Netflix: Roma

roma

 

ROMA
polska premiera: 14.12.2018
reż. Alfonso Cuarón

moja ocena: 8/10

 

Czarno-biały film bez fajerwerków, ale sam w sobie będący niesamowitą petardą. Triumfem czystego arthouse’u i kina kameralnej prostoty nad przeładowanymi fabularnie i wizualnie produkcjami, które taki Netflix prezentował widzom chociażby w tym roku. Alfonso Cuarón wraca do Mexico City swojego dzieciństwa, gdzie jako chłopiec urodzony w zamożniejszej klasie średniej, dorastał w okolicznościach bliskich bohaterom “Romy”. A właściwie bohaterkom, bo w centrum filmu reżyser umieścił kobiety, wokół których hałasuje gromadka dzieci i notorycznie zwalnia się przestrzeń z powodu wiecznie nieobecnych mężczyzn. Głową domostwa w tytułowej dzielnicy Roma – niejako z dziejowej konieczności – staje się Pani Sofia, której w opiece nad dziećmi i domem pomaga sędziwa matka oraz dwie służące. To perspektywa jednej z nich, niepozornej Cleo – dziewczyny z głębokiej prowincji, o wyraźnie autochtonicznych korzeniach – stanie się w “Romie” tą dominującą. Bynajmniej nie dlatego, że Cuarón chce oddać sprawiedliwość klasom niższym, ale to spojrzenie wydaje się po prostu dużo ciekawsze. Dramat porzuconej przez męża Sofii, odsłaniany poprzez okazjonalne spotkania z dawnymi wspólnymi przyjaciółmi małżeństwa i przepełnionymi rozpaczą pokątnymi rozmowami telefonicznymi, mimochodem słyszanymi przez cichą Cleo, wybrzmiewa w takiej optyce z dużo większą siłą. Także krwawa rewolucja, która zastanie bohaterki filmu w trakcie zakupów w centrum meblarskim i którą obserwować będą głównie z perspektywy sklepowego okna, ma tu swój osobliwy ciężar. W końcu relacja Sofii i Cleo, tak naznaczona statusem ekonomicznym i klasową przepaścią, rysuje się jako cudowna osobliwość na niespokojnym oceanie historycznych czasów i osobistych okoliczności. Wyraźnie rozgraniczona na rolę chlebodawczyni i służącej, ale jednak zbudowana na fundamentach wzajemnego szacunku, solidarności, empatii i – mimo wszystko – dziwnej wariacji siostrzanej miłości. Cuarón gloryfikuje kobiety zjednoczone w obliczu kryzysu czy krzywdy, bo w tym (całkiem słusznie) dostrzega nieokiełznaną siłę, która pomoże im przetrwać wszystkie burze.

Ponieważ “Roma” to film o kobietach, jego najbardziej dramatyczny moment musiał rozegrać się na porodówce. Zapowiadany wcześniej iluzorycznie nic nieznaczącym epizodem z świątecznej celebry, gdy potrącona przez tańczącą parę ciężarna Cleo tłucze kieliszek z noworocznym toastem. W ogóle malarskie wręcz skupienie na detalu z jednej strony (jeszcze nigdy ujęcia pieniącej się na kamiennym chodniku wody czy samochodowej opony wjeżdżająca w psie odchody nie miały takiego ciężaru symbolicznego), z długiej – szlachetne ujęcia panoramiczne budują piękny, nostalgiczny rytm tej opowieści i słusznie przywołują Lava Diaza jako punkt odniesienia dla specyficznego, pozornie przypadkowego kadrowania, przelotnego uchwycania postaci na tle misternych wnętrz wypełnionych bibelotami i niezwykłych w swej zwyczajności plenerów. Opowiadania historii przez epizodyczne, totalnie prozaiczne sytuacje z domowego, codziennego ceremoniału. Na tle szczerych intencji “Romy” – własne, melancholijne wspomnienie czasów dzieciństwa vs udręka i cierpienia różnych bohaterów tego autobiograficznego spektaklu – nienaturalnie wybrzmiewa finał tej rodzinnej sagi, gdy po nawałnicy w domu przy Calle de Tapeji znów wschodzi słońce i wszystko ma powoli wracać do normalności. Choć po tym, co się wydarzyło w życiu zarówno Sofii, jak i Cleo, nie wydaje się, że ten powrót faktycznie mógłby być tak aksamitny, jak sugeruje to Cuarón. Ostatecznie to artystyczna rekonstrukcja jego osobistych doświadczeń, więc kimże jesteśmy, by ją poprawiać. Tym bardziej, że naprawdę w przypadku “Romy” obcujemy z przyszłym klasykiem kina drugiej dekady XXI wieku, a być może i całej jego pierwszej połowy – co do tego pierwszego nie mam żadnych wątpliwości.

