W kinie: W sieci

wsieci

 

W SIECI
polska premira: 21.04.2017
reż. Kim Ki-duk

moja ocena: 6/10

 

Zaskakująco tradycyjny i w swojej wymowie – mimo pewnej metafory – dosłowny jak na Kim Ki-duka film, który gdzieś na marginesie może sugerować, że azjatycki twórca po osobistych perturbacjach wraca na właściwie tory, przynajmniej w kwestii swojej zawodowej aktywności. Mieszkający na koreańskim pograniczu prosty rybak z Północy przez przypadek i całkowicie niezamierzenie trafia na demokratyczne Południe – wymarzony kierunek dla wielu jego rodaków. Ale ponieważ Nam Chul-woo pozostawił w domu ukochaną żonę i dziecko, jedyne o czym marzy, to jak najszybciej wrócić do domu. Błyskawicznie jednak okaże się, że nawet w demokratycznym kraju prawo, procedury i ich egzekucja potrafią ograniczać wolność jednostki dokładnie tak samo, jak w totalitarnym reżimie. Kim Ki-duk zdaje się stawiać diagnozę, iż każdy organizm państwowy – bez względu na ustrojowe ramy – dąży do tego, by obywatela kontrolować, narzucać mu pewne wzory postępowania i zachowania, a nawet podejmować za niego decyzje (z argumentacją, iż wie lepiej – w imieniu instytucji robią to pracujący dla niej urzędnicy). Mimo dość przewidywalnej i niespecjalnie wyrafinowanej struktury, dużą wartością w “W sieci” jest owo przesłanie filmu, które zdecydowanie wykracza poza proste porównanie totalitarnych i demokratycznych standardów, tylko pozornie się różniących. To gorzka ocena mechanizmów funkcjonowania współczesnych struktur państwowych, które zamiast tworzyć ramy dla spokojnej koegzystencji jednostek, coraz mocniej – w majestacie prawa i przepisów – je ubezwłasnowolnia.

 

#2 If I might see another Spring

ryamagata18

 

Kolejna porcja wiosennej muzyki, choć tym razem w bardziej melancholijnym wydaniu, swój tytuł zaczerpnęła z wiersza Christiny Rossetti. Ta w Polsce praktycznie nieznana autorka w swojej ojczyźnie, Anglii, uchodzi za jedną z najlepszych poetek epoki wiktoriańskiej. Co ciekawe, dużo w jej utworach przyrody.

Na mojej składance znajduje się sporo ładnej muzyki, w tym pięknych ballad, w których zasłuchiwałam się zarówno w latach 90. (Bic Runga), jak i dekadę temu (Sibylle Baier – odkryta ponad 20 lat od momentu, gdy zostały zarejestrowane jej piosenki).

Tracklista:

1. Ellen Allien & Apparat – Way Out (Orchestra of Bubbles LP, 2006)
2. Rachael Yamagata – Worn Me Down (Worn Me Down EP, 2003)
3. Marumari – Baby M (Supermogadon LP, 2001)
4. Sparklehorse – Maria’s Little Elbows (Good Morning Spider LP, 1998)
5. Bic Runga – Sway (Drive LP, 1997)
6. Antena – To Climb The Cliff (Camino Del Sol LP, 1987)
7. The Innocence Mission – Wonder Of Birds (The Innocence Mission LP, 1989)
8. Paavoharju – Valo Tihkuu Kaiken Läpi (Yhä Hämärää LP, 2005)
9. Young Marble Giants – Music For Evenings (Colossal Youth LP, 1980)
10. J.J. Cale – Travelling Light (Troubadour LP, 1976)
11. Nico Muhly – It Goes Without Saying (Speaks Volumes LP, 2006)
12. Syd Barrett – Baby Lemonade (Barrett LP, 1970)
13. Kate Bush – The Sensual World (The Sensual World LP, 1989)
14. The Teardrop Explodes – When I Dream (Kilimanjaro, 1980)
15. Longpigs – Lost Myself (The Sun Is Often Out LP, 1996)
16. Mercury Rev – Goddess On A Highway (Deserter’s Songs LP, 1998)
17. Albert Ayler – Ghosts (Ghosts LP, 1965)
18. Cilla Black – Anyone Who Had A Heart (7”, 1969)
19. Martha Wainwright – Bloody Mother Fucking Asshole (Martha Wainwright LP, 2005)
20. Sibylle Baier – Tonight (Colour Green LP, 1970s/2006)

