W kinie: Land (WFF)

land

 

LAND
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Babak Jalali

moja ocena: 6.5/10

 

“Land” – w kontekście blisko dwugodzinnego seansu tego filmu – jego tytuł brzmi z każdą minutą coraz bardziej gorzko i przewrotnie. Ta przewrotność jest boleśnie bezwględna i złowieszcza wobec jego bohaterów. Rdzennych mieszkańców Północnej Ameryki, którzy nawet na ziemi swoich przodków, prawnie przekształconej w zapyziałe rezerwaty, nie są u siebie. To imigranci we własnych małych ojczyznach, reprezentaci upodlonego dziedzictwa rdzennej Ameryki. Reżyser świetnego “Radio Dreams” wspaniale opowiada o tych ludziach, którzy kiedyś gdzieś zapuścili korzenie, ale raczej nigdy nie poczują się tam jak u siebie. W “Land” dotyka trudnego doświadczenia amerykańskich Indian, spychanych na społeczny margines i kulturalnie wykluczanych, z którymi jako rodowity Irańczyk, choć mieszkający na obczyźnie, niewiele ma wspólnego. A jednak Babak Jalali dowodzi, że poczucie obcości ma wymiar bardzo uniwersalny. Zamyka swój film w ramy błyskotliwego slow westernu, a najważniejszym miejscem niespiesznej akcji czyni duszną okolicę z małym sklepem monopolowym usytuowanym tuż przy granicy z indiańskim rezerwatem. To tu każdego dnia dogorywają jego mieszkańcy o twarzach przepalonych od słońca i wypitego alkoholu. Napojów upadłych bogów, zakazanych na ich ziemi. Piją nie za błędy, lecz z nudy i beznadziei. Za przeszłość, którą jeszcze pamiętają i teraźniejszość, która wygodnie o nich zapomniała. Czasem dają się ponieść sentymentowi, jak wtedy gdy jeszcze zawalczą o pochówek poległego w nie swojej wojnie na Bliskim Wschodzie brata według indiańskiego, a nie państwowego ceremoniału. Zryw to być może ich ostatni i tak desperacki, że potrafi wycisnąć z oczu łzę, jak się patrzy na ten dramat trumienny. “Land” przytłacza swoją wizją rozpadu świata indiańskiej społeczności, bo zabrakło w filmie tego nostalgicznego humoru, który oczarował mnie przy “Radio Dreams”. Dalej doceniam i absolutnie kupuję estetykę Jalaliego, wierzę w jego artystyczne wizje, ale mierząc się z takim przygnębieniem, trochę zatracił to, co go naprawdę wyróżniło nie tak dawno z tłumu arthouse’owych komiwojażerów.

 

W kinie: Rzeka (WFF)

rzeka

 

RZEKA
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Emir Baigazin

moja ocena: 7.5/10

 

Absolutnie zasłużone wyróżnienia w weneckiej sekcji Orizzonti dla jednego z najciekawszych twórców filmowych z Kazachstanu, którego docenił nawet nasz rodzimy PISF, zaskakująco dofinansowując tę produkcję. “Rzeka” płynie z nurtem najszlachetniejszego i zarazem najbardziej wymagającego slow cinema. W ostentacyjnie statycznych, ale malarsko pięknych kadrach Emir Baigazin zamknął biblijną przypowieść o pięciu braciach, których relacje wystawione zostają na najcięższą próbę, gdy poróżnią ich skrywane głęboko sekrety i grzechy. Niegdyś stanowiące mocniejszy niż wypalane w gorącym słońcu cegły budulec ich braterstwa, później go kruszące kolejnymi kłótniami i zdradami. U Baigazina zło i patologia wcale nie kryją się pod dachem domu zarządzanego przez nadmiernie surowego i wymagającego ojca, który poprzez twarde wychowanie uczy chłopców podstawowych wartości. Przychodzą one z zewnątrz i dla niepoznaki przywdziewają znajomą postać towarzyskiego kuzyna z miasta, który wnosząc do domu swoich krewnych technologiczne dobrodziejstwa, psuje poukładaną ascezę ich harmonijnej egzystencji. Przeszywająca jest konstatacja, że nawet najsolidniejsze fundamenty, muszą ugiąć się pod atrakcyjnością i nieuchronnością nowoczesności. Jeszcze smutniejsza jest symbolika tej tytułowej rzeki, do której wchodzili w atmosferze przygody zgodni ze sobą bracia, wyszli zaś zepsuci, młodzi mężczyźni. Jej rwący nurt nie zmył grzechów, nie zabrał ze sobą nawarstwiających się, teraźniejszych problemów. Porwał jedynie to pogodne i nieskomplikowane dzieciństwo. I to bezpowrotnie.