 

DVD: Support The Girls

supportthegirls

 

SUPPORT THE GIRLS
premiera DVD: grudzień 2018
reż. Andrew Bujalski

moja ocena: 6/10

 

Urocze, a w swoim społecznym aspekcie nadspodziewanie spełnione, studium siostrzeństwa i kobiecej solidarności w nietypowej scenerii podrzędnego, przydrożnego baru dla specyficznej klienteli. Są nią mężczyźni rządni tyleż sportowej rozrywki przy piwie, którą Double Whammies oferuje, ile spragnieni widoku damskich krągłości, z premedytacją eksponowanych przez skąpo odziane kelnerki. Im większy dekolt, tym hojniejszy napiwek i tą prawidłowość panie z baru bardzo świadomie wykorzystują, uzupełniając w ten sposób swoje dochody. Tą seksowną menażerią dowodzi Lisa (Regina Hall) – zdecydowana jako kierowniczka, ale też prawdziwa przyjaciółka swoich podwładnych. Matkująca, wspierająca, ganiąca, gdy trzeba. Bo mająca świadomość, że jednak pewnie żadna z tych dziewczyn w tym miejscu by nie pracowała, gdyby miała coś innego w zanadrzu, a w “Support The Girls” każda z kelnerek nosi ze sobą jakąś mniej lub bardziej ponurą historię, która spowodowała, że trafiła właśnie do Double Whammies. Skądinąd zacny i ceniony twórca amerykańskiego kina niezależnego, Andrew Bujalski, swoim nowym filmem wpisał się w to przepełnione czułością i wnikliwością portretowanie dziwnych peryferii współczesnej Ameryki, w które tak udanie w ostatnich sezonach wprowadzał nas Sean Baker. Specyficznych mikrospołeczności, których problemy i rozterki przyporządkowane jakiejś szerszej perspektywie uderzają w zaskakująco uniwersalne, angażujące tony. Oddają głos ludziom wykluczonym z głównego nurtu życia społecznego, pokazując symetrycznie, że ich poczucie wartości i podmiotowości zależy od nich samych, ale pomaga im też budowana na fundamentach autentycznej sympatii i empatii wspólnota. Coś, co w ogóle zignorowała np. Lena Dunham przy “Dziewczynach”, ale czemu już Bujalski nadał wartość najcenniejszej cnoty i wartości spajającej kobiety ponad podziałami. Doceniam ważki, ale zaserwowany z lekkością przekaz tego filmu, choć uwiera mnie jednocześnie tkwiąca w tej historia, ocierająca się o banał, zbyt łagodna prostota. Szukając ucieczki od zaszufladkowania fabuły w feministycznych rejonach, Bujalski osiadł na mieliźnie przyjemnych indie schematów. Zdecydowanie zbyt przyjemnych.

 

W kinie: Wilkołak

wilkolak

 

WILKOŁAK
Splat!FilmFest 2018
reż. Adrian Panek

moja ocena: 6/10

 

