VOD: Wild Rose

wildrose

 

WILD ROSE
premiera VOD: sierpień 2019
reż. Tom Harper

moja ocena: 6.5/10

 

“Wild Rose” to jeden z tych filmów, który od zbyt znajomego schematu scenariuszowego, skutecznie potrafi odciągnąć naszą uwagę w stronę innych, swoich walorów. Jak np. Jessie Buckley, z charyzmą i autentycznym uczuciem wcielającą się w rolę młodej matki po przejściach, która po wyjściu z więzienia zamiast powrócić na łono rodziny, zatraca się w beznadziejnym marzeniu o karierze piosenkarki country. Rose-Lynn zdaje się bowiem nie dostrzegać, że jej zapyziałe mieszkanko w Glasgow od Nashville dzieli nie tylko tysiące kilometrów, ale też zero własnych piosenek na koncie, nadzór kuratora i stęsknione dzieciaki, którym zapewnić należy właściwe warunki do życia. W przypadku bohaterki “Wild Rose” jej walka o własne marzenie to metafora wyboistej drogi z metą z napisem ‘dorosłość’. Rose-Lynn musi pogodzić się z tym, co nieuniknione, zrzucić łobuzerskie szaty i wziąć odpowiedzialność za życie swoje i tych, którzy na niej polegają. I Buckley jest w tym wszystkim absolutnie wspaniała zarówno aktorsko, jak i wokalnie, gdy sama śpiewa amerykańskie standardy, a w finale też wzruszające “Glasgow”, płonące tak cudowną paletą emocji, że gaśnie przy nim cały soundtrack ostatniego “A Star Is Born”. A ponieważ “Wild Rose” Toma Harpera to taki prostolinijny, wzruszający crowd pleaser, który może chwycić pod każdą szerokością geograficzną, wierzę, że dzięki niemu (i “Czarnobylowi”) odpowiednio rozbłyśnie gwiazda tej charakternej, rudowłosej Irlandki.

 

Miesiąc w muzyce: wakacje 2019 (piosenki)

PIOSENKI WAKACJI

number1
clairomm

Mura Masa & Clairo – I Don’t Think I Can Do This Again
7”, 2019
Try this!

 

number2
kakka

Kakkmaddafakka – Frequency
Diplomacy LP, 2019
Try this!

 

number3
girlinred

Girl in Red – I’ll Die Anyway
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Winona Oak – Break My Broken Heart (7”) Try this!
[indie pop] [kobieca charyzma]

Jakuzi – Şüphe (Hata Payı LP) Try this!
[turecki electro pop] [80s sound]

Velvet Negroni – Kurt Kobain (Neon Brown LP) Try this!
[post r’n’b] [nowe brzmienia]

Nicky Sparkles – Special Love (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [80s vibes]

Angel Olsen – All Mirrors (All Mirrors LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [echa Kate Bush]

The Regrettes – I Dare You (How Do You Love LP) Try this!
[indie pop] [girl power]

The Big Moon – It’s Easy Then (7”) Try this!
[indie pop/rock] [leniwe popołudnie]

Shura – The Stage (forevher LP) Try this!
[electro pop] [aksamitnie]

Charli XCX & Christine and the Queens – Gone (7”) Try this!
[modern pop] [listy przebojów]

Julien Chang – Of The Past (7”) Try this!
[electro pop] [młoda muzyka]

Lola Marsh – Echoes (7”) Try this!
[pop] [przebojowe]

CocoRosie – Lamb & the Wolf (7”) Try this!
[psychodeliczny pop] [baśniowo]

Kim Gordon – Sketch Artist (No Home Record LP) Try this!
[charakterna psychodelia] [muzyka eksperymentalna]

Kacy Hill – To Someone Else (7”) Try this!
[electro pop] [letnie brzmienie]

Gia Ford – Turbo Dreams (7”) Try this!
[kobiecy pop] [łagodnie]

