W kinie: Człowiek o tysiącu twarzy

1000twarzy

 

CZŁOWIEK O TYSIĄCU TWARZY
17. Tydzień Kina Hiszpańskiego
reż. Alberto Rodríguez

moja ocena: 6.5/10

 

Mając w pamięci niedawno oglądane przeze mnie “Gold”, twórcom z Hollywood poleciłabym korepetycje u Hiszpanów, jak robić kino oparte na nieprawdopodobnych, ale autentycznych historiach. Tytułowym człowiekiem o tysiącu twarzy w filmie Alberto Rodrígueza jest niejaki Francisco Paesa – facet, który w życiu zajmował się właściwie wszystkim. Od podejrzanych biznesów po prowadzenie tajnych, rządowych operacji wymierzonych w ETA. Paesę poznajemy w momencie, gdy nie pełni on już żadnej znaczącej roli, próbuje się odnaleźć w nowej sytuacji, gdy nieco odcięty od dużych pieniędzy i politycznych wpływów, szuka pomysłu na życie. Ten podsuwa mu były dyrektor generalny policji, który musi ukryć majątek zgromadzony w nielegalny sposób. Paesa okazuje się jego ostatnią deską ratunku, bo potrafi stworzyć skomplikowaną sieć powiązań i połączeń, po której skutecznie potrafi się poruszać tylko on sam. Choć akcja filmu reżyser pamiętnego dzieła “Stare grzechy mają długie cienie” dzieje się w latach 90., przesiąknięta jest klimatem tej przed-cyfrowej epoki, “Człowiek o tysiącu twarzy” stanowi ciekawą mieszankę politycznego kina noir w starym, amerykańskim stylu (wielopiętrowe śledztwa i intrygi opierały się na międzyludzkich kontaktach, z których większość to były szemrane postacie z wątpliwą przeszłością) i stylowych, francuskich, niemalże przygodowych filmów sensacyjnych z lat 60. i 70., z których jednym z bardziej znanych jest “Człowiek z Rio” z Jean-Paulem Belmondo. Rodríguez ma jednak własny styl, co ułatwia mu sprawę, oddalając go od statusu zdolnego kopisty. Potrafił fajnie zbilansować niesamowitość samej intrygi, ducha czasów i niezwykłość swojego bohatera, choć być może w tym ostatnim zatracił się trochę zbyt mocno, poświęcając tym samym kilka innych, ciekawych wątków.

 

W kinie: Za późno na gniew

zagniew

 

ZA PÓŹNO NA GNIEW
17. Tydzień Kina Hiszpańskiego
reż. Raúl Arévalo

moja ocena: 7/10

 

Patrząc na liczbę nagród i pozytywnych recenzji, “Za późno na gniew” (przy okazji, świetne – mimo że nieliteralne – polskie tłumaczenie tytułu!) należy bez wątpienia uznać za najważniejszy film minionego sezonu na Półwyspie Iberyjskim. Stoi za nim Raúl Arévalo – świetny aktor, tu po raz pierwszy stojący po drugiej stronie kamery. To opowieść o akcie zemsty, w którym główny protagonista przyjmując wyjątkowo cierpliwą, metodyczną i beznamiętną pozę, kryje w sobie w gruncie rzeczy niewyobrażalną rozpacz, z jej powodu umierając wręcz od środka. Swoim wyważonym nastrojem i dość surowo prowadzoną narracją “Za późno na gniew” może budzić słuszne skojarzenia z estetyką klasycznego, amerykańskiego antywesternu (mamy tu też elementy kina drogi). Swoistym novum jest tu jednak podejście do przemocy. Pomimo że mamy do czynienia z męskim, szorstkim kinem, w którym brutalność jest, bo musi być obecna, ma ona bardzo intymny wymiar i stanowi element tragedii, która latami definiowała egzystencję głównego bohatera. Mściciel w “Za późno na gniew” jest samotnym, zrezygnowanym człowiekiem, który w ostatecznym akcie desperacji chce ukarać tych, którzy zniszczyli mu życie, ale po latach sytuacja jego oprawców też stała się zgoła odmienna. Ciężko tu sympatyzować z którąkolwiek ze stron, ale nie można mówić też o tym, że obok wydarzeń – jako widzowie – przechodzimy obojętnie, tyle że nie ma tu zastosowania czarno-biała skala ocen postaw i czynów. Zemsta w “Za późno na gniew” ma wyjątkowo gorzki smak. Nic nie wskazuje na to, że ukoi ból, rozliczy dawne krzywdy, wyrówna rachunki. Stanowi raczej dowód na ostateczny upadek człowieka w obliczu tragedii, po której nie można wrócić do siebie i której nie można zadośćuczynić.