Do posłuchania na YT >>>
Do posłuchania na Spotify >>>

W kinie: Life

life

 

LIFE
polska premiera: 24.03.2017
reż. Daniel Espinosa

moja ocena: 4.5/10

 

Czekając na premierę “Obcy: Przymierze”… Grupa naukowców odkrywa życie na Marsie. Po przebadaniu znaleziska jeszcze na statku kosmicznym i ustaleniu, czy jest bezpieczne dla ludzi, mogą zabrać je na Ziemię i tym samym wrócić do domu. Jak się można domyśleć, obcy organizm nie ma wcale przyjaznych zamiarów wobec ekipy naukowców z innej planety. “Life” jest niby kinem sci-fi, ale tylko z powodu miejsca akcji i scenografii. Film toczy się właściwie tylko i wyłącznie w kosmosie, w klaustrofobicznych przestrzeniach nowoczesnego statku i centrum badawczego w jednym. Bohaterowie poruszają się w stanie nieważkości, w charakterystycznych skafandrach. To tak naprawdę jednak tylko quasi horror, łączący w sobie elementy survivalu i home invasion. Nikt tu nie ukrywa, że ma jakiekolwiek aspiracje, by opowiedzieć jakąś szczególnie wyrafinowaną historię o spotkaniu człowieka i istoty pozaziemskiej, choć film aż się o to prosi. Brakuje też w “Life” choćby jednej z sensem napisanej postaci. Ostatecznie bowiem to, kto przetrwa starcie z kosmitą, jest tak totalnie nieistotne, że właściwie trzymanie kciuków za sukces wrogo nastawionego do ludzi Calvina wydaje się najbardziej sprawiedliwe.

 

W kinie: Amok

amok

 

AMOK
polska premiera: 24.03.2016
reż. Kasia Adamik

moja ocena: 3.5/10

 

Jeśli celem Kasi Adamik było nakręcenie najbrzydszego, polskiego filmu tej dekady, to istnieje duża szansa, że to się właśnie jej udało. Nie chodzi o to, że scenografię w filmie potraktowano zbyt turpistycznie, że aktorom dodano jakiejś szpetności, że nastrój w tej opowieści jest nadmiernie posępny. Po prostu w “Amoku” wyjątkowo dziwnie, nieestetycznie właśnie zaaranżowano kadry (co wygląda niechlujnie, a nie jak “celowy zabieg artystyczny”), aktorom kazano grać z jakąś taką niestrawnie sztuczną manierą, wyposażając ich w wyjątkowo pierdołowate dialogi. Towarzysząca wydarzeniom w filmie bardzo ponura aura wygląda, jak zabieg mający wynagrodzić twórcom fakt, iż lata 90. to nie PRL i nie można tu było odwzorować jakiejś atrakcyjnej scenografii z epoki, więc postanowiono dużo z niej zasłonić karykaturalną mgłą. Mimo że role dwóch głównych protagonistów w “Amoku” w teorii napisano akurat dość przyzwoicie, relacja między nimi jest już wyjątkowo naciągana i teatralna (zresztą to samo można odnieść właściwie do wszystkich międzyludzkich relacji w filmie). W końcu, trudno domyślić się, dlaczego w ogóle sięgnięto po tę historię w pierwszej kolejności. Co zaintrygowało Kasię Adamik w jednej z najbardziej zagadkowych zbrodni Trzeciej Rzeczpospolitej. Reżyserka właściwie nie dopowiada żadnego wątku do końca, żadnego też ciekawie nie rozwija, żadnego nie traktuje jako wiodącego w swojej historii. Być może polskie kino powinno już skończyć z tym revivalem kryminałów, bo co za dużo, to najwyraźniej niezdrowo.

