POFF: Herd Immunity

herdimm

 

HERD IMMUNITY
25th Black Nights Film Festival
reż. Adilkhan Yerzhanov

moja ocena: 6.5/10

 

Patrząc na filmografię Adilkhana Yerzhanova, najciekawszym punktem na mapie współczesnego Kazachstanu musi być wieś Karatas. Reżyser regularnie powraca do tej miejscowości w swoich fabułach, odnajdując w tych banalnych krajobrazach idealne miejsce dla swoich opowieści. Jedna, szrutowa droga, kilka mało imponujących domostw, frywolnie rosnąca trawa, niewielkie pagórki, w letnich porach palące słońce i masa barwnych jednostek – niby wieś spokojna, ale w “Herd Immunity” Karatas okazuje się rządzić zasadami rodem z amerykańskiego Dzikiego Zachodu. Selkeu (Daniyar Alshinov) to lokalny detektyw, krętacz i hulaka. Sam przyznaje, że pieniądze pożyczał już od każdego mieszkańca i niespecjalnie ma zamiar kiedykolwiek je zwrócić. Marzy o wyjeździe do sąsiedniej stolicy Biszkeku i na to dalej zbiera fundusze wciągając ludzi w różne, małe przekręty. W wolnym czasie, którego ma najwyraźniej całkiem sporo, rozwija własną grupę muzyczno-taneczną. Chce rytmicznym krokiem przejść przez życie, ale niespodziewanie obowiązki służbowe przypomną mu o jego pracy. Karatas nawiedza bowiem już druga zaraza w filmach Yerzhanova – tym razem to pandemia covid-19.

Kwarantanny, obostrzenia, izolacje zaczynają dokuczać nawet kazachskiej prowincji. Selkeu – z braku zasobów ludzkich – staje się częścią grupy, która ma walczyć z pandemią, minimalizując jej skutki. Chodzi przede wszystkim o odnajdywanie tych potencjalnie zarażonych i izolowanie ich od reszty. W skorumpowanym Karatas, gdzie wszyscy naginają zasady i prowadzą szemrane biznesy, nikt nie życzy sobie inspekcji i kontroli. Tym bardziej przydają się społeczne umiejętności Selkeu, który z prawdziwą wirtuozerią potrafi manipulować i bajerować. W oczach stróżów prawa wydaje się skuteczny, ci drudzy sądzą natomiast, że mężczyzna rozwiązuje ich nowe, pandemiczne problemy. Jakaś kolizja wydaje się nieunikniona tym bardziej, że coraz bardziej niezadowolony z sytuacji staje się najpoważniejszy, tutejszy gangster.

“Herd Immunity” to zaczepnie zabawny komentarz do aktualnej sytuacji perfekcyjnie wpisany w ramy narracyjnego uniwersum Yerzhanova, w którym zawsze pojawiają się drobne cwaniaczki, skorumpowani urzędnicy i bezwzględni przestępcy, a czyste, wiejskie powietrze zdaje się być mocno toksyczne. W filmie bez trudu rozpoznajemy znane twarze z poprzednich dzieł reżysera – Alshinov to przecież narwany bokser z “Walki Atbaia”, Nurbek Mukushev – szef policji z “Właścicieli”, Assel Sadvakassova uwalniała siostrę ze szponów patriarchatu w rytm przeboju Donny Summer w “Ulbolsyn”. Yerzhanov nie jest być może najefektowniejszym z reżyserów, ale ale jego surowy, a jednocześnie lekki styl potrafi być zarówno poetycki i komediowy. To nigdy nie są przesadnie skomplikowane historie, a jednak są w nich z gracją przemycane głębsze prawdy o świecie i ludziach, w których przejrzeć się może nie tylko kazachska prowincja.

 

W kinie: Mass (AFF)

mass

 

MASS
American Film Festival 2021
reż. Fran Kranz

moja ocena: 7/10

 