Jeśli ktoś powie, że drugi film Adriana Panka to horror, w najlepszym wypadku będzie bardzo nieprecyzyjny. Twórca “Daas” oczywiście korzysta z kilku, charakterystycznym dla tego gatunków elementów, budując solidną podstawę dla paru jump scare’ów (acz w pewnym momencie już mocno nadużywanych), ale “Wilkołak” to wypełniona metaforami konstrukcja, która swoje filary postawiła na schematach kina historycznego, thrillera i realizmu magicznego. Dzieciaki cudem ocalałe z piekła obozu koncentracyjnego trafiają do tymczasowego schronienia – zrujnowanego dworku położonego na skraju lasu, które to miejsce nie okazuje się jednak bezpieczną przystanią na drodze ku powrotowi do normalności. Pobyt w opustoszałej posiadłości to bowiem kolejna wersja więzienia, pielęgnującego nabyte traumy oraz ugruntowującego zwierzęce instynkty pod wpływem walki z głodem i strachem. Trudno też z tego miejsca się wydostać – mury domu otoczyły zdziczałe wilczury, niegdyś tresowane do dyscyplinowania obozowych więźniów. Panek gubi się zarówno w gatunkowych strukturach, jak i zawiłych labiryntach hiperbol i symboli, ale całościowo tworzy przejmujący obraz wyniszczającej krzywdy, przerażającego porzucenia i zagubienia w post apokaliptycznej rzeczywistości. Ta wizja działa na emocje nie tylko swoim surowym obrazem i hipnotyczno-ambientowym dźwiękiem, ale także dlatego, że jej bohaterami w “Wilkołaku” stały się dzieci. Panek potrafił to wykorzystać bez taniego żerowania na takim cierpieniu, bo nie portretuje ich tylko jako niewinnych, skrzywdzonych istot. Podziwiam tę odwagę reżysera i autentycznie twórcze podejście do naprawdę niełatwej historii z pogranicza baśniowej fantastyki i złowrogiego dramatu.

 

W kinie: Nadmiar Łaski

nadmiarlaski

 

NADMIAR ŁASKI
polska premiera: 7.12.2018
reż. Gianni Zanasi

moja ocena: 4/10

 

Patrzysz na polski plakat pozlepiany bez ładu z oficjalnych fotek promocyjnych i widzisz na pierwszym planie jak zawsze dobrotliwe oblicze sympatycznej i utalentowanej Alby Rohrwacher, ale nawet nie zdajesz sobie sprawy, jak znaczące sygnały wysyła do ciebie ta chaotyczna grafika. Włoska aktorka wciela się w “Nadmiarze Łaski” w zagubioną życiowo geodetkę, która otrzymuje po koleżeńsku zlecenie związane z budową luksusowego hotelu na dziewiczym polu za miastem. Normalnie sprawa poszłaby gładko, Lucia pomogłaby zleceniodawcom uzyskać potrzebne zezwolenia, ale niestety w wykonaniu zadania dość zdecydowanie zaczyna jej przeszkadzać… Matka Boska, która zaczyna jej się ukazywać. Najświętsza Panienka okazuje się mieć bowiem inne plany co do ziemi przeznaczonej na komercyjną inwestycję – chce, by wzniesiono tam kościół i wybiera właśnie Lucię na rzeczniczkę swojej sprawy pośród chciwych śmiertelników, którzy zapomnieli, jak ważne jest zachowanie duchowej równowagi na świecie, a przynajmniej w tej okolicy. Konfrontacje głównej bohaterki z Matką Boską tworzą główny szkielet komediowy filmu, ale też nie prezentują one jakoś szczególnie wyrafinowanego, wyszukanego humoru. To prosta zależność, że Lucia widzi Maryję, ale już nikt inny poza nią. Dla Gianniego Zanasiego ważny jest również przekaz społeczny filmu, wołający o wiedzenie egzystencji w wersji bardziej slow – ekologicznie, spokojnie i bliżej natury oraz krytykujący niepohamowany kapitalizm utożsamiany z niepotrzebnymi inwestycjami dla bogatych. Zacne to wszystko i godne refleksji, ale forma tego filmu przypomina w swojej grotesce, wysilonym komizmie i fabularnych banałach raczej polskie komedie, aniżeli ambitne kino o poważniejszych aspiracjach. Mnie nawet nie śmieszyło.

 

W kinie: Dzicy Chłopcy

wild-boys

 

DZICY CHŁOPCY
polska premiera: 16.11.2018
reż. Bertrand Mandico

moja ocena: 5.5/10

 

