie pop] [letnio i lekko]

Iron & Wine – Call It Dreaming (Beast Epic LP) Try this!
[folkowy pop] [siła butelności]

Shout Out Louds – Oh Oh (7”) Try this!
[indie pop] [chwytiliwe]

Marlene – Don’t You Worry (7”) Try this!
[nowoczesny pop] [pozytywnie]

Dagny – Wearing Nothing (7”) Try this!
[kobiecy pop] [przebojowe]

Torres – Skim (7”) Try this!
[indie rock] [z charakterem]

Matthew Dear – Modafinil Blues (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [mrocznie]

The National – Guilty Party (Sleep Well Beast LP) Try this!
[indie pop/rock] [lirycznie]

Nosaj Thing feat. Steve Spacek – All Points Back To U (Parallels LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [delikatnie]

RAY BLK – Doing Me (7”) Try this!
[dziewczyński hip hop] [podwórkowy klimat]

Allie X – Downtown (CollXtion II LP) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

VÉRITÉ – Nothing (Somewhere In Between LP) Try this!
[electro pop] [kobieco]

The Clientele – Lunar Days (Music for the Age of Miracles LP) Try this!
[indie pop] [moc subtelności]

Romantic Fellas – First Lover (How To Be Romantic LP) Try this!
[soulujący pop] [polska muzyka elektroniczna]

Waxahatchee – Never Been Wrong (Out In The Storm LP) Try this!
[indie rock] [energetycznie]

Emily Haines & The Soft Skeleton – Fatal Gift (7”) Try this!
[indie pop] [wyrazista ballada]

Kali Uchis feat. Jorja Smith – Tyrant (7”) Try this!
[r’n’b] [kolorowe]

Mery Spolsky – Miło Było Pana Poznać (7”) Try this!
[electro pop] [dowcipne]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: Going in Style

goinginstyl

 

GOING IN STYLE
polska premiera: 30.06.2017
reż. Zach Braff

moja ocena: 4/10

 

Ten film to trochę taka parodia „Ja, Daniel Blake”, bo koślawo tłumacząca na prosty, schematyczny język amerykańskiego kina rozrywkowego ważkie sprawy społeczne. Obrazująca potoczną, ludyczną opinię o tym, jak to system zaniedbuje i wykorzystuje na stare latach tych, którzy wcześniej przez wiele dekad go budowali. Żyjemy w czasach, w których sprawiedliwość społeczna – choć z emfazą wykrzykiwana w trakcie gorących (zwłaszcza wyborczych) przemówień przez większość polityków na całym świecie – to właściwie pusty slogan. Jeśli bowiem sam nie przejmiesz nad rzeczywistością kontroli albo odpowiednio wcześniej o swoją przyszłość nie zadbasz, żadna sprawiedliwość cię nie czeka. Tego uczą się bohaterowie „Going in Style”, gdy właściwie z dnia na dzień tracą emeryturę od dawnego pracodawcy, który znika z lokalnego rynku, przenosząc produkcję do tańszej Azji. To zaraz prowadzi ich do odczuwalnego spadku i tak niezbyt wysokiego poziomu życia oraz problemów z wypłacalnością. Naturalnie gniew rozzłoszczonych emerytów kieruje się w stronę bezwzględnego banku, który ostatecznie planują napaść. Wykazują się przy tym sprytem nie mniejszym niż ekipa z „Ocean’s Eleven”, mimo że nie mają ani ich gracji, wigoru czy doświadczenia. W tym momencie „Going in Style” zjeżdża na tory błahej opowiastki o sprawiedliwych, acz sędziwych robin hoodach, odbierających z brawurą jedynie to, co im się należy. Społeczna obserwacja ustępuje miejsca odprężającemu widowisku, w którym od ściskania kciuków za naszych dzielnych, nieskazitelnych bohaterów można dostać odcisków. Zero refleksji nad tym, że może napady na bank nie są najlepszym sposobem na naprawianie kulawego systemu redystrybucji dochodów i pomocy osobom starszym. Nie wiem, jak Zach Braff to zrobił, ale nawet ja czuję pewien niesmak, patrząc w jak kretyńsko nieznaczący sposób wykorzystano skądinąd istotny, trudny temat społeczny.

 

W kinie: Gru, Dru i Minionki

minionki3

 

GRU, DRU I MINIONKI
polska premiera: 30.06.2017
reż. Pierre Coffin, Kyle Balda

moja ocena: 6/10

 

Minionki to chyba najfajniejsze, fantastyczne postacie, jakie dało widzom kino XXI wieku. Przypomnijmy bowiem, sympatyczne żółte stworki to przecież wcale nie takie milusie stworzonka do przytulania, ale dość wredne istotki, bo to, co kochają nawet bardziej niż robienie kawałów i bycie rozkosznymi zgrywusami, to wykonywanie poleceń jakiegoś totalnego złoczyńcy, łamiącego prawo i – jeszcze lepiej – zagrażającego światu. Po przygarnięciu osieroconych dziewczynek z domu dziecka i ustatkowaniu się u boku klawej Lucy Gru porzucił życie łotra, które związało go z minionkami, dlatego też w trzeciej części serii losy żółtych stworzonek i rodziny ich dotychczasowego towarzysza wyraźnie się rozminą. Minionki opuszczą Gru, ich pierwotna, łobuzerska natura zaprowadzi je wprost do więzienia, a główna akcja filmu będzie się toczyć innym torem.