 

W kinie: Frantz

frantz

 

FRANTZ
Wiosna Filmów 2017
reż. François Ozon

moja ocena: 7/10

 

François Ozon nie skończył jeszcze 50 lat, a w swojej karierze nakręcił już tyle filmów, iż jego filmografia ma w sobie coś z pchlego targu – znajdziemy tam właściwie wszystko, ale niekoniecznie rzeczy najlepszej jakości. Aż tu nagle pojawia się taki “Frantz” – autentyczna perełka nie tylko, jeśli chodzi o Francuza, ale w ogóle całe, współczesne kino europejskie. Do pogrążonego w żałobie małego, niemieckiego miasteczka przyjeżdża tajemniczy gość. To francuski weteran wojenny, który przybył złożyć kwiaty na grobie – jak twierdzi – swojego przyjaciela. Po śmierci Frantza zatrzymało się życie jego rodziców i mieszkającej ciągle z nimi jego narzeczonej, Anny, którą starsi państwo traktują jak córkę. Adrien pojawia się w ich życiu nagle i w jakimś stopniu równie niespodziewanie wypełnia lukę, jaką zmarły po sobie pozostawił. Kim naprawdę jest przybysz z Francji i jaka była jego relacja z Frantzem wyjaśni się w toku akcji, ale nim to nastąpi czeka nas wiele, świetnych zwrotów akcji. Magia tego filmu polega na tym, że za pomocą bardzo skromnych, ale jednocześnie wysmakowanych środków opowiada on fantastyczną, w jakimś stopniu szlachetną, ale też prostą historię. Z pogranicza staroświeckiego melodramatu i noirowego kryminału. O tym, że w niektórych sytuacjach kłamstwo jest lepsze niż najbardziej znacząca prawda. O tym, że życie w fikcji potrafi leczyć rany skuteczniej niż rzeczywistość. Oprócz zagmatwanej historii Frantza, Anny i Adriena w filmie Ozona znalazł się też przejmujący obraz upadłego, okaleczonego społeczeństwa, które nie potrafiło pogodzić się ani ze śmiercią, którą wojna ze sobą przyniosła, ani z faktem, iż to oni ją przegrali. Na tym wrażliwym gruncie niedługo potem wykiełkowała również jeszcze okrutniejsza w skutkach ideologia, która po raz kolejny skąpała Europę we krwi i pożodze. Ten obraz – jakby rewers “Białej Wstążki” Hanekego – stanowi tło dla autentycznego dramatu zwyczajnych ludzi, a wśród nich są też tacy jak Anna, którzy mimo wyjątkowo przygnębiającej sytuacji postanawiają przyjąć rolę narratora i głównego bohatera swojego życia. By podnieść się z upadku i oddalić od bolesnej przeszłości.

 

Miesiąc w muzyce: marzec 2017 (piosenki)

PIOSENKI MARCA

number1
charlotteoc

Charlotte OC – Shell
7”, 2017
Try this!

 

number2
haerts2017

Haerts – Your Love
7”, 2017
Try this!

