W kinie: Najmro. Kocha, kradnie, szanuj

najmro

 

NAJMRO. KOCHA, KRADNIE, SZANUJE
polska premiera: 17.09.2021
reż. Mateusz Rakowicz

moja ocena: 5.5/10

 

W Polsce mamy szczególny stosunek do okresu przełomu lat 80. i 90. W masowych wspomnieniach zapomnieliśmy, jak ponury i szary to był czas. Hiperinflacja, smutnie puste sklepy, wieczny niepokój i towarzyszące mu zmęczenie przepychankami władzy z protestującym ludem pracującym. Zepsucie systemu jak wirus wyniszczające społeczną tkankę. Przez potężne, ciemne chmury naprawdę rzadko przebijały się wątłe promyki słońca, zwiastujące nadchodzące zmiany, których beneficjentami jako kraj i społeczeństwo mieliśmy zostać dopiero wiele lat później. A mimo to współcześnie w odbiorze czasów ustrojowej transformacji pozostajemy niepoprawnymi romantykami, co z premedytacją wykorzystuje Mateusz Rakowicz w najbardziej przebojowym filmie sezonu. Zdzisław Najmrodzki w przygnębiającej rzeczywistości lat 80. był nie tylko bohaterem popularnego programu “997”, ale także idolem mas, wywodzącym się z ludu bon vivantem, nieustannie grającym na nosie znienawidzonym w PRL organom ścigania. W wersji Rakowicza tytułowy Najmro (Dawid Ogrodnik) celebrował życie, wchodząc do Pewexów pod osłoną nocy i wynosząc z nich najcenniejszy towar. Nie potrzebował maski i broni, wystarczyły plakaty “Klątwy Doliny Węży”, zasłaniające dziury w ścianie. Bawił się w najmodniejszych lokalach – w cekinach, brokacie i doskonale przyciętym wąsie beztrosko tańczył w rytm największych przebojów epoki. Rozbijał się po kraju w soczyście czerwonym polonezie i rzucał doskonałymi dowcipami w każdej okoliczności, nie ważne, czy jego odbiorcami byli strażnicy więzienia, z którego miał właśnie uciec, co uczył prawie 30 razy czy przypadkowo poznana kinooperatorka Tereska (Marta Wągrocka), mająca okazać się wielką miłością sympatycznego złodzieja. Prawda o Najmrodzkim była zgoła odmienna, ale kto by się tym przejmował. Jest prawda czasu, jest prawda ekranu.

Debiutujący w pełnym metrażu Rakowicz z nostalgii czyni swój największy oręż. Nie interesuje go ani storytelling, ani biograficzne czy realistyczne aspekty opowiadanej historii. “Najmro” nie jest przecież typowym heist movie, a tym bardziej pierwszą z brzegu kryminalną komedią made in Poland. To filmowy festiwal z fajerwerkami celebrujący styl i formę, do czego mit Najmrodzkiego nadał się znakomicie. Polonez inscenizacyjnej fantazji ma wciśnięty do końca pedał gazu. Czego tu nie ma! Slow motion atakuje co kilka minut, ekran dzieli się, by w kadr wrzucić jeszcze więcej wizualnych bodźców, kamera wyłapuje najbardziej nieoczywiste ujęcia, a w pokoju montażowym na pewno dla kurażu popijano szampana. Jakby tego było mało, za każdym razem, gdy Najmro pojawia się na ekranie możemy spodziewać się zgrywy, żartu, zawadiackiego mrugnięcia okiem, które wywołają salwy niepohamowanego śmiechu. Tylko ja w sumie na “Najmro” nie bawiłam się tak jak wszyscy. Ten humor, którym przesiąknięty w nadmiarze jest film, nie jest moim. To humor moich rodziców, których niezmiennie od dekad najlepiej rozweselają stare polskie komedie, a wobec czasów słusznie minionych czasem wykazują się czułym, acz odrobinkę niezdrowym sentymentem.

Gdy w pierwszych minutach filmu słyszymy “Nic nie może wiecznie trwać” Anny Jantar, nie mamy prawa zapamiętać tego momentu, “Najmro” naszpikowane bowiem zostało takimi komiksowo-teledyskowymi fragmentami. Także reżyser nie potrafi tak uwypuklić tego momentu, byśmy w finale historii Najmrodzkiego potrafili wrócić do słów jednego z największych, polskich przebojów. Historia tego faceta z jednej strony stała się pretekstem dla bombastycznego kina rozrywkowego, z drugiej – dla refleksji o przemijaniu epok i bohaterów, lecz Rakowicz tej baśni o pociesznym złodzieju w polonezie nie potrafił efektownie spuentować. Bo życia Najmrodzkiego po wyjściu z więzienia w latach 90. nie dało się już podkoloryzować żadnym filtrem, wariackim montażem czy efektownym slow motion. Dramaturgicznie to już zupełnie inna opowieść, wymagająca zdecydowanie czegoś więcej niż zgrabnego dowcipu i chwytliwej piosenki. W gąszczu tego efekciarstwa zabrakło mi właśnie takiej błyskotliwej puenty, dzięki której “Najmro” byłby naj na zupełnie innym niż tylko rozrykowy poziomie. Z bezrefleksyjnego budowania pomników mitom nic dobrego jeszcze nie wyszło.