 

W kinie: Sir (WFF)

sir

 

SIR
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Rohena Gera

moja ocena: 4.5/10

 

Ten film jest aż tak straszliwie zagubiony i rozdarty w swoich aspiracjach, że obserwowanie tej walki może obudzić autentyczne współczucie dla Roheny Gery. Hinduska z jednej strony chciała wykazać się dużą głębią i wnikliwością w zderzaniu klasowych podziałów w swoim kraju. Bogaci ludzie z miasta i biedacy z prowincji. Pozorna otwartość i styl bycia w zachodnim stylu versus role i powinności w tradycjonalistycznych, wiejskich wspólnotach. Młoda wdowa tylko za zgodą teściów może wyjechać do pracy w inne miejsce i jeszcze wynagrodzeniem musi dzielić się z masą krewnych, bo jakby tego nie robiła, to za włosy ściągnęliby ją do domu i karmili dosłownie resztkami ze stołu (swoją drogą, to niesamowite, że była jeszcze w stanie odkładać kasę na własne potrzeby). Jej majętny pracodawca natomiast nie może nawet w spokoju przeżyć porażki z aranżowanym małżeństwem, bo rodzina zasypuje go robotą i aluzjami do rozglądania się za nowymi kandydatkami na żonę. Zrozumienie znajduje więc tylko u swojej ładnej, prostolinijnej i owdowiałej gosposi. I tu kino społeczne zderza się z tandetnym rom comem, bo rodzi się między parą bohaterów uczucie szczere, ale zakazane. W praktyce od szczęścia dzieli ich tylko cienka ściana od jego salonu do jej komórki mieszkalnej w apartamencie tytułowego sira, ale tak naprawdę to ten klasowy dystans ma być nie do pokonania. Łzy powinny więc same cisnąć się do oczu, bo nasi pretty woman i Richard Gere z Mumbaju autentycznie nie mogą razem być w tym kraju. Gdzieś na horyzoncie tli się amerykański sen, wtrącony niby przypadkiem, bo tam pojęcia mezaliansu nie znają, ale ostatecznie jedno z tych dwojga okaże się nie tak niezależne i wyemancypowane, jak twierdziło przez cały film. Pokłoni się tradycji, jakby nie było, uwłaczającej bez względu na płeć. A może pokłonili się oboje, wybierając najlepsze dla wszystkich dookoła rozwiązania w obliczu obyczajowej katastrofy? Już nawet nie jestem pewna, bo naprawdę ostatecznie w ogóle mnie to nie interesowało.