Lukę po małych psotnikach zajmie brat-bliźniak Gru, o istnieniu którego ten do tej pory nie wiedział. Dru – jakże by inaczej – okaże się totalnym przeciwieństwem swojego krewnego. Skoro Gru jest łysy, jego brat musi mieć bujną blond fryzurę. Skoro Gru to ponurak z natury, Dru musi epatować wyjątkowo pogodnym usposobieniem. Skoro Gru do perfekcji opanował przestępczy fach, ale nie chce iść już tą ścieżką, Dru wprost przeciwnie – nie ma umiejętności i instynktu złoczyńcy, ale marzy o tym, by nim zostać. Ogrywanie akcji filmu o tak ostentacyjne różnice charakterologiczne (literalnie – białe vs. czarne) bywa zabawne, ale stanowi zabieg najprostszy z możliwych. Co niechybnie przypomina o tym, że w przypadku serii „Despicable Me” ciągle mamy do czynienia tylko z miłą bajką dla dzieciaków.

Choć film nieustannie mruga także do dorosłego widza, co najlepiej widać w konstrukcji głównego antagonisty Gru i jego kompanii. Czymże byłaby bowiem opowieść o minionkach, gdyby nie jakiś marzący o zniszczeniu świata rzezimieszek. Tym razem ów przestępca nazywa się Balthazar Bratt, który z dziecięcej gwiazdy telewizyjnego serialu z lat 80. przeobraził się w kuriozalnego antybohatera, pragnącego zemścić się na wszystkich tych, którzy niegdyś zdjęli jego program z anteny. W przypadku tej postaci twórcy „Gru, Dru i Minionki” ewidentnie odrobili lekcję z tego, co może bawić dojrzalszego widza. Podobnie jak w „Strażnikach Galaktyki” to nostalgia za przeszłością, dlatego też Bratt nie tylko wygląda jak NRD-owski piłkarz, ale używa również uroczo archaicznych gadżetów i (dosłownie!) strzela ejtisowymi przebojami muzycznymi z kiczowatej, kolorowej gitary.

„Gru, Dru i Minionki” to całkiem przyjemna produkcja, dowodząca jednak tego, że pomysł twórców minionków aktualnie trochę ich przerasta. Gdy żółte stworki uczyniono pierwszoplanowymi bohaterami filmu, wyszło to średnio. Gdy zepchnięto je na plan dalszy – jak w tegorocznej odsłonie „Despicable Me” – ewidentnie zabrakło w filmie ich chuligańskiej energii i szelmowskiego humoru. Film przesunął się w stronę lekko cukrowatej, familijnej opowiastki, a obecność żółtych stworków sprowadzono w dużej mierze do poziomu tej, jaką w „Epoce Lodowcowej” posiadała pamiętna wiewiórka. A współczesna popkultura nie może sobie po prostu pozwolić na marnotrawienie tak fajnych bohaterów jak niesforne minionki. Trzeba więc mocno ściskać kciuki za to, by kolejne filmowe odsłony ich przygód, rozwinęły w lepszym kierunku ich rozrabiacki potencjał, a nie sprowadzały ich rolę głównie do marketingowego magnesu.

 

W kinie: Raw (NH)

raw

 

RAW
Nowe Horyzonty 2017
reż. Julia Ducournau

moja ocena: 6.5/10

 

Niewiele filmów ma tak brawurowy PR, jak „Raw”. To bowiem nie dobre recenzje po canneńskiej premierze, ale news o nieprzytomnych widzach na pokazach w Toronto sprawił, że o debiucie Julii Ducournau zaczęło być głośno. Jak w wielu przypadkach, także i przy „Raw” wysokie oczekiwania nieco mijają się z rzeczywistością, ale warto odnotować fakt, że także w horrorach, podobnie jak ma to miejsce w kinie sci-fi, zachodzi jakaś cicha rewolucja, zrywająca z gatunkowymi kliszami i oczywistymi konwencjami. Fabuła Ducournau też to robi, choć nie potrafi jeszcze zgrabnie uciec od innego schematu – filmu coming-of-age ulokowanego w studenckim światku. Wzbogaconego, co prawda, o ów niebanalny cielesny, biologiczny wątek, wedle którego niewinna dziewczyna przeobraża się z kapłanki wegetarianizmu w żądną mięsa kanibalkę. „Raw” pozostaje jednak dość prostą historią o dorastaniu, choć zaserwowaną w wyjątkowo intrygującej, „surowej” formie. Film Ducournau utrzymany jest w całkiem ponurym nastroju, atmosfera jest tu dusza i gęsta, a narracja powolna. Nawet jeśli zdziczałe, akademickie środowisko wygląda w „Raw” dość absurdalnie, ładnie równoważy je delikatność i wyobcowanie głównej bohaterki, której zezwierzęcenie sprawia wrażenie dużo bardziej naturalnego i normalnego niż pusta prymitywność jej kolegów studentów. I tutaj dochodzimy do sedna wymowy filmu, w którym chodzi przede wszystkim o to, by elementy body-horroru, młodzieżowego dramatu i opowieści o kanibalizmie wykorzystać do egzystencjalnej refleksji o tym, że człowiek to tyleż aronsonowska istota społeczna, ile wyposażone w świadomość zwierzę, wiedzione instynktami, popędami i biologicznymi potrzebami. Julia Ducournau nie jest pierwszą reżyserką, która bawi się filmową formą, by coś takiego pokazać. Nie jest też pierwszą, która poprzez sensację i kontrowersję szuka rozgłosu dla swojej twórczości. Nazwisko Francuzki warto jednak zapamiętać, bo animuszu, wyobraźni i oryginalnej, filmowej wrażliwości, to na pewno jej nie brakuje.

 

 

***
Kasia na Nowych Horyzontach powered by: