W kinie: Malowany Ptak (WFF)

malowanyptak

 

MALOWANY PTAK
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Václav Marhoul

moja ocena: 4.5/10

 

Często postrzegamy czarno-białe kino jako jego szczególnie wyrafinowaną wizualnie formę. Taką, której monochromatyczna surowość i osobliwy klimat pozwalają bardziej skupić się na samej treści, tworzyć dla niej szersze konteksty i nabijać uniwersalnymi znaczeniami. Václav Marhoul – zafascynowany radzieckim arcydziełem “Idź i patrz” Elema Klimowa – znalazł własny pomysł na film o tym, jak wojenne barbarzyństwo zabija człowieczeństwo i niszczy najbardziej bezbronne jednostki w społeczeństwie, ekranizując powieść Jerzego Kosińskiego. Za urodzonym w Łodzi amerykańskim pisarzem o żydowskich korzeniach od dekad ciągnie się aura kontrowersji. Uważa się, że wcale nie doświadczył tego, co opisał w “Malowanym Ptaku”, ale także, iż w ogóle nie jest prawowitym autorem tej książki. Marhoul jednoznacznie odcina się od postaci Kosińskiego, deklarując, że interesuje go tylko, co jest tematem powieści – zło w najokrutniejszej swojej odsłonie. Filmowy “Malowany Ptak” wykorzystuje schemat oryginalnego, książkowego storytellingu. Podzielony jest na rozdziały, zatytułowane imionami bohaterów, których ten główny – młody Chłopiec – spotyka na drodze swojej tułaczki przez piekło wojny. Marhoul szybko okazuje się jednak na tyle siermiężnym reżyserem, że nie potrafi takiej epizodycznej formule filmu nadać płynnego rytmu narracji. Zdaje się pornograficznie wręcz ekscytować różnorodnością opisanego w powieści okrucieństwa tak bardzo, że traci z oczu tych, którzy go zadają i doświadczają. Na drugim planie w “Malowanym Ptaku” pojawiają się tacy aktorzy jak Harvey Keitel, Stellan Skarsgård czy Udo Kier, ale nie mają oni absolutnie żadnych, ludzkich właściwości. Stanowią element dekoracji w bezmyślnych spektaklach ordynarnej przemocy, które reżyser serwuje widzowi na zimno, bez poważniejszej refleksji.

Równie bezwiedną postacią staje się Chłopiec – niewinna ofiara bestialskich czasów i okoliczności, nad którą Marhoul głębiej pohyla się jedynie w końcowym epizodzie, gdy dziecko trafia pod opiekę najpierw żołnierzy Armii Czerwonej, a później struktur komunistycznego reżimu. Zadaje ciekawe i przerażające pytanie, kim stanie się osoba, która przeżyła takie piekło i doświadczyła tyle okropieństw ze strony ludzi, gdy dorośnie. Kończy zaś swoje rozważania intrygującą refleksją nad straconą i odzyskaną tożsamością, ale czy pokona ona traumatyczne doświadczenia, pozostawia sprawą otwartą.

W “Malowanym Ptaku” zbyt wiele rzeczy pozostaje czarno-białe lub totalnie bezbarwne, więc jeśli ktoś obawia się, że film Marhoula rozpali “antypolskie wątki” jak literatura Jana Tomasza Grossa, raczej może spać spokojnie. Nie widzę żadnych podstaw, by ta produkcja dała pretekst i oręże do wracania do tego typu dyskusji. “Malowany Ptak” szokuje bowiem przede wszystkim bezsensownością tak ukazywanej przemocy i degeneracji gatunku ludzkiego (a jednak nie konkretnego narodu czy grupy społecznej), a nie tym, co one ze sobą niosą i co symbolizują. Wróćcie do Klimowa, by odrobić tę lekcję, a nie traćcie energii na dyskusję nad filmem, który w tej materii ma niewiele do powiedzenia.

