Perły Klasyki Filmowej (13): Olivia de Havilland i “Dziedziczka”

W HOŁDZIE: OLIVIA DE HAVILLAND (1916-2020)

“Przeminęło z wiatrem” to mój ukochany film wszech czasów i choć jestem w #teamscarlett na zawsze, nie sposób nie oddać czci Olivii de Havilland za to, co zrobiła, grając delikatną, ale waleczną Melanię Hamilton. W ogóle ta rola (i wieloletnie występowanie u boku Errola Flynna jako jego wybranki serca, czego kwintesencją jest kreacja Marion w “Przygodach Robin Hooda”) przez długi czas ugruntowała w Hollywood przekonanie, że urodzona w Tokio aktorka, uchodząca za uosobienie niezwykłej wrażliwości i kobiecej delikatności, stanowić będzie idealny kontrapunkt dla bardziej wyrazistych, hardych postaci na ekranie. I często takie właśnie role dla niej wybierano. Co ciekawe, jej sceniczny wizerunek szedł raczej na przekór temu, co reprezentowała sobą Olivia de Havilland poza kamerą. W połowie lat 40. aktorka wygrała słynną batalię sądową z wytwórnią Warnera, zarzucając jej hamowanie i utrudnianie swojej kariery, do czego przychylił się sąd, uwalniając gwiazdę z kontraktu. Przetarła w ten sposób nieznany dotąd szlak i dała przykład, jak odzyskać wolność w dokonywaniu artystycznych wyborów. Czy tak postępują słabe kobiety? Sama pamiętam Olivię – piękną i pewną siebie damę w kobaltowej kreacji, kiedy na Oscarach w 2001 roku powierzono jej rolę gospodyni rocznicowych obchodów, gdy przedstawiano wszystkich obecnych laureatów aktorskiej nagrody, którzy wygrywali statuetkę na przestrzeni lat.

hei3

Sama Olivia de Havilland ma na swoim koncie dwa Oscary, z czego zwłaszcza za tym drugim kryje się poważniejsza historia i na tym filmie chcę się skupić. Za “Dziedziczką” (1949) stoją bowiem osobiste i słuszne pretensje aktorki, by w końcu w pełni uznać jej podmiotowość zarówno na gruncie zawodowym, jak i poza ekranem. Ona doskonale wiedziała, że rola Catherine Sloper – bohaterki powieści Henry’ego Jamesa (Olivia zobaczyła “Washington Square” na Broadwayu) – może dla niej samej stanowić mocny statement jako kobiety i aktorki. Do tego potrzebny był jednak reżyser, który potrafi opowiadać historie o skomplikowanych bohaterkach i jest mistrzem w swoich fachu. W tamtych czasach za taką personę uchodził “największy z wielkich”, czyli William Wyler. To on zapewnił Bette Davis trzy nominacje do Oscara i jedną z dwóch statuetek, budując fundamenty dla jej legendy. Sam reżyser zresztą uważał się za tego filmowca, który w końcu wzniósł aktorstwo Davis na najwyższy poziom, z którego ta przez lata praktycznie nie schodziła. Potrafił też tworzyć kino, którego centralną postacią była silna, charakterna kobieta. Olivia skontaktowała się z Wylerem w sprawie ekranizacji “Washington Square”, ten pomysłem się zainteresował, pozostało więc tylko przekonanie jakiejś wytwórni, tu – Paramountu, by zabrać się za produkcję powieści Jamesa. To mogło być najtrudniejsze zadanie przed pierwszym klapsem. Proza amerykańsko-brytyjskiego pisarza uchodziła za niełatwą i niewdzięczną w ekranizacjach. Ciężko też było sobie wyobrazić, że taki film mógłby przynieść kasowy sukces. Osoby Wylera i de Havilland przekonały jednak producentów w Paramouncie.

“Dziedziczka” do dziś uchodzi za wzór idealnego wykorzystania możliwości, jakie dają literackie i teatralne korzenie ekranizowanego tekstu. Wyler wiedział, jak nie zmarnować tego potencjału. Paramount musiało w pierwszej kolejności zakupić prawa do teatralnej adaptacji, którą stworzyli Ruth i Augustus Goetzowie. To w niej przecież zakochała się de Havilland w pierwszej kolejności. Oni też pracowali nad przeniesieniem sztuki na wielki ekran. Zainwestowano w wyrafinowaną scenografię, piękne kostiumy i przedmioty z epoki, prawie od podstaw budując wnętrza domu Sloperów z centralnym umiejscowieniem schodów, które często w tego typu dramatach urastają do rangi kluczowego symbolu (tak też było w “Dziedziczce”). Fundamentalny był również wybór odpowiednich aktorów. Główna rola żeńska zarezerwowana była dla Olivii de Havilland. Dwie męskie powierzono natomiast ikonie brytyjskiego teatru, Ralphowi Richardsonowi (jak świetnie się tu nadawał niech świadczy też fakt, że doktora Slopera grywał przez lata na londyńskich scenach) oraz początkującemu wówczas gwiazdorowi młodego pokolenia, Montgomery’emu Cliftowi. Do tego ostatniego miano największe wątpliwości, ale Wyler zwietrzył tu okazję. Animozje między Olivią i nieokrzesanym aktorem wykorzystał do uwiarygodnienia skomplikowanej relacji Catherine Sloper i Morrisa Townsenda.

hei1

Graną przez de Havilland postać w filmie poznajemy w momencie, gdy po raz kolejny jej zaborczy ojciec i wtórująca mu, owdowiała siostra próbują oswoić nie najmłodszą już córkę z rytuałami nowojorskiej socjety. Dla tego środowiska naturalnym jest, że młode damy chodzą na różnego rodzaju bale i towarzyskie wydarzenia, poznają tam wdzięcznych kawalerów, z którymi biorą ślub po aprobacie rodziny. Catherine Sloper nie idzie tą drogą, ponieważ przeszkadza jej w tym wrodzona nieśmiałość, nieporadność i granicząca z naiwnością prostolinijność. Kobieta najlepiej czuje się u boku ojca, spędzając czas w domu i oddając się swojej ulubionej czynności – haftowaniu. Wszystko zmienia się, gdy Catherine na jednym z przyjęć poznaje fircykowatego Morrisa Townsenda. Budzi on w kobiecie nadzieję na wielki romans i szczęśliwie małżeństwo, w co nie wierzy dr Sloper. Od razu dostrzega w mężczyźnie bez własnego majątku “łowcę posagów”, bo nie wierzy, jak ktoś taki – przystojny i towarzyski – mógł zakochać się w jego nieatrakcyjnej córce. Ojciec, jako reprezentant twardego patriarchatu, bez skrupułów zgniecie marzenia swojego dziecka, nie zdając sobie przy tym sprawy, jak poważna to będzie dla niej lekcja wychowawcza.

Przemiana Catherine z niezgrabnej dziewczyny zdominowanej przez stanowczą, ojcowską troskę i być może nieszczerą adorację przystojnego amanta w zdecydowaną, wyrachowaną kobietę to koncertowy popis Olivii de Havilland. Wygrany na mistrzowskich niuansach. Chowana pod kloszem Sloperówna nie patrzy ludziom w oczy, ze stoickim spokojem znosi drobne, towarzyskie poniżenia. Gdy próbuje mówić głośniej, jej mowa przeobraża się w dziwny pisk. W drugiej części filmu inaczej brzmi nie tylko jej głos, który nabiera mocy i głębi, ale też zmienia się fizyczna postawa i spojrzenie. Catherine staje się rasowym drapieżnikiem, strzegącym okrutnie swojego dziedzictwa. Emancypacja wymaga ofiar, szczególnie wtedy, gdy w rolę takiej ofiary wtłaczano cię przez całe twoje życie. Zemsta w filmie wyhaftowana zostaje na twardym płótnie i dopięta rubinowymi guzikami.