Pomysł to ciekawy, by atrakcyjne aktorki przebrać nie do poznania za jurnych, niegrzecznych chłopców i obsadzić je w rolach barwnych wałkoni zamieszkujących wyspę Reunion – francuską kolonię w swoim rozkwicie. Buntowników bez powodu dokuczających otoczeniu i wybitnie irytujących własnych rodziców. Za rozpustę, hulaszcze wybryki, a w końcu za brutalny gwałt chłopcy oddani zostają pod opiekę sadystycznego Kapitana, który na morzu ma nauczyć młodych pieniaczy dyscypliny, ogłady i kulturalnego zachowania, ale w wyniku nieszczęśliwych okoliczności daje im tylko sposobność na odtworzenie szalonej wariacji na temat “Władcy Much” na zaginionej w przestworzach oceanu egzotycznej wyspie. Film Bertranda Mandico – nieoczekiwany przebój niejednego festiwalu – wciąga nie tylko swoim dekadenckim klimatem, ale i całkiem obrazoburczą treścią – łobuzerską i skrajnie feministyczną. Ta psychodelia i łamanie schematów, odwaga w warstwie wizualnej i przesłaniu potrafią naprawdę zawrócić w głowie, gdyby nie fakt, że francuski twórca po prostu przechodzi szlakiem wykarczowanym w tym lesie przez Guya Maddina – wiernego do bólu takiej właśnie sztukmistrzowskiej formie i narracyjnym zabawom. W eksponowaniu lubieżności i seksualności usadowił się zaś niebezpiecznie blisko takiego Waleriana Borowczyka. Ci chłopcy są być może dzicy, w swojej kolażowej formie fantazyjni i uwodzicielscy, ale jednak dość wtórni i mało odkrywczy.

 

Miesiąc w muzyce: listopad 2018 (piosenki)

PIOSENKI LISTOPADA

number1
sorrygirls

Sorry Girls – Waking Up
7”, 2018
Try this!

 

number2
keepshelly11

Keep Shelly In Athens – Bendable
7”, 2018
Try this!

 

number3
Billie Eilish

Billie Eilish – come out and play
7”, 2018
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Nilüfer Yanya – Heavyweight Champion Of The Year (7”) Try this!
[girl power] [z charakterem]

Rainsford – Somewhere Else (7”) Try this!
[modern pop] [r’n’b]

The Japanese House – Follow My Girl (7”) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

Rosemary Fairweather – MTV (7”) Try this!
[modern pop] [pyszne]

Men I Trust – Say, Can You Hear (7”) Try this!
[indie pop] [łagodna przebojowość]

Otha – I’m On Top (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [retro brzmienie]

Pizzagirl – Blossom at my feet, flower (7”) Try this!
[indie pop] [retro brzmienie]

Yellow Days – What’s It All For? (7”) Try this!
[sophisti pop] [groovy]

Graace – SOS (7”) Try this!
[kobiecy pop] [łagodna przebojowość]

Girl in Red – We Fell in Love in October (7”) Try this!
[indie pop] [chwytliwe]

Connie Constance – Fast Cars (7”) Try this!
[modern pop] [charakterne r’n’b]

Postiljonen – Chasing Stars (7”) Try this!
[dream pop] [atmosferyczne brzmienie]

King Princess – Pussy Is God (First Body LP) Try this!
[modern pop] [muzyka miejska]

Liv Dawson – I Like You (Bedroom EP) Try this!
[dziewczęcy pop] [nowocześnie]

Maya Jane Coles – Don’t Leave (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka elektroniczna]

Roses Gabor – I Could Be Yours (Fantasy & Facts LP) Try this!
[soul] [kobiecy pop]

Dawn – New Breed (New Breed LP) Try this!
[r’n’b] [inteligentnie]

Two People – In The Garden (First Body LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [space soul]

Westerman – Outside Sublime (7”) Try this!
[indie pop] [leniwe brzmienie]

Faye Webster – Kingston (7”) Try this!
[pop folk] [ballada]

LIZ – Last Call (7”) Try this!
[połamany pop] [muzyka miejska]

Kelsey Lu – Due West (7”) Try this!
[pop] [r’n’b]

Willa – Cause You Did (7”) Try this!
[dziewczyński pop] [charakternie]

Finbongo & Breakeven & Eguchi – Figures (7”) Try this!
[modern pop] [lekko]

***
posłuchaj na YT // posłuchaj na Spotify

W kinie: Narodziny Gwiazdy

a-star-is-born

 

NARODZINY GWIAZDY
polska premiera: 30.11.2018
reż. Bradley Cooper

moja ocena: 5.5/10

 