 

Perły Klasyki Filmowej (9)

ludziezam


LUDZIE ZA MGŁĄ
Marcel Carné
1938

moja ocena: 9/10

 

W latach 30. twórcy tacy jak Fritz Lang czy Michael Curtiz krążyli gdzieś wokół motywów i idei, które dekadę później stworzyły gatunek filmu noir, w którym przez kolejne dziesięciolecia rewelacyjne dzieła tworzyli najznakomitsi twórcy w historii kina (od Wildera przez Hitchcocka do Polańskiego – w dużym uproszczeniu). Popularnie uważa się, iż ta estetyka, rozwijana przede wszystkim w produkcjach amerykańskich, była inspirowana niepokojami i niepewnością czasów wojny i tych tuż powojennych (najwięcej powstało ich w latach 1945-49). Tymczasem pierwsze dzieło, które spokojnie można by nazwać filmem noir, z charakterystycznymi dla tego gatunku elementami, powstało wcześniej. I to w Europie. Jean Gabin wciela się w “Ludziach za mgłą” w rolę dezertera armii kolonialnej Jeana, który w Hawrze szuka sposobu, by uciec do Ameryki Południowej, by tam odnaleźć lepsze życie. We francuskim mieście portowym spotyka wielu zwykłych ludzi, pochodzących z nizin społecznych lub reprezentantów ludu pracującego, którzy wpłyną na jego losy. Wśród nich będzie dziewczyna z przeszłością o głębokim, smutnym spojrzeniu. Nelly to typowa dla filmu noir femme fatale przyciągająca kłopoty, w które oczywiście wciągnie Jeana, niwelując jego wysiłki i plan ucieczki. Bohater Jeana Gabin ma wszystkie rysy, które za chwilę przejmą postacie grane przez Humphreya Bogarta. Jest szorstkim, ale wrażliwym mężczyzną (w obowiązkowym prochowcu i kapeluszu na głowie!), ciężko doświadczonym przez los i również przez niego naznaczony klęską. “Ludzie za mgłą” – jak na film powstały w latach 30. – został pięknie nakręcony. Dekadencki klimat Hawru, ponurego i skąpanego we mgle (większość zdjęć kręcona była nocą), wzbogaca fatalistyczną symbolikę fabuły. Marcel Carné to w końcu czołowy przedstawiciel tzw. realizmu poetyckiego, wyrosłego z przyziemnej, francuskiej literatury, Kammerspielu i poetyki kina Josefa von Sternberga. Lubię filmy noir i oglądałam ich naprawdę sporo, zarówno tych klasycznych tytułów, jak i tych nieco zapomnianych przez historię (moja ulubiona, nieco zaginiona perełka, to “Laura” Otto Premingera), ale najcudowniejsze dzieło tego gatunku powstało we Francji kilka lat przed eksplozją popularności estetyki noir w amerykańskim kinie.

 

whitedog


WHITE DOG
Samuel Fuller
1982

moja ocena: 8/10

 