 

number3
forestsw

Forest Swords – The Highest Flood
Compassion LP, 2017
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Hurray For The Riff Raff – Pa’lante (The Navigator LP) Try this!
[rockowa ekspresja] [feministycznie]

Joe Goddard – Home (Electric Lines LP) Try this!
[muzyka klubowa] [tanecznie]

Charli XCX feat. Uffie – Babygirl (Number 1 Angel LP) Try this!
[pop z energią] [błyskotliwe]

Abi Ocia – Konfyt (7”) Try this!
[londyńskie brzmienia] [intymnie]

Slowdive – Sugar for the Pill (Slowdive LP) Try this!
[shoegaze] [dream pop]

Chastity Belt – Different Now (I Used to Spend So Much Time Alone LP) Try this!
[kobiecy zespół] [z charakterem]

Young Galaxy – Stay For Real (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [przebojowo]

Leif Vollebekk – All Night Sedans (Twin Solitude LP) Try this!
[popowa ballada] [nastrojowo]

Hoops – On Top (Routines LP) Try this!
[indie] [trochę przesterów]

Aldous Harding – Imagining My Man (Party LP) Try this!
[muzyka kobieca] [klimatycznie]

Future Islands – Cave (The Far Field LP) Try this!
[indie pop/rock] [przebojowa charyzma]

SoKo – Sweet Sound of Ignorance (7”) Try this!
[elektronika z nutą psychodelii] [leniwa niedziela]

Kyla La Grange – Love Harder (7”) Try this!
[kobiecy pop] [z energią]

Nite Jewel – 2 Good 2 Be True (Real High LP) Try this!
[klubowe klimaty] [soulujący pop]

Anne Dereaux – Mo(u)rning (7”) Try this!
[post soul] [wpływy FKA Twigs]

Kraków Loves Adana – Beautiful Lie (Call Yourself New LP) Try this!
[indie] [nowofalowy nastrój]

alt-J – 3WW (Relaxer LP) Try this!
[popowa ballada] [nastrojowo]

Charlotte Adigéry – Senegal Seduction (7”) Try this!
[elektronika] [inspirowane Stereolab]

Mura Masa & Charli XCX – 1 Night (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [nowe brzmienia]

New People – Lucky One (7”) Try this!
[sophisti pop] [made in Poland]

Hatti Vatti – Hero/in (Szum LP) Try this!
[elektronika] [nowe brzmienia]

LANY – Good Girls (7”) Try this!
[sophisty pop] [optymistycznie]

Alex G – Bobby (Rocket LP) Try this!
[sophisty pop] [optymistycznie]

Bipolar Sunshine – Are You Happy (7”) Try this!
[pop] [stadionowy hit]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: Ghost In The Shell

ghostshell

 

GHOST IN THE SHELL
polska premiera: 31.03.2016
reż. Rupert Sanders

moja ocena: 5/10

 