hei4

Scenariusz “Dziedziczki” ożywili nie tylko aktorzy swoimi znakomitymi kreacjami. Żyje w tym filmie też przestrzeń, w jakiej poruszają się bohaterowie. Zamknięta praktycznie w czterech ścianach domu przy Washington Square 16 akcja w ani jednym momencie nie ociera się o teatralność. Największa w tym zasługa operatora Leo Tovera, który za swoją pracę przy “Dziedziczce” doceniony został Oscarową nominacją. Przy okazji nowego wydania filmu w zeszłym roku przez Criterion jeden z recenzentów napisał nawet, że w pełni uprawomocniona jest teza, iż domostwo Sloperów jest jednym z najistotniejszych bohaterów dzieła Wylera. To przecież ono uosabia obiekt pożądania Morrisa Townsenda i stanowi powód bezdusznej obrony ojca kosztem podtrzymania iluzji szczęścia w córce. Dom w końcu wyrasta także do rangi symbolu zwycięstwa i wyzwolenia Catherine spod jarzma toksycznych, męskich relacji. Staje się nagrodą za cierpienie, poświęcenie i wylane łzy. Za niełatwy wybór, którego ta dokonała, zrywając z naiwnymi marzeniami o wielkiej miłości i wygodnym życiem pod dyktandem innych. Pozwala bohaterce w końcu poczuć się królową w jej własnym królestwie, w którym nikt nie będzie podejmował za nią decyzji i bawił się jej uczuciami. By wejść na tron, trzeba jeszcze tylko pokonać te kilka schodów.

W kinie: Ema

ema

 

EMA
polska premiera: lipiec 2020
reż. Pablo Larraín

moja ocena: 5.5/10

 

Dzika namiętność zamknięta w neonowych kadrach. Wirujący seks i taniec w transie do utraty tchu. Życie magnetycznej Emy (Mariana Di Girolamo) to prawdziwy rollercoaster, rozpędzający się na każdym zakręcie, z którego nie sposób bez szwanku wyskoczyć. Centralna postać filmu Pablo Larraína burzliwie, wręcz destrukcyjnie przedzierając się przed własne życie, jeńców raczej nie bierze, a to, co mogłoby jej w jakikolwiek sposób ciążyć, zostawia za sobą. Ale już nie do końca nie ogląda się za tym wstecz. Pragnąc w pełni poświęcić się prywatnie i zawodowo relacji ze swoim mężem, choreografem Gastonem (Gael Garcia Bernal), Ema wraz z nim podejmuje decyzję, by oddać ponownie do adopcji przysposobione wcześniej dziecko, którym wspólnie się opiekowali. Wspomnienie o chłopcu ewidentnie jednak nie daje spokoju młodej kobiecie. Jak na film z ponoć bardzo szkieletowym scenariuszem, w którym aktorskiej obsadzie dano duże pole do improwizacji, losy bohaterów “Emy” układają się w zaskakująco koronkową formę… rasowej telenoweli. Pulsuje ta opowieść w mocno przyspieszonym tempie, różne konfiguracje międzyludzkich związków charakteryzują się dużą intensywnością, kolory i muzyka potrafią zawrócić w głowie, a sama Mariana Di Girolamo przyciąga wzrok charyzmą swojej ekranowej obecności. Larraín w “Emie” na pewno zaproponował coś nowego. To kino-przeżycie, niczym u Gaspara Noe, w dodatku dużo fajniej (i modniej) niż u Francuza wystylizowane. Ale naprawdę nie potrafię przeboleć tych rozwiązań scenariuszowych, których Chilijczykowi mogliby pozazdrościć twórcy “Mody na sukces”. Larraín pokazał we wczesnych swoich filmach, a nawet ostatnio w “Jackie”, że potrafi udanie dekonstruować filmowe motywy – na “Emę” cudownie się patrzy. Tylko tyle.

 

W kinie: Ojciec

bashtata

 

OJCIEC
polska premiera: 17.07.2020
reż. Małgorzata Szumowska

moja ocena: 6/10

 

Po “Lekcji” i “Sławie” – dziełach reżyserskiego duetu z Bułgarii, Kristiny Grozevej i Petara Valchanova – śmiało można już powiedzieć, że w naszym, środkowoeuropejskim regionie to jedni ze zdecydowanie ciekawszych twórców. W swoim kinie nie stronią od swojskiego, acz twardego realizmu (z tego słyną te mniej zamożne kinematografie), ale z drugiej strony potrafią wziąć rzeczywistość, o której opowiadają, w nawias błyskotliwego absurdu. Dzięki temu narracja Bułgarów potrafi być jednocześnie gorzka i sympatycznie rozczulająca. Doskonale widać to w “Ojcu” – zeszłorocznym zwycięzcy z Karlowych Warów. Lepszym niż “Lekcja”, słabszym od fajowej “Sławy”. Swojska, nie najładniejsza tragikomedia opowiada o trudnej relacji ojca i syna. Obaj już nie najmłodsi, doświadczeni przez życie, ale ciągle dziecinnie napędzający się wzajemnymi pretensjami i żalami. Na tle boleśnie zwyczajnej prowincji i jej rubasznej specyfiki wiwisekcję tych więzów nakrywa skorupa niewymuszonego, humorystycznego absurdu. Niecodzienne wydarzenia z udziałem ojca i syna pokazują groteskowość ich pokoleniowego konfliktu, ale też uzmysławiają uniwersalne, proste rzeczy. O tym, jak będąc blisko siebie, nie potrafimy ze sobą rozmawiać. Zwłaszcza o sprawach najistotniejszych. Jak niepotrzebnie skupiając się aż nadto na przeszłości, nie tylko nie dostrzegamy i nie korzystamy z tego, co dzieje się teraz, ale również gubimy z radarów nie tak odległą przyszłość. Reżyserski duet z Bułgarii nieprzeciętnie opanował umiejętność przełamywania gorzkiej melancholii prostolinijną czułością. Nie szarżują z dowcipem, bo nie chcą obśmiewać swoich bohaterów, ale pozwolić z ich losów wyciągnąć wnioski zdecydowanie szerszemu audytorium. Ja z “Ojca” zapamiętam jedną lekcję: ostatecznie najprostszą metodą na osłodzenie trudów rodzinnego pojednania jest dżem z pigwy.

 

Miesiąc w muzyce: czerwiec 2020 (piosenki)

PIOSENKI CZERWCA

number1
duasaleh

Dua Saleh – Hellbound
Rosetta EP, 2020
Try this!

 

number2
annie2020

Annie – American Cars
Dark Hearts LP, 2020
Try this!

 

number3
arcaros

Arca feat. Rosalía – KLK
Kick i LP, 2020
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Julianna Barwick feat. Jónsi – In Light (Healing is a Miracle LP) Try this!
[dream pop] [ambient]

Mk.gee – cz (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [nocna elektronika]

Betsy – Behind Her Smile (7”) Try this!
[kobiecy pop] [melancholijna ballada]

Kelly Lee Owens – On (Inner Song LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [atmosferyczne brzmienie]

Young Ejecta – Cheese (Ride Lonesome LP) Try this!
[electro pop] [subtelnie]

MARGARITA QUEBRADA.- Luces (7”) Try this!
[synthpop] [post punk]

Celeste – I Can See The Change (7”) Try this!
[muzyka kobieca] [melancholijne brzmienia]

NZCA LINES – Prisoner of Love (Pure Luxury LP) Try this!
[muzyka parkietowa] [disco]

Park Hye Jin – How can I (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [urban sound]

Julietta – Levitate (7”) Try this!
[dziewczęcy pop] [przebojowo]

Kate Teague – The Temporary (7”) Try this!
[pop] [leniwe brzmienia]

Javiera Mena – Corazón Astral (7”) Try this!
[latin pop] [80s vibe]

Dirty Projectors – Inner World (7”) Try this!
[sophisti pop] [muzyka nowoczesna]

Fontaines D.C. – I Don’t Belong (A Hero’s Death LP) Try this!
[post punk] [muzyka gitarowa]

Kiesza – Love Me With Your Lie (Crave LP) Try this!
[electro pop] [muzyka taneczna]

Liss feat. Bullion – Another Window (Third EP) Try this!
[soul] [aksamitny pop]