Samuel Fuller jest jednym z bardziej niedocenionych, amerykańskich twórców. Dostawał nagrody głównie za całokształt twórczości zamiast za konkretne dzieła, a popełnił przynajmniej jedną świetną produkcję właściwie w każdej dekadzie od lat 50., począwszy od “Kradzieży na South Street”, na “White Dog” skończywszy (którego zresztą pierwotnie miał reżyserować Roman Polański, ale musiał wyjechać z USA). Film z 1982 luźno opiera się o powieść wybitnego, francuskiego pisarza Romaina Gary’ego, scenariusz do niego wspólnie z Fullerem napisał Curtis Hanson, wyprodukował go Jon Davison, któremu zawdzięczamy oba RoboCopy, muzykę stworzył sam Ennio Morricone. A mówimy przecież o skromnym dramacie, w którym młoda, aspirująca aktoreczka wchodzi w posiadanie psa, którego ktoś nauczył atakować czarnoskórych ludzi. Dziewczyna znajduje więc doświadczonego tresera, który kierowany ambicją, postanawia naprostować charakter zwierzęcia. “White Dog” jest jednym z najciekawszych filmów o rasizmie, jaki powstał w Ameryce. Nie dlatego, że opiera się on o ładnie i sensownie prowadzoną metaforę i świetny warsztat Fullera jako filmowca. Widać, że jego twórcy doskonale odrobili lekcję z teorii behawioryzmu (szczególnie tego, który badał wybitny psycholog B.F. Skinner) i potrafili jej elementy przekazać efektownym i błyskotliwym jednocześnie językiem kina. Ze względu na swój kontrowersyjny temat “White Dog” nigdy nie trafił do regularnej dystrybucji, zobaczyć go można było jedynie w płatnej, limitowanej telewizji. A dziś to film z gatunku kultowych, który trochę obnaża wszystkie niedostatki takiego “Białego Boga” Kornéla Mundruczó, który nie tak dawno temu podbijał festiwale na całym świecie.

 

jedzipij


JEDZ I PIJ, MĘŻCZYZNO I KOBIETO
Ang Lee
1994

moja ocena: 8/10

 

Filmografia Anga Lee wypełniona jest paradoksami. Gdy reżyser wciela się w rolę hollywoodzkiego wyrobnika, pogrąża się w przeciętności (“Hulk”, “Życie Pi”, “AlphaDog”). Gdy skupia się na kinie skromniejszym w środkach wyrazu, prezentuje się dużo korzystniej niż tylko sprawny rzemieślnik. Potwierdza to choćby powstały gdzieś na początku kariery Anga Lee, jeszcze w Tajwanie, uroczy komediodramat “Jedz i pij, mężczyzno i kobieto”. To film, w którym zaprezentowano nie tylko finezyjną, zniuansowaną opowieść o rodzinie na rozstaju dróg, ale też pyszną sztukę kulinarną regionu, która stanowi też nieodłączny składnik jego kultury. Spotkania z bliskimi przy stole, rozmowy o jedzeniu i gotowaniu, mają w sobie coś oczyszczającego i relaksującego. Ten ceremoniał czasem zastępuje też nieudane, bardziej bezpośrednie próby komunikacji z drugim człowiekiem. Dla bohaterów filmu stanowią one także smaczną odskocznię od problemów codzienności, choć czasem – w sensie metaforycznym – nie wszystko w ich trakcie smakuje słodko. Strażnikiem rytuału i najmocniejszym spoiwem rodziny w “Jedz i pij” jest Pan Chu, właściciel restauracji i wdowiec, który robi wszystko, co może, by swoim trzem, dorosłym córkom zapewnić bezpieczne, domowe ognisko. Niezależnie od niego jednak rodzina nie funkcjonuje tak, jak powinna. Cementują ją jedynie wystawne, niedzielne obiady, przygotowywane przez Pana Chu. Każda z kobiet zmaga się ze swoimi problemami, zastanawia się, co zrobić ze swoim życiem, jak zmierzyć się z nieoczekiwanymi zdarzeniami, które się w nim pojawiły. Spokój, stoickość oraz ciepło wobec bohaterów, jakie promieniują z historii trzech sióstr, przypominają estetykę serdecznego, filmowego storytellingu, która za chwilę – pod koniec lat 90. i na początku XXI wieku – przysporzy międzynarodowej sławy innemu Azjacie, Hirokazu Koreedzie. Wspomnienie “Jedz i pij”, a nawet późniejszego “Brokeback Mountain”, powinno dla tajwańskiego twórcy stanowić pewną przestrogę – po co tarzać się w sztucznym basenie z wyimaginowanym tygrysem, skoro ma się tak świetną rękę w opowiadaniu prostych, głęboko humanistycznych, ciągle potrzebnych i wartościowych historii o zwyczajnych ludziach.