Bardziej niepozorną fabułę trudniej sobie wyobrazić. “Mass” to zachowujący jedność czasu i miejsca, rozpisany na czwórkę aktorów dramat rozgrywający się w skromnej salce katechetycznej w prowincjonalnym kościele. Można by wręcz pomyśleć, że to adaptacja niszowej sztuki teatralnej albo film nakręcony w ekstremalnych, pandemicznych okolicznościach, które wymagały, by na planie zdjęciowym znajdowało się jak najmniej osób, jak to tylko możliwe. To prawda, że “Mass” to wyjątkowo niefilmowe doświadczenie. To coś znacznie głębszego i poważniejszego. Tym bardziej zaskakuje ten film, gdyż za kamerą stanął tu niejaki Fran Kranz – aktor najbardziej znany z roli w “Domu w głębi lasu”, który ostatnio przewartościował swoją karierę i został reżyserem. Bez dużego doświadczenia, ale za to z niewiarygodnym wyczuciem niuansów, czego wymaga tak minimalistyczna w środkach narracja, Franz wytworzył iluzję prywatności oglądanej historii, niemalże osobistego uczestnictwa w czymś autentycznym i przeszywającym. Nim dojdzie do kluczowego spektaklu, “Mass” zaczyna się od dziwnego prologu. Na plebanii małego kościoła episkopalnego zarządczyni parafii nerwowo krząta się po pomieszczeniach, jedno z nich przygotowując dla gości, którzy wkrótce mają się tu pojawić. Kobieta drży o każdy detal, niepokoi się o próbę chóru, z której dźwięki mogą być słyszalne w salce, stara się, by wszystko było w jakimś stopniu idealne. Gotowość jak co najmniej na przyjazd delegacji z Watykanu. Sprawdzi to jeszcze wizytująca miejsce przed przybyciem gości urzędniczka – jak się okaże później, mediatorka pośrednicząca w kontakcie dwóch stron. Ten wstęp wprowadza do fabuły nurtujący element rezonującego napięcia. Nie poznajemy celu tego spotkania ani jego tematu. Dowiadujemy się o nim bardzo niewiele – dotyczy delikatnych spraw, wymaga wrażliwości i przestrzeni, która będzie neutralna, nieprzytłaczająca, ale też przytulna.

W końcu na teren parafii przybywają wyczekiwani z niepokojem uczestnicy spotkania. Dwie pary w średnim wieku zostają wprowadzone do przykościelnej salki, siadają przy stole i zostają sami, by zrobić to, po co tu przyjechały. Zaczną od kurtuazyjnych grzeczności i kontrolnych, nieinwazyjnych pytań, ale od samego początku, gdy ta czwórka pojawi się na ekranie, czuć, że ich relacji towarzyszą wielkie emocje. Za nimi kryje się bowiem tragedia, która na zawsze złączyła te osoby i rozbiła ich życia. Każdej w zupełnie inny sposób. Po jednej stronie zasiedli Gail (Martha Plimpton) i Jay (Jason Isaacs), rozpaczający rodzice, którzy w szkolnej strzelaninie stracili syna. Po drugiej – Linda (Ann Dowd) i Richard (Reed Birney), to ich dziecko z bronią wkroczyło do szkoły, gdzie zabiło kilkunastu swoich rówieśników. Bardzo łatwo takie spotkanie przeobrazić w konfrontację pretensji i oskarżeń o najwyższym natężeniu emocjonalnym. Emocje są wielkie, ale “Mass” skupia się na czymś innym – przepracowaniu traumy i akceptacji dla cierpienia, które każdy doświadcza inaczej.

Esencją filmu jest proces dochodzenia do pewnych wniosków czy wręcz objawień (z perspektywy bohaterów), co jest trudniejsze w sytuacji, gdy traumatyczne zdarzenie wydarzyło się raczej dość dawno temu, zostało przepracowane w warstwie faktów wyjątkowo wnikliwie, a mimo to – po stronie ofiar – mimo upływających lat, wyuczonych na pamięć szczegółów z policyjnych raportów, zakończenia sądowych procesów dalej pojawiają się wątpliwości i pytania, na które nie ma prostych odpowiedzi. Ten zagmatwany, bolesny krajobraz Kranz oddaje niewyszukanymi środkami – płynną pracą kamery, bez gwałtownych skoków na zapłakane twarze skrzywdzonych rodziców oraz naturalnością ich dialogu. “Mass” najmocniej uderza, gdy wychodzi na jaw, jak jałowe w takich sytuacjach są słowa, które mogą na chwilę koić i rzucić inną perspektywę oraz rytuały przebaczenia, bo to, co pozostaje na zawsze to żal i pustka. Franz rozładowując napięcie, pokazuje puste pole w okolicach kościoła, na którym hula wiatr, króluje spokój i cisza. To banał, klisza, błahostka, a jednocześnie najtrafniejsze podsumowanie przejmującego spektaklu bólu i traumy.

 

W kinie: Nowicjuszka (AFF)

novice

 

NOWICJUSZKA
American Film Festival 2021
reż. Lauren Hadaway

moja ocena: 7/10

 