HAIM – Summer Girl (7”) Try this!
[muzyka letnia] [lekki pop]

Mermaidens – I Might Disappear (Look Me in the Eye LP) Try this!
[indie rock] [zadziornie]

TR/ST – Iris (The Destroyer – 2 LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [barokowy rozmach]

Chelsea Wolfe – Be All Things (Birth of Violence LP) Try this!
[bajkowy folk] [muzyka kameralna]

MUNA – Stayaway (Saves The World LP) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

Jenn Champion feat. Victor Le Masne – Turn Up The Radio (7”) Try this!
[electro pop] [subtelnie]

Bez – Nigdy na zawsze (Bańki mydlane LP) Try this!
[shoegaze] [polskie gitary]

Tohu Bohu – That’s Why We Came (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [funk]

Ra Ra Riot – Belladonna (7”) Try this!
[pop/rock] [chwytliwe]

***
posłuchaj na YT

W kinie: The Lodge

thelodge

 

THE LODGE
Nowe Horyzonty 2019
reż. Severin Fiala & Veronika Franz

moja ocena: 7/10

 

Szanuję w “The Lodge” ciekawą żonglerkę gatunkowymi konwencjami, która jednakowoż nie ma aspiracji bycia jednocześnie nośnikiem jakichś uniwersalnych znaczeń, co we współczesnych, ambitniejszych horrorach stało się modnym trendem. Fiala i Franz zmienili kontynent, ale nie zmienili swoich antyfamilijnych zainteresowań. Budują gęsty, ciężki nastrój psychotycznej, rodzinnej tajemnicy odkrywanej w zaciszu przytulnych czterech ścian chatki w głębi lasu. Stoją za tą historią groza i charakterystyczne napięcie, ale nie straszą one dla samego efektu gęsiej skórki czy nerwowych ruchów w fotelu. Nie tylko dlatego, że bywają po prostu przytłaczające, nieco zbyt oczywiste, za bardzo wręcz koronkowe w swojej gatunkowej konstrukcji, by traktować je aż tak – nomen omen – śmiertelnie poważnie. Choć powagę w swoim filmie Austriacy zachowują od początku do końca. I bywają także bardzo odważni, bo gdy matka dwójki dzieci przykłada sobie pistolet do skroni i go odpala, nie odwracają nerwowo wzroku/kamery, nie bawią się w żadne zagrywki typu niech działa wyobraźnia. Fiala i Franz dotykają intrygującego tematu. Interesuje ich zło, ale nie per se, lecz raczej jego percepcja. Pokazują, jak można go nie dostrzegać u tych, których kulturowo uznaje się za czystych i niewinnych (dzieci), choć to właśnie oni okazują się katalizatorem dla przyszłej tragedii. Wyrachowanymi reżyserami bezwzględnej intrygi wymierzonej w – ich zdaniem – prowodyrkę dramatu ich domostwa. Fascynująca jest postać niechcianej kandydatki na macochę grana przez Riley Keough. Ze swoją mętną, zatrważającą przeszłością i teraźniejszą pozą psa z podkulonym ogonem pod wpływem perfidnej manipulacji wraca na ciemną stronę mocy, co dla nikogo nie może skończyć się dobrze. I wracając jeszcze do tej odwagi “The Lodge”, ujawnia się ona najmocniej w okrutnym (ale w zupełnie inny sposób niż byście obstawiali) finale filmu.

