W kinie: Dżentelmeni

gentelman

 

DŻENTELMENI
polska premiera: 14.02.2020
reż. Guy Ritchie

moja ocena: 6/10

 

Zewsząd słychać ekstatyczne głosy, że oto powrócił stary, dobry Guy Ritchie. Patrzę na jego filmografię i widzę, że Brytyjczyk wcale nigdzie nie poszedł. Po prostu od czasu “Przekrętu” (2000), który stanowił powiew świeżości w kinie gangsterskim, Ritchie albo ruszał się w kółko, mało twórczo kalkując swoje najbardziej przebojowe, pierwsze filmy, albo temperował swój reżyserski temperament. Facet praktycznie w jednym czasie zrobił “Aladyna” i “Dżentelmenów” – czyż można znaleźć jakieś bardziej dobitne świadectwo artystycznego zagubienia? Wiecie, to taki rozstrzał, jakby w jednym roku Refn nakręcił “Only God Forgives” i “Bambi”. Nie zgłębiając dalej kulis dziwnych decyzji Guya Ritchiego, trzeba mu oddać, że jego nowy film ogląda się całkiem nieźle. Największa w tym zasługa wyjątkowo błyskotliwie zaprojektowanej intrygi w świecie narkotykowych dilerów, rozpisanej na parę punktów widzenia i kilka planów czasowych, a realizowanej przez paradę charyzmatycznych postaci, oryginalnych charakterków. Zabawa w kino dosłownie i w przenośni. Wszyscy aktorzy zostali naprawdę sensownie obsadzeni w swoich rolach, choć show ostatecznie kradnie Colin Farrell jako niecodzienny wychowawca krnąbrnej młodzieży. Wiele się dzieje w samej strukturze filmu i mimo tych wszystkich bajeranckich urozmaiceń “Dżentelmenom” brakuje nieco tempa. Rozkręcają się oni zaskakująco wolno i praktycznie do końca nie rozpędzają się z pełną mocą. Mało tu łobuzerstwa i pazura “wczesnego Ritchiego”. Być może zbyt wartka akcja i nadmiar fajerwerków nie pozwoliłaby się skupić na tym, co dzieje się na drugim planie. Oczywiście to rozrywkowa historyjka o cwaniaczkach z półświatka, których Ritchie tak lubi, ale w tle ich koronkowych perypetii brytyjski reżyser poupychał tu i ówdzie kąśliwe uwagi o aktualnej kondycji własnej ojczyzny. Brzmią one jeszcze lepiej, gdy spojrzy się na nie przez pryzmat tego, co w Anglii najbardziej aktualne – Brexitu i Megxitu. Najwyraźniej w tych szalonych czasach potrzeba kolorowych gangsterów, by trafnie skomentować to, co dzieje się dookoła.

 

Netflix: Uncut Gems

uncutg

 

UNCUT GEMS
polska premiera: 31.01.2020
reż. Joshua Safdie, Benny Safdie

moja ocena: 7.5/10

 