Dramat sportowy to we współczesnym kinie zarówno wyjątkowo wdzięczny gatunek (“scenariusze piszą się właściwie same”), ale też łatwo poddający się schematom i uproszczeniom dla osiągnięcia prostych efektów. Takie historie, bez zbędnego komplikowania i nakładania warstw znaczeniowych, zazwyczaj potrafią widza zaangażować i nierzadko poruszyć. Debiutująca w pełnym metrażu Lauren Hadaway nie poszła żadnym przetartym szlakiem, a wręcz przeciwne – ostro skręciła w wyjątkowo ciemną uliczkę, którą ostatnio poruszał się w “Czarnym Łabędziu” Darren Aronofsky. “Nowicjuszka” to iście Cronenbergowski dramat sportowy, którego głównym tematem jest obsesja doskonałości, rywalizacji, bycia najlepszą. Znakomita Isabelle Fuhrman wciela się w rolę studentki pierwszego roku, która sens akademickiej egzystencji odnajduje w ciągłym stawianiu sobie najtrudniejszych wyzwań. Jeden z najbardziej wymagających fakultetów to za mało, a studenckie życie ze swoimi rytuałami, bractwami, imprezami także szybko dziewczynę znudziło. Dopiero idealną pożywkę dla własnych paranoi i fiksacji Alex odkryje w uczelnianej drużynie wioślarskiej. To sport z gatunku tych trudnych i wyczerpujących, a Hadaway jego ciężar pozwala nam odczuć niemalże na własnej skórze. Prowadzonej przez Todda Martina kamerze nie umknie żadna kropla potu czy krwawiący odcisk. Zawsze będziemy nienaturalnie wręcz blisko Alex, a precyzyjniej – blisko jej ciała, wystawianego na nieludzki wysiłek, obolałego i okrutnie eksploatowanego. W filmie miesza się brutalna rzeczywistość dyscypliny, która wymaga morderczych, siłowych treningów i stawiania się na treningach o nieprzyzwoicie wczesnych godzinach oraz w każdych warunkach pogodowych z projekcją wizji siebie w tym środowisku – śnionym na jawie koszmarem. To body horror, w których szlachetne, sportowe wartości jak duch rywalizacji i przekraczanie własnych barier są ich ponurą karykaturą. Ścigając się z najlepszymi, bardziej doświadczonymi, zdolniejszymi, bohaterka zmierza prostą drogą do samodestrukcji zarówno cielesnej, jak i psychicznej. Aż trudno uwierzyć, że ten niepokojący, niespokojny film, na którym można spocić się prawie tak samo jak ta rozkołysana emocjonalnie dziewczyna, wyszedł spod ręki debiutantki po drugiej strony kamery. Lauren Hadaway – zapamiętujemy to nazwisko.

 

W kinie: Wszystkie nasze strachy

wszystkie nasze strachy

 

WSZYSTKIE NASZE STRACHY
polska premiera: 5.11.2021
reż. Łukasz Ronduda i Łukasz Gutt

moja ocena: 5.5/10

 

Zupełnie nieoczekiwanie film Łukasza Rondudy i Łukasza Gutta stał się najbardziej gorącym tytułem sezonu. Z Gdyni dość sensacyjnie wyjechał z główną nagrodą, dzięki czemu o produkcji zrobiło się bardzo głośno, co też przyczyniło się do przyspieszenia jej kinowej premiery. Poznawszy się bliżej z “Wszystkimi naszymi strachy”, gdyński werdykt postrzegam przede wszystkim jako na pewno ważną dzisiaj manifestację polityczną. Bo jej walory stricte filmowe pozostawiają wiele do życzenia. Jako reżyser Ronduda zawsze był zainteresowany ludźmi sztuki. Wnikliwie przyglądał się relacjom, jakie ich łączą z bliższym i dalszym otoczeniem, dynamikę swoich narracji opierając na przeciwnościach, jakie odnajdywał w egzystencjach Oskara Dawickiego w “Performerze” oraz Zuzanny Bartoszek i Wojciecha Bąkowskiego w “Sercu Miłości”. Pod tych względem Daniel Rycharski wydaje się być idealnym obiektem badań dla Rondudy. Artysta, którego prace podejmują problem tożsamości i pytają o różne formy przynależności do religijnej, głównie katolickiej wspólnoty, sam określa siebie jako człowieka głęboko wierzącego, a jednocześnie geja zaangażowanego w codzienności małej, konserwatywnej społeczności mazowieckiej wsi Kurówko, gdzie mieszka i tworzy. Świetnym pomysłem jest, by o Rycharskim opowiadać przede wszystkim z tej ludowej perspektywy. Traktując go jako integralny element kurowskiego krajobrazu, a nie obcego, dla którego typowa, polska wieś to po prostu scena dla jego performance’u, znajdującego swoje miejsce w stołecznych i innych, wielkomiejskich galeriach sztuki współczesnej.