 

VOD: Pig

pig

 

PIG
polska premiera: sierpień 2021
reż. Michael Sarnoski

moja ocena: 6.5/10

 

Punkt wyjścia dla dramatu egzystencjalnego Michaela Sarnoskiego wydaje się absurdalny. Oto żyjący na dzikim odludziu truflarz w wyniku brutalnej napaści zostaje pozbawiony swojej świni, która w leśnym runie wynajdowała cenny produkt i była jedynym towarzyszem mężczyzny. Zwierzę zostało uprowadzone, a właściciel zrobi wszystko, by je odzyskać. Ponieważ aktualnie kariera aktorska Nicolasa Cage’a rozwidla się w najbardziej groteskowych kierunkach, więc teraz w “Pig” można by było się spodziewać krwawego kina zemsty i szarżującego aktora w toku śledztwa brutalnie rozprawiającego się ze swoimi przeciwnikami. W finale jednoczącego się czule ze swoim chrumkającym zwierzakiem. Nic takiego jednak nie ma tu miejsca, co w sumie stanowi duże zaskoczenie. Zemsta smakuje tu najlepiej podana na ciepło i z czułością. Jeśli ktoś nie pamięta, niegdyś Cage był całkiem niezłym aktorem dramatycznym, po którego charyzmę i zawodowy dystans sięgnęło kino rozrykowe. I to zarówno efektowne sensacyjniaki, jak i produkcje o B-klasowym rodowodzie. Aktor niespecjalnie selekcjonował scenariuszowe oferty, więc popkultura po prostu mocno go wyeksploatowała i zdemonetyzowała jego niegdysiejszą markę. Paradoksalnie “Pig” stanowi dziwaczny pomost między dawną renomą Cage’a a jego dzisiejszym statusem postaci tyleż kultowej, ile karykaturalnej. Dzieło Sarnoskiego uwypukla solidny dramatyczny warsztat Amerykanina, który niesie niemały ciężar gatunkowy tej historii na swoich barkach, lecz tę fabułę – sięgającą po estetykę noir i klasyczne (także w filmowym kontekście) tropy, opowiadaną w poważnym, minorowym tonie – trudno traktować zawsze z dostojnością. To wina decyzji o obsadzeniu tego konkretnego aktora, ale z drugiej strony, gdyby nie on, nikt nie zainteresowałby się tym całkiem ciekawym projektem.

Bohater Cage’a pokazuje swoją fizycznością, że nic nie boli tak jak życie, a każde wypowiedziane przez niego słowo buduje wokół Robina aurę mędrca łączącego cechy Jezusa i Mistrza Yody. A tak naprawdę to taki facet po przejściach, który porzucił wszystko i zaszył się się w chacie w głębi lasu, by w samotności przeżywać żałobę, mierzyć się ze stratą i godzić sam ze sobą. Z egzystencjalnego zawieszenia brutalnie wyrywa go gwałtowny atak i porwanie ukochanego zwierzęcia. Chcąc je odzyskać, mężczyzna wraca do Portland. Z tym miastem łączy go przeszłość, a ten powrót to taka niemalże po Schraderowemu mroczna eskapada do gastronomicznego podziemia. Białe obrusy i wykwintne dania na powierzchni jedynie zakrywają zepsucie i moralną degrengoladę branży, od której Robin nagle się odciął, mimo że jego legenda w tym świecie pozostała wiecznie żywa.

W tę narrację o sekretnym życiu branży gastronomicznej Sarnoski (świadomie lub nie) wpisał również krytykę współczesnego kapitalizmu, inspirując się ikonicznym “Fight Clubem” Finchera. W jego wizji – za sprawą głównego protagonisty – dominuje jednak humanizm i empatia zarówno wobec ludzi zagubionych w pogoni za sukcesem, jak i tych, którzy jak Robin, wyskoczyli z tego rozpędzonego pociągu. Każdego w końcu ścigają jego własne demony i zjadają wewnętrzne rozterki.

 

Miesiąc w muzyce: wakacje 2021 (piosenki)

PIOSENKI WAKACJI

number1
omarap

Omar Apollo – Go Away
7”, 2021
Try this!

 

number2
magdalenabay

Magdalena Bay – Chaeri
Mercurial World LP, 2021
Try this!