 

W kinie: Babyteeth (WFF)

babyteeth

 

BABYTEETH
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Shannon Murphy

moja ocena: 7/10

 

Milla (Eliza Scanlon) umiera. Od środka zżera ją jednak nie tylko okropny nowotwór, ale też brak jakiejkolwiek motywacji do życia. Lekarstwem na chorobę jest chemioterapia i worek różnych tabletek, zaś remedium na drugą przypadłość – dosłownie – leży na ulicy. Nastolatka przypadkowo wpada na Mosesa (Toby Wallace) – kilka lat starszego od siebie gościa z problemami, uzależnionego od narkotyków drobnego dilera bez stałego miejsca zamieszkania, złodzieja i włóczęgę. Milla zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, ale dostrzega też w nim niebywały luz, witalność i sympatyczną prostoduszność, z których zaczyna czerpać na nowo życiową energię. Sprowadza Mosesa do domu i choć jej rodzice widzą w chłopaku jedynie kłopoty, pozwalają córce z pomocą chłopaka odzyskać dobre samopoczucie i cieszyć się tym pierwszym, miłosnym uczuciem, bo przeczuwają, że być może będzie ono jej ostatnim.Debiutantka za kamerą, Shannon Murphy, przebojowo ogrywa schemat łzawego rom comu o chorej na raka nastolatce, który w „Babyteeth” staje się szlachetnym, dojrzałym kinem o przemijaniu. Tragizm sytuacji Milli uosabia przede wszystkim skrywane we wnętrzu cierpienie jej rodziców – osowiałego ojca psychiatry (Ben Mendelsohn) i funkcjonującą na lekach psychotropowych matkę (Essie Davis), którzy godzą się na wszystko, by utrzymać ukochane dziecko przy życiu oraz zachować w nim do końca młodzieńczą radość i pasję, sami pogrążając się w cichej rozpaczy. Ujmujące są te wszystkie śniadania i kolacje, małe, domowe rytuały, pozornie takie codzienne i zwyczajne, ale unosi się nad nimi cień obawy i strachu, że może to ten ostatni raz spędzany wspólnie.

Także uczucie Milli i Mosesa nie ma w sobie nic z romantycznego dramatyzmu pary przeklętych kochanków w typie Romea i Julii. Dziewczyna łapczywie, „na ostatnią chwilę” zaspokaja głód miłości, realizując w gruncie rzeczy banalny schemat szczeniackiego zauroczenia, znajdując bliskość i ukojenie w ramionach łobuza o sercu po właściwej stronie, który na chwilę, dzięki przypadkowo poznanej dziewczynie, sam może uporządkować własną egzystencję i złapać życiową równowagę. Jeśli nie, to przynajmniej znaleźć łatwe dojście do odurzających leków na receptę.

„Babyteeth” emanuje narracyjnym ciepłem. Perfekcyjnie wyważono w nim komizm i dramatyzm, choć zupełnie niepotrzebnie zdecydowano się na tendencyjną, płaczliwą puentę w finale. Jak przystało na przyjemne, niezależne kino środka, film Murphy doskonale łączy inkluzyjną, lekko pluszową warstwę wizualną z orzeźwiającą ścieżką dźwiękową. Jego siła drzemie również w świetnym aktorstwie – doświadczonych aktorów Mendelsohna i Davis, ale też wschodzącej gwiazdy anglojęzycznego kina, znanej z serialu „Ostre Przedmioty” Elizy Scanlon. W końcu egzystencję jej bohaterki sprowadzono do poziomu ulotności i kruchości tego tytułowego mlecznego zęba, a mimo to wydała się ona całkiem pełna, delikatnie szalona, bogata, nawet jeśli za krótka.

 

W kinie: Kudłata Historia (WFF)

kudlata

 

KUDŁATA HISTORIA
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Amir Homayoun Ghanizadeh

moja ocena: 5.5/10

 