Orville Peck – No Glory in the West (Show Pony EP) Try this!
[country] [americana]

Kllo – Somehow (Maybe We Could LP) Try this!
[electro pop] [muzyka miejska]

Casey Shirin – Can’t Hold On (7”) Try this!
[dziewczęcy pop] [lekko]

SoKo – Oh, To Be a Rainbow! (7”) Try this!
[dream pop] [muzyka współczesna]

Jehnny Beth – We Will Sin Together (To Love Is To Live LP) Try this!
[electro pop] [odrobina mroku]

Hoops – Fall Back (Halo LP) Try this!
[indie pop/rock] [gitarowe granie]

LA Priest – Rubber Sky (Gene LP) Try this!
[indie pop] [pozytywne brzmienie]

Gordi – Unready (Our Two Skins LP) Try this!
[indie pop] [lekko]

Norah Jones – To Live (Pick Me Up Off The Floor LP) Try this!
[soft pop] [muzyka pluszowa]

***
posłuchaj na YT

Perły Klasyki Filmowej (12): Cannes 1965

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ… FESTIVAL DE CANNES 1965

Jak donosił wysłannik “Przekroju” na Lazurowym Wybrzeżu, canneński festiwal w 1965 roku nie był wolny od mniejszych i większych skandali. Nasz dziennikarz opisuje m.in. historię modelki, która na jednej z oficjalnych imprez zbyt gorliwie promowała produkty swojego pracodawcy. Młoda kobieta odziana w mocno prześwitującą sukienkę odsłaniała cielistą bieliznę firmy Sax Heim. Konieczne było wyproszenie tej panny z pałacu festiwalowego, choć nie jestem pewna, czy na pewno wszystkim przeszkadzała jej kreacja, a sama delikwentka narzekała z powodu zainteresowania, jakie wzbudziła.

Wspomniany wyżej incydent wpisuje się dość naturalnie w emancypacyjną atmosferę, która unosiła się nad La Croisette w połowie lat 60., gdzie ewidentnie do głosu – choć jeszcze bardzo nieśmiało – dochodziły kobiety. Na czele jurorskiego gremium w 1965 roku stanęła Olivia de Havilland, będąc pierwszą przedstawicielką płci pięknej w historii festiwalu, której powierzono tę funkcję. Była jednocześnie niestety jedyną kobietą w tym gronie, gdzie znalazł się też w tym roku Polak, jeden z założycieli Polskiej Szkoły Filmowej, Jerzy Toeplitz. Gwiazda amerykańskiego kina po latach wspominała, że była bardzo przytłoczona i onieśmielona swoją canneńską rolą, ale czuła się doskonale mogąc zarządzać grupą szacownych mężczyzn, dla których to także była zupełnie nowa sytuacja. Do tej pory Cannes doczekało się 11 prezydentek jury, ale wszystko zaczęło się od Olivii de Havilland.

olivia

Duchową jedność z Amerykanką mogła w 1965 roku czuć Mai Zetterling – jedyna reżyserka, której film znalazł się w głównej selekcji konkursowej tej edycji. Szwedka nie była tu pionierką, bo pierwsza produkcja wyreżyserowana przez kobietę do Cannes trafiła już podczas pierwszej edycji festiwalu, ale ZAKOCHANE PARY to akurat ciekawa pozycja. O bardzo ostrej, feministycznej wymowie i odważnym, zważywszy na czasy, w jakich film powstał, spojrzeniu na skandynawską obyczajowość. Na pierwszy rzut oka fabuła szwedzkiej reżyserki wygląda, jak kontynuacja U PROGU ŻYCIA Bergmana, które oglądałam przy okazji Cannes 1958. Za kamerą ZAKOCHANYCH PAR stanął nawet ulubiony operator mistrza, Sven Nykvist. Na oddziale położniczym spotykają się trzy kobiety, dla których doświadczanie macierzyństwa stanowi pretekst do sentymentalnej podróży w przeszłość. W retrospektywach przyglądamy się ich losom, które w dużej mierze determinuje bunt względem skostniałych zasad, jakimi rządziło się życie wyższych sfer tuż przed I wojną światową. Gdzie ta odwaga Zetterling? Szwedka w całej okazałości portretuje lesbijski związek jednej ze swoich bohaterek (i – szok i niedowierzanie – to właśnie ta para za chwilę doczeka się potomstwa), erotyczne wyzwolenie drugiej (jego skutkiem będzie niechciana ciąża i ślub z przyjacielem-gejem) oraz zgniliznę jedynej, heteroseksualnej relacji w ZAKOCHANYCH PARACH (wiwisekcja smutnego, pełnego pretensji małżeństwa najbiedniejszej z kobiet). Obstawiam, że przezroczysta sukienka na jednej z festiwalowych imprez wzbudziła jednak mniejsze kontrowersje niż ten film.

mai

Kiedy rozpoczynałam swoją przygodę z Cannes 1965 nie zdawałam sobie sprawy, jak znakomity to był festiwal. Znalazłam 19 z 26 konkursowych propozycji i niemalże większość, którą odpalałam, to były niesamowite sztosy. Aż żałuję, że nie dotarłam do TARAHUMARY Luisa Alcorizy, AL HARAM Henry’ego Barakata i GRY UCZUĆ Manuela Summersa, które kurzą się w archiwach Filmoteki Narodowej (te trzy produkcje – oraz wiele innych – w latach 60. były wyświetlane w polskich kinach!). Czuję się zatem upoważniona do wygłoszenia tezy, iż Złota Palma dla SPOSOBU NA DZIEWCZYNY Richarda Lestera to jakaś monstrualna pomyłka. Werdykt, który idzie totalnie pod prąd feministycznym trendom tej edycji imprezy. To na pewno ważny film, mając na względzie ówczesne nastroje w Wielkiej Brytanii i ogólnie klimat epoki. Wypełnia go łobuzerska energia, którą buduje znany już z produkcji z The Beatles (również w reżyserii Lestera) surrealistyczny montaż. SPOSÓB NA DZIEWCZYNY wziął też to, co najlepsze, ze świeżości francuskiej Nowej Fali. Na wielkim ekranie debiutowały w nim w malutkich epizodach najpiękniejsze aktorki swoich czasów – Charlotte Rampling, Jane Birkin i Jacqueline Bisset, grając głównie miłosne podboje jednego z bohaterów. Ze współczesnej perspektywy w tym filmie kłują w oczy elementy szowinistyczne i mizoginistyczne, a tych raczej nie mogło zabraknąć, gdy robimy film o podrywaniu dziewczyn.

kwaidan

KWAIDAN Kobayashiego, wyróżniony Specjalną Nagrodą Jury, to jeden (z wielu) ze zdecydowanie ambitniejszych filmów konkursowej selekcji 1965 roku niż SPOSÓB NA DZIEWCZYNY. Czteroczęściowa antologia grozy pod kątem doznań wizualnych i dźwiękowych to skończone arcydzieło. Niedoścignione, jeśli chodzi o precyzję scenograficzną i tłumaczenie japońskiej kultury na język filmu. W swoich czasach KWAIDAN na pewno też dużo lepiej spełniał swoje funkcje w zakresie tego, co dziś nazywamy kinem gatunkowym. Niemniej jego gotycki nastrój imponuje nawet współcześnie.