 

W kinie: Gdzie jesteś Bernadette?

bernadetterl

 

GDZIE JESTEŚ BERNADETTE?
polska premiera: 16.08.2019
reż. Richard Linklater

moja ocena: 6/10

 

Richard Linklater wychodzi nieco poza swoje emploi, proponując historię, która łączy w sobie tak wiele wątków i motywów z szeroko pojętego kina niezależnego, że ciężko ją nawet uznać za kino w pełni autorskie. Neurotyczna poza tytułowej bohaterki – z brawurową nadekspresją znaną już z “Blue Jasmine”, koncertowo zagraną przez Cate Blanchett – przypomina zastęp Allenowskich charakterów. Realistyczne, ale w gruncie rzeczy totalnie oderwane od przyziemnej rzeczywistości otoczenie i ekscentryczny sposób bycia rodziny Bernadette przybliża ich do postaci z miejskich baśni Wesa Andersona. Gdy jeszcze dodamy, że Pani Fox zostaje motorem osobliwego modus operandi pomyłek i niedomówień, od bogactwa scenariuszowych błyskotek może zakręcić się w głowie. Nikomu nie powinno jednak umknąć, że “Where’d You Go, Bernadette” pokazuje bardzo precyzyjnie depresję, przede wszystkim jako chorobę cywilizacyjną. W przypadku bohaterki rozwijała się ona latami, zaś pokonanie jej ewidentnie oczyściłoby aurę wokół Bernadette i przywróciło równowagę w życiu jej i bliskich. Ciekawa jest geneza choroby bohaterki – jednostki o nieprzeciętnej wrażliwości artystycznej i talencie, która ponosząc pierwszą, zawodową porażkę, porzuca karierę i oddaje się rodzinnemu życiu. Przez lata brak kreatywnych wyzwań, nuda z przedmieść, izolacja z wyboru zaprowadziły kondycję psychiczną Bernadette na skraj przepaści. Komediodramatyczna forma filmu przeplata się momentami z soczyście sarkastycznym humorem i przesłodzonymi scenami wzruszeń. Najtrudniej wrzuć się jednak w sytuację bohaterów, którzy – nie licząc depresji Bernadette – borykają się z totalnie wymyślonymi problemami (pierwszego świata). “Where’d You Go, Bernadette” pozostaje mimo swoich absurdów kinem z duszą, przyjemnym i całkiem błyskotliwym.

 

W kinie: Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce (NH)

takemesom

 

ZABIERZ MNIE W JAKIEŚ MIŁE MIEJSCE
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Ena Sendijarević

moja ocena: 7/10

 

Urodzona w Bośni, ale od wielu żyjąca w Holandii Ena Sendijarević pochyla się nad chyba bardzo bliskim sobie tematem poczucia przynależności – do miejsca i ludzi – oraz trudną relacją z własnymi korzeniami. Podobnie jak reżyserka dwie ojczyzny posiada jej bohaterka Alma (Sara Luna Zorić). Na Bałkanach się urodziła, tam pozostał jej ojciec, którego młoda kobieta jedzie odwiedzić, ale wychowała się w Holandii, z którą też raczej – poza paszportem – niewiele ją łączy. Po przyjeździe do Bośni po latach spotyka kuzyna Emira, który nie okazuje szczególnego zainteresowania przyjazdem krewnej. W przeciwieństwie do jego kumpla Denisa – ten bowiem szybko wdaje się z Almą w namiętny flirt. Dziewczyna nie traci jednak z oczu celu, jakim jest wizyta u chorego ojca. Musi się jedynie dostać do prowincjonalnego szpitala, w którym ten się znajduje. “Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce” ładnie komponuje się w znany z amerykańskiego kina niezależnego koncept inicjacyjnego kina drogi, ale wychodzi ono poza proste klisze. Sendijarević imponuje niezwykłą dbałością o kolorystykę zamkniętych w proporcjach 4:3, kreskówkowych kadrach, które choć pozornie monotonne nigdy nie są statyczne i pozbawione życia. Perypetie Almy mają słodko-gorzki posmak. Z jednej strony, nie obcy jest im podszyty groteską, sarkastyczny, ale szalenie lekki humor, z drugiej – przeszywająca melancholia zagubionej w Europie migrantki, szukającej swojego miejsca na ziemi. Z tej perspektywy Bośnia, jaką oglądamy w filmie, ze swoim sztucznych śniegiem, przystojnymi, charakternymi chłopcami, kiczowatymi dancingami ma niewiele wspólnego z polityczną rzeczywistością tego kraju. To raczej śniony na jawie sen o dawnej, utraconej ojczyźnie, z którą – być może na zawsze – utraciło się już kontakt.