 

number3
turnstil

Turnstile feat. Blood Orange – Alien Love Call
Glow On LP, 2021
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

James Blake – Say What You Will (Friends That Break Your Heart LP) Try this!
[elektronika] [melancholijnie]

TOPS – Party Again (7”) Try this!
[indie pop] [retro vibe]

Kedr Livanskiy – Stars Light Up (Посмотри на небо) (Liminal Soul LP) Try this!
[humanistyczna elektronika] [nowe brzmienia]

Rycerzyki – Duch (Zniknij na zawsze LP) Try this!
[indie pop] [summer vibes]

Tommy Trash & Kiesza – Tectonic (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [atmosferyczna elektronika]

Courtney Barnett – Before You Gotta Go (Things Take Time, Take Time LP) Try this!
[folk] [melancholijne gitary]

Madi Diaz – Resentment (History Of A Feeling LP) Try this!
[muzyka intymna] [sad song]

Melentini – ΣΕΜΠΑΣΤΙΑΝ (7”) Try this!
[smutne disco] [retro electro]

Yves Tumor – Crushed Velvet (The Asymptotical World EP) Try this!
[muzyka gitarowa] [elektronika]

Ofelia – Zakochana w bicie (Miranda) (Osiem LP) Try this!
[muzyka taneczna] [polski pop]

Girl Ray – Give Me Your Love (7”) Try this!
[indie pop] [letnie brzmienie]

Hand Habits – Aquamarine (Fun House LP) Try this!
[indie pop/rock] [elektronika]

Lorde – Stoned at the Nail Salon (Solar Power LP) Try this!
[skromny folk] [lirycznie]

BlackStarKids – Juno (Puppies Forever LP) Try this!
[młoda muzyka] [street pop]

Morly – Wasted (7”) Try this!
[muzyka intymna] [kobiecy pop]

Joya Mooi – My Favourite (7”) Try this!
[muzyka miejska] [summer vibes]

Unknown Mortal Orchestra – That Life (7”) Try this!
[indie pop] [retro]

Dahlia Sleeps – Divided (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [elektronika]

CHVRCHES – Good Girls (Good Girls LP) Try this!
[electro pop] [muzyka syntezatorowa]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Zola (NH)

zola

 

ZOLA
Nowe Horyzonty 2021
reż. Janicza Bravo

moja ocena: 3/10

 

Wszystko, co mnie denerwuje i wkurza w filmie Janiczy Bravo, kryje się w genezie jego powstania. “Zolę” zainspirowała historia opisana w raptem 140 znakach Twitterowego wpisu. Autorka, kelnerka z Detroit, w barwny i żywiołowy sposób w tak skondensowanej formie streściła swoją przygodę, gdy poznana w knajpie nieznajoma zaoferowała jej wspólny wyjazd do Tampy celem łatwego i szybkiego zarobku w nocnych klubach Florydy, ale zamiast tego dziewczyna wpakowała się w nie lada kłopoty. Wypadowi towarzyszły nieoczekiwane atrakcje – prostytacja, samobójcze próby i nieudane morderstwa. Wpis zaczął żyć swoim życiem, aż w końcu zainteresował dziennikarzy, a później filmowców. Za ekranizację szalonego tweeta początkowo mieli wziąć się bracia Franco, ale w końcu projekt trafił do Bravo. Reżyserka stworzyła dziwaczny twór – kino drogi, w którym bohaterami są ludzie ze społecznych marginesów, jakim w swoim kinie głos oddaje Sean Baker. Tyle tylko, że w “Zoli” striptizerki pozostają striptizerkami uzależnionymi od mediów społecznościowych, prostytucja nie ma żadnego drugiego dna i społecznego kontekstu, a alfonsi i kolesie ze spluwami mają właściwości bohaterów z podrzędnych kreskówek dla dorosłych. Mam wrażenie, że Bravo bardzo chce, by jej film miał polot i humor jak “Mandarynka” Bakera, był wystrzałowy niczym „Spring Breakers” Korine’a i przenikliwy jak „American Honey” Arnold, ale jest ciężkostrawną karykaturą każdego z tych wymienionych tytułów. “Zola” pozostaje tym, czym była od początku. Nieskładną, irracjonalną narracją przedłużającą do półtoragodzinnego seansu podkoloryzowany wpis z Twittera.

 

W kinie: Paryż, 13. dzielnica (Cannes)

lesolymp

 

PARYŻ, 13. DZIELNICA
Festival de Cannes 2021
reż. Jacques Audiard

moja ocena: 6/10

 

Nie chcę Jacquesowi Audiardowi wypominać wieku, ale cóż ten sędziwy już skądinąd twórca może wiedzieć o bolączkach ludzi o ponad połowę od niego młodszych. Tę niewiedzę Francuz sprytnie zamaskował jednak zaproszeniem do współpracy Céline Sciammy i Lei Mysius, które napisały scenariusz do “Paryż, 13. dzielnica” oraz potraktowanie obrazu monochromatycznym filtrem, przywołującym skojarzenia z nowofalową estetyką i charakterystyczną dla niego fabularną spontanicznością. Film ma także swoje korzenie we współczesnym komiksie autorstwa Adriana Tomine’a, jedynie akcja przeniesiona została do francuskiej stolicy. I to jego wyjątkowo mało atrakcyjnej jej części.