Gdybym to ja przyznała Złotą Palmę, dałabym ją rumuńskiej produkcji LAS POWIESZONYCH. Jej twórca Liviu Ciulei wyjechał ostatecznie z Lazurowego Wybrzeża z nagrodą dla najlepszego reżysera. Teraz jest trochę zapomnianą postacią poza swoją ojczyzną, ale to właśnie on przecierał szlaki na międzynarodowych imprezach rumuńskiej sztuce, w tym kinu, choć większe zasługi niż dla filmu Ciulei ma dla teatru. Wystawiał teatralne sztuki, pracując na kilku kontynentach, gdzie zdobywał prestiżowe nagrody. Chętnie zajmował także tworzeniem wyrafinowanych scenografii, a nawet projektów architektonicznych. LAS POWIESZONYCH to ekranizacja powieści jednego z najważniejszych, rumuńskich pisarzy Liviu Rebreanu, której akcja toczy się w czasach I wojny światowej na terenie Imperium Austro-Węgierskiego, a dokładniej na jednym z wielu frontów, gdzie wtedy toczyły się walki. Film skupia się na moralnych rozterkach oficerów cesarskiej, wielonarodowościowej armii, którym przychodzi walczyć nie tylko z wrogiem zewnętrznym, ale też z własnymi rodakami, u których budzą się niepodległościowe nadzieje. Długi, trudny pobyt w brudnych, ubłoconych koszarach ukazuje nie tylko okrucieństwo wojny, ale też jej ponurą absurdalność. To jeden z najbardziej złożonych i zarazem szlachetnych filmów z antywojennym przesłaniem, jakie kiedykolwiek pojawiły się w europejskim kinie. Dzieło epickie i koronkowe, przywodzące na myśl prozę Dostojewskiego. Na tym samym festiwalu w kategorii produkcji antywojennych LAS POWIESZONYCH miał też swoją zacną konkurencję w postaci PLUTONU 317 (nagroda za scenariusz). Zupełnie inna arena walk, bo daleki Wietnam w połowie lat 50., ale dylematy jak najbardziej uniwersalne. Pierre Schoendoerffer nie tylko zachwycił nienagannymi technikaliami, kręcąc film w niełatwych warunkach w kambodżańskiej dżungli, ale również wzorowo rozłożył fabularne akcenty. Zderzenie dwóch punktów widzenia na rolę żołnierzy walczących na froncie w konflikcie zbrojnym (idealistyczne i realistyczne) zostało integralnie wpisane w okrutne realia konkretnej wojny i ponadczasową dyskusję o sensowności wysyłania żołnierzy do walki w odległe zakątki świata.

laspow

Filmów z mocnymi, wojennymi akcentami do 18. edycji canneńskiego festiwalu zakwalifikowało się aż sześć. W tym gronie znalazła się też polska produkcja – PIERWSZY DZIEŃ WOLNOŚCI Aleksandra Forda na podstawie sztuki Leona Kruczkowskiego, będąca dramatycznym świadectwem prawie już powojennego okresu rozliczeń z niedawnymi wydarzeniami, kiedy nie opadł jeszcze kurz z pól walk. Czasów, gdy wcale nie tak łatwo zacząć wystawiać rachunki krzywd, mścić się za niepowetowane straty i pozostać w zgodzie z własnym sumieniem. W takich okolicznościach trudno odnaleźć w sobie przyzwoitość i egzystencjalną ulgę. Ten najbardziej znany film z wojną w tle to oczywiście SKLEP PRZY GŁÓWNEJ ULICY Jána Kadára i Elmara Klosa. W tym samym roku nagrodzony Oscarem dla filmu nieanglojęzycznego (pierwsza statuetka dla reprezentanta naszego regionu) i nominacją dla Idy Kamińskiej, niezapomnianej gwiazdy przedwojennego kina jidysz. Czechosłowacka fabuła wzięła na swoje barki trudy opowiadania o relacjach z żydowskimi “sąsiadami” w dobie ustaw norymberskich. Pokazała, jak przez oportunizm, egoizm i niefortunny przypadek można stać się uczestnikiem ludobójstwa. Jak bierność potrafi wciągnąć w najciemniejsze odmęty historii. Jednocześnie SKLEP PRZY GŁÓWNEJ ULICY zachowując tragikomiczną formę (choć zupełnie nie nowofalową), stał się pierwszą wizytówką filmowego stylu twórców z Czech, którzy przez dekady zachwycali świat swoim specyficznym podejściem do komentowania nawet najtrudniejszych epizodów z własnej historii.

Kino z Rumunii, Czechosłowacji, Polski – a gdzie gwiazdy na czerwonym dywanie? Były takowe także w 1965 roku, a wśród nich najjaśniej świecił Sean Connery, który właśnie zyskał kolosalną popularność za sprawą Jamesa Bonda. W latach 1962-1964 premierę miały trzy filmy z serii przygód agenta 007, które odniosły ogromny sukces. Co ciekawe, w Cannes w tym roku próbowano wypromować alternatywną, bardziej realistyczną produkcję w Bondowskim duchu, gdzie w rolę krnąbrnego agenta na tropie tajemniczego spisku wcielił się Michael Caine. Odbiór TECZKI IPCRESS i dwóch kolejnych fabuł o agencie Harrym Palmerze nie był jednak tak dobry, na jaki liczono i serię porzucono… na 30 lat. Caine do tej roli powrócił w latach 90., znów bez większych fajerwerków.

seanc2

Wracając do Connery’ego, aktor nie ukrywał, że rola Bonda trochę mu już ciążyła i szukał nowego, filmowego wyzwania. Sidney Lumet znalazł takie dla niego. We WZGÓRZU Szkot wcielił się w rolę zdegradowanego oficera brytyjskiej armii, który trafił do obozu karnego dla zbuntowanych żołnierzy – takich, co dopuścili się drobnych przekrętów, albo dezerterów. Placówka mieściła się w samym sercu libijskiej pustyni w okresie II wojny światowej. Osadzonym dokuczało nie tylko palące słońce, ale też sadystyczne kierownictwo, rządzące za pomocą strachu i bestialskiej przemocy. Przeciwko takim praktykom “resocjalizacyjnym” postanowił wystąpić grany przez Connery’ego niegdysiejszy sierżant Harris. WZGÓRZE Lumeta uchodzi dziś za jeden z najbardziej krytycznych wobec wojskowych standardów filmów w historii kina. Ślepe posłuszeństwo wobec przełożonych i karne wykonywanie najbardziej absurdalnych rozkazów nie tylko osłabia człowieka fizycznie, ale przede wszystkim niszczy go od środka. Lumet bez znieczulenia i wyjątkowo szorstko ukazuje ten proces dehumanizacji jednostki, jej ponurego pogrążania się w nienawiści i chęci odwetu. Przekaz filmu wybrzmiewa tak mocno, bo przyjął on bardzo ascetyczną formę. W czarno-białe kadry nie została wpisana żadna, choćby najskromniejsza ścieżka dźwiękowa, a zbliżenia na twarze wycieńczonych więźniów mówią często więcej niż tysiąc słów. W Cannes WZGÓRZE podzieliło się nagrodą za scenariusz z również pesymistycznym PLUTONEM 317 Pierre’a Schoendoerffera.

kolekcj

Aktorskie nagrody na festiwalu powędrowały do odtwórców głównych ról w tej samej produkcji i był to pierwszy taki przypadek w historii. O KOLEKCJONERZE Williama Wylera często mówi się, że stanowi doskonały dowód na to, jak amerykański reżyser potrafił adaptować się do aktualnych trendów i oczekiwań kinowej publiczności. Po sukcesie PSYCHOZY stworzył własny film w tym duchu, wykorzystując w nim po swojemu elementy trzymającego w napięciu gatunkowego kina grozy oraz przeszywającego do szpiku kości thrillera psychologicznego. Grany przez Terrence’a Stampa Freddie to bliski kuzyn Normana Batesa, rasowy psychopata i zarazem młody chłopak z poważnymi zaburzeniami, przeżarty samotnością, zamykający się przed światem kolekcjoner rzadkich motyli i pięknych kobiet, które zamyka w swojej piwnicy, bo nie umie nawiązać z nimi relacji w zwykłych okolicznościach. Nagrody dla Stampa i Samanthy Eggar traktuję jako wyróżnienie dla wszystkich twórców filmu. Przemyślanego nie tylko w sposobie dość wymagającego prowadzenia aktorów (krążą legendy o tym, że Eggar nie mogła opuszczać planu zdjęciowego, by bardziej wiarygodnie odgrywać uwięzienie swojej bohaterki), ale całościowego budowania historii – gęstej, ponurej i jednocześnie bardzo atrakcyjnej dla widza.