W czterech ścianach skromnego, ale tętniącego energią zakładu fryzjerskiego zamknięte zostały marzenia i obsesje trzech jego pracowników. Wieloletni właściciel lokalu Khan każdego dnia patrzy z nostalgią za okno i wspomina ukochaną „Casablancę”, powoli tracąc w rękach zawodową sprawność i renomę własnego fachu. Shapoora bardziej niż praca rozpalają polityczne dyskusje i awantury z producentem o jakość jego ulubionego tuńczyka z puszki. Najmłodszy w tym gronie Danesh marzy o karierze aktorskiej i to jego wyobraźnia posłużyła reżyserowi Homayounowi Ghanizadehowi za pretekst do uczynienia z opowieści o trzech fryzjerach filmowej baśni w duchu kina Jean-Pierre’a Jeuneta i Michela Gondry’ego. “Kudłata Historia” niczym “Amelia” stanowi ucieczkę w świat wygodnej fantazji, dzięki której można się ukryć przed niegodziwością prawdziwego świata, w otoczeniu fryzjerów symbolizowanych przez serię brutalnych morderstw, nad którymi pracuje pedantyczny i wrogo nastawiony do nich inspektor Kiani. To też sposób na zapomnienie o własnych, mniejszych i większych życiowych niepowodzeniach. Te najbardziej fantazyjne, odrealnione fragmenty irańskiej fabuły pozwalają przyjemnie odpłynąć razem z jej bohaterami, ale jednocześnie nie dają powodów, by zapomnieć, że ten to film to tylka miła dla oka baśń, która nie niesie ze sobą poważniejszej treści.

 

W kinie: Nasze Matki (WFF)

naszema

 

NASZE MATKI
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Cesar Diaz

moja ocena: 6.5/10

 

O ranach tak głębokich, że nie zabliźnił ich nawet czas, opowiada César Díaz w “Naszych Matkach”. Nagrodzony Złotą Kamerą dla najlepszego debiutu w Cannes film ma tytuł dość przewrotny, bowiem historia Ernesto – archeologa i specjalisty medycyny sądowej – pozornie mocniej obraca się wokół jego ojca, jednej z setek tysięcy ofiar krwawych czasów wojny domowej, która trwała w Gwatemali ponad 30 lat. W wyniku delikatnych, politycznych uzgodnień w czasach współczesnych pozwolono na częściowe rozliczenia przeszłości – odkopanie kości w jednym z wielu masowych grobów, gdzie spoczywają przede wszystkim cywilne ofiary krwawych rządów. To też głównie mężczyźni, o których dziś pamiętają tylko kobiety. One przeżyły te straszne czasy, by teraz w końcu móc pochować swoich bliskich. Jednym to być może da spokój i wytchnienie, podczas gdy inne będą szukać ukojenia, zeznając w trudnym procesie oprawców swoich krewnych. Nie ma złej drogi w procesie wyrównywania krzywd i rozliczania przeszłości. Ernesto wierzy, że dzięki swojej pracy, odnajdzie prochy ojca – partyzanta stawiającego opór bestiom z wojskowej junty, dziś żyjącego już tylko w pokiereszowanych wspomnieniach jego matki i na wyblakłych, niewyraźnych fotografiach sprzed trzech dekad. Dzięki jednej z nich mężczyźnie zdaje się, iż w końcu trafia na jakiś ślad. To jednak nie kości zmarłych dają najprawdziwsze i najbardziej bolesne świadectwo tragedii i barbarzyństwa, ale pamięć i wspomnienia tych, którzy ostatecznie je przeżyli i ze swoją traumą są ciągle gdzieś tu obok.

Kameralny, głęboko humanistyczny dramat Césara Díaza i okrucieństwo, o jakim opowiada, mają twarz starych Indianek z prowincji i smutnych Metysek z miast. Kryje się w nigdy nie opowiedzianych historiach, osobistych, bardzo bolesnych wspomnieniach. Często zamkniętych w umysłach ofiar, by nie ranić dodatkowo tych, którzy brutalności nie doświadczyli. Ładną klamrą połączona została opowieść głównego bohatera “Naszych Matek”, pokazującej żmudną procedurę układania połamanych kości w jeden, zawsze niekompletny szkielet, przekazywany potem rodzinie. To jak budowanie historii na nowo i pielęgnowanie pamięci, które nigdy nie są łatwe, ale zawsze potrzebne.

