Miesiąc w muzyce: luty 2020 (piosenki)

PIOSENKI LUTEGO

number1
cocorosie2

CocoRosie – Restless
Put The Shine On LP, 2020
Try this!

 

number2
rosalie

Rosalie. – Nie Mów
IDeal LP, 2020
Try this!

 

number3
jessiew20

Jessie Ware – Spotlight
7”, 2020
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Coals – Pearls (Docusoap LP) Try this!
[polska elektronika] [nocna muzyka]

Grimes – Delete Forever (Miss Anthropocene LP) Try this!
[electro pop] [czarodziejka z księżyca]

Låpsley – Womxn (Through Water LP) Try this!
[kobiecy indie pop] [aksamitne brzmienie]

Khruangbin & Leon Bridges – Texas Sun (Texas Sun EP) Try this!
[americana] [alt country]

Donnie Castle – Wish You Well (Donnie II LP) Try this!
[gangsta elektronika] [nocne brzmienie]

Franky – Follow My Lead (7”) Try this!
[funkujący pop] [80s vibe]

Dua Lipa – Physical (Future Nostalgia LP) Try this!
[pop] [lista przebojów]

Braids – Young Buck (Shadow Offering LP) Try this!
[pop/rock] [muzyka elektroniczna]

Jessy Lanza – Lick In Heaven (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka miejska]

Yves Tumor – Gospel For A New Century (Heaven To A Tortured Mind LP) Try this!
[ciężka elektronika] [mroczna dusza]

Rina Sawayama – Comme Des Garçons (Like the Boys) (Sawayama LP) Try this!
[electro pop] [muzyka współczesna]

Aldous RH – Since 1992 (Respect 4 Devotion LP) Try this!
[retro r’n’b] [muzyka pościelowa]

TOPS – Witching Hour (I Feel Alive LP) Try this!
[indie pop] [zwiewnie]

Lala Lala & Grapetooth – Fantasy Movie (7”) Try this!
[retro pop] [oniryczna elektronika]

Yumi Zouma – Southwark (Truth or Consequences LP) Try this!
[lekki pop] [zwiewnie]

Sofia Kourtesis – Sarita Colonia (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Banoffee – Contagious (Look At Us Now Dad LP) Try this!
[pop] [chwytliwe]

OTHERLiiNE – One Line (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [atmosferyczne brzmienie]

Jack Garratt – Time (7”) Try this!
[pop/rock] [męskie granie]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Biały Biały Dzień

hviturh

 

BIAŁY BIAŁY DZIEŃ
polska premiera: 6.03.2020
reż. Hlynur Pálmason

moja ocena: 7.5/10

 

“Biały Biały Dzień” to film wyreżyserowana przez twórcę “Zimowych Braci” – onirycznego dramaru opowiedzianego w konwencji surrealistycznej baśni. Oba filmy stanowią esencję islandzkiego kina – chłodnego, klimatycznego i bardzo często naładowanego emocjami. Tym razem u Hlynura Pálmasona zniknęła ta baśniowa aura. Filmowa tkanka wydaje się twardsza, ale równie skupiona na zawiłości rodzinnych relacji, odbijających się w psychicznej kondycji bohatera. Islandzkie dzieło to mistrzowskie w swej precyzji studium żałoby, naznaczonej obłędem, tęsknotą, samotnością, nieokrzesaną fizyczną siłą i głęboko ukrytą wrażliwością głównego bohatera (Ingvar Sigurðsson). Jest nim owdowiały policjant na emeryturze, który niedawno stracił żonę. Z jej śmiercią wiążą się pewne niepokojące tajemnice i bolesne niedopowiedzenia. Kobieta pozostawiła po sobie ogromną pustkę, ale żyć trzeba dalej. Tym bardziej, że Ingimundur ma dla kogo. Z orbity mężczyzny nigdy nie zniknęła dorosła już córka, ciągle obecna jest też ukochana wnuczka, którą dziadek chętnie i czułością się opiekuje. Z równą maestrią Pálmason tworzy gęstą jak islandzka mgła atmosferę tajemnicy związanej z okolicznościami śmierci żony Ingimundura, jak i wprowadza do filmu rozluźniające nastrój niewymuszone elementy komediowe. Ale i tak największą, porywającą siłą filmu pozostaje główny bohater (znakomity w swej roli Sigurðsson). Z kategorii larger than life. Niespokojny i o wyjątkowo trudnym charakterze. Emocjonalnie pokomplikowany, bo borykający się z nieobecnością ukochanej osoby, której sekrety po jej odejściu żyją własnym życiem i pozwalają zagoić otwartych ran. W końcu to taka postać, co to gdy w końcu uroni łzę, pękają wszystkie inne serca.