Zwykle wskazuję na swoje festiwalowe odkrycia danej edycji, ale w przypadku tej, co drugi tytuł do takich zaliczam. Z pozycji totalnie obskurnych i raczej nieznanych warto bliżej pochylić się nad dwoma – diametralnie różnymi od siebie. Pierwsza to węgierskie widowisko AZ ÉLETBE TÁNCOLTATOTT LEÁNY, w którym za pomocą ruchu scenicznego opowiada się historię przeklętych trzewików, zmuszających zakochaną dziewczynę do tańca i oddalającą ją od ukochanego. Skojarzenia z filmowymi spektaklami Powella i Pressburgera? Jak najbardziej słuszne, bo popularni Łucznicy stanowili chyba największe źródło inspiracji dla Tamása Banovicha. AZ ÉLETBE TÁNCOLTATOTT LEÁNY składa się z trzech, połączonych ze sobą części, ale utrzymanych w zupełnie innej estetyce i żonglującej czasoprzestrzennymi strukturami. Raz opowieść toczy się w rytm XVIII-wiecznego, ludowego tańca, innym razem eleganckiego baletu w XIX wieku, aż w końcu dominująca staje się estetyka tańca współczesnego i kolorowe lata 60. (ta część jest zdecydowanie najfajniejsza, to w niej oś fabularna nabiera konkretnych kształtów i soczystości). Nie dziwi fakt, że produkcja Tamása Banovicha wyjechała z Cannes z nagrodą za osiągnięcia techniczne.

clay22-65

Wyobraźcie sobie, że jesteście reżyserem o nietuzinkowej wrażliwości i artystycznej wizji, która wykracza poza ramy tradycyjnej sztuki filmowej. Tworzycie na końcu świata, na dalekich Antypodach. Niespodziewanie wasze dzieło – inspirowane europejskimi wizjonerami pokroju Jeana Cocteau – zostaje zakwalifikowane do konkursowej selekcji najważniejszego festiwalu świata, a w kraju, który reprezentujecie, nikogo ten fakt w ogóle nie obchodzi. Taka historia spotkała Giorgio Mangiamele – włoskiego emigranta, który w latach 50. zamieszkał w Australii. By móc promować CLAY w Cannes, reżyser wyprosił zniżkę od operatora, dzięki czemu mógł kupić bilety na prom do Europy dla siebie i dwójki swoich współpracowników. Wcześniej zastawił już własny dom, by zdobyć fundusze na nakręcenie CLAY. W Australii latami zastanawiano się, jak to się stało, że tak niszowy film zainteresował selekcjonerów w Cannes i jak w ogóle do nich trafił, ale gdy w końcu porzucono te bezproduktywne dywagacje okrzyknięto twórcę CLAY pionierem australijskiego kina niezależnego, zaś dzieło z 1965 roku jednym z najważniejszych art-house’owych filmów w historii kina z Antypodów. Po latach poddano go cyfrowej rekonstrukcji i wydano na DVD, a sam Mangiamele doczekał się wielu wystaw retrospektywnych ze swoją filmową i okołofilmową twórczością w najszacowniejszych instytucjach kulturalnych w Australii. CLAY – liryczna zaduma nad alienacją wrażliwych jednostek w świecie – faktycznie stanowi interesujący przykład dzieła, które łączy estetykę europejskiego kina lat 40. i wczesnych 50. z wrażliwością przypisaną sztuce fotografii. Widać, że Mangiamele bardziej był wyczulony na estetykę kadru, aniżeli zaprzątał sobie głowę fabularnymi rozwiązaniami (te akurat są delikatnie naiwne). Natomiast efektem jego bezkompromisowej wizji była czysta poezja na ekranie. Taka, która spokojnie mogłaby inspirować późniejszego Godarda, a nawet Kieślowskiego.

Na deser zostawiłam NOITE VAZIA – zaginioną perłę brazylijskiego cinema novo oraz najlepszy film Antonioniego, którego Włoch nie nakręcił. Walter Hugo Khouri to, że nie jest wymieniany jednym tchem obok mistrzów kina z Ameryki Południowej, zawdzięcza w dużej mierze otwartemu konfliktowi z Glauberem Rochą – ikoniczną postacią dla cinema novo. Z drugiej strony bezwstydny wojeryzm NOITE VAZIA, nagość i erotyzm, ciężki oddech egzystencjalizmu i dekadencki nastrój to jednak mogło być za dużo nawet dla najbardziej otwartej publiki. Dwaj modni mężczyźni, dwie kobiety lekkich obyczajów i jedna, nieprzespana noc, która dla tej czwórki zdaje się być nudną rutyną. Nie ma tu zabawy, miłości i radości, największy żar wylewa się z ekranu telewizora, na którym włączają film pornograficzny dla zabicia czasu. Na drugim planie Khouri portretuje równie ospałe São Paulo, które żyje tylko dzięki jego ekspresjonistycznym sztuczkom rodem z radzieckich klasyków, ożywiane także kroplówką leniwej bossa novy. Składam oficjalny wniosek o rehabilitację NOITE VAZIA i jego reżysera, by nie zaginął w brazylijskich archiwach.

yoyo

Zupełnie zbędna ciekawostka: Pierre Etaix to w skali światowej zupełnie unikatowa postać. Zanim Francuz dał się poznać jako filmowiec-wizjoner (i szybko zniknąć z branżowego radaru, do czego zaraz dojdziemy), pracował jako ilustrator i występował w małych kabaretach. W połowie lat 50. spotkał Jacquesa Tatiego i został jego asystentem, kilka lat później okazując się jego genialnym uczniem (ale nigdy naśladowcą!). Etaix kochał slapstick i komediowe kino nieme, najbliżej było mu zwłaszcza do Bustera Keatona i Maxa Lindera. W jego skromnej filmografii nie brakuje bowiem humoru, ale też szlachetnej melancholii. Potrafił wypracować własny styl w tym osobliwym gatunku. Pokazywane w Cannes w 1965 roku YO-YO to kwintesencja tego stylu, dziś uznawane za najlepsze dzieło Francuza. Etaix wciela się w filmie w podwójną rolę ojca i syna. Ten pierwszy – snobistyczny bogacz, w wyniku wielkiego kryzysu lat 30. traci swój majątek i przyłącza się w trudnych czasach do małej, cyrkowej trupy, gdzie ponownie wiąże się z dawną ukochaną i matką swojego dziecka. Mijają lata, syn dorasta i jako barwny klaun robi światową karierę w wodewilu, stając się… niemalże kopią swojego ojca sprzed paru dekad. Historia zatacza koło i staje się wspaniałą metaforą świata jako cyrku, które najlepiej opuścić z przytupem. Pierre Etaix cudownie prowadzi narrację w swoim filmie, ale też zachwyca precyzją strony technicznej. Jego geometryczne kadry to aranżacyjne mistrzostwo, a towarzysząca perypetiom bohaterów ścieżka dźwiękowa uszlachetnia warstwę emocjonalną. Wszystkie recenzje, które ukazywały się w momencie premiery filmów Etaix (w tym polskie), wychwalały Francuza i jego dzieła, jak to się więc stało, że przez dekady stał się on twórcą całkowicie zapomnianym? W latach 70. Pierre Etaix, podobnie jak bohater z YO-YO, związał się z cyrkiem, założył szkołę kształcącą cyrkowych artystów i sam występował, w kinie pojawiał się epizodycznie. Przez blisko 40 lat niewyjaśniona była kwestia praw do jego filmów. Firma, która je posiadała nie była zainteresowana pielęgnowaniem pamięci o twórczości Etaix, mimo obietnic nie odrestaurowała też starych taśm. Dopiero w XXI wieku sprawy przybrały pozytywny obrót. Kwestia praw się wyjaśniła, a w 2007 roku filmy zostały odrestaurowane. Z powodów prawnych musiały jeszcze 3 lata poczekać, ale w końcu zostały udostępnione szerokiej publiczności, a sam ich autor na szczęście dożył tej chwili. Jerry Lewis powiedział kiedyś takie ładne zdanie, że z geniuszem zetknął się dwa razy w życiu. Pierwszy raz, jak sprawdził definicję tego słowa w słowniku, a drugi, gdy poznał Pierre’a Etaix.