 

W kinie: Królowa Strachu (WFF)

krolowastrachu

 

KRÓLOWA STRACHU
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Valeria Bertuccelli

moja ocena: 6.5/10

 

Ta dobrze przyjęta na początku roku w Sundance, argentyńska produkcja ma swoje za uszami – w pierwszej kolejności bełkotliwy neurotyzm swojej bohaterki, a dalej choćby ten drażniący świat jak bańka mydlana, gdzie nawet śmierć (oczywiście nie mogło takiego wątku zabraknąć) wygląda “modnie i elegancko”. “Królowa Strachu” posiada jednak potężny atut pod postacią Valerii Bertuccelli, która oddała temu projektowi całe swoje serce i duszę. Nie tylko film wyreżyserowała, napisała scenariusz, uczestniczyła na wielu etapach jego powstawania. Przede wszystkim zagrała w nim główną rolę Robertiny – sławnej aktorki stojącej na rozdrożu życiowych i zawodowych dróg, która na chwilę przed premierą ważnego dla jej kariery, teatralnego przedsięwzięcia, doznaje mikro olśnień, uzmysławiających jej pustkę tej stylowej egzystencji, którą wiedzie. Co ważniejsze, zaczyna też dostrzegać przyczyny tego stanu rzeczy. Pomimo pewnej sztuczności, która jest – nomen omen – naturalna dla filmów o duchowych bolączkach reprezentantów ‘pierwszego świata’, w Robertinie/Valerii, jej niezdecydowaniu, melancholii i strachu, przebija się sporo autentyzmu, co sprawia, że nasza bohaterka staje się tak po ludzku sympatyczna. Trzyma się kciuki za to, by wyrwała się z sukcesem z impasu, w jakim się znalazła i który kłuje ją we wnętrzu. Bertuccelli w godny podziwu sposób zapełniła całą sobą niemalże każdą minutę czasu ekranowego, tę wymagającą filmową przestrzeń i mnie przekonała, że nie jest żadną królową strachu, ale prawdziwą królową filmu, który powstał tylko dla niej i tylko z nią ma tyle sensu.

 

W kinie: Upadek amerykańskiego imperium (WFF)

upadekamim

 

UPADEK AMERYKAŃSKIEGO IMPERIUM
Warszawski Festiwal Filmowy’18
reż. Denys Arcand

moja ocena: 7/10

 

“Upadek amerykańskiego imperium” proponuje historię wg schematu znanego z hitowego “Wilka z Wall Street”. Grupa ludzi znikąd (u Arcanda kurier, prostytutka i były skazaniec za finansowe przekręty) przy wykorzystaniu dostępnych dla nich zasobów stara się upłynnić ogromną ilość gotówki, w której posiadanie weszli dość przypadkiem. Pierre-Paul (Alexandre Landry) – ciepiący z powodu globalnej niesprawiedliwości i zbyt intensywnych procesów myślowych zachodzących w jego głowie pracownik firmy kurierskiej zostaje świadkiem napadu na kasę groźnego gangu. Nic nie idzie po myśli rabusiów, zaś szczęście uśmiecha się do Pierre-Paula. W wyniku impulsu ładuje do samochodu kupę porzuconego szmalu i udaje, że nic o sprawie nie wie. Niespecjalnie jednak wie, co zrobić z taką ilością gotówki, a że akurat z więzienia wychodzi gwiazda finansowych przekrętów (Rémy Girard), kurier zaprasza go do współpracy. Trzecią osobą w tej dziwacznej spółce zostaje ekskluzywna prostytutka Camille (Maripier Morin), w której zakochuje się Pierre-Paul. Policja zaczyna interesować się tą grupką, więc problem upłynnienia nielegalnej gotówki staje się coraz bardziej palący. Nowa produkcja Arcanda fajnie łączy w sobie elementy przebojowego heist movie, porządnego filmu rozrywkowego i kina z ambicją diagnozowania kondycji zachodniego świata, z wyraźną polityczno-społeczną analizą tej naszej globalnej rzeczywistości. To akurat Kanadyjczyk ma we krwi. Dlatego właśnie głównym bohaterem “Upadku amerykańskiego imperium” jest przede wszystkim pieniądz, który napędza ten świat. Reżyser z Québecu nie tylko z finezją, ale też szalenie dowcipnie obnaża mechanizmy na granicy prawa, które wykorzystują ci najwięksi i najbogatsi. Z nutą zupełnie nienachalnej krytyki pokazuje, jak ułomnie – z perspektywy tej nieuprzywilejowanej mniejszości – działają państwo czy bankowe systemy. Rzecznikami maluczkich zostają bardzo sympatyczni bohaterowie, którym kibicuje się od początku do końca, by zrealizowali swój karkołomny plan wzbogacenia się, grając na nosie instytucjom, wykorzystując systemowe luki i niedoskonałości. Tak mądre i klasowe film good movie ogląda się z dużą przyjemnością.