Ten film to dowód na to, jak bardzo amerykańskiemu kinu potrzeba świeżej krwi, autentycznej brawury i storytellingowej łobuzerki. Choć paradoksalnie ta nieokrzesana, żeby nie powiedzieć – nieoszlifowana – forma filmu nie ma prawa przypaść do gustu każdemu. “Uncut Gems” idzie jeszcze dalej niż “Good Times”, jeśli chodzi o kreację filmowego świata w formie surowej, ale bardzo ekspresyjnej, przeładowanej dynamiczną akcją, ale bynajmniej nie taką z masą efektownych wybuchów i fabularnych fajerwerków. Bracia Safdie proponują zgoła odmienne wrażenia. Stawiają na wyjątkowo nieznośną intensywność doznań, ale ich podstawą są wstręt, obłęd i dławiąca nerwowość. Adam Sandler – tu w roli swojego życia, przypominającej najlepsze szarże młodszego Ala Pacino – tworzy roztrzęsione ucieleśnienie wielkomiejskiej niepewności i kapitalistycznych lęków, wcielając się w rolę drobnego cwaniaczka, który zachłannie marzy o lepszym życiu i chaotycznie te marzenia stara się zrealizować. Wpędza siebie tym samym nad skraj egzystencjalnej przepaści, bo złośliwie nic nie idzie po jego myśli. W Howardzie Ratnerze tyle samo straszliwego pechowca, ile nędznego nieudacznika. Wraz z bohaterem zostajemy wciągnięci w wir szalonych zdarzeń, które dzieją się tu i teraz. Decyzje podejmuje się natychmiastowo i pod wpływem chwili. Nie ma czasu na pogłębioną analizę i myślenie o konsekwencjach. Czas biegnie w tym filmie na złamanie karku. Atmosfera regularnie się zagęszcza, a pole manewru radykalnie zmniejsza. Czuje i wyraża to szczerzący zęby Ratner, ale i widz po drugiej stronie ekranu. Możliwość tak osobistego przeżywania “Uncut Gems” dowodzi znakomitych umiejętności reżyserskich braci Safdie i genialności ich wizji. Bo przecież nie trzyma nas w napięciu ten Sandlerowski krętacz, którzy wkurza, irytuje i zasługuje na każdą kłodę, jaką pod nogi rzuca mu życie, ale przyciągają siła świata przedstawionego. Zbudowany z obrazów zafajdanych zaułków wielkiego miasta oświetlanych błyskiem frenetycznie mieniących się towarów w witrynach żydowskich lombardów, które okazują się doskonałą scenerią dla szemranych interesów, historii ekspresowego wzbogacenie się i spektakularnych, a zarazem wyjątkowo banalnych upadków.

 

Miesiąc w muzyce: styczeń 2020 (piosenki)

PIOSENKI STYCZNIA

number1
chromatics20

Chromatics – Toy
7”, 2020
Try this!

 

number2
070shake

070 Shake – Guilty Conscience
Modus Vivendi LP, 2020
Try this!

 

number3
locate

Locate S,1 – Personalia
Personalia, 2020
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Waxahatchee – Fire (Saint Cloud LP) Try this!
[muzyka gitarowa] [pop/rock]

Forever – Blur (Close To The Flame EP) Try this!
[rozkoszna elektronika] [downtempo]

Yumi Zouma – Cool For A Second (Truth or Consequences LP) Try this!
[letni pop] [zwiewne brzmienie]

Okay Kaya – Psych Ward (Watch This Liquid Pour Itself LP) Try this!
[indie pop] [zadziornie]

Katie Gately – Waltz (Loom LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [połamane dźwięki]

Winona Oak – Another Story (Closure EP) Try this!
[indie pop] [kobieco]

Mura Masa feat. Ellie Rowsell & Wolf Alice – Teenage Headache Dreams (R.Y.C. LP) Try this!
[muzyka miejska] [fresh electronics]

Caroline Rose – Feel The Way I Want (Superstar LP) Try this!
[pop] [feel good music]

SoKo – Being Sad Is Not A Crime (7”) Try this!
[muzyka melancholijna] [kameralna elektronika]

CocoRosie – Aloha Friday (Put The Shine On LP) Try this!
[szumy i trzaski] [muzyka melancholijna]

Mint Julep – Stray Fantasies (Stray Fantasies LP) Try this!
[dream pop] [syntezatory z rozmachem]

Banoffee – Count On You (Look At Us Now Dad LP) Try this!
[pop] [lekka łobuzerka]

Caribou – Never Come Back (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Westerman – Blue Comanche (7”) Try this!
[muzyka kontemplacyjna] [art pop]

Tennis – Need Your Love (Swimmer LP) Try this!
[retro pop] [nostalgiczne brzmienie]

Chloe Kae – Misconception (7”) Try this!
[elektronika] [bedroom pop]

Patrick Holland – Up To You (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

La Roux – Automatic Driver (Supervision LP) Try this!
[muzyka taneczna] [modern disco]

Priya Ragu – Good Love 2.0 (7”) Try this!
[pop] [muzyka miejska]

Tame Impala – Lost in Yesterday (The Slow Rush LP) Try this!
[retro pop/rock] [muzyka nostalgiczna]

Crickets – Drilled Two Holes (7”) Try this!
[dance-punk] [eletronika]

Bullion – Hula (We Had A Good Time EP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [retro vibe]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Małe Kobietki

littlewo

 