***
Obejrzane w ramach “Przeżyjmy to jeszcze raz: Festival de Cannes 1965”:

Liviu Ciulei: Las Powieszonych (Padurea spânzuratilor) – 9/10
Ján Kadár & Elmar Klos: Sklep przy głównej ulicy (Obchod na korze)* – 8.5/10
Sidney Lumet: Wzgórze (The Hill) – 8/10
Pierre Étaix: Yo Yo – 8/10
Walter Hugo Khouri: Noite Vazia – 8/10
William Wyler: Kolekcjoner (The Collector)* – 8/10
Masaki Kobayashi: Kwaidan* – 7.5/10
Giorgio Mangiamele: Clay – 7.5/10
Pierre Schoendoerffer: Pluton 317 (La 317eme section) – 7.5/10
Aleksander Ford: Pierwszy dzień wolności – 7/10
Tamás Banovich: Az Életbe táncoltatott leány – 7/10
Jan Nemec: Diamenty Nocy (Démanty noci)** – 7/10
Jerzy Skolimowski: Walkower** – 7/10
Mai Zetterling: Zakochane Pary (Älskande par) – 6.5/10
Francesco Rosi & Antonio Levesi Cervi: Moment Prawdy (Il momento della verità) – 6.5/10
Sidney J. Furie: The Ipcress File – 6.5/10
Richard Lester: Sposób na dziewczyny (The Knack …and How to Get It) – 6/10
Grigori Chukhrai: Był sobie dziad i baba (Zhili-byli starik so starukhoj) – 6/10
Albert Lamorisse: Fifi-Piórko (Fifi La Plume) – 6/10
Zako Heskija: Goreshto pladne – 6/10
Juan Antonio Bardem: Los pianos mecánicos – 4.5/10

* widziałam kiedyś i/lub sobie odświeżyłam
** pokazywane w ramach Tygodnia Krytyki w Cannes, bonusowe seanse

Perły Klasyki Filmowej (11): Berlinale 1994

PRZEŻYJMY TO JESZCZE RAZ… BERLINALE 1994

Festiwal w Berlinie – zaraz po Nowych Horyzontach – jest chyba moją ulubioną, filmową imprezą. Podczas gdy Cannes to wydarzenie, jasne – z większym rozmachem i prestiżem, zwłaszcza w zakresie oferty programowej, mocniej branżowe i zamknięte (choć to też ostatnio się odrobinę zmienia), Berlinale to festiwal zarówno dla przedstawicieli branży, dziennikarzy, filmowców, ale też zwykłych widzów. Filmy można oglądać w kilku kinach rozsianych praktycznie po całym mieście, a masowa dostępność biletów i ich dystrybucja zróżnicowanymi kanałami wydają się bardzo w porządku. Samo miasto sprzyja zdecydowanie mniej napiętemu czy nerwowemu korzystaniu z festiwalowej oferty, tylko pora roku – koniec zimy – przemawia trochę na jego niekorzyść.

berlnd

Powracając do jednej z edycji z przeszłości, zaczęłam się zastanawiać, kiedy do Berlinale faktycznie przylgnęła etykieta najbardziej politycznego festiwalu z tzw. wielkiej trójki. Wiadomo, że jego geneza ze stworzeniem wolnego forum dyskusji o filmie w podzielonym mieście w gorącym, zimno-wojennym okresie, gdy właśnie tam jak w soczewce kumulowały się światowe napięcia i animozje, implikuje polityczne konotacje, ale moim zdaniem w samym programie festiwalu przez wiele dekad nie było tego widać. Patrząc na sekcje konkursowe z kilkunastu pierwszych edycji, jest tam raczej ukierunkowanie na dość różnorodne produkcje, nawet z przewagą takich o stricte artystycznych walorach, podążających za aktualnymi trendami (nagrody otrzymywali w Berlinie choćby Godard, Antonioni, Bergman). Przełomowy w kwestii rozpolitykowania festiwalu mógłbyć rok 1970, gdy imprezę przerwano, nie przyznając nagród, bo w konkursie znalazł się film bardzo kontrowersyjny z właśnie politycznych względów. Być może kiedyś wrócę do tej edycji i opiszę tę sytuację dokładniej, bo teraz zajmuję się zupełnie innymi czasami. A w 1994 roku główny werdykt jury pod przewodnictwem producenta filmowego Jeremy’ego Thomasa (stał za dziełami Roega, Bertolucciego czy Cronenberga), mógł uchodzić za mocno polityczny.

inthename

Złoty Niedźwiedź w 1994 roku dla W IMIĘ OJCA Jima Sheridana to werdykt z gatunku i zasłużonych, i sprawiedliwych, konfrontując ten film z innymi pozycjami z sekcji konkursowej. Wiele z nich to tytuły niedostępne, obskurne i raczej szerzej w ogóle nieznane. Choć sama Berlinale 1994 odhaczam jako festiwal zaliczony w dość skromnej formie (raptem 11 z 21 tytułów udało mi się odnaleźć, z czego 4 widziałam wcześniej), to chyba niewiele straciłam, bo filmy wyróżnione akurat obejrzałam praktycznie wszystkie. Wracając do Sheridana, wiele lat temu W IMIĘ OJCA zrobiło na mnie duże wrażenie jako dzieło odnoszące się do tematyki konfliktu irlandzko-brytyjskiego, ale jednocześnie głęboko humanistyczne i boleśnie uniwersalne, z surowością skupione na portretowaniu nadużyć władzy, bezsilności ofiar, ludzkich dramatów, które nigdy nie traci z oczu człowieka. W hollywoodzkim schemacie W IMIĘ OJCA gubi się tylko raz – w finale sięga po efektowne, ale tanie chwyty, których ta historia nawet nie potrzebowała. Główną rolę w filmie zagrał Daniel Day-Lewis, który w latach 90. miał status wielkiej gwiazdy – przed filmem Sheridana zagrał przecież w WIEKU NIEWINNOŚCI Scorsese i epickim widowisku OSTATNI MOHIKANIN. Brytyjczyk znajdował się w gronie ówczesnych gorących nazwisk w branży, tuż obok takich postaci jak Kevin Costner, Keanu Reeves, Michelle Pfeiffer. Dziś widać, jak różnie potoczyły się losy aktorskich ikon sprzed trzech dekad i jak przewrotna bywa sława, choć Daniel Day-Lewis akurat od początku własną karierą kierował w wyjątkowo mądry sposób. Dziś z perspektywy aktorskiego emeryta z wyboru na pewno może być dumny z własnych osiągnięć.

Drugą, najważniejszą nagrodę Berlinale sprzed ponad ćwierć wieku, Srebrnego Niedźwiedzia, otrzymała kubańska produkcja TRUSKAWKI I CZEKOLADA. Tytuł smaczny i zachęcający, film na pewno ważny w kontekście rozliczeń społecznych stosunków w kraju najdłużej funkcjonującego w komunistycznym reżimie, krytyczny wobec politycznych dogmatów, na których opierała się państwowość Kuby, ale dzieło, które nie wytrzymuje próby czasu. Przez chwilę TRUSKAWKI I CZEKOLADA obiecują nostalgiczną narrację w duchu CALL ME BY YOUR NAME, ale okazują się nieznośnie rozgadaną fabułą bazującą na dość statycznym studium relacji pary bohaterów, w których słowach i ustnych przekazach wyłożone zostaje rozliczeniowe credo filmu. Jak ktoś gustuje w wyniosłych, akademickich dyskusjach, to dzieło Tomása Gutiérreza Alea i Juana Carlosa Tabío idealnie wpisuje się w taki właśnie styl.