 

W kinie: 7 uczuć (WFF)

7uczuc

 

7 UCZUĆ
polska premiera: 12.10.2018
reż. Marek Koterski

moja ocena: 4.5/10

 

Dorosły Adaś Miauczyński (Michał Koterski, dla którego ta rola specjalnie powstała) na kozetce u terapeuty (kultowy głos Krystyny Czubówny) walczy ze swoją emocjonalną ułomnością. By zmierzyć się skutecznie z bolączkami dorosłości, musi powrócić do czasów dzieciństwa – do szkoły i rodzinnego domu. Cały pomysł na tą osobistą retrospekcję polega na tym, że dorośli aktorzy grają w niej nastolatki z piątej klasy podstawówki. W szkolnych ławach obok Miśka Koterskiego siedzą więc Marcin Dorociński, Katarzyna Figura, Gabriela Muskała, Andrzej Chyra, a nawet milczący Tomasz Karolak. Uosabiają oni doskonale znane archetypy – prymuski, klasowego błazna, najpiękniejszej dziewczyny w klasie, buntownika bez powodu. Koterski-reżyser nie ogranicza się jednak do rzewnych wspomnień lekcji geografii o dopływach Nilu, zabaw na trzepaku i pojedynków na rymowanki. Za większością tych bohaterów stoi bowiem dramatyczna historia ich relacji z dorosłymi – niezrozumienia przez rodziców, upupiania, niezauważania. Podtytuł “7 uczuć” to “Wszyscy jesteśmy źle wychowani” – łatwo domyśleć, że nie chodzi wcale o żałośnie rubaszne żarty przy niedzielnym stole, którymi katował widzów pierwszy teaser tego filmu. Odbiór “7 uczuć” zależy w dużej mierze od stosunku do tej jaskrawej koncepcji. Koterski senior sprawy też nie ułatwia. Niepotrzebnie przeciąga sporo scen, raczej tę konwencję obrzydzając niż oswajając. O dwie sceny w klasie za dużo, o trzy rymowanki za daleko. Zaraża się też ten film dolegliwością, na którą często cierpi polskie kino – zwłaszcza to, mające ambicje bycia swego rodzajem manifestem. Chodzi o dosłowność przekazu. Gdy opada czar groteskowego konceptu, a humor ustępuje miejsca powadze, film w swym dramatyzmie okazuje się banalny i nachalny. Gwóźdź do trumny przybija mu Sonia Bohosiewicz swoim przeaktorzonym monologiem. W ogóle dość fatalnie w kontekście dramaturgicznym kończy się ta przygoda ze szkolnymi latami Adasia Miauczyńskiego, za którą nie mogę mu wystawić niestety oceny wyższej niż trzy z minusem.

 

Netflix: Private Life

privatelife

 

PRIVATE LIFE
polska premiera: 5.10.2018
reż. Tamara Jenkins

moja ocena: 6/10

 