Film Sendijarević to także błyskotliwie feministyczne kino. Z umiejscowioną na pierwszym planie niby nie do końca obecną duchem bohaterką, której zakupiona specjalnie na ten wyjazd błękitna sukienka ma czasem więcej wyrazistości niż jej stoicki wyraz twarzy, ale obdarzoną niesamowitą mocą sprawczą. Zadziorą, uwodzicielką, autsajderką, melancholiczką, uciekinierką – postacią żywcem wyjętą z INACZEJ NIŻ W RAJU Jarmuscha i paru innych indie klasów, która poradzi sobie z każdą sytuacją “w trasie”. Tylko czy odnajdzie w jej trakcie to, czego szuka, to już zupełnie inna kwestia.

 

W kinie: Przynęta (NH)

baitnh

 

PRZYNĘTA
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Mark Jenkin

moja ocena: 5.5/10

 

Zamknięta w czarno-białych, ziarnistych retro kliszach nostalgiczna opowieść o bezwzględnej nowoczesności, która wdziera się do małej, nadmorskiej miejscowości w Kornwalii. Uosabiają ją zaludniający okolicę “turyści” – mieszczuchy kupujące lub wynajmujące domy letniskowe na spokojnym wybrzeżu i porządkujące okolicę wedle wielkomiejskich zasad, które często nie współgrają z rytmem życia społeczności zamieszkującej ją od pokoleń. Kutry rybackie zamieniają się w turystyczne statki, oferujące tanią rozrywkę przyjezdnym. Uzależnienie od nich sprawia, że niegdyś tętniąca życiem przez cały rok wioska zamiera poza sezonem. O tradycję i stare wartości upomina się Martin (Edward Rowe) – rybak bez łajby, ale za to rozgniewany walczak z krwi i kości, który chce się przeciwstawić gentryfikacji i temu, co uważa za sprzeniewierzenie się lokalnemu, rybackiemu etosowi. Uniwersalna wymowa PRZYNĘTY nie zawsze dogania kunsztowną formę filmu, która też sama w sobie zbyt zapędza się w swojej vintage stylizacji, przez co film wydaje się sztuczny i nadmiernie przeestetyzowany. Bo czego w nim nie ma – przedwojenny impresjonizm, brytyjski realizm filmowców-buntowników z lat 60., pastisz Guya Maddina, klasyczna, surowa dokumentalistyka. Pod naporem tych wszystkich klisz można poczuć się w trakcie seansu dzieła Marka Jenkina autentycznie zmęczonym. Na pewno wyspiarskie kino społeczne potrzebuje świeżej krwi, a nie tylko Kena Loacha, zaś Kornwalijczyk ma i tę wrażliwość do tego typu kina, i nieprzeciętny zmysł estetyczny. Byleby aż tak tego drugiego nie nadużywał.

 

W kinie: X&Y (NH)

xy

 

X&Y
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Anna Odell

moja ocena: 7/10

 

Anna Odell poprzez seksualność próbuje wejrzeć wgłąb siebie i pomaga uczynić to samo swojemu partnerowi w projekcie, nordyckiemu gwiazdorowi Mikaelowi Persbrandtowi. Jest tyleż prowokacyjna, ile pretensjonalna, ale tylko ona tak potrafi aranżować kino z pogranicza performance’u i art house’u, by oglądało się to wszystko w napięciu niczym w rasowym thrillerze. Autorka głośnego “Zjazdu Absolwentów” i Mikael Persbrandt rozmawiają w sterylnej sali przesłuchań, by ustalić warunki współpracy. Czy to spotkanie robocze, czy początek spektaklu – pozostaje w sferze domysłów i spekulacji. Zresztą wszystko, co w “X&Y” wydarzy się na ekranie, podszyte jest wątpliwościami, balansuje na cienkiej granicy między dokumentalistyką i artystyczną kreacją lub – używając bardziej bezpośrednich stwierdzeń – między prawdą i kłamstwem. Szybko okazuje się, że pokój, w którym siedzą Odell i nordycki gwiazdor kina, to część większej przestrzeni. Starannie zaaranżowanego magazynu, gdzie rozegrać się ma osobliwy eksperyment, w którym Szwedka pochyli się nad kwestiami tożsamościowymi, kobiecością i męskością, rywalizacją płci i różnymi aspektami ludzkiej osobowości. Odell i Persbrandt wspierają inne gwiazdy nordyckiego kina, z Trine Dyrholm na czele, które grają w “X&Y” różne wersje głównych bohaterów tego widowiska.