W ramach polskich wątków oczywiście nie można przejść obojętnie obok Srebrnego Niedźwiedzia za reżyserię dla Krzysztofa Kieślowskiego. TRZY KOLORY: BIAŁY to na pewno najmniej efektowny z filmów, które powstały w ramach ikonicznej trylogii, ale czarujący narracyjną lekkością i dowcipem oraz swojskim – z perspektywy widza znad Wisły – klimatem. W ogóle Berlinale i Wenecja mogą się pysznić nad Cannes. Podczas gdy te dwa festiwale doceniały polskiego twórcę w jego artystycznie najważniejszym primetime’ie, na Lazurowym Wybrzeżu kiedy też mieli taką okazję, nie poszli w ich ślady. Dziś mogą tego żałować.

crissy

Aktorskie wyróżnienia na Berlinale 1994 nie mogą być bardziej od siebie odległe. Z jednej strony hollywoodzki gwiazdor Tom Hanks, dla którego FILADELFIA (typowy przykład amerykańskiego “ważnego filmu na ważny temat” nastawionego na poruszenie i wzruszenie widza, w którym wiadomo, kto reprezentuje jasną i ciemną stronę mocy) była głównym krokiem do aktorskiej ekstraklasy. Z drugiej – dziarska debiutantka na dużym ekranie Crissy Rock, która do BIEDRONECZKO, BIEDRONECZKO Kena Loach trafiła prosto z komediowych scen Anglii. Wyszczekana Brytyjka doskonale odnalazła się w będącym blisko ludzkich spraw kinie Loacha, wcielając się w rolę desperacko marzącej o własnej, normalnej rodzinie kobiety, której opieka społeczna zamiast pomagać bezczelnie odbiera kolejne dzieci. Historia oczywiście na faktach, powstała w oparciu o drobiazgowy, dokumentalny research. Gdyby układać kanon podstawowych dzieł jednego z najbardziej zaangażowanych reżyserów na tym świecie, BIEDRONECZKO, BIEDRONECZKO miałoby spore szanse, by do niego trafić.

Także kino azjatyckie na tym festiwalu miało swojego fajnego reprezentanta, który w dodatku z niemieckiej imprezy wyjechał z niesławną już dziś Nagrodą Alfreda Bauera. W HWA-OM-KYUNG reżyser Jang Sun-woo zrealizował zgoła szalony pomysł, przenosząc fabułę powieści opartej na buddyjskiej sutrze ze starożytnych Indii do współczesnej Korei. Osierocony chłopiec po śmierci ojca wyrusza w podróż, by odszukać matkę, której nigdy nie poznał. To nie cel tej tułaczki okazuje się jednak najważniejszy. Wszystko, co go spotyka w jej trakcie, przybliża go do oświecenia. Podróż bohatera wydaje się trwać całe życie, wszystko wokół niego się zmienia, on sam zaś pozostaje dzieckiem, które posiada coraz większą wiedzę i doświadczenie. Tak, HWA-OM-KYUNG to doskonały, bo bardzo przystępny przewodnik po buddyjskiej filozofii i wartościach, przekazanych za pośrednictwem ciekawego artystycznie filmu.

rgodsob

Do moich ulubionych odkryć filmowych 44. edycji Berlinale zaliczę na pewno ROK POD ZNAKIEM PSA. Jego reżyser nie cieszył się wielką sympatią radzieckiej władzy, Semyon Aranovich zasłynął bowiem przede wszystkim z dwóch, dość odważnych dokumentów krytycznych wobec stalinowskiej spuścizny własnego kraju. W nagrodzonym w Berlinie za artystyczne walory ROKU POD ZNAKIEM PSA sportretował parę fatalnych kochanków-recydywistów, poszukujących – z konieczności z dala od stron, które znają – swojego miejsca na ziemi. Odnajdują je… na terenie skażonym promieniowaniem z czarnobylskiego reaktora i dlatego opuszczonym przez jego mieszkańców. W filmie Aranovicha czułość przeplata się z brutalnością, a obietnica miłosnego spełnienia okazuje się smutną iluzją. Igor Skljar i Inna Churikova (ulubiona aktorka i żona reżysera Gleba Panfiłowa) są wspaniali, budując swoje postacie na zupełnie przeciwstawnych emocjach. Dzięki nim w tej fabule równie wiarygodnie wybrzmiewa poetycka melancholia i szorstka refleksja społeczna. Zdolny Aranovich pozostaje twórcą praktycznie nieznanym, bo po prostu nie trafił w swój czas. Od połowy lat 80. Związek Radziecki borykał się z wieloma problemami, które w końcu doprowadziły do jego upadku. Te gospodarcze były szczególnie dotkliwe dla wielu branż, w tym kultury. Finansowanie swoich przedsięwzięć mogli sobie zapewnić tylko ci najmocniejsi (np. Nikita Mihałkow), w filmie nie było możliwości, by wspierać artystyczne ambicje młodszych reżyserów lub ciekawych twórców na dorobku, którzy nie gwarantowali rozgłosu i dobrych wyników box-office’u.

Chciałabym coś jeszcze błyskotliwego wspomnieć o monumentalnym żarcie Alaina Resnaisa SMOKING/NO SMOKING – dwuczęściowej produkcji (łącznie trwającej ponad 4 godziny), dzielącej widzów na tych, którzy uważają ja za wizjonerskie arcydzieło lub niestrawną pomyłkę. Sama nie wiem, do której grupy jest mi bliżej. Natomiast nie potrafię odnieść się do tego filmu, ale głównie dlatego, że wymaga on więcej niż jednego seansu, a ja przez najbliższe 10 lat raczej nie chcę do niego wracać. Bynajmniej nie dlatego, że to dzieło złe czy nudne, ale raczej takie wymagające zarówno świeżej, jak i bardzo otwartej, zrelaksowanej głowy.

bezleku

Zupełnie zbędna ciekawostka: W BEZ LĘKU – jednym ze zdecydowanie mniej popularnych tytułów z filmografii Petera Weira (twórcy m.in. PIKNIKU NAD WISZĄCĄ SKAŁĄ i STOWARZYSZENIA UMARŁYCH POETÓW) – dostrzec można zaskakujące cechy wspólne z osobliwą narracją i metafizyczną aurą dzieł Krzysztofa Kieślowskiego. Jeff Bridges wciela się w rolę mężczyzny, który wraz z kilkoma innymi osobami przeżył straszną katastrofę lotniczą, co redefiniuje jego dalszą egzystencję. Pozwala mu pozornie funkcjonować bez lęku i strachu, zwłaszcza w kontekście własnego życia, ale zarazem oddala od rodziny i wbrew woli czyni kogoś na kształt terapeutycznego wsparcia dla innych ocalałych, których traumatyczne doświadczenie dotknęło w bardziej tradycyjny sposób. BEZ LĘKU to pozycja raczej z gatunku ciekawostek, ale smutno łączy się ona z czasami współczesnymi i… pandemią koronawirusa. Za kamerą filmu Weira stał Allen Daviau – operator, któremu zawdzięczamy niesamowite zdjęcia z E.T. i IMPERIUM SŁOŃCA Spielberga, profesjonalista w swoim fachu, który ostatnie kilka lat spędził na zasłużonej emeryturze w domu spokojnej starości w Kalifornii. Daviau zmarł w połowie kwietnia tego roku w wyniku powikłań po zarażeniu koronawirusem.