 

W kinie: Gold

gold

 

GOLD
polska premiera: 17.03.2017
reż. Stephen Gaghan

moja ocena: 4/10

 

Mam właściwie jedną reakcję na ten film: nie. Na tym mogłabym poprzestać, bo naprawdę szkoda wysiłku i energii, by zagłębiać się mocniej w te popłuczyny po “Wilku z Wall Street”. Hollywood nie od wczoraj ma spory problem z tzw. historiami inspired by true events, bo najczęściej nawet te najbardziej fascynujące zamienia w nudną, filmową konfekcję. Okazuje się, że trzeba geniusza pokroju Martina Scorsese, by sobie poradzić z pozornie bardzo spektakularnym i wdzięcznym materiałem wyjściowym. Stephen Gaghan ewidentnie tego nie potrafi. Dostał świetną opowieść o parze wspólników, którzy w dalekiej Indonezji, pomimo wielu przeciwności i upokorzeń, trafili na żyłę złota, a potem nim cieszyli się fortuną, mierzyli się z jeszcze większą liczbą problemów. Co z niej zrobił? Najnudniejszy film sezonu. W tej historii było tyle zwrotów akcji, ile nie zdarza się w porządnym kinie sensacyjnym, a jednak fabuła w “Gold” prowadzona jest tak monotonnie i usypiająco, że łatwo je przegapić. Paradoksalnie Gaghan tak się skupił na samej historii, że jej bohaterów potraktował jak niepotrzebne ozdobniki. Relacja Wellsa i Acosty śmiało może kandydować do miana najbardziej kuriozalnego bromance’u we współczesnym kinie (choć właściwie czym jest, trudno określić). Matthew McConaughey czasem gra dobrze, a czasem sprawia wrażenie, jakby parodiował samego siebie. Tego drugiego jest tu niestety więcej. Aktor na początku swojej kariery miał sporo słabo trafionych wyborów repertuarowych, występując w przeróżnych filmach kiepskiego sortu. Uciekł od tego stosunkowo niedawno i powinien uważać, by w tamte rejony nie powrócić, bo “Gold” chwały mu raczej nie przysporzy.

 

#1 Nothing is so beautiful as Spring

elisreg18

 

Celebrując pierwszy dzień wiosny, przygotowałam składankę z ładną, wiosenną muzyką (albo taką, która jakoś luźno mi się z tym okresem po prostu kojarzy). Ponieważ 21 marca to także Międzynarodowy Dzień Poezji, poetycko zatytułowałam ten zestaw wersem z wiersza Gerarda Manleya Hopkinsa – człowieka, który za życia nic nie opublikował, a wiele lat po swojej śmierci został okrzyknięty jednym z najważniejszych, angielskich poetów. Po angielsku to “Nothing is so beautiful as Spring”, zaś w polskim przekładzie Stanisława Barańczaka “Nic piękniejszego nad wiosnę” (choć jeszcze trochę daleko do tego, by takie prawdy głosić, przebywając na zewnątrz).

Moja składanka zawiera 20 piosenek, które reprezentują najrówniejsze style muzyczne. Zaczyna się od uroczego brit popu, a kończy na słynnym, też popowym klasyku z lat 80. Po drodze będą ikony pokroju The Kinks, Fleetwood Mac, Suicide czy Prince’a, a nawet jazz od Sun Ra. Utwory nagrane w XXI wieku zajmują mniej niż 50% miejsca na tej składance.

Tracklista:

1. The La’s – There She Goes (The La’s LP, 1990)
2. The Kinks – Lola (Lola Versus Powerman And The Moneygoround, Part One LP, 1970)
3. The Ocean Blue – Ballerina Out Of Control (Cerulean LP, 1991)
4. Fleetwood Mac – Everywhere (Tango In The Night LP, 1987)
5. Stereolab – Miss Modular (Miss Modular EP, 1997)
6. Feist – 1234 (The Reminder LP, 2007)
7. The Avalanches – Since I Left You (Since I Left You LP, 2000)
8. Kings Of Convenience – I’d Rather Dance With You (Riot On An Empty Street LP, 2004)
9. Cibelle feat. Devendra Banhart – London, London (The Shine Of Dried Electric Leaves LP, 2006)
10. Elis Regina – Águas de Março (Elis LP, 1972)
11. Sun Ra – Springtime Again (Sleeping Beauty LP, 1979)
12. Boards of Canada – Dayvan Cowboy (The Campfire Headphase LP, 2005)
13. The Orb – Beautiful Day (The Dream LP, 2007)
14. Linda Ronstadt And The Stone Ponys – Different Drum (Evergreen, Volume 2, 1967)
15. Lene Lovich – I Think We’re Alone Now (Stateless LP, 1978)
16. The Modern Lovers – Roadrunner (The Modern Lovers LP, 1976)
17. Suicide – Dream Baby Dream (Ghost Riders LP, 1986)
18. Prince – The Most Beautiful Girl In The World (The Gold Experience LP, 1995)
19. Cigarettes After Sex – Nothing’s Gonna Hurt You Baby ( LP, 2012)
20. Cock Robin – The Promise You Made (Cock Robin LP, 1985)

Do posłuchania na YT >>>
Do posłuchania na Spotify >>>

W kinie: Piękna i Bestia

beatyandb

 

PIĘKNA I BESTIA
polska premiera: 17.03.2017
reż. Bill Condon

moja ocena: 4.5/10

 

Zadałam sobie trud i właściwie jeden film po drugim oglądnęłam starą, disneyowską “Piękną i Bestię” i tą najnowszą. Niestety dzieło Billa Condona przegrywa pod każdym względem z animacją z lat 90. Pierwszy problem polega na tym, że faktycznym pierwowzorem dla odświeżonej, fabularnej “Pięknej i Bestii” nie jest klasyczna produkcja z 1991 roku, ale broadwayowski musical. Z nowymi piosenkami i dopowiedzianymi niektórymi wątkami, które kiedyś pominięto. Dlatego też nowy film jest długi. Za długi. Nie wyobrażam sobie, że ta najmłodsza publiczność będzie się w stanie skupić się na tej historii przez ponad 2 godziny. Raczej nie przypadnie jej też do gustu dość mroczna, ponura scenografia, którą oglądamy przez większość fabuły. Dorośli widzowi, którzy wrócą do “Pięknej i Bestii” po latach, mają zaś prawo czuć się rozczarowani tym, jak potraktowano drugoplanowych bohaterów tej opowieści. Bo umówmy się – Bella, Bestia i Gaston ze swoim kompanem to być może ważne i kluczowe postacie, ale czar animowanego filmu tkwił w przemienionej w domowe sprzęty pałacowej służbie. Ich nadziejach i staraniach w tym, by pojawienie się dziewczyny w zapuszczonym zamczysku odwróciło w końcu ich tragiczny los. Ich pełna czułości i opiekuńczości relacja z Bestią. W filmie fabularnym pozbawione są one jednak osobowości i charakteru, którymi ewidentnie były obdarzone te animowane. Najbardziej znana piosenka z “Pięknej i Bestii”, czyli “Gościem bądź”, gdy ożywione bibeloty zapraszają Bellę na ucztę, to obok słynnej sekwencji w sali balowej (będącej krokiem milowym w wykorzystaniu technologii trójwymiarowej w kinie animowanym), najcudowniejsze momenty starej produkcji. W wersji najnowszej scena z kolacją wygląda kiczowato i bulwarowo. Widać, że kosztowała niemało, ale jej efekt jest tani, by nie powiedzieć – tandetny. Fabularyzowana scena balowa nie ma natomiast w sobie nic z epickości i magii animowanego pierwowzoru. Efektowna pozostała jedynie kanarkowa suknia Belli. W nowym filmie ciekawie zaś pokazano relację narcystycznego Gastona i jego wiernego giermka Le Fou, dodając jej pikanterii wyraźnymi, homoseksualnymi aluzjami. Mam też trochę problem z obsadą. Emma Watson wygląda nawet ślicznie i wiarygodnie stara się wyobrażać sobie to, co dodano w jej scenach komputerowo w studiu, ale jej uroda jest jednak mało spektakularna (a Bella to przecież największa piękność w okolicy!). Gastona średnio wyczuł Luke Evans. Bardzo lubię tego aktora, ale mam wrażenie, że pomylił on “Piękną i Bestię” z przyziemną komedią. Gra z jakąś taką absurdalną zgrywą i groteskową – w kontekście klimatu filmu – manierą. Spłaszczono też przekaz tej historii. Animacja była opowieścią o tym, jak rezolutna, inteligentna, wyemancypowana dziewczyna radzi sobie w męskim świecie, gdzie otaczają samce o trudnym charakterze, których okiełznać można oferując im stereotypowo kobiece atrybuty – opiekuńczość, serdeczność, uczucie. U Condona “Piękna i Bestia” staje się po prostu kostiumowym, musicalowym melodramatem.