W przeciwieństwie do poprzednich dzieł Rondudy “Wszystkie nasze strachy” to dzieło bardzo przystępne. Estetyka performance’u ustępuje w nim miejsca niemalże klasycznej, filmowej opowieści. Dowodzi tego też postać Rycharskiego, której Dawid Ogrodnik nie imituje, ale zgodnie z założeniami scenariusza, kreuje bohatera ledwie wzorowanego na postaci autentycznej. Wierna rzeczywistości pozostaje jedynie sztuka artysty z Kurówka, w której centralną pozycję zajmuje krzyż. Interpretacja jego symboliki w dziełach Rycharskiego stanowi natomiast ważny element filmu. I trochę twórcy “Wszystkich naszych strachów” prezentują tu podejście w duchu Małgorzaty Szumowskiej. Są dosłowni, często wręcz siermiężni, nie niuansują otoczenia, w jakim funkcjonuje bohater. Potrafią być tak zapatrzeni w ekranowego Rycharskiego, że tracą z punktu widzenia wszystko inne. Czy relacja artysty z religią i kościołem jest naprawdę ważniejsza niż ofiary społecznej nagonki, do których Rycharski odwołuje się w jednej ze swoich najbardziej znanych instalacji, upamiętnionych w filmie w postaci Jagody?

“Wszystkie nasze strachy” stawiają bardzo oczywiste diagnozy i wyjątkowo naiwnym językiem próbują apelować do ludzkich sumień o opamiętanie i pojednanie. Film sięga po typowo polskie, martyrologiczne tropy i nachalnie wpisuje się w publicystyczne tony. Tylko na poziomie deklaracji krzyczy o potrzebie empatii, współczucia i otwartości na drugiego, innego człowieka, czego najdoskonalszą egzemplifikacją – wedle twórczości Rycharskiego – byłoby włączenie wszystkich na pełnoprawnych zasadach do religijnej wspólnoty. W kontekście toczącej się ideologicznej i zupełnie absurdalnej wojny taki przekaz brzmi straszliwie marnie.

 

Miesiąc w muzyce: październik 2021 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
arcasia

Arca feat. Sia – Born Yesterday
KICK ii LP, 2021
Try this!

 

number2
sukiwaterhouse

Suki Waterhouse – Moves
7”, 2021
Try this!

 

number3
sassy009

Sassy 009 – Red Plum
7”, 2021
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Wet feat. Blood Orange – Bound (7”) Try this!
[muzyka miejska] [bedroom pop]

Strange Ranger – It’s You (7”) Try this!
[indie pop/rock] [midnight music]

Shamir – Gay Agenda (7”) Try this!
[muzyka miejska] [mroczne r’n’b]

Trentemøller – All Too Soon (Memoria LP) Try this!
[electro pop] [melancholijnie]

Sally Shapiro – Forget About You (Sad Cities LP) Try this!
[smutne disco] [muzyka parkietowa]

Aurora – Giving In To The Love (The Gods We Can Touch LP) Try this!
[bajkowy pop] [atmosferyczne brzmienie]

Eartheater – Scripture (7”) Try this!
[futurystyczny pop] [nowe brzmienia]

Kylie Minogue & Jessie Ware – Kiss of Life (7”) Try this!
[funkujący pop] [muzyka parkietowa]

Joy Crookes – Trouble (Skin LP) Try this!
[muzyka miejska] [popowe r’n’b]

Ruusut – <3<3 (7”) Try this!
[electro pop] [atmosferyczne brzmienie]

Javiera Mena – Culpa (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [future disco]

Jessy Lanza feat. Loraine James – Seven 55 (Skin LP) Try this!
[minimalistyczne r’n’b] [nowe brzmienia]

Circuit des Yeux – Vanishing (-io LP) Try this!
[dramatic pop] [z rozmachem]

Dua Saleh feat. Amaarae – fitt (7”) Try this!
[r’n’b] [muzyka miejska]

Diskoria, Isyana Sarasvati, Ardhito Pramono feat. KawaNAIF – Yth: NAIF (7”) Try this!
[retro pop] [tropicalia]

The War On Drugs – Change (7”) Try this!
[indie pop/rock] [americana]

Cate Le Bon – Running Away (Pompeii LP) Try this!
[indie pop/rock] [oryginalnie]

Kraków Loves Adana – Dream House (Follow The Voice LP) Try this!
[elektro pop] [smutne disco]

Smile feat. Robyn – Call My Name (7”) Try this!
[electro pop] [pozytywnie]

Dark Tea – Buying A Gun (7”) Try this!
[indie pop] [midtempo folk]

Hurray for the Riff Raff – Rhododendron (Life On Earth LP) Try this!
[indie rock] [good bad girls]

Juno Francis – Hey You Goodbye Me (7”) Try this!
[elektro pop] [80s vibes]

Rosalie. feat. Król – Potrzeba skał (7”) Try this!
[modern pop] [muzyka elektroniczna]

Swedish House Mafia & The Weeknd – Moth To A Flame (7”) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

Tove Styrke – Start Walking (7”) Try this!
[retro pop] [70s vibes]

Areej – Guided (7”) Try this!
[future r’n’b] [nowe brzmienia]

PinkPantheress – I Must Apologise (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [laptop pop]

French Braids & George Maple – Heartbeat (7”) Try this!
[elektro pop] [atmosferyczne brzmienia]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Last Night in Soho

soho

 