Fenomen „Narodzin Gwiazdy” Bradleya Coopera to dla mnie nie lada zagadka. Któryś już (dokładnie trzeci) remake klasycznej historii o kopciuszku z prowincji, który szukając szczęścia w show biznesie trafia na swojego księcia i dzięki niemu realizuje bajkowe marzenie o karierze i sławie, w żadnej swojej wersji, nie aspirował do czegoś więcej niż miana sympatycznej produkcji rozrywkowej. Aż tu nagle wjeżdża na białym koniu Bradley z Lady Gagą i okazuje, że mamy do czynienia z najbardziej oczekiwaną premierą roku, obiektem pragnień wszystkich festiwali świata (producenci beztrosko odrzucili propozycję Cannes na miejsce uroczystej, wielkiej premiery, chcąc pokazywać go bliżej końca roku) oraz murowanego kandydata do wielu laurów sezonu. I nawet marketingowcy nie uprawiali nadmiernie nachalnego publicity, by osiągnąć taki efekt. Dziwny jest ten filmowy świat. W 1937 r. William A. Wellman pod producenckim szyldem Davida O. Selznicka stworzył klasyczny melodramat o miłości dwójki artystów, gdzie wzlot kariery dziewczyny zbiega się w czasie z życiowym i artystycznym upadkiem jej partnera, który na początku drogi nie tylko podał pomocną dłoń, ale też otworzył drzwi do wielkiej sławy. Gdy rodzi się jedna gwiazda, blask drugiej smutno przygasa. Film z Janet Gaynor i Fredriciem Marchem oprócz banalnego wątku romantycznego miał i z dzisiejszej perspektywy ciągle ma jeden, duży atut. Na ważnym, drugim planie romansu Esther i Normana pokazuje (tu akurat w fajny, rześko satyryczny sposób) mechanizmy, jakimi rządził się współczesny bohaterom show biznes. Ten cały ceremoniał marketingowców i speców od wizerunku, którego finałowym akcentem jest zmiana imienia kandydatki na gwiazdę na bardziej chwytliwe i metamorfoza fizjonomii. Oraz też wewnętrzne rozterki delikwentki, która chce, pomimo blichtru i sławy, pozostać sobą – w sensie tożsamościowym i artystycznym. To był szalenie istotny wątek także w kolejnych „Narodzinach Gwiazdy” George’a Cukora z 1954 r., którego akcja przeniosła się na sceny przeżywających w tej dekadzie moment swojego największego rozkwitu musicali i wodewili. Esther i Norman zostali więc śpiewającymi aktorami, ale historia ich miłości się nie zmieniła. Znów zaczynało się od zauroczenia wielkiego gwiazdora młodą dziewczyną z talentem i ambicjami, a wieńczyło tragicznym końcem trudnego małżeństwa, kiedy to niegdyś ta aspirująca starletka została jedyną boginią na piedestale.

W najbardziej do tej pory znanej wersji „Narodzin Gwiazdy” Franka Piersona z lat 70. dokonano kolejnych modyfikacji zgodnie z tym, co akurat pasowało do pop kulturalnych realiów epoki. Norman, zwany teraz Johnem, był więc wielkim piosenkarzem, koncertującym na wypełnionych po brzegi stadionach, zaś występującą do przysłowiowego kotleta Esther poznał w zapyziałym barze. Postać dziewczyny wyraźnie nabrała pikanterii. Praktycznie po raz pierwszy tak wyraźnie podkreślono fakt, iż ta bohaterka nigdy właściwie nie była wielką pięknością. Uwiodła swojego partnera przede wszystkim talentem, charyzmą i osobowością. Barbra Streisand to Esther w wersji iście feministycznej, która marząc o sławie, nie ma zamiaru iść na specjalnie kompromisy w kwestii wyglądu, a zwłaszcza repertuaru. Nie ma ochoty udawać kogoś, kim nie jest – jako człowiek i jako artystka.

Relewantności wątku komentarza do popkultury czasów współczesnych filmowi ewidentnie nie zauważyli twórcy najnowszej wersji. Bradley Cooper i Lady Gaga śpiewają być może ładnie i całkiem sympatyczne piosenki, ale otoczka historii Jacksona i Ally to wyjątkowo niewiarygodne kuriozum, które w taki sposób zostaje rozegrane już w momencie ich spotkania. Nikt tu nie słyszał o profesjonalnych castingach? Talent show? To stąd dzisiaj biorą się teraźniejsi celebryci. Z charakternej Esther z wersji Streisand też niewiele pozostało. Ally ze zdolnej wokalistki i tekściarki, na którą kreuje ją barowy początek, zaskakująco łatwo, bo bez słowa sprzeciwu, przeobraziła się… w bezmyślny klon Lady Gagi – plastikową gwiazdkę w krzykliwym makijażu i kiczowatym kostiumie, śpiewającą piosenki o niczym. „Narodziny Gwiazdy” Coopera kreują w wielu miejscach przekłamany, w innych niepełny obraz kulis współczesnego show biznesu. Ciężko brać to na serio i czerpać z tego jakąkolwiek wartość poznawczą. A jeśli ten aspekt filmu tak wyraźnie fałszuje, to ta produkcja pozostaje tylko tym konwencjonalnym, łzawym melodramatem. Więc tell me somethin’, girl, are you really happy with this shallow film world?