MAŁE KOBIETKI
polska premiera: 31.01.2020
reż. Greta Gerwig

moja ocena: 5.5/10

 

Trzeba oddać Louisie May Alcott, że w czasach, kiedy powstała jej książka, była ona powieścią niemalże wywrotową, a na pewno ostro feministyczną. Czasy – na szczęście – się zmieniają i dzisiaj “Małe Kobietki” zalatują raczej zapachem naftaliny, aniżeli sieją emancypacyjny ferment. Z drugiej strony, jeśli ktoś miałby tę historię odczytać na nowo, to Greta Gerwig wydaje się właściwą osobą na właściwym miejscu. Nie dziwi, że centralną postacią swojego filmu reżyserka uczyniła Jo March (Saoirse Ronan) – niegdyś alter ego autorki literackiego pierwowzoru, a dziś charakteru hołdującego podobnym wartościom i postawom jak sama Gerwig, która stara się kruszyć szklane sufity w branży ciągle zdominowanej przez męski punkt widzenia. Dlatego tak walczy o wyrwanie swoich bohaterek z melodramatycznego kontekstu i oddanie im wolności wyboru – bez względu na to, czy chodzi o pożądane w tamtych czasach rychłe zamążpójście czy realizację własnych ambicji wbrew społecznym oczekiwaniom i standardom. W tym feministycznym wymiarze “Małym Kobietkom” wyraźnie brakuje choćby grama pikanterii. Porusza się ten kierunek narracji po wyjątkowo łagodnym torze, irytuje naiwnością drzemiącą w konstrukcji szczególnie tej najambitniejszej z sióstr, Jo, która staje się głosicielką najbardziej wyświechtanych, archaicznych frazesów. Na jej tle na prawdziwie autentyczną i ciekawą bohaterkę wyrasta najmniej lubiana z panien March – Amy (Florence Pugh). Wieczna złośnica, wyjątkowo surowa względem siebie, ale jednocześnie kobieta twardo stąpająca po ziemi, która poradzi sobie w każdych okolicznościach i postać tragiczna, skrywająca miłość do mężczyzny zakochanego w jej siostrze. Moje serce biło mocniej, gdy Amy pojawiała się na ekranie. Paradoksalnie biło ono także całkiem żywo, gdy obcowaliśmy z tym cukierkowym obrazem rozczulającego siostrzeństwa. Najpierw w wersji dziecięcej idylli, później postawionego w obliczu blasków i cieni dorosłości. Czułość i prostolinijność tej relacji powinny poruszyć największego twardziela. Długo nie rozumiałam zabiegu z chronologicznymi przeskokami, które tylko szarpały rytm tej opowieści i nie dawały wrażenia panowania reżyserki nad strukturą filmu. Ostatecznie w finale ten zabieg nadał “Małym Kobietkom” fajnego meta kontekstu, w którym to, co ważne było dla Alcott znalazło wspólny mianownik z tym, co ważne dla Gerwig, równocześnie proponując najlepiej zrozumiałe współcześnie spojrzenie ma tematykę filmu, ale też sztukę adaptacji literackich klasyków. Szkoda, że ten błysk z oczu “Małych Kobietek” tak mocno i zadziornie bije tylko ten jeden raz.

 

W kinie: Poznajmy się jeszcze raz

labelleep

 

POZNAJMY SIĘ JESZCZE RAZ
polska premiera: 31.01.2020
reż. Nicolas Bedos

moja ocena: 4.5/10

 

“Poznajmy się raz jeszcze” to odcinek “Black Mirror” w wersji dla naszych mam i babć, w którym odpowiedzią na nudę i życiową stagnację ma być nostalgiczna podróż w czasie, pozwalająca np. jeszcze raz przeżyć pierwszą miłość i odświeżyć młodzieńcze wspomnienia. Te inscenizuje, za niemałą opłatą, dedykowana takiej działalności firma, budująca od podstaw wskazane przez klienta okoliczności czasoprzestrzenne, stawiająca misterną i łudząco przypominająca wybrane realia scenografię oraz precyzyjnie realizująca ustalony scenariusz. Swoje własne “Truman Show” odtwarza Victor (Daniel Auteuil), który wracając do czasów młodości, chce ponownie poznać miłość swojego życia – Margot (Doria Tillier) i ożywić najcudowniejsze swoje wspomnienia. Oczywiście takie powroty do przeszłości mogą mieć zaskakujące skutki i łatwo wymknąć się spod kontroli. Nie oczekujcie jednak abstrakcyjnych zwrotów akcji jak u Charlie’go Kaufmana czy wyrafinowanego romantyzmu Michela Gondry’ego. Zejdźcie na poziom epigonów Richarda Curtisa. Film Nicolasa Bedosa, mimo fascynującego konceptu wyjściowego, okazuje się bowiem kolejną, wąsatą komedią romantyczną, w której fantazja zwalnia miejsce irytującej, gatunkowej rutynie. Jak przystało na rasowy crowdpleaser, ładny jest ten film, ale ja bym chciała się znaleźć w zupełnie innej historii, a ten Bedos i spółka dla mnie tu nie stworzyli.