Filmowy projekt Odell wymyka się prostym klasyfikacjom. Ma iście kinowy rozmach, precyzyjnie rozpisane role na wielu aktorów, doskonałą scenografię, żywiołowy montaż, ale u jego podstaw legły naukowe przecież inspiracje, a tempo “akcji” wyznaczają zasady niemalże akademickiego badania. Poważny, analityczny kontekst projektu szybko jednak staje się mniej istotny, gdy dynamika konfrontacji kobiecości Odell i męskości Persbrandta mimowolnie przeobraża w przebojową wersję obecnego w sztuce filmowej od zarania kina klasycznego motywu wojny płci i wynikającego z niego splotu zdarzeń o genialnym, humorystycznym potencjale. Totalna ściema stojąca za naukowym eksperymentem może zostać Szwedce wybaczona, bo wybornie bawi ów teatr komedii, który przykrywa pretensjonalność jej wyjściowego pomysłu. Nie trzeba było bowiem sięgać po tak górnolotne hasła z obszaru psychologii, by dojść do wniosków, że człowieka tworzą różne jego wewnętrzne byty, uaktywniające się w różnych, życiowych sytuacjach, zaś mężczyźni i kobiety pomimo fizycznych różnic, potrafią odgrywać wiele ról, w tym takich niekoniecznie (i niesłusznie) w kulturze przypisanych tylko do jednej płci. Komediowa wersja Anny Odell przekuła spektakularnie nadęty balon naukowości przedsięwzięcia i uczyniła z “X&Y” atrakcyjne, dowcipne widowisko.

 

W kinie: In Fabric (NH)

infabric

 

IN FABRIC
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Peter Strickland

moja ocena: 7/10

 

W horrorach różne rzeczy zabijały bohaterów – zabawki, samochody, a nawet pomidory! Kwestią czasu było, gdy to odzież otrzyma mordercze właściwości. Nikt nie robi takich filmów jak Peter Strickland. Stanowią one ucztę dla zmysłów, podnoszą do rangi sztuki B-klasowe klisze i redefiniują klasyczne ramy gatunku. Ta klasyka, po którą sięga Brytyjczyk, to oczywiście w pierwszej kolejności giallo i Dario Argento, których jednakowoż nigdy nie traktuje on jak materiału z – nomen omen – wyprzedaży. “In Fabric” to vintage’owy horror kostiumowy, nie per se, bo epoka, do jakiej się cofamy to raptem lata 80. Sercem filmu jest osobliwy dom handlowy z wiecznie przecenioną odzieżą. W telewizji śmiga powodująca zawrót głowy, psychodeliczna reklama tego przybytku, a rolę ekspedientek pełnią w nim kobiety o charyzmie żywych manekinów. Ubrane w wiktoriańskie kreacje i recytujące do klientek dziwaczne formułki – miks XIX-wiecznej poezji i reklamowych haseł z lat 90. To tutaj trafia Sheila (Marianne Jean-Baptiste) – rozwódka w kwiecie wieku, która właśnie szykuje się na pierwszą po odejściu męża randkę w ciemno. Jej uwagę przykuwa efektowna, czerwona sukienka. Gdy już ją nabędzie, szybko odkryje, że nie jest to zwyczajny fatałaszek oraz że bardzo trudno będzie się tej przeklętej kreacji pozbyć. W “In Fabric” spotykają się okultystyczne wątki “Suspirii” i gatunkowa satyra na konsumpcjonizm w stylu George’a A. Romero. Łączą się one w efektowny, barokowy spektakl z piękną stroną wizualną, żywą kolorystyką, fascynującą ścieżką dźwiękową, nienaganym aktorstwem. Fantasmagoryczny nastrój filmu fajowo rozsadza wybornie groteskowy humor. Makabreska i kicz jeszcze nigdy nie były tak atrakcyjnie ubrane jak u Stricklanda.