 

DVD: Najdłuższy marsz Billy’ego Lynna

billylynn

 

NAJDŁUŻSZY MARSZ BILLY’EGO LYNNA
polska premiera: 15.03.2017
reż. Ang Lee

moja ocena: 4.5/10

 

Ang Lee to bardzo doświadczony reżyser, ale nawet on zagubił się w tej nieznośnej historii, która stara się być jednocześnie filmem antywojennym i dziełem chwalącym poświęcenie i poczucie obowiązku amerykańskich żołnierzy, którzy ryzykują swoje życie w różnych, niespokojnych częściach świata, ale głównie w wojnie z terroryzmem w Iraku. Zostawiając na chwilę fabułę, warto zacząć od tego, że “Billy Lynn’s Long Halftime Walk” ma być kolejnym krokiem ku doskonaleniu filmowej technologii. Nakręcony bowiem został w nowatorskiej formule 120 klatek na sekundę (pięciokrotnie więcej niż zwykle), w technologii 3D, więc tym samym jego przeznaczenie to bycie wyświetlanym w najnowocześniejszych kinach mogących obsługiwać najbardziej wymagające formaty (głupi pomysł, bo w USA tak, jak chciał reżyser, pokazano go chyba tylko w dwóch miejscach). Ja oglądałam film na DVD, więc żadnego z tych efektów właściwie nie doświadczyłam. Dla mnie ten zabieg to zmarnowanie energii i środków przy produkcji, która takich innowacji w ogóle nie potrzebowała, bo mówimy przecież o filmie dramatycznym, a nie o epickim kinie wojennym. Najbardziej spektakularny fragment “Billy’ego Lynna” to stadionowy koncert Destiny’s Child, a nie widowiskowe stracie w Iraku. Tu możemy wrócić do fabuły, skupiającej się wokół kilku godzin z życia dzielnego oddziału Bravo, który na chwilę powrócił z Bliskiego Wschodu, by móc spieniężyć popularność bohaterskiego czynu, rozsławionego przez amatorskie nagranie z pola walki. Ich wtargnięcie do kuriozalnego – z punktu widzenia ich misji jako żołnierzy – świata show biznesu ma pokazać, że wojna to generalnie produkt podobny do koncertu muzycznej super grupy. Wymaga odpowiedniej oprawy, promocji oraz gwiazdy, by się dobrze sprzedać i zyskać „fanów” w społeczeństwie. Billy Lynn i jego koledzy nie są jednak małpami w cyrku. Rozumieją swoje nowe zadanie, ale w tym przypadku rozkazów nie mają zamiaru akceptować na ślepo. Równolegle do tego wątku rozgrywa się też dramat tytułowego bohatera filmu, który liderem swojego zespołu został nieco z przypadku. Próbował dzielnie uratować w trakcie strzelaniny kolegę, ale teraz sam waha się, czy dalej chce służyć krajowi czy raczej z tej służby zrezygnować. Pomijając fakt, iż Ang Lee opowiada dużo banałów, ta fabuła w ogóle się nie klei z technologicznymi rozwiązaniami, które tu zastosowano. Zdjęcia z koncertu, przerywane scenami strzelaniny w Iraku, wyglądają komicznie, a to przecież ma być kulminacja i najbardziej tragiczny moment filmu! Przez większą jego część fajni wydają się też żołnierze z oddziału Bravo (na tle zupełnie pozbawionych jakichkolwiek ciekawszych właściwości postaci drugoplanowych), którzy za dowcipną, często błyskotliwą pozą kryją dość brutalne i realistyczne spojrzenie na swoją misję i rolę w walce z terroryzmem, ale ostatecznie okazują się być stereotypowymi, dzielnymi, wiernymi wojakami amerykańskiej piechoty. Niby wątpią, awanturują się, chcą zaliczać dziewczyny korzystając z chwilowej popularności, ale obowiązek i duma żołnierza zawsze na pierwszym miejscu. Na deser jeszcze jeden absurd. Do roli jednego z dowódców oddziału zaangażowano Vina Diesela. Żebyście nie mieli wątpliwości, że ktoś tu chciał się popisać myśleniem out of the box, to nie jest ten typ żołnierza, co to rozpieprza z broni wszystko, co staje mu na drodze i kierując opancerzony Humvee, łamie przepisy szosując po irackich wioskach, ale gość prawiący mądrości niczym instruktor jogi, w wolnej chwili czytający wiersze. Ciężko więc było ukryć śmieszność tego filmu nawet za pomocą 120 klatek na sekundę.