 

W kinie: Wdowy

wdowy

 

WDOWY
polska premiera: 16.11.2018
reż. Steve McQueen

moja ocena: 6/10

 

Steve McQueen próbuje swoich sił w kinie gatunkowym i to w bardzo wdzięcznym, przebojowym schemacie heist movie. Buduje tę historię w oparciu o wszystkie obowiązkowe elementy, czyli nakreśla okoliczności skoku (wdowy po przestępcach, którzy zginęli w trakcie feralnej akcji), pokazuje niełatwą drogę do stworzenia zespołu (partnerki wcześniej się nie znały, pochodzą z różnych sfer społecznych i mają różne doświadczenia) przez samozwańczego lidera (tu: liderkę) i precyzyjne przygotowania do tego dnia (skoku na ukrytą gdzieś kasę). Aż w końcu sam moment chojrackiego napadu, kiedy wszystko może się zdarzyć, w tym także pójść nie tak. W ten szablon McQueen wepchnął jednak mocny, społeczny przekaz, aluzje do aktualnych, politycznych tematów, a przede wszystkich ostre, feministyczne przesłanie, które połączone w fabularną całość wpływają na tempo opowieści, spowalniając je i rozrzedzają atmosferę banalnego, sensacyjnego thrillera o napadzie. Pozwala się to skupić na esencji, czyli komplementowaniu solidarności kobiet oraz ukrytej często gdzieś w ich środku siły, odwagi w walce o swoje i zuchwałość – często odkrywane wtedy, gdy zjednoczą się we wspólnym celu. To właśnie żeńska obsada stanowi największy atut filmu. Viola Davis jest po prostu Violą Davis ze swoją szlachetnością i pasującą do jej bohaterki wyniosłością. Michelle Rodriguez jako młoda, gniewna matka ładnie wychodzi poza swoje komercyjne emploi. Ale to Elizabeth Debicki jako pragnąca niezależności i swobody potomkini emigrantów z Polski kradnie ostatecznie show wszystkim paniom. Mimo ograniczonego czasu antenowego pięknie pokombinowała swoją postać. Fajnie się o “Wdowach” opowiada, ale też niestety sporo rzeczy się w tym filmie nie składa w spójną całość. Im dalej, tym trochę gorzej. O jedną retrospekcję zbyt wiele, o jeden zwrot akcji za daleko. Mimo to McQueen zaproponował ciekawą odskocznię dla koniunkturalnej, glam rozrywki pokroju “Ocean’s 8”, bo nie traktuje swoich bohaterek jak modelek na wybiegu. Interesuje go bardziej ich skomplikowane wnętrze i to, co kryje się za figurą “żony swojego męża”. Fascynuje go proces emancypacji, zrównany z czymś, co można by określić zaczynaniem życia na nowo. Rozumiejąc tę stawkę, ciężko tych bohaterek nie lubić i im tak po ludzku nie kibicować.

 

W kinie: Sofia

sofiam

 

SOFIA
polska premiera: 23.11.2018
reż. Meryem Benm’Barek-Aloïsi

moja ocena: 7/10

 