Wizytówką tytułowej 13. dzielnicy są bowiem ponad 100-metrowe wieżowce wyrastające po obu stronach głównej arterii tej części miasta. Projekt został zrealizowany w latach 70. i miał łączyć funkcje biznesowo-handlowe z mieszkalnymi, odpowiadając na zapotrzebowanie młodych ludzi tamtych czasów. Praca w prężnych korporacjach miała być blisko miejsca zamieszkania, a okolica powinna też zapewniać codzienne rozrywki, a nawet zaspokajać głód wiedzy. Tutaj ulokowano przecież potężną Bibliotekę Narodową. Realizacja odbywała się w duchu idei Le Corbusiera, ale dziś ta ciasna, betonowa zabudowa kojarzy się raczej z azjatyckimi standardami urbanistycznymi. Nazywana bywa paryskim Chinatown i w dużej części jest zaludniona przez migrantów pochodzących z Chin i Wietnamu. Jak bohaterka filmu Audiarda Emile (Lucie Zhang), której korzenie zdradza praktycznie tylko i wyłącznie azjatycka uroda. Jej życiowa sytuacja i codziennie rozterki to już materiał żywcem wyjęty z post nowofalowej, francuskiej fabuły. Dziewczyna pracuje w call centre, ale to robota wybitnie tymczasowa. Jak większość rzeczy w życiu Emile, które wypełnia nuda i przygodny seks. Jej kochankiem staje się nawet współlokator, od którego obecności i gotówki zależy to, czy bohaterka będzie w stanie zatrzymać otrzymane po babci mieszkanie.

Drugą samotniczką w wielkim mieście jest Nora (Noemi Merlant), która podążając za marzeniem o zostaniu prawniczką, czołowo zderza się ze współczesnością. Koleżanki i koledzy ze studenckich ław biorą ją za gwiazdę internetowego kanału porno, swoimi niewybrednymi żartami i napastliwością kończąc jej akademicką karierę. Pocieszenie i nić empatii dziewczyna odnajdzie tam, gdzie zaczęły się jej problemy – po drugiej stronie internetowego łącza, miejscu pracy z wyglądu podobnej do niej seks workerki. “Paryż, 13. dzielnica” idzie rytmem międzyludzkich relacji, a dokładnie miłosnych historii przyprawionych po francusku lekkim i naturalnym erotyzmem. Nie ma w nich wielkich emocji i dramatycznych uczuć, bo ta teraźniejsza, miejska przestrzeń nie służy epickim melodramatom.

Drobiazgowość kontekstów, w jakich funkcjonują bohaterowie, szczególnie tych społecznych, nakazuje spojrzeć na fabułę Audiarda jak na relację z współczesnego pola bitwy. W domach z betonu nie ma wolnej miłości, bo młodzi 20- i 30-latkowie pozostają niewolnikami systemu. Są skazani na wysokie czynsze przerastające ich możliwości zarobkowe, ciągle starają się skądś wyemancypować, gdzieś przebić. Brak stabilności zarówno materialnej, jak i tej uczuciowej stał się częścią ich egzystencji. W “Paryżu, 13. dzielnicy” ten miejski krajobraz namalowany został bardzo prostymi, nowofalowymi środkami, co nadało mu lekkości i często dowcipności. Ta ulotność chwil, banalność postaci, czarno-biała monotonia paryskiego blokowiska sprawiają też, że niełatwo wchodzi się w tę historię, a jeszcze trudniej łapie kontakt z jej bohaterami.

 

W kinie: Titane (Cannes)

titane

 

TITANE
Festival de Cannes 2021
reż. Julia Ducournau

moja ocena: 7.5/10

 