 

W kinie: Joker

joker

 

JOKER
polska premiera: 4.10.2019
reż. Todd Phillips

moja ocena: 5.5/10

 

W filmowej popkulturze Joker do tej pory posiadał trzy twarze. Demoniczną Jacka Nicholsona w “Batmanie” (1989) Tima Burtona, mrocznie psychodeliczną Heatha Ledgera w “Mrocznym Rycerzu” (2008) Christophera Nolana, a ostatnio koszmarnie kiczowatą Jareda Leto w “Suicide Squad” (2016) Davida Ayera. Teraz nemesis Batmana otrzymało nie tylko twarz, ale i ciało Joaquina Phoenixa – jednego z najwybitniejszych, żyjących aktorów, który w JOKERZE wykonuje genialną robotę. Oddaje tej roli – dosłownie – całego siebie, grając niezwykle cieleśnie, boleśnie, transowo. Dokładnie taką postać, jaką dostał do zagrania. I tym bardziej szkoda, że właściwie tylko Phoenix wykonuje swoją robotę na nienagannym poziomie. Za kamerą nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji “Jokera” stanął Todd Phillips – gość, który do tej pory nie zrobił filmu na serio. Teraz już wiem dlaczego. Jako współautor scenariusza twórca bromance’owej serii KAC VEGAS podjął decyzję, by wyciągnąć Arthura Flecka (jeszcze nie Jokera) z komiksowego uniwersum i Batmanowego kontekstu, by nadać jego historii uniwersalnego, doniosłego przekazu. Pozostawia hiperrealistyczny szkielet Gotham City – miasta tańczącego z zapałkami na beczce prochu, gdzie jedna iskra może rozpalić prawdziwy ogień społecznego buntu. I na pewno nie przegapicie tej metafory, bo Phillips ją będzie namiętnie powtarzał głośno i wyraźnie, żeby absolutnie nic nam nie umknęło, jeśli byśmy się jakimś cudem nie domyślili za pierwszym razem. Nie wiadomo tylko czemu, gdy ten lont zostanie rozpalony przez pierwsze morderstwa Flecka do wybuchu regularnej rewolucji nie dzieje się właściwie nic. Poza bardzo leniwym w narracji originem postaci.

“Joker” najlepszy jest wtedy, gdy Phillips sięga po swoje komediowe korzenie, ale tych momentów w filmie jest bardzo mało. W paru fragmentach udaje się reżyserowi zbudować nastrój przeszywającego niepokoju. Pokazać cierpienie Flecka z powodu społecznego wykluczenia, samotności i choroby psychicznej tak, że też się czuje ten jego ból na własnym ciele. Bo choć on gdzieś gryzie i kłuje we wnętrzu, staje się bardzo fizyczny poprzez anorektyczną, ponurą posturę Joaquina Phoenixa. Ucieczka w nihilizm i odnalezienie spełnienia w przemocy. Doceniam, ale mimo wszystko za mało w tej postaci prawdziwego człowieka. Gdy bowiem przypomnimy sobie kultowego “Taksówkarza”, do którego “Jokerowi” ma być bardzo blisko, tam portret jednostki odrzucanej przez społeczny mainstream był żywszy, bardziej krwisty, a przede wszystkim prawdziwszy poprzez egzystencjalne sprzeczności, które targały Travisem Bickle.

Phillips potyka się wielokrotnie. A to o technikalia, jak świetna muzyka Hildura Guðnadóttira, ale pojawiająca się w totalnie absurdalnych momentach, a to pornograficzny wręcz zachwyt nad aktorstwem Phoenixa, które choć znakomite, w takiej “aranżacji” czasem ociera się o kicz. Okropne było, gdy Phillipsowi nie udało się zachować konsekwencji w odcinaniu od spuścizny Batmana, pojawiła się tu więc nieśmiertelna scena morderstwa rodziców Bruce’a Wayne’a. Ale przede wszystkim reżyser nie potrafi opowiadać o Flecku/Jokerze w tym szerszym, społecznym kontekście. Jest płytki, wtórny, moralnie wątpliwy (agresja jako główne “narzędzie” buntu oraz niesmaczna sugestia, że choroba psychiczna = większa podatność na przemoc). Odkrywa oczywistości niczym prawdy objawione po raz pierwszy oraz powiela popkulturowe stereotypy. Zagubienie Phillipsa doprowadziło do tego, że w JOKERZE mamy kilka, alternatywnych zakończeń i żadne w sumie nie jest dobre. Na koniec ja zostawię tu tylko jeszcze jedno przemyślenie: by nie przywoływać tu “Króla Komedii”, bo robią to w swoich recenzjach wszyscy, przypomnę, że w tej dekadzie powstał taki lepszy “Joker” – “Rozrywka” Ricka Alversona 4 lata temu.