Zaczyna się, jak typowe kino społeczne z tego kręgu kulturowego, które ma zamiar opisywać arabską rzeczywistość w kategorii piekła kobiet. Przywołany zostaje fragment z marokańskiego prawa, karzący więzieniem pozamałżeńskie stosunki seksualne, a zaraz szybko staje się jasne, że ofiarą tego paragrafu może zostać tytułowa bohaterka. Sofia w trakcie rodzinnego spotkania źle się czuje. Bóle brzucha okazują się wypartą przez dziewczynę przypadkową ciążą i nadchodzącym niechybnie jej rozwiązaniem. W tej dramatycznej chwili – w tajemnicy przed rodziną – pomaga jej kuzynka-rówieśniczka. Dzięki medycznemu wykształceniu ma znajomości w szpitalu, pomaga więc krewniaczce urodzić w normalnych warunkach, ale to tylko początek problemów. Sofię przed więzieniem ratuje tylko odnalezienie ojca, uznanie przez niego dziecka oraz ślub w niedalekiej przyszłości. Dziewczyna jako drugiego winnego wskazuje chłopaka z ubogiej dzielnicy, którego poznała kilka miesięcy wcześniej i z którym spędziła wyjątkowo miłe chwile. Meryem Benm’Barek-Aloïsi nie ma jednak zamiaru brnąć w ten przewidywalny dramat i zupełnie nieoczekiwanie w kontekście sytuacji wyjściowej przekształca tę historię w bezpardonowy, antymieszczański pamflet. Wyrasta on z patriarchalnego prawa i społecznych nierówności, piętnuje ich skutki i unaocznia patologie takiego stanu rzeczy, przez który granice między ofiarą i tyranem potrafią łatwo się zacierać. W “Sofii” nie ma tym samym pozytywnych bohaterów, bo być nie może, kiedy wszystko, co ci ludzie robią, sprowadzone zostaje do rangi biznesowej transakcji. W nie zawsze czystych negocjacjach zwycięża zaś ten, kto wykaże się większym cwaniactwem i łatwiej przystosuje się do okoliczności. Kobiety zaś mają zaskakująco dużo argumentów w swoich rękach. Nawet ta postawiona pod ścianą i w sytuacji bez wyjścia Sofia.

 

W kinie: Forteca

forteca

 

FORTECA
Camerimage 2018
reż. Hwang Dong-hyuk

moja ocena: 5.5/10

 

Epicki fresk o ważnym epizodzie z historii Korei i środkowym okresie panowania w tym kraju dynastii Joseon. Czasów niespokojnych, bo naznaczonych wojnami z sąsiadami oraz trudnymi stosunkami z podzielonym między dwie, potężne dynastie państwem chińskim. Tytułowa forteca – Namhansanseong – to budowla wzniesiona na górzystym terenie nieopodal dzisiejszego Seulu, której sławę przyniosło starcie w 1636 r., kiedy to pomimo wyjątkowo srogiej zimy, ograniczonych zasobów i brakiem wsparcia sojuszniczych armii koreańskie wojsko zamknięte w fortecy próbowało odeprzeć atak wielokrotnie bardziej licznych i lepiej uposażonych Mandżurów. Film dokładnie, metodycznie studiuje te wydarzenia, rozbierając na czynniki pierwsze przyczyny takiego, a nie innego obrotu zdarzeń – przede wszystkim irracjonalne decyzje polityczne i militarne podejmowane przez władcę i jego ministrów, którzy zamiast mierzyć się z realiami i własnymi możliwościami, wybierali rozwiązania ceremonialne i unosili się dumą. Te okoliczności sprawiły, że wybór, jaki finalnie tu pozostał należało rozpatrywać w kategorii walki z godnością, acz z wiadomym, tragicznym skutkiem czy upadlającego rozejmu z pogardzanym wrogiem. W “Fortecy” nie giną też ludzkie historie, jak choćby ta niezłomnego kowala i jego brata, małej, osieroconej dziewczynki czy najbardziej lojalnych państwu polityków, rozdartych w obliczu potencjalnej, bolesnej klęski. Czy to sprawia, że oglądamy jakieś wyjątkowe, niesamowite dzieło? Niekoniecznie. Koreańska super produkcja to bowiem typowy w swojej kategorii film historyczno-wojenny. Wspaniałe widowisko na poziomie technikaliów typu kostiumy, scenografia, udźwiękowienie czy praca kamery (stąd choćby Złota Żaba na Camerimage), ale już dość banalne scenariuszowo, wypełnione patosem i egzaltowaną dramaturgią. Zaskakujące, że jednak relatywnie niewiele w “Fortecy” jest scen batalistycznych. Sporo się tu za to dyskutuje, negocjuje, konfrontuje pomysłów i poglądów. Ale muszę też przyznać, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie sama końcówka. Wygrywana na zdecydowanie bardziej subtelnych nutach, pokazująca różne odcienie klęski i okrutną w swym ceremoniale cenę za tron nieskąpany we krwi oraz zuchwałą pychę i bezduszny triumfalizm zwycięzców.