 

W kinie: 1917

f1917

 

1917
polska premiera: 24.01.2020
reż. Sam Mendes

moja ocena: 6/10

 

Film Sama Mendesa (a może jednak Rogera Deakinsa?) to triumf filmowej techniki nad narracyjnym storytellingiem. W tym pierwszym aspekcie zachwyca “1917” autentyczną scenerią łąk i pól oraz zapachem świeżo wyrywanej z korzeniami trawy i drżącej od wybuchów ziemi, realnym harmiderem ogromu statystów i uwodzicielską magią wirtuozerskiego mastershota, pozwalającego nam poczuć się, jak w grze komputerowej, jednym z uczestników survivalu w okopach pierwszej wojny światowej. Kino jako doznanie – jak rzadko się z tym spotykamy w tych czasach! “Ostatnim sprawiedliwym” tych właściwości X Muzy wydaje się niszowy jak na realia współczesności László Nemes, bynajmniej nie reżyser stojący za jednym z Bondów. Z drugiej strony, realizacyjne mistrzostwo filmu odciąga – całkiem skutecznie – uwagę od pewnej maskarady, kryjącej się w jego treści. Udająca kameralną i liryczną historia o człowieczeństwie i dzielności w paskudnych okolicznościach w rzeczywistości uderza w dokładnie takie same, a może nawet mocniejsze tony niż hollywoodzkie widowiska pokroju “Szeregowca Ryana”. Ma epickie pretensje i monumentalną formę precyzyjnie zainscenizowanego spektaklu wojennego, w którym niby nie brakuje błota, rozkładających się ciał ludzi i zwierząt, zgliszczy miasteczek i boleściwych twarzy na wpół żywych, brudnych żołnierzy, przerażającej ciszy pól bitewnych, a mimo to uderza w tym wszystkim wrażenie nadmiernej estetyzacji teatru wojny, poetyckości wymuszonej, a nie faktycznie odczuwanej. Na przeciwległym końcu dla “1917” powinno znaleźć się głośne dzieło “I młodzi pozostaną”, w którym Peter Jackson ożywił wspomnienia mężczyzn żyjących już chyba tylko w archiwach BBC i Imperial War Museums. Oddał im głos i nadał ich słowom namacalnych walorów i kontekstów, ale znów bliżej tej produkcji do telewizyjnego reportażu niż chwytającego za serce kina. Pod tym względem Mendes i Deakins oferują żywsze doświadczenie, ale ciągle takie z gatunku zbyt wystudiowanych i pozbawionych emocji.

 

W kinie: Richard Jewell

rjewell

 

RICHARD JEWELL
polska premiera: 24.01.2020
reż. Clint Eastwood

moja ocena: 5.5/10

 