 

W kinie: There Is No Evil (Berlinale)

thereisnoevil

 

THERE IS NO EVIL
Berlinale 2020
reż. Mohammad Rasoulof

moja ocena: 7.5/10

 

Irańskie “There is no Evil” wjechało na Berlinale niemalże na białym koniu, by uratować bardzo przeciętną w tym roku konkursową selekcję festiwalu. Złoty Niedźwiedź dla filmu Mohammada Rasoulofa – po prostu nie mogło być w tym roku innego rozstrzygnięcia. Zwycięstwo w Berlinie to nie pierwszy, międzynarodowy sukces irańskiego reżysera. W 2017 roku Rasoulof wyjechał z Cannes z głównym wyróżnieniem w sekcji Un Certain Regard. W dramacie “Uczciwy Człowiek” zderzył niezależność jednostki z mechanizmami autorytarnego państwa. Twórca wrócił do kraju, został aresztowany i skazany na rok więzienia, zakazano mu opuszczać Iran, ale przede wszystkim zabroniono dożywotnio robić filmy. Mohammad Rasoulof podzielił los Jafara Panahiego. Także pod tym względem, że nie miał zamiaru porzucać reżyserskiego krzesła. Jeśli w Irańczyku tliła się jakaś złość, niezgoda na to, co go spotkało, wykorzystał je w najlepszy z możliwych sposób. Stworzył monumentalne dzieło filmowe, sprzeciwiające się państwowej opresji oraz opowiadające się po stronie człowieka. Głównym tematem “There is no Evil” jest kara śmierci w Iranie. Jak pokazują bowiem statystyki niezależnych mediów, w ojczyźnie Rasoulofa takich wyroków na osobę wykonuje się najwięcej na świecie. Na film składają się cztery, teoretycznie niezależne od siebie nowele, z innymi wątkami i innymi bohaterami, ale razem bezkolizyjnie łączące się w fabułę przenikliwą i wielowymiarową. Można traktować każdą z części jako odbrębny epizod, ale tylko razem tworzoną one obraz kompletny. W dodatku dość zaczepny. Nie chodzi w nim zawsze o uwypuklanie okrutnych, moralnych wyborów, ale postawienie bohaterów i widzów przed dylematem, co by zrobili w tej sytuacji. “There is no Evil” to kino głęboko zaangażowane w swoją sprawę i jeszcze mocniej angażujące każdego, kto jest ogląda.

Samej kary śmierci Rasoulof nie rozpatruje w kategoriach sprawiedliwości i słuszności, bo ważniejszy w “There is no Evil” jest kontekst. Chodzi o państwo, które surowo i bezwzględnie egzekwując procedury i prawo, odbierając wolność wyboru, zatruwa społeczną tkankę, niszczy ludzkie życiorysy i dehumanizuje swoje instytucje. Zło niekoniecznie czynią źli ludzie – podkreśla w każdej historii reżyser, ale każda jednostkowa decyzja może mieć fatalne skutki dla całego mikroświata, w którym te osoby funkcjonują. W “There is no Evil” nie ma łatwych sytuacji, prostych dylematów i niestety też szczęśliwych zakończeń.

 

W kinie: Rizi (Berlinale)

rizi

 

RIZI
Berlinale 2020
reż. Tsai Ming-Liang

moja ocena: 5.5/10

 