 

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2019 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
fkatwigs219

FKA Twigs feat. Future – Holy Terrain
Magdalene LP, 2019
Try this!

 

number2
krakowlovesa

Kraków Loves Adana – Follow The Voice
7”, 2019
Try this!

 

number3
angelolsen219

Angel Olsen – Lark
All Mirrors LP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Julien Chang – Memory Loss (Jules LP) Try this!
[chillwave] [post pop]

Tei Shi feat. Blood Orange – Even If It Hurts (7”) Try this!
[bedroom pop] [modern r’n’b]

Grimes & i_o – Violence (7”) Try this!
[electro pop] [futurystyczne brzmienie]

Magdalena Bay – Good Intentions (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [elektronika]

Millie Turner – Ride This Train (7”) Try this!
[electro pop] [atmosferyczne brzmienie]

The Japanese House – Something Has To Change (7”) Try this!
[indie pop] [aksamitna elektronika]

Francis And The Lights feat. Bon Iver & Kanye West – Take Me to the Light (7”) Try this!
[bedroom pop] [modern r’n’b]

Blue Hawaii – All The Things (Open Reduction Internal Fixation LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [melancholijne dźwięki]

Georgia – Never Let You Go (Seeking Thrills LP) Try this!
[electro pop] [przebojowo]

Drauve – Out of It (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka melancholijna]

Girl in Red – Bad Idea! (7”) Try this!
[indie pop] [charakternie]

Pearly – To Me (7”) Try this!
[muzyka nostalgiczna] [wyciszona ballada]

Monsune – Outta My Mind (7”) Try this!
[funk] [berdroom pop]

Trentemøller feat. Jennylee – Try A Little (Obverse LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [klubowe brzmienia]

Jacques Greene – Do It Without You (Dawn Chorus LP) Try this!
[muzyka klubowa] [pure house]

The Big Moon – Your Light (Walking Like We Do LP) Try this!
[indie pop/rock] [dziewczyńska muzyka]

Alice Boman – Wish We Had More Time (Dream On LP) Try this!
[singer/songwriterka] [muzyka emocjonalna]

Peggy Gou – Starry Night (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka klubowa]

Pumarosa – Heaven (Devastation LP) Try this!
[indie pop/rock] [delikatna psychodelia]

Beabadoobee – I Wish I Was Stephen Malkmus (7”) Try this!
[indie pop/rock] [90s vibe]

Gracey – If You Loved Me (Impostor Syndrome EP) Try this!
[pop] [z charakterem]

***
posłuchaj na YT

VOD: Wild Rose

wildrose

 

WILD ROSE
premiera VOD: sierpień 2019
reż. Tom Harper

moja ocena: 6.5/10

 

“Wild Rose” to jeden z tych filmów, który od zbyt znajomego schematu scenariuszowego, skutecznie potrafi odciągnąć naszą uwagę w stronę innych, swoich walorów. Jak np. Jessie Buckley, z charyzmą i autentycznym uczuciem wcielającą się w rolę młodej matki po przejściach, która po wyjściu z więzienia zamiast powrócić na łono rodziny, zatraca się w beznadziejnym marzeniu o karierze piosenkarki country. Rose-Lynn zdaje się bowiem nie dostrzegać, że jej zapyziałe mieszkanko w Glasgow od Nashville dzieli nie tylko tysiące kilometrów, ale też zero własnych piosenek na koncie, nadzór kuratora i stęsknione dzieciaki, którym zapewnić należy właściwe warunki do życia. W przypadku bohaterki “Wild Rose” jej walka o własne marzenie to metafora wyboistej drogi z metą z napisem ‘dorosłość’. Rose-Lynn musi pogodzić się z tym, co nieuniknione, zrzucić łobuzerskie szaty i wziąć odpowiedzialność za życie swoje i tych, którzy na niej polegają. I Buckley jest w tym wszystkim absolutnie wspaniała zarówno aktorsko, jak i wokalnie, gdy sama śpiewa amerykańskie standardy, a w finale też wzruszające “Glasgow”, płonące tak cudowną paletą emocji, że gaśnie przy nim cały soundtrack ostatniego “A Star Is Born”. A ponieważ “Wild Rose” Toma Harpera to taki prostolinijny, wzruszający crowd pleaser, który może chwycić pod każdą szerokością geograficzną, wierzę, że dzięki niemu (i “Czarnobylowi”) odpowiednio rozbłyśnie gwiazda tej charakternej, rudowłosej Irlandki.