Przypadek Richarda Jewella (Paul Walter Hauser) wydarzył się w połowie lat 90., ale znaleźć w nim można zaskakująco dużo punktów stycznych z czasami współczesnymi. Clint Eastwood absolutnie nie kryje się z tym, że właśnie tę korelację w swoim filmie chce szczególnie uwypuklić i na niej się skupić. Pewnie dlatego pierwsza, ekspozycyjna część jego opowieści, w której poznajemy tytułowego bohatera, jego paranoiczne zainteresowanie tematem prawa i porządku oraz ślepą wiarę w służby mundurowe, reżyser potraktował tak skrótowo i technicznie. Jako element filmowej narracji, które zgodnie ze sztuką trzeba po prostu szybko odhaczyć. Po niej wrzuca Jewella w główną część historii. W Atlancie trwają Igrzyska Olimpijskie, ludzie gromadzą się nie tylko na arenach sportowych, ciesząc się tym świętem. Jedno z takich wydarzeń – koncert muzyczny w parku – ochrania misiowaty Richard. Praca w służbach porządkowych to jego życiowy wybór i niemała obsesja. Doskonale orientuje się w przepisach i procedurach, potrafi być spostrzegawczy, ale też nadgorliwy. Wszystkie jego cechy ściągają wzrok Jewella na porzucony pod ławką plecak. Alarmując kolegów z ochrony, znajdują tam bombę i prowadzą proces ewakuacji. W ten sposób udaje się ograniczyć liczbę ofiar wybuchu w miejscu publicznym. Richard Jewell staje się narodowym bohaterem, ale za chwilę także głównym podejrzanym, bo pasuje do jednego z profili FBI. Temat podłapuje prasa, linczując pracownika ochrony nim na dobre rozkręciło się śledztwo. Przebieg zdarzeń oraz mechanizmy, które zadziałały i zawiodły w sprawie Jewella Eastwood odtwarza z zegarmistrzowską precyzją. W uniwersum tej opowieści nie zabrakło też postaci-symboli – twardogłowego agenta federalnego (Jon Hamm), chorobliwie ambitnej dziennikarki na oślep goniącej za sensacyjnym tematem (Olivia Wilde), oddanej synowi, kochającej matki i jednej z ofiar zmasowanych oskarżeń wobec Jewella (Kathy Bates) i w końcu przebojowego prawnika, który uwierzył w niewinność dawnego znajomego (Sam Rockwell). Wszystkie pionki na tej planszy poukładane są z sensem, ale też mechanicznie i bez polotu realizując konkretną tezę zawierającą się w przestrodze skierowanej przede wszystkim w stronę mediów. By analizować fakty, nie ścigać się na sensacje, nie wydawać pochopnie wyroków, pamiętać o swojej opiniotwórczej roli i niszczycielskich możliwościach. Oczernić, wykreować fake newsa jest bowiem bardzo łatwo, przeprosić za nieprawdę dużo trudniej.

 

W kinie: Proxima

proxima

 

PROXIMA
polska premiera: 24.01.2020
reż. Alice Winocour

moja ocena: 6.5/10

 

Nie ma czegoś takiego jak idealny kosmonauta, tak samo, jak nie ma czegoś takiego jak idealna matka – powie do Sary (Eva Green) jej kolega z ekspedycji Mike (Matt Dillon). Jemu jest jednak dużo łatwiej, bo w jego przypadku w domu z dziećmi zostaje dzielnie pilnująca domowego ogniska żona, za pewnik biorąca nieobecność męża. Podczas gdy jego koleżanka z ekipy opieką nad córką dzieli się z również chodzącym z głową w chmurach ojcem (Lars Eidinger). Dosłownie, bo mężczyzna także pracuje w tej samej branży, wysyłając w coraz to odleglejsze zakątki kosmosu satelity. 7-letnia Stella zna dokładnie protokół wylotu rakiety, w której na pozaziemską ekspedycję wyleci jej mama, ale nie ma pewności, gdzie będzie mieszkać i czy znajdzie rówieśników, z którymi będzie mogła spędzać czas jak każdego normalne dziecko w jej wieku. Na początku “Proxima” wydaje się zmierzać w kierunku feministycznej rozprawki o kobiecie, która przebija szklane sufity w wyjątkowo zmaskulinizowanej branży. Na każdym kroku sugerują jej, by brała lżejsze programy treningowe albo żartuje się, że Francuzka w kosmosie to dobra rzecz, bo przedstawicielki tej nacji ponoć dobrze gotują. Alice Winocour dość szybko i bardzo zdecydowanie skręca jednak z tej drogi, proponując zupełnie inną trajektorię spojrzenia na kwestię kobiety w programie Europejskiej Agencji Kosmicznej. Historia Sary rozdartej między wielkim marzeniem o podróży w kosmos, na co pracowała całe życie a rolą matki dla ukochanej córki stanowi czuły rewers dla “Pierwszego Człowieka” i nieoczywisty kamień milowy w kinie emancypacyjnym. “Proxima” to kino o godzeniu wielkich ambicji z macierzyństwem, nie osądzające wyborów bohaterki ani nie deprecjonujące żadnej ze spraw, które sprawiają, że jej praca wydaje się najtrudniejszą z możliwych. Winocour wyjątkowo zgrabnie połączyła pokazane na chłodno, z niemalże dokumentalną precyzją starania masy ludzi, by wysłać w kosmos kolejną załogę astronautów i kameralną, intymną relacją matki i córki, które czeka dłuższa rozłąka. I rozterki tej pierwszej, która wie, że realizuje marzenie swojego życia, na które ciężko pracowała i któremu się poświęciła, ale też musi nauczyć się tym cieszyć i być z siebie dumna, nawet wtedy, gdy cenę za zawodowy sukces ponosi nie tylko ona, ale też jej córeczka. Eva Green jest wspaniała, a Alice Winocour po drugiej stronie kamery udowadnia, że kobieca perspektywa w opowiadaniu o macierzyństwie, ambicjach i marzeniach potrafi być diabelsko celna. Przygotujcie chusteczki.