Pada w tym filmie takie trafne stwierdzenie podsumowujące zapał, z jakim para głównych bohaterów – Rachel (Kathryn Hahn) i Richard (Paul Giamatti) – próbuje powiększyć rodzinę: posiadanie dziecka jest dla nich narkotykiem. To nałóg, który pochłania ich do reszty. Nawet jeśli pozornie prowadzą zwyczajne życie, całą ich uwagę zaprząta albo in vitro, albo znalezienie surogatki, albo rozmyślania o adopcji. Rachel i Richard najmłodszym małżeństwem już nie są i doskonale zdają sobie sprawę z faktu, że gdzieś tam w pogoni za karierą i wygodną egzystencją, przegapili dobry moment na dziecko. Dlatego wiele ich prób okazuje się ironiczną porażką. Tamara Jenkins jednak nie piętnuje swoich bohaterów za biologiczne gapiostwo. Okazuje im wiele ciepła i serdeczności, wydobywa z ich sytuacji nie tyle złośliwość losu, ile raczej śmieszną nieporadność i lekką niedorzeczność sytuacji, w której para dojrzałych, statecznych mieszczuchów całą swoją energię wykorzystuje na coś, co nawet niekoniecznie może ich uszczęśliwić, wzbogacić ich egzystencję. To zabawne, że irytacja względem takiej typowej dla amerykańskiego niezalu maniery ukazywania tamtejszej, wielkomiejskiej klasy średniej w “Private Life” potrafi wejść na tory tak rozkosznej tragifarsy, że ową irytację schematem potrafię Jenkins wybaczyć. Druga część filmu – głębsza dramaturgicznie, mniej dowcipkująca i zarazem uroczo przewrotna – wynagradza bowiem banał tej pierwszej. Skonsternowane spojrzenia i rozczulająca bezsilność wypisana na twarzach Hahn i Giamattiego w ostatniej scenie “Private Life” w jakiejś przydrożnej knajpce, całkowicie rozwala całe napięcie. Ta pełna nadziei beznadzieja tej parki autentycznie ociepla serducho. Swoją drogą, Paul Giamatti – mistrz aktorskiej wszechstronności. Podziwiam i szanuję.

 

W kinie: Młodość Astrid

mlodoscastrid

 

MŁODOŚĆ ASTRID
polska premiera: 5.10.2018
reż. Pernille Fischer Christensen

moja ocena: 6.5/10

 

Autentyczny wyciskacz łez i subtelny, feministyczny dramat jednocześnie, który opiera się na kilku latach z biografii ikony literatury dziecięcej, Astrid Lindgren. W filmie Pernille Fischer Christensen słynna pisarka jest zwykłą nastolatką, dorastającą na łonie wielodzietnej rodziny – kochającej się i całkiem szczęśliwej, ale też żyjącą według surowych, religijnych reguł. Młoda Astrid rzuca wyzwanie konserwatywnemu porządkowi swojej małej ojczyzny, nie tylko poprzez ciągłe rzucanie pytań o równouprawnienie kobiet i mężczyzn, ale przede wszystkim poprzez związek ze starszym mężczyzną i zajście z nim w ciążę. Dziewczyna musi wyjechać z miasteczka, by nie utrudniać kochankowi rygorystycznego procesu rozwodowego. By kontynuować edukację w szkole dla sekretarek w Sztokholmie, musi zostawić dziecko pod opieką duńskiej mamki, bo w kraju jej sytuacja – wedle społecznych reguł – dla nikogo z jej bliskich nie jest korzystna. “Młodość Astrid” nie potrzebowała wcale nazwiska znanej pisarki, jej obecność nawet zaszkodziła temu poruszającemu dramatowi. Krótkie powroty do domu sędziwej Lindgren, w której kobieta przegląda listy dziękczynne od dzieci w ogóle nie pasuje do tej historii. To coś na kształt kiczowatego ciała obcego, sabotującego cały film. Bo “Młodość Astrid” to przede wszystkim opowieść o dzielnej, młodej kobiecie, walczącej o siebie samą w świecie purytańskiej hipokryzji zabudowanym szklanymi sufitami. Jej walka nie ma w sobie nic spektakularnego, a nawet jest zaskakująco powściągliwa i minimalistyczna. Aspiracje młodej Astrid są bowiem z dzisiejszej perspektywy bardzo trywialne i może dlatego pokonywanie tych różnych, często niesamowicie bolesnych przeszkód potrafi skraść serce i wycisnąć z oczu niejedną łzę.