Julia Ducournau reaktywowała nową francuską ekstremę w momencie, gdy wszyscy już prawie zapomnieli o krwawym filmowym nurcie kina znad Sekwany, które na początku tego stulecia szokowało widzów. Do mainstreamu kontrowersyjny gatunek wprowadził Gaspar Noe z “Nieodwracalnymi”, ale potem – z kolejnymi produkcjami pokroju “Frontiere(s)”, “Martyrs czy “Najścia” – choć stawało się coraz bardziej ekstremalnie, robiło się też nudnie. Tym filmom było przecież bliżej do VHS-owych slasherów, aniżeli prowokacyjnych dzieł wyrastających z tradycji Johna Watersa, Russa Meyera czy Davida Cronenberga. Aż najpierw z “Mięsem” na scenę jeszcze bez jupiterów wkroczyła francuska reżyserka, by następnie pójść na czołowe zderzenie ze współczesnym, coraz częściej rozmiękczonym kinem. Transgresyjna, cielesna estetyka Ducournau ocieka seksem i wulgarnością, uwielbia przemoc widowiskową i zarazem odrzucającą. “Titane” to spektakl zbudowany na barbarzyńskiej ekstrawagancji, z arytmiczną narracją i połamaną osią fabularną. Budujący pozornie znajomy obraz rzeczywistości, ale gdy patrzymy na niego wnikliwej, dostrzegamy cyberpunk, “Mad Maxa” i futurytyczne eksperymenty Tsukamoto. (Nie)daleka przyszłość u Ducournau pachnie spalinami i mrozi chłodem międzyludzkich relacji. Przewodniczką po tym świecie zostaje Alexia (Agathe Rousselle). Od najmłodszych lat agresywna prowokatorka i miłośniczka szybkich samochodów, która jako dziecko – w wyniku wypadku, do którego sama doprowadziła – wyposażona została w tytanową płytkę w głowie. Niby chroni ona mózg, ale tak naprawdę powoduje biologiczny i neurologiczny bałagan w ciele i umyśle dziewczyny.

W skąpym stroju i Refnowskim wnętrzu Alexia tańczy na maskach samochodów ku uciesze miłośników tego typu rozrywki. Gdy fan interesuje się nią zbyt mocno, kończy martwy z płynem mózgowym rozlanym po parkingu. Zresztą mordowanie tych, których się nie lubi, dla dziewczyny stanowi najprostszy sposób rozwiązywania problemów (a dla Ducournau pretekst do trawestacji Tarantinowskich symfonii przemocy). Tylko kopulacja z samochodem rozładowuje napięcie w duszy bohaterki. Gdy policja zaczyna szukać dziewczyny, Alexia goli głowę i łamie nos, publiczny szalet opuszcza jako młody mężczyzna, w którego pokiereszowanej facjacie swojego zaginionego dekady temu syna rozpoznaje pogrążony w żalu ojciec (Vincent Lindon). Wypierający nie tylko stratę dziecka, ale też nie potrafiący się pogodzić z upływem czasu i starzeniem własnego ciała.

Każda kolejna poza, przebranie, konfrontacja bohaterki odsłaniają prawdziwe wnętrze filmu, dla którego transhumanistyczna sceneria, oblany płynami ustrojowymi i olejem napędowym body-horror i sadystyczna ekstrawagancja to jedynie efektowna, wywrotowa fasada. “Titane” to opowieść o potrzebie miłości i bliskości jako jedynego lekarstwa na pustkę i samotność. Ducournau językiem bardzo silnych emocji i głębokiej empatii oswaja to, co nie zawsze jest oczywiste. Odnajdując akceptację w drugim człowieku, doświadczając od niego ciepła i budując z nim intymną relację, dekonstrukcji ulegają klasyczne definicje związku, rodziny, tożsamości. Uczucia są bowiem silniejsze niż społeczne klisze czy narzucone tradycją lub przyzwyczajeniem role. Dlatego w jednej z najbardziej wymownych scen filmu, podczas integracji strażackiej braci, to silna dziewczyna z tytanu demaskuje jako wątpiących i niepewnych grupę bawiących się młodych mężczyzn.

Świadomość filmowej materii, pewność własnej, artystycznej (a przecież kontrowersyjnej) wizji oraz przekonanie, co do przesłania, jakie chce się przekazać sprawiają, że kino Julii Ducournau nie można tylko traktować jako festiwalowego ekscesu, gatunkowego eksperymentu czy czystego szaleństwa. Mimo że wypełnione nawiązaniami i cytatami, “Titane” od początku do końca konsekwentnie mówi własnym językiem, dzięki któremu przemoc zrównoważona zostaje czułością, w akcie erotycznym dostrzega się głównie wołanie o miłość, a z kłamstwa czyni fundament dla prawdy. Julia, nie zwalniaj, wciskaj dalej gaz do dechy.

 

W kinie: Lamb (Cannes)

lamb

 

LAMB
Festival de Cannes 2021
reż. Valdimar Jóhannsson

moja ocena: 6.5/10

 