 

W kinie: Bombshell

bombshell

 

BOMBSHELL
polska premiera: 17.01.2020
reż. Jay Roach

moja ocena: 5.5/10

 

Cenię ten film za próbę uchwycenia mechanizmów szowinistycznego i wyjątkowo patologicznego środowiska pracy w możliwie najbardziej wielopłaszczyznowy sposób. A trzeba przyznać, że zarządzana przez Rogera Ailesa (John Lithgow) republikańska telewizja Fox News stanowiła tego modelowy wręcz przykład. I to próbę miejscami całkiem udaną, choć też narracyjnie niezbyt wyszukaną, bo oto śledzimy trzy bohaterki, które symbolizują różne sposoby radzenia sobie z molestowaniem i seksualizacją własnej osoby w swoim miejscu pracy. Dwie z tych historii mają swoją genezę w autentycznych losach prominentnych dziennikarek amerykańskich – Megyn Kelly (Charlize Theron) i Gretchen Carlson (Nicole Kidman). Trzecia zaś, niejaka Kayla (Margot Robbie), stanowi wypadkową plotek i legend krążących Ailesa dotyczących jego karygodnych, obrzydliwych zachowań względem swoich najatrakcyjniejszych podwładnych. Ten sam zabieg zastosowano też w “The Loudest Voice” – serialu HBO, gdzie dokładnie prześwietlono postać magnata medialnego, pokazując go jako geniusza, wizjonera, ale też zboczeńca i okropnego megalomana. Człowieka, który na zawsze zmienił obraz amerykańskich, a może i światowych mediów. “Bombshell” ma zupełnie inaczej porozkładane akcenty. Sięga niby po podobne wątki, ale wydźwięk filmu jest zupełnie inny. Stara się on pokazać toksyczne kulisy z Fox News (mimo że opowiada o tym case’ie bardzo szczegółowo) jako uniwersalną opowieść o fatalnym i zróżnicowanym położeniu osób, które w miejscu pracy dotyka problem nadużywania władzy, dyskryminacji ze względu na płeć, mobbingu i molestowania. Trochę karkołomny to pomysł, bo Fox News za Ailesa to wyjątkowy przypadek, gdzie nigdy nie ukrywano, dlaczego prezenterki są tak ładne i ubrane w krótkie, obcisłe spódnice. Uprzedmiotowienie kobiet przez stację krytykowano w środowisku dziennikarskim i w dobie mediów społecznościowych nie było to specjalną tajemnicą. Tymczasem większość przykładów molestowania nie jest raczej tak “widowiskowa”, oczywista i nie odbywa się przy włączonych kamerach. O tym twórcy “Bombshell” ewidentnie zapominają, bawiąc się w publicystyczny uniwersalizm i odpowiadając na społeczne zapotrzebowanie w wytykaniu dyskryminacyjnych patologii. Z technicznych spraw, to całkowicie nie rozumiem też, dlaczego twórcy nie potrafili się zdecydować, czy kopiują krnąbrny, ironiczny ton filmów Adama McKaya, czy idą w stronę poważnego kina dramatycznego. Te mające uchodzić za komediowe wstawki, zwracanie się aktorów bezpośrednio do kamery są wyjątkowo koszmarne, wybijają narrację z właściwego rytmu i dowodzą słabości Jaya Roacha – raczej wyrobnika niż wirtuoza reżyserii. Nie potrafił on nawet sensownie poprowadzić aktorek. Posągowa Theron, która zdobyła za rolę Kelly nominację do Oscara, wydaje mi się strasznie sztuczna. To raczej dobre naśladownictwo, a nie porywające aktorstwo. Totalnie też nie wierzę Margot Robbie jako naiwnej karierowiczce, której postać powinna mieć najbardziej dramatyczne konotacje, a w ogóle mnie nie obeszła. Taki to chyba niestety urok produkcji o kobietach robionych przez mężczyzn, którzy patrzą i interpretują te delikatne kwestie przez pryzmat swojej męskiej wrażliwości, nie zawsze może dobrze je rozumiejąc.