 

W kinie: T2 Trainspotting

t2

 

T2 TRAINSPOTTING
polska premiera: 3.03.2017
reż. Danny Boyle

moja ocena: 5.5/10

 

Jest w tym filmie taka scena, gdy Simon – w dość podniosłych jak na “Trainspotting” okolicznościach – komentuje powrót Marka słowami, iż ten jest turystą w kraju własnej młodości. Myślę, że to najtrafniejsze podsumowanie atmosfery “T2”, będące dość przewidywalną, nostalgiczną kopią swojego poprzednika. My też wsiadamy do pociągu, który wiezie nas prosto do Edynburga na spotkanie z paczką starych znajomych, wciąż drobnych cwaniaczków, mówiących podobne grepsy i poruszających się wciąż po tych samych rewirach co 20 lat temu. Tylko czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Mark wraca, tylko w sumie bez konkretniejszego celu. Simon prowadzi nędzny bar w Leith i marzy o własnym burdelu, choć kasę zarabia na szantażach seks nagraniami. Spud to samotny człowiek zapętlony w kolejne terapie odwykowe, który nie widzi sensu dalszej egzystencji. Begbie odsiaduje wyrok, bez szans na wcześniejsze zwolnienie, udaje mu się jednak przeprowadzić mało spektakularną, ale skuteczną ucieczkę z więzienia. Ich kolejny skok na kasę to taka dość żenująca próba udowodnienia, że ciągle są kolesiami z jajami, którzy są w stanie przeprowadzić brawurowy przekręt i doskonale się przy tym bawić. W rzeczywistości są jednak podstarzałymi fatalistami, którzy życie już trochę przegrali. Żyją wspomnieniami, dokucza im niespełnienie i poczucie winy, smutno tkwią w przeszłości. Dlatego ostatecznie nie dziwi nas, gdy ta współczesna teraźniejszość, do której ci goście ewidentnie nie pasują, pod postacią młodej prostytutki z Bułgarii wykaże się dużo większą przebiegłością niż te szkockie cwaniaczki.

 

W kinie: Kong – Wyspa Czaszki

kong

 

KONG – WYSPA CZASZKI
polska premiera: 10.03.2017
reż. Jordan Vogt-Roberts

moja ocena: 6/10

 