 

W kinie: Ang Hupa (NH)

anghupa

 

ANG HUPA
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Lav Diaz

moja ocena: 5.5/10

 

Mroczna, dystopijna wizja świata niedalekiej przyszłości posłużyła filipińskiemu mistrzowi najdłuższych form filmowych, Lavowi Diazowi, do drobiazgowego przeglądu różnorodnych postaw i zachowań charakterystycznych dla totalitarnych reżimów rządzonych za pomocą terroru i strachu. Ferdinand Marcos nie żyje od ponad 40 lat, ale jego duch dalej nawiedza Filipiny. W rozgrywającym się w latach 30. tego wieku “Ang Hupa” otrzymuje imię i twarz Nirvano Navarro (Joel Lamangan) – bezwzględnego dyktatora, który kreuje się na sługę ludu, ale w rzeczywistości jest otoczonym szczelnym kordonem ochronnym szaleńcem dzierżącym jednoosobowo ster władzy, który krwawo rozprawia się z politycznymi przeciwnikami. Z lubością ich torturuje, a w końcu zabija, poćwiartowanymi kawałkami ludzkich ciał karmiąc swoje aligatory. Diaz przygląda się Navarro z niechęcią i politowaniem, pochylając się wielokrotnie nad jego słabą psychiką, egoizmem, obłąkaniem. Lidera państwa w ryzach trzymają jego najbliższe współpracowniczki organizujące aparat represji, dbając o jego kondycję i samopoczucie oraz wypełniając wszystkie rozkazy. To one osobiście wykonują za wodza wyroki śmierci i ścigają nielicznych opozycjonistów. Jednym z nich jest Hook (Piolo Pascual), ukrywający się pod osłoną nocy w opuszczonych, miejskich przestrzeniach, wspierany przez garstkę oddanych sprawie pobratymców szykuje się na tę jedyną szansę, gdy będzie mógł przeprowadzić udany zamach na dyktatora. Opór tej grupy wydaje się smutny i daremny. Jest ona zbyt mało liczna, nie działa z wielkim impetem, łatwo traci kolejne ogniwa w straciu z władzą. Obraz tej filipińskiej beznadziei z przyszłości dopełnia historia Hammy (Shaina Magdayao) – niegdyś nauczycielki, teraz ekskluzywnej prostytutki o nazwie Model 37, borykającej się z problemami z pamięcią. Na historyczną amnezję cierpi jednak cały naród – tę wielokrotnie powtarzaną w swoim kinie refleksję Diaz personifikuje tym razem pod postacią psycholożki dr Jean Hadoro (Pinky Amador), która leczy Hammy i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że niepamięć to zdecydowanie poważniejsza i powszechniajsza choroba niż dziesiątkujące ludność epidemie groźnych wirusów.