 

Miesiąc w muzyce: wakacje 2019 (piosenki)

PIOSENKI WAKACJI

number1
clairomm

Mura Masa & Clairo – I Don’t Think I Can Do This Again
7”, 2019
Try this!

 

number2
kakka

Kakkmaddafakka – Frequency
Diplomacy LP, 2019
Try this!

 

number3
girlinred

Girl in Red – I’ll Die Anyway
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Winona Oak – Break My Broken Heart (7”) Try this!
[indie pop] [kobieca charyzma]

Jakuzi – Şüphe (Hata Payı LP) Try this!
[turecki electro pop] [80s sound]

Velvet Negroni – Kurt Kobain (Neon Brown LP) Try this!
[post r’n’b] [nowe brzmienia]

Nicky Sparkles – Special Love (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [80s vibes]

Angel Olsen – All Mirrors (All Mirrors LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [echa Kate Bush]

The Regrettes – I Dare You (How Do You Love LP) Try this!
[indie pop] [girl power]

The Big Moon – It’s Easy Then (7”) Try this!
[indie pop/rock] [leniwe popołudnie]

Shura – The Stage (forevher LP) Try this!
[electro pop] [aksamitnie]

Charli XCX & Christine and the Queens – Gone (7”) Try this!
[modern pop] [listy przebojów]

Julien Chang – Of The Past (7”) Try this!
[electro pop] [młoda muzyka]

Lola Marsh – Echoes (7”) Try this!
[pop] [przebojowe]

CocoRosie – Lamb & the Wolf (7”) Try this!
[psychodeliczny pop] [baśniowo]

Kim Gordon – Sketch Artist (No Home Record LP) Try this!
[charakterna psychodelia] [muzyka eksperymentalna]

Kacy Hill – To Someone Else (7”) Try this!
[electro pop] [letnie brzmienie]

Gia Ford – Turbo Dreams (7”) Try this!
[kobiecy pop] [łagodnie]

HAIM – Summer Girl (7”) Try this!
[muzyka letnia] [lekki pop]

Mermaidens – I Might Disappear (Look Me in the Eye LP) Try this!
[indie rock] [zadziornie]

TR/ST – Iris (The Destroyer – 2 LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [barokowy rozmach]

Chelsea Wolfe – Be All Things (Birth of Violence LP) Try this!
[bajkowy folk] [muzyka kameralna]

MUNA – Stayaway (Saves The World LP) Try this!
[electro pop] [chwytliwe]

Jenn Champion feat. Victor Le Masne – Turn Up The Radio (7”) Try this!
[electro pop] [subtelnie]

Bez – Nigdy na zawsze (Bańki mydlane LP) Try this!
[shoegaze] [polskie gitary]

Tohu Bohu – That’s Why We Came (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [funk]

Ra Ra Riot – Belladonna (7”) Try this!
[pop/rock] [chwytliwe]

***
posłuchaj na YT

W kinie: The Lodge

thelodge

 

THE LODGE
Nowe Horyzonty 2019
reż. Severin Fiala & Veronika Franz

moja ocena: 7/10

 