W filmie Valdimara Jóhannssona nic nie jest takie, jakim się wydaje. Przedstawiając Marię (Noomi Rapace) i Ingvara (Hilmir Snær Guðnason) Islandczyk sprawnie i wedle prawideł gatunku buduje intymny dramat o cichej erozji małżeństwa skonfrontowanego z niewyobrażalną stratą oraz żałobą i cierpieniem, które jej towarzyszą. Nie porzucając tej perspektywy, reżyser buduje drugą warstwę tej opowieści, której esencją jest wyzwanie, jakie człowiek rzuca naturze. Maria i Ingvar mieszkają na farmie na odludziu, ich praca polega w pewnym stopniu na nieustannym ujarzmianiu przyrody w realiach wymagającej, wyspiarskiej pogody. Spokój majestatu surowego, islandzkiego krajobrazu i monotonia wykonywanych codziennie obowiązków z jednej strony pozwalają zapomnieć o wewnętrznym bólu, z drugiej – usypiają zmysły, zacierając granicę między rzeczywistością i fantazją. Chcąc odbudować rodzinę, małżeństwo farmerów i hodowców owiec – na przekór złowrogiemu beczeniu własnych zwierząt – przyjmuje pod dach stworzenie, które otacza rodzicielską, czułą opieką. Dosłownie zajmuje ono miejsce utraconego dziecka. Nową idyllę Marii i Ingvara przerywa niespodziewane pojawienie się brata mężczyzny, którego powroty zawsze wydarzały się w nieodpowiednim momencie i oznaczały kłopoty. Petur (Björn Hlynur Haraldsson) – upadły muzyk bez grosza, facet z nałogami – w tej konstelacji jawi się jednak jako głos rozsądku, człowiek z zewnątrz, który może otworzy oczy zatracającym się na pustkowiu bliskim i zakończy to małe szaleństwo, jakie dzieje się na farmie. Narracyjna siła filmu i jego praktycznie do samego, absolutnie zaskakującego finału gatunkowej nieoczywistości wynika z mistrzowskiej warstwy wizualnej “Lamb”. Charakterystyczna dla Islandii natura u Jóhannssona staje się iście wielowymiarowa – kryje w sobie piękno, grozę, dzikość i tajemnicę, które ujawniają się w dramaturgicznych pikach tej opowieści. Nie da się jej też zamknąć w modne ramy elevated horroru. Nie ważne przecież, jak gęsta mgła spowije polanę, czy ile razy groźnie zaszczeka pies, bo kluczem interpretacyjnym dla filmu zawsze pozostanie udręka rodziców opłakujących stratę dziecka, którzy desperacko tę pustkę będą chcieli wypełnić. I nie ma tu znaczenia, które z filmowych rodziców z “Lamb” mamy tu na myśli.

 

W kinie: Aline (Cannes)

aline

 

ALINE
Festival de Cannes 2021
reż. Valérie Lemercier

moja ocena: 5/10

 

Valérie Lemercier naprawdę musi uwielbiać Céline Dion, skoro nie mając błogosławieństwa wokalistki i tak zdecydowała się zrealizować “nieoficjalną”, filmową biografię Kanadyjki. W jej fabule bohaterka nazywa Aline Dieu, poza tym wszystko się zgadza, w tym przede wszystkim piosenki. Udało się pozyskać nie tylko dużo dawniejszych, francuskich przebojów Dion, ale też “My Heart Will Go On” (niezbędne, by odtworzyć słynny, Oscarowy występ) czy “I’m Alive” (swoisty hymn epoki Las Vegas). Choć Céline urodziła się dopiero pod koniec lat 60., film cofa się aż do lat 30., gdy rozpoczęła się historia jej rodziny. Wtedy to mieli poznać się państwo Dion/Dieu, początkując bieg wydarzeń prowadzący do narodzin piosenkarki – ich w kolejności 14 dziecka. Mała Aline od najmłodszych lat kochała śpiewać. Dzięki determinacji swojej i rodziców w wieku 12 lat trafiła pod skrzydła Guy-Claude’a (Sylvain Marcel) – menedżera i późniejszego męża, postaci wzorowanej na ukochanym Dion, René Angélilu. Ten związek powinien być potencjalnie największym niebezpieczeństwem dla niezobowiązującego biophicu. Céline i René dzieliła duża różnica wieku, ale w filmie Guy-Claude najpierw nie wykazuje żadnego romantycznego zainteresowania swoją młodziutką podopieczną, a gdy Aline wraca po makeoverze i w bardziej odpowiednim wieku to ona planuje, jak uwieść starszego mężczyznę, ku rozpaczy własnej matki. Bohaterka jest w tym tak nieporadna i niewinna, że trudno jej nie kibicować, podzielając wiarę Aline w to, że Guy-Claude jest miłością jej życia. Dziwactw w tej fabule jest więcej. Lemercier nie tylko film wyreżyserowała i napisała scenariusz, ale też zagrała główną rolę, wcielają się w wokalistkę w każdym wieku – gra ją, gdy ta jest 5-latką, jak i 50-latką, osiągając komiczny efekt. Młoda Aline, jeszcze niedostatecznie urodziwa, wygląda na starszą niż jej dorosła wersja. Film odtwarza najważniejsze wydarzenia z muzycznej biografii Dion, od sukcesu na Eurowizji, przez podbój Ameryki z Oscarowym epizodem, po kłopoty z głosem i przeprowadzkę do Las Vegas. To wszystko rozgrywa się jednak na tle wielkiej miłosnej historii Aline i Guy-Claude’a, w której dużo miejsca poświęcono problemom wokalistki z niepłodnością oraz chorobie jej męża. Budżetu starczyło nawet na odwzorowanie barokowej sukni ślubnej i diademu Swarovskiego. Czy ten oczywisty kicz w ogóle da się oglądać? Możecie się zaskoczyć. “Aline” korzysta z tego, że sama Céline Dion to szalenie barwna osobliwość w show biznesie. Gdy bohaterka filmu podgrzewa jedzenie suszarką do włosów albo gubi się we własnej, pokaźnych rozmiarów rezydencji, łatwo uwierzyć, że to mogło zdarzyć się naprawdę. Lemercier potrafiła opowiedzieć tę historię z humorem i lekkością, dostarczając odpowiednią dawkę biograficznych atrakcji, ale zawsze unikając języka tabloidowej sensacji. Do tej pory Céline Dion była dla mnie postacią całkowicie obojętną, a po “Aline” chyba zawsze będę już o niej myśleć z odrobiną sympatii.