 

W kinie: Tinta Bruta

tintabruta

 

TINTA BRUTA
polska premiera: 5.10.2018
reż. Filipe Matzembacher, Márcio Reolon

moja ocena: 5.5/10

 

Pod powłoką fluorescencyjnej farby Neon Boy, bohater odważnych, internetowych transmisji z pogranicza prowokacyjnej sztuki i taniej erotyki, ukrywa swoją, zupełnie inną naturę. Na co dzień Pedro to raczej nieśmiały, zamknięty w sobie chłopak z Porto Alegre, który w sieci znalazł sposób na dość łatwy zarobek i dzięki niemu w ogóle ma jakieś pieniądze. Wątłe fundamenty jego podwójnego życia zachwieją się wówczas, gdy na jego drodze pojawi się Leo – towarzyski i otwarty gość, pozytywnie nastawiony do występów Pedro przed komputerową kamerą. “Tinta Bruta” to ten typ filmowego schematu, który nakazuje głównemu bohaterowi pod wpływem nieoczekiwanych, zewnętrznych czynników zadawać sobie pytania o to, kim naprawdę jest oraz czego od życia i otoczenia oczekuje. Uzmysławia mu, że do tej pory uprawiał egzystencjalne dryfowanie, a swoje potrzeby i emocje zdecydowanie zbyt mocno dusił w sobie. Nawet jeśli skutecznie potrafił ukrywać je pod neonowym przebraniem. Samotność w wielkim mieście i w sieci jednocześnie w brazylijskiej fabule najczęściej jednak odmalowana zostaje w surowych barwach raczej szarej, monotonnej prozy życia. Bliżej jej do neorealistycznego kina, aniżeli do intensywnie jaskrawej, miejskiej baśni. Choć zwłaszcza w tych śmielszych, nocnych odsłonach życia Pedro, “Tinta Bruta” potrafi uwieść oryginalnie melancholijnym, a zarazem hipnotycznym klimatem.

 

Netflix: Operation Finale

operationfin

 

OPERATION FINALE
polska premiera: 3.10.2018
reż. Chris Weitz

moja ocena: 5.5/10

 

Kino historyczne w bardzo akademickim stylu. Z jednej strony skrupulatnie odtwarzające kulisy pojmania przez izraelskich agentów ukrywającego się w Argentynie Adolfa Eichmanna i dostarczenie go pod oblicze sądu w Jerozolimie, gdzie miałby zostać osądzony za zbrodnie Holokaustu. Z drugiej – naturalnie (bo wymaga tego przecież sztuka filmowa) szukające w tej historii sensacji (planowanie całej, karkołomnej akcji wraz z sugerowaniem, że od jej ewentualnego niepowodzenia zależałaby pozycja Izraela w świecie) oraz ludzkiego dramatu. I w tej roli najlepiej sprawdziła się postać Petera Malkina (Oscar Isaac) – agenta Mossadu, który podejmował kluczowe decyzje w operacji ujęcia Eichmanna i dziś ma status kultowej postaci w dziejach izraelskich służb specjalnych. O ile w “Operation Finale” sama akcja żydowskich agentów podąża dość schematycznym scenariuszem, o tyle wątek Malkina, jego relacji z pojmanym zbrodniarzem nazistowskim, zbudowanej na pogardzie, chęci zemsty za osobiste krzywdy, politycznym wyrachowaniu i pewnej bliskości, która była niezbędna dla powodzenia całej misji. W rolę Adolfa Eichmanna wcielił się Ben Kingsley i niespecjalnie wykorzystano potencjał tak wybitnego aktora. Dużo mocniej skupiono się na Malkinie Oscara Isaaca, który właśnie w takim dość ciężkim, niezbyt nieefektownym filmie mógł wykorzystać tę swoją naturalną melancholię, pierwszy raz wybrzmiewającą tak doniośle w roli od czasów “Inside Llewyn Davis”.