Znajoma twarz Lee Kang-shenga. Mężczyzna patrzy za szklaną szybę z fotela w pustym domu. Pada deszcz, wieje wiatr, ale dookoła przygnębiająca cisza. Nie trudno odgadnąć, że takich dni w życiu bohatera nowego filmu Tsaia Ming-Liang jest wiele. Nuda, pustka i te nieznośne bóle pleców. Ponad 50-letni, ulubiony aktor tajwańskiego mistrza ciągle wygląda atrakcyjnie i przyciąga uwagę swoją nienaganną sylwetką. To, co widać z zewnątrz bywa jednak zwodnicze, bo we wewnętrzu ciało Lee Kang-shenga nieco się psuje. Inspiracją dla “Rizi” były faktyczne perypetie zdrowotne aktora, który nabawił się bolesnych problemów z plecami i kręgosłupem. Doświadczenia związane z rehabilitacją wykorzystał zarówno Lee, jak i Tsai. Drugim bohaterem filmu jest inny samotnik, Anon (Anong Houngheuangsy), któremu przyglądamy się, gdy przygotowuje składniki na potrawę rybną i warzywną zupę. Młody mężczyzna pracuje starannie, w skupieniu i odosobnieniu. Jego drogi przetną się w końcu z cierpiącym Kangiem. Cicha kontemplacja nad ciałem, jego ograniczeniami i niedyspozycjami. Rachityczna zaduma nad alienacją, która chyba jeszcze nigdy u Tajwańczyka nie miała tak fizycznego wymiaru. W “Rizi” mamy wszystko to, co stanowi wizytówkę niepodrabialnego stylu i wyciszonego kina Tsai Ming-Lianga, brakuje w nim jedynie emocji. Wybrzmiewają one z odpowiednią mocą jedynie w finale filmu, kiedy ciężar opowieści przenosi się na postać młodego Anona, co daje nadzieję na zmianę warty w tajwańskim układzie mistrza slow cinema. Gdy reżyser skupia się na Kangu i jego rehabilitacyjnych aktywnościach, więcej w tym przyziemnej dokumentalistyki, aniżeli “Tsaiowej” metafizyki, a tego pierwszego w filmie jest po prostu dużo więcej.

 

W kinie: Szarlatan (Berlinale)

charlatan

 

SZARLATAN
Berlinale 2020
reż. Agnieszka Holland

moja ocena: 5.5/10

 

Agnieszka Holland ma szósty zmysł do znajdowania intrygujących historii rozgrywających się w trudnym kontekście historycznym w naszym regionie Europy. “Szarlatan” stanowi najlepszy na to dowód. Tytułowym bohaterem filmu polskiej reżyserki jest czechosłowacki zielarz i uzdrowiciel Jan Mikolášek (Ivan Trojan), który leczył (albo może lepiej – obsłużył, bo mężczyzna nie lubił, gdy zwracano się do niego doktorskim tytułem i zawsze podkreślał, że nie jest lekarzem) co najmniej kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Dorobił się na tym niemałych pieniędzy, które wydawał zarówno na drogi alkohol i modne samochody, ale też fundował wakacje chorym dzieciom i przekazał dotacje na umacnianie socjalizmu po naszej stronie Żelaznej Kurtyny. Mikolášek umiał się odnaleźć w każdej sytuacji. Nawet w czasach nazistowskiej okupacji potrafił dowieść swoich umiejętności, analizując fiolki z moczem, wskazał na co może cierpieć pacjent. Wszystko się zmieniło po śmierci prezydenta Antonína Zápotocký’ego, który nie przeszkadzał działalności uzdrowiciela z Jenštejn, sam będąc jego pacjentem. W oka mgnieniu zniknął parasol ochronny i za Mikoláška zabrały się państwowe służby, uważając jego ludowe praktyki za szkodliwe dla komunistycznego społeczeństwa.

To właśnie zbliżająca się rozprawa w sądzie dla Agnieszki Holland staje się pretekstem do spojrzenia na zawiłą i niejednoznaczną biografię jej bohatera. Z jednej strony otwarta współpraca z przedstawicielami różnych władz, konformizm i megalomania. Z drugiej – poczucie misji, chęć pomocy jak największej liczbie ludzi i szczera religijność. Łatwo temu człowiekowi wznosić pomniki, jeszcze łatwiej oskarżać i nienawidzić. Holland porzuca dość szybko zawiłości życiorysu Mikoláška, jego motywacji czy skomplikowanego charakteru, pokazuje je dość pobieżnie i raczej z poczucia faktograficznego obowiązku i schematów kina biograficznego, bo skupia się na innym wątku – romantyczno-despotycznej relacji uzdrowiciela z jego asystentem Františkiem (Juraj Loj). Uczuciu fascynującym, bo oczywiście zakazanym, ale także niesymetrycznym, będącym często manifestacją władzy jednej ze stron, mimo to szczerym i prawdziwym. Wątek miłosny jednak rozmywa się w mechanicznie wyreżyserowanym, melodramatycznym spektaklu namiętności i powinności. Ciężko odgadnąć, dlaczego ta optyka ostatecznie w “Szarlatanie” przeważyła i miałaby być najciekawszą w patrzeniu na kogoś takiego jak Jan Mikolášek.