***
Obejrzane w ramach “Przeżyjmy to jeszcze raz: Berlinale 1994”:

Jim Sheridan: W imię ojca (In the Name of the Father)* – 8/10
Semyon Aranovich: Rok pod znakiem psa (God sobaki) – 7/10
Krzysztof Kieślowski: Trzy kolory: biały* – 7/10
Jang Sun-woo: Hwa-Om-Kyung – 6.5/10
Ken Loach: Biedroneczko, Biedroneczko (Ladybird, Ladybird)* – 6.5/10
Alain Resnais: Smoking/No Smoking – 6.5/10
Jonathan Demme: Filadelfia (Philadelphia)* – 6.5/10
Buddhadeb Dasgupta: Charachar – 6.5/10
Peter Weir: Bez lęku (Fearless) – 6/10
Wu Ziniu: Hou Hi – 6/10
Tomás Gutiérrez Alea & Juan Carlos Tabío: Truskawki i Czekolada (Fresa y chocolate)- 5.5/10

* widziałam kiedyś i/lub sobie odświeżyłam

Netflix: Da 5 Bloods

da5bloods

 

DA 5 BLOODS
polska premiera: 12.06.2020
reż. Spike Lee

moja ocena: 4.5/10

 

Nie odmawiam temu filmowi ani jego twórcy, Spike’owi Lee, godnych podziwu i najwyższego szacunku pasji i zaangażowania. Zwłaszcza że premiera “Da 5 Bloods”, która pierwotnie miała się odbyć w maju na festiwalu w Cannes, gdzie amerykański reżyser miał pełnić rolę przewodniczącego jurorskiego gremium, ostatecznie odbyła się online w okolicznościach nadzwyczajnych. Świat nie tylko walczy z pandemią koronawirusa, ale też zalewają go masowe protesty przeciwko rasizmowi. Ten najgłębiej zakorzeniony w społecznej tkance występuje w ojczyźnie reżysera, a sytuację dodatkowo podgrzewa tam nie tylko historia wieków tragicznej eksploatacji kolorowych mniejszości, z którą kraj właściwie nigdy się nie rozliczył, ale też systemowa przemoc, jakiej każdego dnia doświadczają osoby nie reprezentującej białej większości. Spike Lee w tę walkę włączał się od zawsze, dla niego stanie na tej barykadzie to najbardziej naturalna rzecz. To być może ostatecznie zadecydowało o tym, że skądinąd zapowiadające się na fajne przygodowe kino z rozliczeniowymi wątkami, mające serce po prawidłowej stronie, zaginęło nie tyle w gęstwinie wietnamskiej dżungli, ile w politycznych treściach, którymi “Da 5 Bloods” zostało niemiłosiernie przeładowane. Wszystkiego tu za dużo, za głośno, zbyt chaotycznie. Są tu ciekawe pomysły, jak błyskotliwe i nowatorskie łączenie wietnamskiego dziedzictwa z bieżącymi kwestiami, ukazywanie wojny jako dramatycznego przeżycia, które w duszach straumatyzowanych żołnierzy nie kończy się wcale wraz z odwieszeniem wojskowego munduru czy słuszne, acz ostentacyjne potępienie przeszłości, nie stroniącej od świadectw dyskryminacji i propagowania nierówności, bez czego nie można mówić o lepszej, bardziej sprawiedliwej przyszłości. W rozwleczonej na dwie i pół godziny fabule coś ewidentnie poszło nie tak. Przeciążona inscenizacyjnie narracja nie pomaga zbliżyć się do bohaterów czy budować z nimi więzi. Nie stykają się też ze sobą gatunkowe schematy, po które sięgnął reżyser, tworząc wrażenie epickiego bałaganu. Wyjątkowo męczący to seans, przez co nawet rozumiem spiskowe teorie dotyczące pozytywnej recepcji filmu w Ameryce, na co ma wpływać sytuacja na ulicach i masowe protesty, bez których pozytywnych recenzji by nie było.

 

Netflix: The Other Lamb

theotherl

 

THE OTHER LAMB
polska premiera: maj 2020
reż. Małgorzata Szumowska

moja ocena: 5.5/10

 

Na papierze anglojęzyczny debiut Małgorzaty Szumowskiej powinien być produkcją skazaną na sukces, bo idealnie wpisującą się we współczesne trendy w ramach konkretnego, filmowego gatunku. W schemat kameralnego horroru polska reżyserka chciała włożyć feministyczny manifest, w swej treści wcale nie tak odległy od tego, co głoszą klasyczki nurtu czy dzieła popkultury pokroju serialowej “Opowieści Podręcznej”. Bohaterki “The Other Lamb” to kobiety – w różnym wieku i, co ważniejsze, zmagające się z różnymi, często bolesnymi doświadczeniami z czasów zanim trafiły pod opiekę swojego Pasterza (Michiel Huisman). Ładnie kontekst genezy tej wspólnoty owiewają niedopowiedzenia i tajemnice. Szumowska naszą uwagę kieruję na młodziutką Selę (Raffey Cassidy), która wkracza w okres dojrzewania. Zmienia się nie tylko jej ciało, ale wraz z nim także percepcja tego, co dzieje się w zamkniętej społeczności, w jakiej od dziecka funkcjonuje. Nastrojowa, leśna sceneria służy budowaniu klimatu grozy i niepokoju. Potęgują ją ukradkowe spojrzenia, posępne stroje dziewczyn, surowość domków w głębi lasu. Maciej Englert po drugiej stronie kamery jest absolutnym mistrzem w swoim fachu, ale nawet on nie tchnie życia w historię, w której go po prostu brakuje. W sferze czysto wizualnej wszystko się ze sobą zgrabnie łączy, ale nic w tym filmie nie działa w warstwie opowiadania. Nie ma chwil autentycznej grozy, brakuje podskórnych bodźców do głębszej refleksji, z ekranu zionie tylko fabularna pustka.

 

Miesiąc w muzyce: maj 2020 (piosenki)

PIOSENKI MAJA

number1
clubintl

Club Intl – Crush
7”, 2020
Try this!

 

number2
juliannab2020

Julianna Barwick – Inspirit
Healing Is A Miracle LP, 2020
Try this!

 

number3
ibreakh

I Break Horses – Baby You Have Travelled For Miles Without Love In Your Eyes
Warnings LP, 2020
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Kraków Loves Adana – The Ocean Between Us (Darkest Dreams LP) Try this!
[muzyka klubowa] [smutne disco]

Simmy feat. Sino Msolo – Ngihamba Nawe (Come Rain LP) Try this!
[etno pop] [afrykańska kraina łagodności]

Arca — Time (KiCk i LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Jessie Ware – Save A Kiss (What’s Your Pleasure? LP) Try this!
[kobiecy pop] [muzyka klubowa]

Alison Mosshart – It Ain’t Water (7”) Try this!
[indie rock] [americana]

Sevdaliza – Joanna (7”) Try this!
[kobieca muzyka] [intymne brzmienia]

Foxes – Love Not Loving You (7”) Try this!
[pop] [girl power]

India Jordan – I’m Waiting (Just 4 U) (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [parkietowe klimaty]

Phoebe Bridgers – I See You (Punisher LP) Try this!
[indie pop/rock] [90s vibes]

Becky and the Birds – Paris (Trasslig EP) Try this!
[baśniowy pop] [intymne brzmienia]

Arlo Parks – Eugene (Black Dog LP) Try this!
[r’n’b] [kameralne brzmienia]

Young Ejecta – Crayon Cactus (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka klawiszowa]

Khruangbin – So We Won’t Forget (Mordechai LP) Try this!
[chill pop] [nostalgiczne brzmienie]

Porcelain Raft – Out Of Time (Come Rain LP) Try this!
[indie pop/rock] [dream pop]

Discovery Zone – Dance II (Remote Control LP) Try this!
[80s vibes] [vintage pop]

Desire – Liquid Dreams (7”) Try this!
[electro pop] [smutne disco]

Ringo Deathstarr – God Help the Ones You Love (Ringo Deathstarr LP) Try this!
[shoegaze] [rock]

Cindy – Never Let Me Go (I’m Cindy LP) Try this!
[elektronika] [vintage sound]

Lianne La Havas – Can’t Fight (7”) Try this!
[r’n’b] [pozytywne dźwięki]

Jayda G – Both Of Us (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [miejskie brzmienia]

Kate NV — Marafon 15 (Room for the Moone LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [dream pop]

Owen – On With The Show (The Avalanchee LP) Try this!
[indie pop/rock] [kameralne brzmienie]

Keep Shelly in Athens – I Won’t Cry (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka klawiszowa]

Yellow Days – Love Is Everywhere (A Day In A Yellow Beat’e LP) Try this!
[indie pop/rock] [vintage sound]

Rhye – Beautiful (7”) Try this!
[electro pop] [intymne brzmienia]

ZHU & Tinashe – Only (7”) Try this!
[muzyka miejska] [mroczne r’n’b]

***
posłuchaj na YT