 

W kinie: Wyspa Bergmana (Cannes)

bergmanisl

 

WYSPA BERGMANA
Festival de Cannes 2021
reż. Mia Hansen-Love

moja ocena: 5.5/10

 

Malownicza wyspa Fårö na Morzu Bałtyckim swoją popularności zyskała nie ze względu na zapierające dech widoki czy niesamowitą infrastrukturę wakacyjną, ale dzięki Ingmarowi Bergmanowi, który tam mieszkał i nakręcił część swoich filmów, w tym “Jak w zwierciadle” (1961), “Personę” (1966) czy “Sceny z życia małżeńskiego” (1973). Z tą ostatnią fabułą koresponduje “Wyspa Bergmana” – ryzykowny projekt Mii Hansen-Love. Dlaczego ryzykowny? Bo wszystko, co wchodzi w dialog z legendą szwedzkiego mistrza, należy rozpatrywać w zero-jedynkowych kategoriach. Bohaterami scen z życia małżeńskiego Francuzki jest para reżyserów – Chris (Vicky Krieps) i Tony (Tim Roth), którzy na Fårö przyjeżdżają, by pracować. Trochę rozprasza ich wszechobecna aura Bergmana. Nie potrafią odmówić sobie wycieczek krajoznawczych śladami Szweda, powrotów do jego kina w oryginalnej scenerii, gdzie te powstawały, a nawet buszowania w sklepie z pamiątkami. Chris i Tony większość czasu spędzają jednak osobno, choć raczej nie z powodu dławiącego ich związek kryzysu. Drobne napięcie i małe tarcia są wyczuwalne, acz najostrzej sprzeczają się oni o kino Bergmana, wynikają z tego, że w tym małżeństwie koegzystują dwie wyraziste, artystyczne dusze o różnych wrażliwościach, które nieustannie się ze sobą konfrontują i rywalizują. Dla Hansen-Love, której prywatnie partnerem przez wiele lat był Olivier Assayas, to na pewno ważny, osobisty temat. Świadczy też o tym delikatność, z jaką reżyserka dotyka tego tematu. Nie ma jednak do powiedzenia na ten temat nic odkrywczego czy ciekawego i chyba mając swoich własnych ograniczeń pełną świadomość, w pewnym momencie na naszych oczach ożywają bohaterowie innego romansu, którzy pochodzą z kart scenariusza stworzonego przez Chris najprawdopodobniej tamtego lata na Fårö. Mia Wasikowska i Anders Danielsen Lie odgrywają role kochanków, którzy spotykają się po latach i próbują zmierzyć się z pytaniem, czy pomimo upływu czasu tli się w nich jeszcze dawne uczucie. Struktura “filmu w filmie” to najfajniejszy element, jaki skonstruowała Hansen-Love. Włącza on tryb niezobowiązującej zabawy filmowymi warstwami, wyłącza nawiązania do Bergmana, choć nowa historia to znów nic nadzwyczajnego. Lekka i letnia opowiastka, przyjemnie sentymentalne i totalnie banalna.