Przy okazji tej – jakże wyczekiwanej premiery – nasunęło mi się tyle refleksji, że z góry przepraszam, iż może być tu trochę chaotycznie. Bardzo przypadł mi do gustu zwiastun “Ghost In The Shell”. Miał on bowiem w sobie dokładnie ten sam mroczny, psychodeliczny nastrój, co animacja Mamoru Oshiiego sprzed ponad 20 lat. Współcześnie dobre kino sci-fi potrafi być tak wizualnie wysmakowane, że ciężko uznawać całe już tegoroczne “Ghost In The Shell” za coś przełomowego dla gatunku, ale przynajmniej na poziomie obrazu duch pierwowzoru tkwi w tej odświeżonej skorupie. Trochę inaczej ma się sprawa z wymową samego filmu. Nowa wersja to oczywiście wytwór amerykański i wynika z tego wiele, niekoniecznie pozytywnych rzeczy. Animowany pierwowzór zawierał w sobie poważny, filozoficzny ładunek. Pytał o to, co decyduje o byciu istotą ludzką i człowieczeństwie. Rysował wyrafinowaną wizję przyszłości, którą definiowała ambiwalentna relacja świata ludzi i maszyn, pogoń za technologicznymi przełomami, nieustanne i niepokojące przesuwanie granic w nauce i życiu społecznym. “Ghost In The Shell” Oshiiego – poprzez postawę głównej bohaterki – miało też w sobie sporo punkowego buntu i anarchizującej energii. W nowej wersji pierwotną treść wyraźnie zbanalizowano i uproszczono, zastąpiono spektakularnymi strzelaninami i tanim, typowym dla kina amerykańskiego dramatyzmem (cały wątek z Dr Ouelet, graną przez Juliette Binoche, którego nie ma w starej produkcji). Kolejną, futurystyczną i dość trudną (bo cała uwaga filmu skupia się w sumie na jednej postaci) rolę dobrze uniosła na swoich barkach Scarlett Johansson. Mimo że wybór aktorki otrzymał błogosławieństwo Oshiiego, raczej nie spotkał się z przychylnością największych fanów “Ghost In The Shell”. Japończykowi Amerykanka mogła się podobać, bo być może wypełnia ona tu tę lekko perwersyjną obsesję reżysera na punkcie blondynek w czarnych perukach – w kręconym we Wrocławiu i okolicach pamiętnym “Avalonie” Oshii tak ucharakteryzował przecież Małgorzatę Foremniak. Świetnym, obsadowym strzałem okazała się kreacja Takeshi Kitano, będąca małym hołdem dla twórczości tego znakomitego reżysera. Reszta ekipy nie bardzo miała czym się popisać, bo po prostu kiepsko zostali napisani pozostali bohaterowie drugiego planu (w tym szczególnie haker Kuze). Można by tak analizować ten film dalej, ale najistotniejsze pytanie o “Ghost In The Shell” powinno brzmieć nie, czy to udany film, ale czy potrzebny. Otóż niestety niekoniecznie. Historia z amerykańską wersją to prawdziwa telenowela, bo prawa do niej kupiono dekadę temu, a dokonał tego sam Steven Spielberg. W między czasie kino sci-fi, zainspirowane m.in. “Ghost In The Shell” z 1995 roku, poszło mocno do przodu, zarówno pod kątem wysokobudżetowych spektakli, jak i kameralnych, filozofujących produkcji. Dzieło Oshiiego powstało zaś w specyficznym kontekście. Przesiąknięte było ponurym nastrojem japońskiej “straconej dekady” i obawami co do przyszłości, jak inne, również kultowe animacje tego okresu. Zresztą właściwie żadna z nich mocno się nie zestarzała. Wiele z nich zawiera sporo, bardzo aktualnych ciągle treści. Globalizacja też wtedy nie była tak intensywna, jak obecnie, więc takie kino Europejczykom czy Amerykanom wydało się (i słusznie) intrygujące, egzotyczne i świeże. W przypadku nowego “Ghost In The Shell” nie widać żadnego powodu, dla którego ten film powinien powstać, poza spieniężeniem zakupionych niegdyś praw, a w przypadku sukcesu zapoczątkowania nowej, kasowej serii o kobiecie-cyborgu walczącej z bezprawiem. Rupert Sanders też nie jest specjalnie wybitnym reżyserem. Mimo że zdradzał sympatię do japońskiej animacji kuriozalnie przemycając motywy z “Księżniczki Mononoke” do “Królewny Śnieżki i Łowcy”, “Ghost In The Shell” zasługiwało na lepszego człowieka po tej stronie kamery. Zatem w przypadku dzieła Sandersa rachunek zysków i strat może się ostatecznie zgadzać, ale czy twórców filmu należy za klepać po plecach – mam duże wątpliwości.

 

W kinie: Człowiek o tysiącu twarzy

1000twarzy

 

CZŁOWIEK O TYSIĄCU TWARZY
17. Tydzień Kina Hiszpańskiego
reż. Alberto Rodríguez

moja ocena: 6.5/10

 