 

W kinie: Judy

judy

 

JUDY
polska premiera: 3.01.2020
reż. Rupert Goold

moja ocena: 6/10

 

Kino biograficzne to wyjątkowo nieatrakcyjny gatunek filmowy. Rzadko bowiem zdarza się, by z nawet najbardziej fascynującego życiorysu stworzyć oryginalną, fascynującą narrację. “Judy” niestety nie wyłamuje się z tej prawidłowości, choć nie jest też do końca aż tak sztampowym, nudnym filmem. Biografia Judy Garland – niegdyś ikony Ameryki, pamiętnej Dorotki z “Czarnoksiężnika z Krainy Oz”, od najmłodszych lat “hodowanej” na gwiazdę, której w dorosłym życiu z większą ekscytacją śledzono spektakularne upadki niż filmowe i sceniczne role – to gotowy scenariusz opowieści o krętych drogach sławy i jej okrutnej cenie, jaką płaci się całe życie. Film Ruperta Goolda tej kultowej postaci przygląda się przede wszystkim w schyłkowym etapie jej kariery. Gdy wyniszczona licznymi nałogami, fatalnymi małżeństwami i bankructwami artystka, po raz kolejny próbuje stanąć na nogi, w czym ma jej pomóc niezrażona jeszcze jej wiecznymi niedyspozycjami angielska publiczność. Garland ma być może dobrą motywację – chce znów móc zająć się swoimi dziećmi, ale niestety nie ma w sobie dostatecznie dużo siły, by wyrwać się ze schematu, jaki towarzyszył jej całe życie. Znów więc wiąże się z niewłaściwym mężczyzną, poddaje się nałogom, nie zachowuje scenicznej formy, sabotując własne występy. Retrospekcje szukają (pewnie słusznie) genezy problemów Judy w odległej przeszłości, kiedy do młodej, niezwykle utalentowanej dziewczyny przyssała się cała masa doradców, prowadząca jej karierę “we właściwym” kierunku, a przy okazji pozbawiająca jej dzieciństwa i radości z życia. Nim dziewczyna skończyła 18 lat, była już uzależniona od lekarstw, pełna kompleksów i pozbawiona pewności siebie, z czym zmagała się do samego końca. Czy w “Judy” ta opowieść jest jakoś szczególnie poruszająca? Nie do końca, bo zwłaszcza te retrospektywne części to taka gatunkowa, naftalinowa konfekcja. Świetnie w roli tytułowej wypadła natomiast Renée Zellweger – aktorka, której samej we własnej karierze towarzyszą wzloty i upadki. Oscar i niezapomniana kreacja Bridget Jones z jednej strony, z drugiej – kiepskie wybory artystyczne, okresy posuchy i równie nieudane wizyty u chirurgów plastycznych. Tutaj natomiast ona bardziej jest Judy Garland niż Renée Zellweger. Widać, że cieszy się i rozumie tę rolę, porzuca własny bagaż i nakłada ten inny, dawnej gwiazdy, który dla niej samej wydaje się jednak lżejszy i znośniejszy. Wspaniale odgrywa dziewczynkę zamkniętą w ciele dojrzałej kobiety, której nigdy nie dano szansy dorosnąć do ról, jakie na scenie i w życiu dla niej napisano.