Filipiny w tym filmie pogrążone są w mroku – dosłownie, bo w wyniku wulkanicznej erupcji słońce przestało świecić nad tą częścią Azji. Często pada deszcz, ale nie ma on oczyszczających właściwości. W “Ang Hupa” – dziele dość krótkim, jak na standardy Diaza (ok. 4,5h) – jak w soczewce odbijają się wielkość i mankamenty jego kina. Nie ma drugiego twórcy tak oddanego sprawom swojej ojczyzny, pochylającego się nad jej problemami w szerokiej, epickiej perspektywie. Potrafiącym opowiadać o nich powoli, wnikliwie i szczegółowo, a jednocześnie sugestywnie i przejmująco. Lav Diaz odrzucając dorodziejstwa nawet najprostszych filmowych narzędzi, pozbawia swojego filmu podstawowej jakości. W “Ang Hupa” karykaturalnie wypada stylizacja na kino sci-fi, uosabiane przez kontrolujące dowody tożsamości drony i wspomnienie o sex cyborgach. Często nie ma też poważniejszego uzasadnienia dla rozwlekania wątków poszczególnych bohaterów, które można tłumaczyć tylko i wyłączenie alergią filipińskiego reżysera na sztukę montażu, a przecież przykłady “Kobiety, która odeszła” (Złoty Lew w Wenecji) czy “Z tego, co było, po tym, co było” (Złoty Lampart w Locarno) udowadniają, że długa forma może być najwłaściwszą, jeśli towarzyszą jej doniosłe i przemawiające uniwersalnym językiem treści.

 

Miesiąc w muzyce: czerwiec 2019 (piosenki)

PIOSENKI CZERWCA

number1
dorianel

Dorian Electra – Flamboyant
7”, 2019
Try this!

 

number2
Lost Under Heaven

Lost Under Heaven – Teen Violence
7”, 2019
Try this!

 

number3
jaysom

Jay Som – Superbike
Anak Ko LP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Litku Klemetti – Sinä tiedät sen (7”) Try this!
[fiński pop] [chwytliwe]

Orion – Time For Crime (7”) Try this!
[electro pop] [smutne disco]

Bat For Lashes – Kids In The Dark (Lost Girls) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Caroline Polachek – Door (7”) Try this!
[electro pop] [kobiece brzmienie]

The Bird and The Bee – Ain’t Talking ‘Bout Love (7”) Try this!
[pop] [muzyka szlachetna]

Lower Dens – Young Republicans (The Competition LP) Try this!
[electro pop] [przebojowo]

Jai Paul – Do You Love Her Now (7”) Try this!
[r’n’b] [bedroom pop]

Sufjan Stevens – With My Whole Heart (7”) Try this!
[indie pop] [love song]

King Princess – Cheap Queen (7”) Try this!
[muzyka miejska] [electro pop]

Burial – Claustro (7”) Try this!
[dubstep] [nowe brzmienia]

Enchanted Hunters – Plan Działania (Dwunasty dom LP) Try this!
[electro pop] [muzyka klawiszowa]

Sui Zhen – Perfect Place (Losing, Linda LP) Try this!
[modern pop] [łagodne brzmienie]

Ofelia K – Different (7”) Try this!
[dream pop] [atmosferyczne brzmienie]

BEA1991 – Did You Feel Me Slip Away? (Brand New Adult LP) Try this!
[electro pop] [kobiece brzmienie]

Lil Halima – Who Do U Love (For The Bright Days EP) Try this!
[młodzieńcze r’n’b] [letni vibe]

Generationals – Breaking Your Silence (Reader As Detective LP) Try this!
[indie pop] [nostalgicznie]

Shura – Religion (Forevher LP) Try this!
[miejskie brzmienie] [electro pop]

Octavian feat. Theophilus London – Feel It (7”) Try this!
[pop] [urban sound]

Thomston – Lightweigh (7”) Try this!
[pop] [bombastycznie]

Banks feat. Francis & The Lights – Look What You’re Doing To Me (7”) Try this!
[bedroom pop] [aksamitne brzmienie]

Negative Gemini – Different Color Hair (7”) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Σtella – The Race (7”) Try this!
[pop] [muzyka elektroniczna]

Hot Chip – Melody of Love (A Bath Full of Ecstasy LP) Try this!
[electro pop] [muzyka parkietowa]

***
posłuchaj na YT