Mając w pamięci niedawno oglądane przeze mnie “Gold”, twórcom z Hollywood poleciłabym korepetycje u Hiszpanów, jak robić kino oparte na nieprawdopodobnych, ale autentycznych historiach. Tytułowym człowiekiem o tysiącu twarzy w filmie Alberto Rodrígueza jest niejaki Francisco Paesa – facet, który w życiu zajmował się właściwie wszystkim. Od podejrzanych biznesów po prowadzenie tajnych, rządowych operacji wymierzonych w ETA. Paesę poznajemy w momencie, gdy nie pełni on już żadnej znaczącej roli, próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy nieco odcięty od dużych pieniędzy i politycznych wpływów, szuka pomysłu na życie. Ten podsuwa mu były dyrektor generalny policji, który musi ukryć majątek zgromadzony w nielegalny sposób. Paesa okazuje się jego ostatnią deską ratunku, bo potrafi stworzyć skomplikowaną sieć powiązań i połączeń, po której skutecznie potrafi się poruszać tylko on sam. Choć akcja filmu reżyser pamiętnego dzieła “Stare grzechy mają długie cienie” dzieje się w latach 90., przesiąknięta jest klimatem tej przed-cyfrowej epoki, “Człowiek o tysiącu twarzy” stanowi ciekawą mieszankę politycznego kina noir w starym, amerykańskim stylu (wielopiętrowe śledztwa i intrygi opierały się na międzyludzkich kontaktach, z których większość to były szemrane postacie z wątpliwą przeszłością) i stylowych, francuskich, niemalże przygodowych filmów sensacyjnych z lat 60. i 70., z których jednym z bardziej znanych jest “Człowiek z Rio” z Jean-Paulem Belmondo. Rodríguez ma jednak własny styl, co ułatwia mu sprawę, oddalając go od statusu zdolnego kopisty. Potrafił fajnie zbilansować niesamowitość samej intrygi, ducha czasów i niezwykłość swojego bohatera, choć być może w tym ostatnim zatracił się trochę zbyt mocno, poświęcając tym samym kilka innych, ciekawych wątków.

 

W kinie: Za późno na gniew

zagniew

 

ZA PÓŹNO NA GNIEW
17. Tydzień Kina Hiszpańskiego
reż. Raúl Arévalo

moja ocena: 7/10

 

Patrząc na liczbę nagród i pozytywnych recenzji, “Za późno na gniew” (przy okazji, świetne – mimo że nieliteralne – polskie tłumaczenie tytułu!) należy bez wątpienia uznać za najważniejszy film minionego sezonu na Półwyspie Iberyjskim. Stoi za nim Raúl Arévalo – świetny aktor, tu po raz pierwszy stojący po drugiej stronie kamery. To opowieść o akcie zemsty, w którym główny protagonista przyjmując wyjątkowo cierpliwą, metodyczną i beznamiętną pozę, kryje w sobie w gruncie rzeczy niewyobrażalną rozpacz, z jej powodu umierając wręcz od środka. Swoim wyważonym nastrojem i dość surowo prowadzoną narracją “Za późno na gniew” może budzić słuszne skojarzenia z estetyką klasycznego, amerykańskiego antywesternu (mamy tu też elementy kina drogi). Swoistym novum jest tu jednak podejście do przemocy. Pomimo że mamy do czynienia z męskim, szorstkim kinem, w którym brutalność jest, bo musi być obecna, ma ona bardzo intymny wymiar i stanowi element tragedii, która latami definiowała egzystencję głównego bohatera. Mściciel w “Za późno na gniew” jest samotnym, zrezygnowanym człowiekiem, który w ostatecznym akcie desperacji chce ukarać tych, którzy zniszczyli mu życie, ale po latach sytuacja jego oprawców też stała się zgoła odmienna. Ciężko tu sympatyzować z którąkolwiek ze stron, ale nie można mówić też o tym, że obok wydarzeń – jako widzowie – przechodzimy obojętnie, tyle że nie ma tu zastosowania czarno-biała skala ocen postaw i czynów. Zemsta w “Za późno na gniew” ma wyjątkowo gorzki smak. Nic nie wskazuje na to, że ukoi ból, rozliczy dawne krzywdy, wyrówna rachunki. Stanowi raczej dowód na ostateczny upadek człowieka w obliczu tragedii, po której nie można wrócić do siebie i której nie można zadośćuczynić.