LAST NIGHT IN SOHO
polska premiera: 29.10.2021
reż. Edgar Wright

moja ocena: 6.5/10

 

Lubię Edgara Wrighta, bo niewielu jest twórców, którzy będąc aktywnymi filmowcami są jednocześnie tak zakręconymi kinofilami. W zeszłym roku Amerykanin zamknięty w czterech ścianach z wiadomych powodów nadrabiał klasykę. Obejrzał prawie 400 filmów i był autentycznie podekscytowany, że w tak trudnych okolicznościach dostał nieoczekiwaną możliwość, by robić to, co lubi najbardziej – oglądać filmy. Każda fabuła Wrighta kipi od inspiracji mniej lub bardziej oczywistymi produkcjami z przeszłości, czego koronny dowód przy okazji “Last Night in Soho” stanowi kuratorska selekcja London After Dark, którą reżyser przygotował wspólnie z Brytyjskim Instytutem Filmowym i pokazał widzom festiwalu w Londynie tuż przed premierą swojego najnowszego dzieła. Zresztą te pozycje ciągle można oglądać za pośrednictwem platformy BFI (mają być dostępne kilka tygodni). Tytuły tworzące zestaw London After Dark z “Last Night in Soho” naprawdę wiele łączy. Te konotacje są widoczne nie tylko dlatego, że w tym filmie reżyser odtwarza Londyn z lat 60. w oparciu o dokumentalne źródła, ujęte w jego kuratorskiej selekcji dokumenty i miejskie legendy, które pozostają ciągle żywe, bo utrwaliło je angielskie kino tamtej epoki. Wright nie płynie jednak bezwiednie z nurtem czarującej nostalgii. Wręcz z nią polemizuje i stanowczo rozprawia się z bezkrytycznym sentymentalizmem. Przypomina niepopularną prawdę – idealizowanie przeszłości może być prostą drogą do zatrucia teraźniejszości.

Zakochana w dekadzie lat 60. jest Eloise (Thomasin McKenzie), zasłuchująca się w muzyce epoki i zafascynowana modą tamtych czasów. Gdy dostaje się do szkoły dla projektantów w Londynie, spełnia się jej największe marzenie. Jeszcze przed wyjazdem dziewczyna zostaje ostrzeżona przez troskliwą babcię (Rita Tushingham), że takie miasto może ją pochłonąć i rozbić jej najwyraźniej wątłą kondycję psychiczną. Współczesny London i studencka rzeczywistość nie przystają do introwertycznej natury Ellie, więc gdy dziewczyna zmienia lokum na zaniedbany pokój na poddaszu w Soho, myśli, że odnalazła tu swój mały azyl. Wysłużone meble, zdarta tapeta, skrzypiąca dźwięcznie drewniana podłoga i okno, w którym po zmroku soczystymi kolorami odbija się odbija się sklepowy neon łatwo – stąd łatwo przenieść się w przeszłość i przekonać się, jak naprawdę wyglądało życie w swingującym Londynie lat 60. Szybko okaże się, że wpadające w ucho piosenki zagłuszają płacz i rozczarowanie, a kolorowe wnętrza zamieszkują wyjątkowo nieprzyjazne duchy.

Styl opowiadania, a zwłaszcza jego strona wizualna, w “Last Night in Soho” mają kluczowe znaczenie. Wright po mistrzowsku łączy fetyszyzującą estetykę retro Eloise z postacią Sandie (Anya Taylor-Joy), tragicznym artefaktem romantyzowanej przez współczesną dziewczynę dawnej epoki. W lustrach odbija się atrakcyjna pin up girl, której przebojowe usposobienie i nieprzeciętna uroda wciągają Ellie w świat fantazji, a ta szybko okaże się złowieszczym koszmarem. Istnym piekłem zgotowanym przez realia ukochanego miasta, dającego niegdyś nadzieję i pozytywną energię. Ukochane melodie i rozświetlające ciemne ulice Soho kolorowe neony zamiast otulać nostalgią, staną się zapowiedzią horroru, który swoją niespodziewaną puentę odnajdzie w czasach współczesnych.

Wyciąganie z “Last Night in Soho” kulturowych cytatów to czysta przyjemności. Postać Sandie z wyglądu przypomina główną bohaterkę “Beat Girl” (1960), w którą wcielała się Gillian Hills. Zresztą jej ponure losy nawiązują do tragicznych finału eskapad Jennie z “Bitter Harvest” (1963). Szaleństwo Eloise koresponduje ze “Wstrętem” (1965) Polańskiego. Motyw pogoni za marzeniami w nieprzyjaznej, miejskiej dżungli, gdzie dziewczęce ideały brutalnie zderzają się z bezwzględną rzeczywistością, pojawiał się zarówno w “The Pleasure Girls” (1965), jak i “Room 43” (1958) Alvina Rakoffa. Z tego drugiego klasyka B-klasowego kina Wright pożyczył również wątek pułapki eksploatacji i upodlenia oraz jawnie zainspirował się jego onirycznymi sekwencjami, nawet jeśli wówczas lekko nieudolnymi. Gdy Eloise za pośrednictwem Sandie wsiąka w swingujący Londyn lat 60., by niedługo odkryć jego okrutną, mroczną stronę, pozwala wciągnąć się miastu jak tytułowy bohater “The Small World of Sammy Lee” (1963). Wspaniałym dopełnieniem kinofilskich wątków jest angaż do ról drugoplanowych weteranów brytyjskiego kina, aktywnych w epoce, do której Wight powraca – Rity Tushingham, Diany Rigg i Terence’a Stampa.