Współczesnemu kinu Agnieszki Holland zawsze czegoś brakuje. Na poziomie realizacyjnym to filmy nienaganne, na najwyższym poziomie. Stworzone z niezwykłą dbałością zwłaszcza o historyczny kontekst w najcięższych, niespokojnych czasach XX wieku w naszym regionie. Za tę wrażliwość polska reżyserka jest szczególnie ceniona nie tylko na Starym Kontynencie. W “Szarlatanie” czy “Obywatelu Jonesie” widać jednak, że tworzenie historycznego kina dla szerokiej publiki ma swoją cenę. Nie może ono być zbyt zniuansowane, ostre czy wymagające formalnie. Autorska wyrazistość też nie jest szczególnie w cenie. Na kompromisy nie idą zatem tylko filmowi bohaterowie, ale też ci, którzy ekranizują ich ambiwalentne losy.

 

W kinie: Favolacce (Berlinale)

favolacce

 

FAVOLACCE
Berlinale 2020
reż. Fabio & Damiano D’Innocenzo

moja ocena: 5/10

 

Gorące lato na rzymskich przedmieściach. Żar się leje z nieba, słońce pali w twarz. Sepiowe barwy prześwietlają też filmową taśmę. Idealna sceneria dla jakiejś pogodnej historii, ale dla braci D’Innocenzo wprost przeciwnie – osiedla domków rodzinnych to siedlisko prawdziwych patologii. Miejsca, gdzie nie tylko za zamkniętymi drzwiami nie dzieje się nic dobrego. Bierna agresja dorosłych, ich skrywana nieżyczliwość i zazdrość, ukryte grubiaństwo i finezyjne zakłamanie, wyrastające z braku ekonomicznej stabilności i egoistycznej chęci popisywania się przed sąsiadami, a niestety zatruwające egzystencję ich dzieciaków. Todd Solondz lubi to, bo “Favolacce” proponuje wizję wyjątkowo pesymistyczną i ocenę tej mikrospołeczności bardzo surową. Dorastanie młodych bohaterów filmu ma albo gorzki, albo kwaśny smak. Dorośli zaś tworzą – wszyscy bez wyjątków – galerię typów antypatycznych i odpychających. Rodziców okropnie nieidealnych i fatalnych w swych ojcowsko-matczynych rolach. Podobne błędy za uszami mają też bracia D’Innocenzo, którzy nie tylko zbyt łatwo czerpią wzorce z amerykańskiego kina demaskującego spokój życia na leniwych przedmieściach, ale też wyjątkowo dziwnie opowiadają swoją historię. Godzina filmu to typowa ekspozycja, przedstawienie tego szpetnego świata. Właściwie nie ma tu żadnego środka, przeciągnięcia akcji, dostajemy więc od razu niepokojący i całkiem przewidywalny finał, który niby wisiał w powietrzu, ale dzieje się nagle i znienacka, bez większego umocowania narracyjnego. Nagroda za scenariusz na Berlinale? Wolne żarty. Ktoś tu chyba też nawdychał się za dużo tego nawozu do roślin ogrodowych.

 

W kinie: The Roads Not Taken (Berlinale)

roadsnot

 

THE ROADS NOT TAKEN
Berlinale 2020
reż. Sally Potter

moja ocena: 1.5/10

 

Javier Bardem jako tracący kontakt z rzeczywistością pisarz, wędrujący samotnie po krętych ścieżkach własnego umysłu. W nim bowiem ukryły się te najważniejsze epizody z życia – wspomnienie pierwszej, wielkiej miłości (w tym wątku pojawia się Salma Hayek), nieodłącznie powiązanej z nią tragedii, najważniejsze, literackie wyzwania oraz rozczarowania i zaniechania. W świecie żywych o powrót ojca z zaświatów demencji zawzięcie walczy córka, w której rolę wcieliła się Elle Fanning. “The Roads Not Taken” rozgrywa się na kilku planach czasowych. Zmieniają się w nich bohaterowie, niezmienną postacią pozostaje tylko tak samo wyglądający, wiecznie strapiony i tęskniący pisarz Leo. Sally Potter miesza te porządki w tak koszmarny sposób, że nawet na zgłębianie problemu, czy fikcja przenika się z tu rzeczywistością, co jest wytworem pisarskiej wyobraźni, a co zdarzyło się naprawdę, nie zasługuje na zainteresowanie widza. Relacje mężczyzny z różnymi kobietami są boleśnie pretensjonalne i niczego konkretnego o nich nie mówią, słowa i obrazy na ekranie budują informacyjny kontekst, ale nie nadają opowieści żadnej głębi, a co gorsza – jakiegokolwiek sensu. “The Roads Not Taken” z jednej strony ma aspiracje, by być chwytającym za serce dramatem “demencyjnym”, ale także fabułą dotykającą tematu artystycznej duszy i korzeni pisarskiej wyobraźni, a jest po prostu żenującym i totalnie niepotrzebnym nikomu filmem.