 

Perły Klasyki Filmowej (9)

ludziezam


LUDZIE ZA MGŁĄ
Marcel Carné
1938

moja ocena: 9/10

 

W latach 30. twórcy tacy jak Fritz Lang czy Michael Curtiz krążyli gdzieś wokół motywów i idei, które dekadę później stworzyły gatunek filmu noir, w którym przez kolejne dziesięciolecia rewelacyjne dzieła tworzyli najznakomitsi twórcy w historii kina (od Wildera przez Hitchcocka do Polańskiego – w dużym uproszczeniu). Popularnie uważa się, iż ta estetyka, rozwijana przede wszystkim w produkcjach amerykańskich, była inspirowana niepokojami i niepewnością czasów wojny i tych tuż powojennych (najwięcej powstało ich w latach 1945-49). Tymczasem pierwsze dzieło, które spokojnie można by nazwać filmem noir, z charakterystycznymi dla tego gatunku elementami, powstało wcześniej. I to w Europie. Jean Gabin wciela się w “Ludziach za mgłą” w rolę dezertera armii kolonialnej Jeana, który w Hawrze szuka sposobu, by uciec do Ameryki Południowej, by tam odnaleźć lepsze życie. We francuskim mieście portowym spotyka wielu zwykłych ludzi, pochodzących z nizin społecznych lub reprezentantów ludu pracującego, którzy wpłyną na jego losy. Wśród nich będzie dziewczyna z przeszłością o głębokim, smutnym spojrzeniu. Nelly to typowa dla filmu noir femme fatale przyciągająca kłopoty, w które oczywiście wciągnie Jeana, niwelując jego wysiłki i plan ucieczki. Bohater Jeana Gabin ma wszystkie rysy, które za chwilę przejmą postacie grane przez Humphreya Bogarta. Jest szorstkim, ale wrażliwym mężczyzną (w obowiązkowym prochowcu i kapeluszu na głowie!), ciężko doświadczonym przez los i również przez niego naznaczony klęską. “Ludzie za mgłą” – jak na film powstały w latach 30. – został pięknie nakręcony. Dekadencki klimat Hawru, ponurego i skąpanego we mgle (większość zdjęć kręcona była nocą), wzbogaca fatalistyczną symbolikę fabuły. Marcel Carné to w końcu czołowy przedstawiciel tzw. realizmu poetyckiego, wyrosłego z przyziemnej, francuskiej literatury, Kammerspielu i poetyki kina Josefa von Sternberga. Lubię filmy noir i oglądałam ich naprawdę sporo, zarówno tych klasycznych tytułów, jak i tych nieco zapomnianych przez historię (moja ulubiona, nieco zaginiona perełka, to “Laura” Otto Premingera), ale najcudowniejsze dzieło tego gatunku powstało we Francji kilka lat przed eksplozją popularności estetyki noir w amerykańskim kinie.

 

whitedog


WHITE DOG
Samuel Fuller
1982

moja ocena: 8/10

 