Trochę rzeczy w “Last Night in Soho” zgrzyta. Wright szyjąc opowieść o brutalnie zdeptanych marzeniach, seksualnym wyzysku i wiecznie niezabliźnionych ranach, dekorując ją na bogato gatunkowymi kliszami (horrorem, kryminałem, a nawet kinem młodzieżowym) skupia się przede wszystkim na estetyce, aniżeli fabularnych niuansach. Pod tym względem to film bardzo naiwny. Nie zdradzając szczegółów finału, dwuznacznie wybrzmiewa w “Last Night in Soho” jakże teraźniejszy kontekst związany z ruchem #metoo – to nie powinno pójść w tym kierunku. Z drugiej strony Wright – człowiek o niesamowitej wyobraźni i inscenizacyjnych zdolnościach – ma skłonność do przesady, ambiwalencji i przerysowywania. To nieźle spina się z jego pomysłem na kino, w którym ja często zatracam się jak Eloise w przeszłości.

 

W kinie: Diuna

diuna

 

DIUNA
polska premiera: 22.10.2021
reż. Denis Villeneuve

moja ocena: 6/10

 

Niełatwo oceniać tę nową “Diunę”. Nie tylko dlatego, że Denis Villeneuve (prawdopodobnie) podzielił ją na dwie części, a ta pierwsza to ledwie zarys tematów, o których opowiada książka Franka Herberta. Literatura bardzo trudna w ekranizacji, bo słowa dużo łatwiej są w stanie oddać rozmach nieograniczonej wyobraźni autora, aniżeli zawsze bardziej ograniczone w środkach wyrazu obrazy. Villeneuve’a docenić należy, że karmi nasze oczy naprawdę pięknymi widokami. Będąc na rodzinnej planecie Atrydów, czułam powiew wilgotnego wiatru, a przenosząc się z nimi na Arrakis miałam pod stopami ten suchy, złoty piasek. Co prawda, nie wiem, dlaczego bohaterowie się nie pocili w palącym słońcu gorącej planety, ale rozumiem, że ucierpiałaby na tym romantyczna grzywka Timothée’go Chalameta, więc porzucono takie detale. Na razie nie jestem pewna, o co chodzi w “Diunie” Villeneuve’a, bo jeśli tylko o malownicze obrazki, to jednak darujmy sobie część drugą. Widzieliśmy magię wymagającej pustyni, groźne czerwie, a nawet barona Harkonnena wyłaniającego się z gęstej, czarnej mazi. Wystarczy. Po tych 3 godzinach mam wrażenie, że oglądam kolejną grę o tron w wersji gwiezdnych wojen, a z tego, co pamiętam, powieść Herberta znacznie wykracza poza tego typu kosmiczne widowisko. Książka podnosiła wiele społecznych i filozoficznych kwestii, których rzeczywistość i bohaterowie “Diuny” byli nośnikami. Żywymi symbolami idei, które aktualne pozostały nawet współcześnie. Jeśli miałabym teraz wskazać, co najbardziej interesuje Villeneuve’a, czy problem sprawiedliwego dostępu do naturalnych bogactw i nadmiernej eksploatacji środowiska naturalnego, a może niebezpieczeństwa, jakie kryją się za religijnym fanatyzmem, czy raczej filozoficzne rozważania o determinizmie albo polemika z koncepcją mesjanizmu – postawiłabym na to ostatnie. Bo to sugeruje postawienie w centrum opowieści postaci Paula Atrydy, której to roli Chalamet w ogóle nie udźwignął. W jego wykonaniu losy tego bohatera przeistaczają się niemalże w jakieś płytkie coming-of-age movie i niewielka w tym wina chłopięcej fizjonomii młodego aktora. Już widzę, że sygnalizowana w tej części DIUNY przemiana Paula wydarzy się trochę na “słowo honoru”. Będziemy musieli raczej w nią uwierzyć niż szczerze doświadczyć poprzez interpretację wymagającej i kluczowej roli.