Szanuję w “The Lodge” ciekawą żonglerkę gatunkowymi konwencjami, która jednakowoż nie ma aspiracji bycia jednocześnie nośnikiem jakichś uniwersalnych znaczeń, co we współczesnych, ambitniejszych horrorach stało się modnym trendem. Fiala i Franz zmienili kontynent, ale nie zmienili swoich antyfamilijnych zainteresowań. Budują gęsty, ciężki nastrój psychotycznej, rodzinnej tajemnicy odkrywanej w zaciszu przytulnych czterech ścian chatki w głębi lasu. Stoją za tą historią groza i charakterystyczne napięcie, ale nie straszą one dla samego efektu gęsiej skórki czy nerwowych ruchów w fotelu. Nie tylko dlatego, że bywają po prostu przytłaczające, nieco zbyt oczywiste, za bardzo wręcz koronkowe w swojej gatunkowej konstrukcji, by traktować je aż tak – nomen omen – śmiertelnie poważnie. Choć powagę w swoim filmie Austriacy zachowują od początku do końca. I bywają także bardzo odważni, bo gdy matka dwójki dzieci przykłada sobie pistolet do skroni i go odpala, nie odwracają nerwowo wzroku/kamery, nie bawią się w żadne zagrywki typu niech działa wyobraźnia. Fiala i Franz dotykają intrygującego tematu. Interesuje ich zło, ale nie per se, lecz raczej jego percepcja. Pokazują, jak można go nie dostrzegać u tych, których kulturowo uznaje się za czystych i niewinnych (dzieci), choć to właśnie oni okazują się katalizatorem dla przyszłej tragedii. Wyrachowanymi reżyserami bezwzględnej intrygi wymierzonej w – ich zdaniem – prowodyrkę dramatu ich domostwa. Fascynująca jest postać niechcianej kandydatki na macochę grana przez Riley Keough. Ze swoją mętną, zatrważającą przeszłością i teraźniejszą pozą psa z podkulonym ogonem pod wpływem perfidnej manipulacji wraca na ciemną stronę mocy, co dla nikogo nie może skończyć się dobrze. I wracając jeszcze do tej odwagi “The Lodge”, ujawnia się ona najmocniej w okrutnym (ale w zupełnie inny sposób niż byście obstawiali) finale filmu.

 

W kinie: Gdzie jesteś Bernadette?

bernadetterl

 

GDZIE JESTEŚ BERNADETTE?
polska premiera: 16.08.2019
reż. Richard Linklater

moja ocena: 6/10

 

Richard Linklater wychodzi nieco poza swoje emploi, proponując historię, która łączy w sobie tak wiele wątków i motywów z szeroko pojętego kina niezależnego, że ciężko ją nawet uznać za kino w pełni autorskie. Neurotyczna poza tytułowej bohaterki – z brawurową nadekspresją znaną już z “Blue Jasmine”, koncertowo zagraną przez Cate Blanchett – przypomina zastęp Allenowskich charakterów. Realistyczne, ale w gruncie rzeczy totalnie oderwane od przyziemnej rzeczywistości otoczenie i ekscentryczny sposób bycia rodziny Bernadette przybliża ich do postaci z miejskich baśni Wesa Andersona. Gdy jeszcze dodamy, że Pani Fox zostaje motorem osobliwego modus operandi pomyłek i niedomówień, od bogactwa scenariuszowych błyskotek może zakręcić się w głowie. Nikomu nie powinno jednak umknąć, że “Where’d You Go, Bernadette” pokazuje bardzo precyzyjnie depresję, przede wszystkim jako chorobę cywilizacyjną. W przypadku bohaterki rozwijała się ona latami, zaś pokonanie jej ewidentnie oczyściłoby aurę wokół Bernadette i przywróciło równowagę w życiu jej i bliskich. Ciekawa jest geneza choroby bohaterki – jednostki o nieprzeciętnej wrażliwości artystycznej i talencie, która ponosząc pierwszą, zawodową porażkę, porzuca karierę i oddaje się rodzinnemu życiu. Przez lata brak kreatywnych wyzwań, nuda z przedmieść, izolacja z wyboru zaprowadziły kondycję psychiczną Bernadette na skraj przepaści. Komediodramatyczna forma filmu przeplata się momentami z soczyście sarkastycznym humorem i przesłodzonymi scenami wzruszeń. Najtrudniej wrzuć się jednak w sytuację bohaterów, którzy – nie licząc depresji Bernadette – borykają się z totalnie wymyślonymi problemami (pierwszego świata). “Where’d You Go, Bernadette” pozostaje mimo swoich absurdów kinem z duszą, przyjemnym i całkiem błyskotliwym.