Samuel Fuller jest jednym z bardziej niedocenionych, amerykańskich twórców. Dostawał nagrody głównie za całokształt twórczości zamiast za konkretne dzieła, a popełnił przynajmniej jedną świetną produkcję właściwie w każdej dekadzie od lat 50., począwszy od “Kradzieży na South Street”, na “White Dog” skończywszy (którego zresztą pierwotnie miał reżyserować Roman Polański, ale musiał wyjechać z USA). Film z 1982 luźno opiera się o powieść wybitnego, francuskiego pisarza Romaina Gary’ego, scenariusz do niego wspólnie z Fullerem napisał Curtis Hanson, wyprodukował go Jon Davison, któremu zawdzięczamy oba RoboCopy, muzykę stworzył sam Ennio Morricone. A mówimy przecież o skromnym dramacie, w którym młoda, aspirująca aktoreczka wchodzi w posiadanie psa, którego ktoś nauczył atakować czarnoskórych ludzi. Dziewczyna znajduje więc doświadczonego tresera, który kierowany ambicją, postanawia naprostować charakter zwierzęcia. “White Dog” jest jednym z najciekawszych filmów o rasizmie, jaki powstał w Ameryce. Nie dlatego, że opiera się on o ładnie i sensownie prowadzoną metaforę i świetny warsztat Fullera jako filmowca. Widać, że jego twórcy doskonale odrobili lekcję z teorii behawioryzmu (szczególnie tego, który badał wybitny psycholog B.F. Skinner) i potrafili jej elementy przekazać efektownym i błyskotliwym jednocześnie językiem kina. Ze względu na swój kontrowersyjny temat “White Dog” nigdy nie trafił do regularnej dystrybucji, zobaczyć go można było jedynie w płatnej, limitowanej telewizji. A dziś to film z gatunku kultowych, który trochę obnaża wszystkie niedostatki takiego “Białego Boga” Kornéla Mundruczó, który nie tak dawno temu podbijał festiwale na całym świecie.

 

jedzipij


JEDZ I PIJ, MĘŻCZYZNO I KOBIETO
Ang Lee
1994

moja ocena: 8/10

 

Filmografia Anga Lee wypełniona jest paradoksami. Gdy reżyser wciela się w rolę hollywoodzkiego wyrobnika, pogrąża się w przeciętności (“Hulk”, “Życie Pi”, “AlphaDog”). Gdy skupia się na kinie skromniejszym w środkach wyrazu, prezentuje się dużo korzystniej niż tylko sprawny rzemieślnik. Potwierdza to choćby powstały gdzieś na początku kariery Anga Lee, jeszcze w Tajwanie, uroczy komediodramat “Jedz i pij, mężczyzno i kobieto”. To film, w którym zaprezentowano nie tylko finezyjną, zniuansowaną opowieść o rodzinie na rozstaju dróg, ale też pyszną sztukę kulinarną regionu, która stanowi też nieodłączny składnik jego kultury. Spotkania z bliskimi przy stole, rozmowy o jedzeniu i gotowaniu, mają w sobie coś oczyszczającego i relaksującego. Ten ceremoniał czasem zastępuje też nieudane, bardziej bezpośrednie próby komunikacji z drugim człowiekiem. Dla bohaterów filmu stanowią one także smaczną odskocznię od problemów codzienności, choć czasem – w sensie metaforycznym – nie wszystko w ich trakcie smakuje słodko. Strażnikiem rytuału i najmocniejszym spoiwem rodziny w “Jedz i pij” jest Pan Chu, właściciel restauracji i wdowiec, który robi wszystko, co może, by swoim trzem, dorosłym córkom zapewnić bezpieczne, domowe ognisko. Niezależnie od niego jednak rodzina nie funkcjonuje tak, jak powinna. Cementują ją jedynie wystawne, niedzielne obiady, przygotowywane przez Pana Chu. Każda z kobiet zmaga się ze swoimi problemami, zastanawia się, co zrobić ze swoim życiem, jak zmierzyć się z nieoczekiwanymi zdarzeniami, które się w nim pojawiły. Spokój, stoickość oraz ciepło wobec bohaterów, jakie promieniują z historii trzech sióstr, przypominają estetykę serdecznego, filmowego storytellingu, która za chwilę – pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku – przysporzy międzynarodowej sławy innemu Azjacie, Hirokazu Koreedzie. Wspomnienie “Jedz i pij”, a nawet późniejszego “Brokeback Mountain”, powinno dla tajwańskiego twórcy stanowić pewną przestrogę – po co tarzać się w sztucznym basenie z wyimaginowanym tygrysem, skoro ma się tak świetną rękę w opowiadaniu prostych, głęboko humanistycznych, ciągle potrzebnych i wartościowych historii o zwyczajnych ludziach.