 

W kinie: Bohater (Cannes)

cannes2021

 

BOHATER
Festival de Cannes 2021
reż. Asghar Farhadi

moja ocena: 6.5/10

 

Gdzie leży prawda, czym jest prawda itd. Wszystkie pytania dotyczące prawdy zadaje Asghar Farhadi w „Bohaterze” – swoim najlepszym filmie od czasów znakomitego „Rozstania”. Po trochę nieudanym flircie z Zachodem, gdy Irańczyk próbował swoje misterne dramaty wtłoczyć w rzeczywistość innego kręgu kultury, powraca do uwarunkowań, które zna i czuje najlepiej. W końcu dylematy jego bohaterów zawsze pełne były społecznych kontekstów, a ich tragizm często wynikał z tego, jak stanowione przez państwo prawa i zasady regulują sytuację jednostek w Iranie. W „Bohaterze” najważniejszą rolę drugoplanową grają system rozwiązywania sporów między dłużnikami i wierzycielami oraz realia XXI wieku, gdzie sędziami moralności zostają wszyscy z dostępem do internetu. Siedemnaście złotych monet dzieli Rahima (Amir Jadidi) od powrotu na wolność, co pozwoliłoby mu odbudować dawne życie w nowej wersji. Mężczyzna za kratki trafił za niespłacone długi. Niegdyś ówczesny teść pożyczył mu niemałą sumę pieniędzy na rozkręcenie biznesu, by młoda para miała szansę na dobry start. Nic takiego się jednak nie wydarzyło. Biznes się nie udał, fundusze przepadły, małżeństwo się rozpadło. Nie mogąc rozliczyć się z pożyczkodawcą, Rahim zgodnie z obowiązującym w Iranie prawem trafia do więzienia i pozostanie tam, dopóki jego zobowiązania nie zostaną uregulowane. Wolność dłużnika leży w rękach i dobrej woli tego, któremu jest winien pieniądze. Po trzech latach odsiadki Rahim wychodzi na 2-dniową przepustkę, by spróbować odzyskać zszarganą reputację, ale przede wszystkim powrócić na łono rodziny. Nadzieja na odmianę losu pojawia się wraz ze znaleziskiem jego nowej partnerki. Farkhondeh (Sahar Goldust) weszła w posiadanie torebki z monetami, których wartość równa się połowie feralnego długu Rahima. To dobra podstawa do tego, by dogadać się z wierzycielem, zakończyć dawne waśnie i odzyskać wolność. Na mężczyznę czeka nie tylko Farkhondeh i krewni, których uwiera finansowa niemożność pomocy Rahimowi, ale również 10-letni syn, który zdecydowanie najmocniej przeżywa rozłąkę z ojcem.

Sytuacja protagonisty, jak to u Farhadiego, zostaje naszkicowana z pełną złożonością, niezwykłą precyzją oraz dbałością o niuanse. Gdy Rahim decyduje się odszukać właściciela znalezionych monet i je zwrócić, nie mamy wątpliwości, że tak nakazuje mu sumienie i własna duma. Na nic nie liczy, niczego nie kalkuluje. Dlatego zapewne nie ma też opcji, by przewidział skutki swojego czynu, bo – jak wiadomo – dobrymi chęciami to jest piekło wybrukowane. Godna naśladowania postawa Rahima szybko nie pozostaje jedynie jego sprawą. Szefowie więzienia chcą nagłośnić temat, by pochwalić się resocjalizacyjnym sukcesem. Fundacja pomagająca osadzonym chce podjąć się mediacji mężczyzny z wierzycielem i pomóc wyjść na wolność. Rahim z dnia na dzień staje się bohaterem mediów z całym dobrodziejstwem takiego stanu rzeczy. Anonimowi hejterzy poddają w wątpliwość jego intencje, wietrzą spisek, pojawiają się wątpliwości, czy monety w ogóle istniały. Udowodnienie czegokolwiek jest tym bardziej karkołomne, że pod ziemię zapadła się domniemana właścicielka cennej zguby. Rahim dość szybko przechodzi bolesną drogę z nieba do piekła. Wizja życia na wolności oddala się tak niespodziewanie, jak się pojawiła.

Postać głównego i tytułowego bohatera oraz jego sytuacja, z której nie ma ani prostych, ani oczywistych wyjść, to antyczna tragedia w najszlachetniejszej swojej postaci. Rahim znajduje się w sytuacji patowej, bo cokolwiek zrobi, obróci się to przeciwko niemu. To nie jest kraj dla uczciwych ludzi – bohater doświadcza tego w wyjątkowo bolesny sposób. W filmie pierwszoplanowa postać archaicznie poczciwego człowieka z zasadami góruje nad całą resztą – zbyt ostentacyjnie nastawionym na proste wzruszenie wątkiem jąkającego się syna Rahima, dość jednowymiarowych antagonistów – koniunkturalnych szefów z więzienia czy wiecznie rozgniewanego byłego teścia. „Bohaterem” Asghar Farhadi znów udowadnia, że właściwie od lat robi ten sam film. Mogą zmieniać się aktorzy, a nawet kraj produkcji, ale Irańczyk pozostaje mistrzem zniuansowanych, koronkowych dramatów ludzkich, będąc w tym cholernie konsekwentnym i jeszcze mocniej przewidywalnym. Na Bliskim Wschodzie bez zmian, choć o jakieś zmiany kino Farhadiego powoli zaczyna się prosić.