Bohaterowie są w ogóle dużym problemem nowej “Diuny”. Bo ich właściwie nie ma. Paul Atryda obciążony jest okropnie niedoskonałym aktorstwem, a przez pół filmu to postać całkowicie przeźroczysta, stająca się elementem urozmaicającym krajobrazy Caladan i Arrakis. Czarny charakter – demoniczny baron Harkonnen – to kolejny typ opętany barbarzyńskim egoizmem, zaślepiony chciwością i obsesją władzy, czyli w takim kinie superbohaterskim postać najbardziej przewidywalna z możliwych. A przecież byłoby tu pole do rozwinięcia politycznych wątków, którymi w mniejszym lub większym stopniu obarczono niemalże każdego, tylko nie barona Harkonnena, uosabiającego już samym swoim wyglądem zło i moralną zgniliznę w najbardziej oczywistej i trywialnej postaci. Oscar Isaac to ten typ ojca-króla, kochającego, ale zdystansowanego, który w ważnych momentach ma przekazać synowi najistotniejsze rodowe i życiowe mądrości. Funkcjonuje on w tej historii jak oderwany od wszystkiego wolny elektron. Leto Atryda ma przynajmniej jakieś zadanie do zrealizowania, w przeciwieństwie do takiej Zendayi, która na ekranie fizycznie się pojawia, ale jej bohaterki nie ma póki co w tej opowieści. Aktorka jest tylko kolejnym elementem scenograficznym. Jedyną autentycznie ciekawą postacią w “Diunie” jest Lady Jessica – prowadzona przez Rebeccę Ferguson w bardzo przyzwoity, zniuansowany sposób, choć czuć, że twórcy nie chcieli dać pełnego pola do rozwoju dla tej bohaterki, bo przyćmiłaby ona wtedy Chalameta. Jej przeszłość i rola do odegrania w dalszej części opowieści to jedyny wątek warty poważnego rozpoznania.

Villeneuve wyciągnął wnioski z błędów poprzedników, którzy porażki ponosili na różnych etapach realizacji “Diuny”. Jego film, pomimo znacznych niedostatków dramaturgicznych, które wskazałam wyżej, posiada bardzo płynną, rytmiczną narrację. Łatwo w nią wejść i dać się jej ponieść bez poczucia bezsensownie upływającego czasu. Ten 3-godzinny prolog do (chyba) właściwiej historii dobrze porozstawiał pionki na szachownicy i przygotował nas na dalszy bieg zdarzeń, acz nie jestem pewna, czy jednoznacznie obiecał też głębsze treści.

Chciałabym jeszcze zganić Villeneuve’a za zachowawczość. Objawia się ona w pewnych drobiazgach, jak choćby wybór Hansa Zimmera na autora ścieżki dźwiękowej, bo ja bym tu widziała jakiegoś bardziej oryginalnego kompozytora młodszego pokolenia typu Nico Muhly za sterami. Ale także pójście w banalny zabieg, by film “dowyglądał” to, czego mu brakuje. W kwestii zdjęć wszystko mi się podoba (może poza scenami walk, które wyglądają jak każde inne kosmiczne batalie), ale też czuję, że reżyser przedobrzył w tym aspekcie, bo to było mu po prostu na rękę. Wolałabym, by w “Diunie” było więcej szaleństwa, ekstrawagancji i wielkości wyrażonej inaczej niż epiką i rozmachem obrazów. Nie do końca fair jest rozliczać Villeneuve’a praktycznie w połowie drogi, ale na razie ryzykuję tezę, że lepiej motywy znane z dzieła Herberta wykorzystał George Lucas w “Gwiezdnych Wojnach”. Nie widzę tu walorów mitotwórczych, ale może część druga rozwieje wszystkie moje wątpliwości.

 

W kinie: Pleasure

pleasure

 

PLEASURE
polska premiera: 22.10.2021
reż. Ninja Thyberg

moja ocena: 7/10

 