 

W kinie: Berlin Alexanderplatz (Berlinale)

berlinalex

 

BERLIN ALEXANDERPLATZ
Berlinale 2020
reż. Burhan Qurbani

moja ocena: 6/10

 

Kiedy ponad 40 lat temu Rainer Werner Fassbinder podjął się ekranizacji “Berlin Alexanderplatz”, był już nie tylko ikoną i uznanym filmowcem o niekwestionowanym talencie i dorobku, ale też dokonał tego na tyle znakomicie, by – jak na tamte czasy – stworzyć w obrębie ograniczeń produkcji telewizyjnych dzieło wyjątkowe. Nawet porównując je do współczesnych, wyśrubowanych standardów serialowych, “Berlin Alexanderplatz” Fassbindera imponuje artystyczną wizją i fabularną kunsztownością. Zresztą wyjęty z kart powieści Alfreda Döblina Franz Biberkopf jest trochę takim typem bohatera stworzonym dla niemieckiego mistrza. Człowiek obciążony bagażem burzliwej przeszłości i wieczny poszukiwacz okazji, by wybrać w końcu właściwą drogę życiową, który okazuje przeklętym przez fatum nieszczęśnikiem schyłku Republiki Weimarskiej. Po co więc ponownie adaptować literacki tekst, który doczekał się adekwatnej ekranizacji i to przez filmowego wizjonera? Gdyby Burhan Qurbani miał na to świeży pomysł, osadził akcję fabuły w czasach współczesnych i w nich szukał nowych znaczeń i przesłania, ale też powieść wykorzystał tylko jako fundament dla czegoś, co przemówi tu i teraz. Reżyser najwyraźniej nie potrafił tego dobrze zrobić. W centrum swojej historii stawia imigranta z Afryki, szukającego na obcej ziemi lepszego życia. Frances (Welket Bungué) nim stanie się czarną panterą berlińskiego półświatka, przejdzie wiele ciężkich prób, w sumie typowych dla przybyszów z biednych krajów. Jego losy zbyt mocno są zbieżne z tymi Franza Biberkopfa. Zlewają się w papkę przypowieści o uniwersalnych właściwościach, co pokazuje, że Qurbani od początku nie miał specjalnego pomysłu, jak zakorzenić tekst powieści we współczesnych kontekstach, a przede wszystkim, jaki zrobić z tego dobry użytek. Nie potrafił ograć teraźniejszości, ani bardziej twórczo podejść do społecznych niuansów i problemów przecież nie tylko Niemiec, ale też całej Europy.

Nowa wersja “Berlin Alexanderplatz” posiada też narracyjną dynamikę typową dla produkcji serialowych z charakterystycznymi dla nich zawieszeniami akcji w ważnych, kulminacyjnych momentach. Nawet podział filmu na rozdziały sugeruje inspirację serialową formułą. Historia Qurbaniego ma niezłe tempo, ogląda się ją całkiem dobrze, ale pasowałaby bardziej na platformę streamingową niż festiwalowy konkurs. Naprawdę niedaleko “Berlin Alexander Platz” do “Berlińskich Psów” z Netflixa.

 

W kinie: Sluzobnicy (Berlinale)

servants

 

SLUZOBNICY
Berlinale 2020
reż. Ivan Ostrochovský

moja ocena: 7/10

 

W swoim drugim filmie pochodzący ze Słowacji reżyser buduje niezwykłą, przeszywającą chłodem surowych, klasztornych wnętrz scenerię dla historycznego thrillera, dla którego podstawą są mroczne historie z komunistycznych czasów i relacji państwa z kościołem. “Servants” nie są jednak ani kinem rozliczeniowym, ani aktem oskarżenia wymierzonym w kościelną hierarchię. Jak mówi sam Ivan Ostrochovský, to opowieść o tym, jak łatwo i bezwiednie można stanąć po złej stronie historii. Na początku lat 80. na terenie Czechosłowacji rozpędza się działalność inspirowanej przez aparat państwowy katolickiej organizacji Pacem in Terris, w skład której wchodzą przychylni władzy hierarchowie. Tymczasem w jednym z seminariów duchowych sprzeciwiający się współpracy kapłanów młodzi księża angażują się w działalność przeciwko tej inicjatywie i chcą wyrazić sprzeciw dla zbyt bliskich związków kościoła i państwa. Sprowadzają tym samym na siebie organa bezpieczeństwa. Monochromatyczna strona wizualna filmu oraz jego mozaikowa i wypełniona metaforami odnoszącymi się do strefy sacrum i profanum struktura budzą skojarzenia z “Idą” i całkiem słusznie. Przy scenariuszu do “Servants” ze Słowakami pracowała bowiem Rebecca Lenkiewicz, którą zatrudnił też Paweł Pawlikowski. Może to właśnie jej zawdzięczamy dzieło zdecydowanie lepsze niż utrzymana w mrocznej, baśniowej tonacji “Ja, Olga Hepnarová”. Film Ostrochovský’ego nie tylko przyciąga mroźną poetyką kadrów, ale przede wszystkim formalnymi sztuczkami, dzięki którym tak głęboko symboliczne, surowe kino ogląda się jak wchodzący pod skórę horror, smoliście czarny film noir.