Trochę skradł mi serce ten filmowy patchwork, stanowiący kolejną wariację na temat postaci King Konga. Nie tylko dlatego, że Tom Hiddleston wygląda tu szalenie korzystnie. Właśnie kończy się wojna w Wietnamie, żołnierze z azjatyckiego piekła będą mogli w końcu wrócić do domu. Jednak nie wszyscy o tym marzą, wierząc, iż jeszcze nie wypełnili tu swojej misji (kłania się nastrój “Czasu Apokalipsy”). Szalony profesor Randa montuje ekipę, która uda się z nim na tajemniczą wyspę. Znajdą się w tej licznej grupie nie tylko amerykańscy żołnierze, ale też doświadczony tropiciel-najemnik w typie Indiany Jonesa, ambitna i atrakcyjna fotografka wojenna, inni badacze (brzmi jak “Zaginiony Świat”, prawda?). Na miejscu szybko się okaże, że nigdy o geologiczne odkrycia naukowcom nie chodziło, zaś pobyt na wyspie ze spokojnej wyprawy eksploracyjnej zamieni się w walkę o przetrwanie. To niby “Pokot” jawi się jako wywrotowy film o ekologicznym przesłaniu, ale to pierwsza część “Konga” dużo bardziej przebojowo je przemyca. Podpułkownik Packard wygląda tu jak postrzelone skrzyżowanie ministrów Szyszki i Macierewicza – szalony miłośnik wojny, broni i bezrefleksyjnego strzelania do zwierząt. Człowiek przybywa na dziką wyspę po to, by w pierwszej kolejności brutalnie naruszyć jej unikalny ekosystem, a potem karkołomnie podejmować próby naprawienia swoich błędów, bo świat przyrody jest dużo bardziej złożony niż interpretują to ludzkie umysły, podążające za wygodnymi schematami. Jak tym, że wielka, głośna małpa to na pewno największe zagrożenie w nieznanym świecie. Co zaskakuje, producenci tego blockbustera powierzyli jego stworzenie niedoświadczonemu reżyserowi, który do tej pory nakręcił jeden długi metraż – niezależny komediodramat “Królowie Lata”. Ale chyba dobrze się stało, bo Jordan Vogt-Roberts – co rzadkie w tego typu kinie – poświęcił tyle samo atencji efektom specjalnym, ale bohaterom filmu. Każda z postaci w “Kongu” ma jakieś własne rysy psychologiczne i swoje motywacje, nie ważne, czy przetrwa pobyt na Wyspie Czaszki, czy zakończy swój żywot gdzieś w pierwszej części fabuły. Z czasów VSH-ów pamiętam troszkę kiczowatą ekranizację “Zaginionego Świata” z 1992 roku, w której grupa obcokrajowców za pasmem górskim w Afryce odnalazła dinozaury. Tamta skromna produkcja miała w sobie takiego bezpretensjonalnego ducha kina autentycznej przygody, którą teraz, parę dekad później, znów odnalazłam w “Kongu – Wyspie Czaszki”.

 

W kinie: Maria Skłodowska-Curie

mcurie

 

MARIA SKŁODOWSKA-CURIE
polska premiera: 3.03.2017
reż. Marie Noelle

moja ocena: 4/10

 

Wedle filmu Marie Noelle Maria Skłodowska-Curie to kobieta dwóch Nobli oraz również dwóch, płomiennych romansów. Pierwszy to oczywiście związek z prawowitym i legalnie zaślubionym mężem, Pierre’m Curie, który niestety zmarł gdzieś na początku ich pozytywistycznej drogi na rzecz poprawy zdrowia ludzkości. Po nim serce Marii zdobył jej przyjaciel, współpracownik i kolega z Uniwersytetu, Paul Langevin. To była jednak miłość z gatunku tych zakazanych. Naukowiec miał bowiem żonę i dzieci, zaś gdy ich związek wyszedł na jaw, niemalże pozbawił naszą Noblistkę jej drugiego, historycznego wyróżnienia z rąk Szwedzkiej Akademii. Zdaję sobie sprawę, że być może odkrywanie nowych pierwiastków i ich właściwości w zaciszu chałupniczego, niedoinwestowanego laboratorium, żmudne badania i eksperymenty, tworzenie tysięcy stron notatek nie są szczególnie sexy w kontekście sztuki filmowej, a wielka, zakazana miłość (dodatkowo podkoloryzowana indywidualną walką z brakiem równouprawnienia, środowiskowym seksizmem i wszechobecną ksenofobią) już jak najbardziej. Zaryzykuję jednak tezę, iż sama Maria Skłodowska-Curie po seansie tego filmu mogłaby się lekko obrazić, iż jeden z najbardziej intensywnych, twórczych okresów w jej życiu sprowadzono do taniego romansu i banalnej agitki.