W kinie: Never Rarely Sometimes Always (Berlinale)

neverrarely

 

NEVER RARELY SOMETIMES ALWAYS
Berlinale 2020
reż. Eliza Hittman

moja ocena: 7/10

 

Trzeci film Elizy Hittman to produkcja z gatunku społecznego kina na ważny temat, ale opowiedzianego wyjątkowo kameralnie, w tonacji wręcz wyciszonej. “Never Rarely Sometimes Always” w żadnym momencie nie ociera się o publicystyczne rejony, nie krzyczy i nie moralizuje. Od razu warto zaznaczyć – w przypadku tego filmu jego tematyka i intrygujący pomysł na jej ascetyczne zobrazowanie wydają się dużo ciekawsze niż ich finalna egzekucja. W wielu krajach powstają produkcje, pokazujące problemy kobiet związane z prawem do samodzielnego i niczym nieskrępowanego decydowania o swoim ciele. Tak, dzieło Hittman to kolejny dramat aborcyjny, ale podchodzący do trudnego i kontrowersyjnego tematu z surowością i zaskakującym spokojem. Takim od początku wykazuje się Autumn (Sidney Flanigan). Nastolatka zaszła w ciążę, o której nie chce informować rodziców, ale którą z determinacją chce usunąć. Buszuje w internecie i szybko odkrywa, że ze względu na zbyt niski wiek w rodzinnym stanie nie może legalnie dokonać aborcji bez wiedzy dorosłych. Zabieg byłby dla niej dostępny bez przeszkód np. w Nowym Jorku i dlatego zdeterminowana dziewczyna wraz z kuzynką (Talia Ryder) wsiada w autobus i wyrusza w tajemnicy w spontaniczną podróż.

“Never Rarely Sometimes Always”, które swój tytuł wzięło od wariantów odpowiedzi na pytania kwestionariusza, wypełnianego przez każdą pacjentkę w klinice, rzetelnie przeprowadza nas przez społeczne labirynty, narzucające mniej lub bardziej nachalnie kobietom konkretne role, zachowania i postawy. Dom, szkoła, miejsce pracy – wszędzie tam pojawia się kulturowa agresja i – niestety – wydaje się ona dla większości społeczeństwa czymś normalnym i powszechnie akceptowanym. Systemowe upokarzanie kobiet w kwestii ich ciała i zdrowia zaczyna się od drobiazgów. Z tego później zrodziło restrykcyjne prawo aborcyjne i ograniczanie dostępności różnych świadczeń zdrowotnych w imię jakichś ogólnych interesów, a to zawsze jednostkowa i wyjątkowa kwestia dla konkretnej osoby, która się z nią boryka. Nigdy sprawa zero-jedynkowa. Zawsze cierpią ci nieuprzywilejowani, którzy znajdują się w największej potrzebie.

Minimalistyczne podejście Hittman ma wymiar właściwie totalny. Młode, niedoświadczone aktorki także tworzą skromnymi środkami wiarygodne i poruszające role. Nowy Jork w tym filmie to ledwie namiastka tętniącego życiem miasta, które nigdy nie śpi – za podstawową scenerię robią tu podziemia nowojorskiego metra. Czuła kamera Hélène Louvart pozwala wytworzyć bliską więź z bohaterkami i po ludzku przejąć się ich losem. To zdecydowanie coś więcej niż kibicowanie człowiekowi z marginesu w straciu z instytucjonalnymi barierami. Za to szlachetne, głęboko humanistyczne podejście twórcom “Never Rarely Sometimes Always” należą się szczere wyrazy uznania.