Młodziutka Bella (Sofia Kappel) przenosi się ze Szwecji do Los Angeles, by – jak wiele dziewczyn przed nią – realizować swoje marzenie o karierze w Mieście Aniołów – światowej stolicy filmowej branży. Jej błękitne oczy wcale nie patrzą jednak na Hollywood. Bohaterka chce zostać gwiazdą filmów porno. Cel nakreśliła sobie jasny, wydaje się też, że ma odwagę i determinację, by go osiągnąć, szybko się uczy i potrafi wyciągać wnioski z obserwacji otoczenia, ale nawet ktoś tak bystry i zdecydowany nie zdaje sobie sprawy, jak kręte i wyboiste drogi prowadzą do sukcesu w biznesie rozrywki dla dorosłych. Ninja Thyberg branżą porno wykazuje od lat szczególne zainteresowanie. Badała ją jeszcze w trakcie studiów w Szwecji, a potem sukcesywnie rozwija tę tematykę w krótkich metrażach. Ten, z którego wykiełkowało długometrażowe “Pleasure”, kilka temat temu otrzymał nagrodę w ramach canneńskiego Tygodnia Krytyki. Thyberg wykorzystała swoje socjologiczne doświadczenie, gdy przyjechała do Los Angeles i niczym Ken Loach w terenie szukała historii do swojego filmu. Szwedkę nigdy nie interesowała perspektywa, po którą lubi sięgać kino, opowiadając o porno biznesie. W skrócie – Thyberg nie chciała historii o ofiarach i tragediach związanych z wykorzystywaniem ludzi i seksualnym wyzyskiem. Szukała czegoś innego, a patrząc na Bellę – najwyraźniej to znalazła. Choć “Pleasure” dość bezkompromisowo i naturalistycznie wprowadza widza na plany filmów dla dorosłych, których profesjonalizm często pozostawia wiele do życzenia, gdzie aktorki bywają mocno eksploatowane, a granice ich intymności i komfortu niebezpiecznie przesuwane, w centrum tej narracji pozostaje zawsze ambitna dziewczyna bezwarunkowo dążąca do celu.

Dzięki postaci dwudziestoletniej Belli, będącej jednocześnie osobą upartą i bezwzględną, ale też czasem wątpiącą w słuszność własnych decyzji i borykającą się z wyzwaniami, które ją zaskakują, “Pleasure” to przede wszystko uniwersalna opowieść o cenie, jaką ktoś jest w stanie zapłacić, by odnieść wymarzony sukces. Bohaterka w końcu zda sobie sprawę, że każde kolejne, coraz bardziej ekstremalne zlecenie, nie tyko odziera ją z niewinności, ale też sprawia, że gnić zaczyna jej dusza i czy jest to koszt, który jest gotowa ponieść, by stać się ważną częścią tej kontrowersyjnej branży. To ona we własnym sumieniu musi rozstrzygnąć, czy wyzbędzie się empatii, przyzwoitości i podąży drogą po trupach do celu. Nikt jej do tego nie zmusza, nikt nie wywiera presji, a rezygnacja wcale nie musi oznaczać porażki. Dopiero na drugim (również ważnym!) planie to przenikliwa wiwisekcja branży porno. Sama w sobie balansująca na granicy tego, co można w popularnym kinie pokazać, ile zasłon odsłonić, by spojrzenie było na tyle realistyczne, na ile to w dzisiejszych warunkach możliwe. Osiągnięcia Ninji Thyberg na tym polu robią autentyczne wrażenie.

 

Netflix: Hiacynt

hiacynt

 

HIACYNT
polska premiera: 15.10.2021
reż. Piotr Domalewski

moja ocena: 6/10

 

W 1985 roku Milicja Obywatelska z błogosławieństwem służb bezpieczeństwa rozpoczyna akcję “Hiacynt”. To precyzyjnie zaprojektowana operacja wymierzona w homoseksualnych mężczyzn, których przyłapywano na gorącym uczynku, przesłuchiwano, zastraszano i szantażowano, brutalnie zmuszając do współpracy. W latach 80. komunistyczne państwo miało już mocno podkopane fundamenty, by nie rzec – gniło od środka. Nikt jeszcze wówczas nie dostrzegał, że PRL niechybnie chyli się ku upadkowi, dlatego wszelkie działania mające zaburzać poczucie bezpieczeństwa wśród obywateli uważano za pożądane. Inwigilacja środowisk homoseksualnych w komunistycznej Polsce ma długie tradycje, ale przed “Hiacyntem” nigdy wcześniej z takim rozmachem nie rozpędzono takiej machiny nienawiści i pogardy, nie przetrącono tylu życiorysów, w tak skoordynowany sposób nie zbierano haków na tę grupę społeczną jak u schyłku PRL.

Nie można mieć pretensji do twórców Netflixowego “Hiacynt”, że nie poświęcili dostatecznie dużo miejsca historycznemu wprowadzeniu do tematu do tej pory w rodzimej kulturze niezbyt popularnego. Swoistym przypisem dla dzieła Piotra Domalewskiego za kilka tygodni może stać się książka Remigusza Ryzińskiego, która ukaże się nakładem świetnego wydawnictwa Czarne. W filmie chodzi przede wszystkim o efektowne wtłoczenie ponurej, komunistycznej rzeczywistości w ramy rasowego kina gatunkowego. Ten klimatyczny kryminał spowija ponura, Fincherowska aura, którą opleciona została ówczesna Warszawa. Szare miasto w mroku, które w obiektywie Piotra Sobocińskiego wygląda i przygnębiająco, i złowieszczo. Stolica rozpadającego się kraju, w którym samotni ludzie wydają się jeszcze bardziej samotni. W to otoczenie ze swoją delikatną posturą idealnie wpisuje się Tomasz Ziętek, który majestatycznie potrafi snuć się po ciemnych ulicach i niedoświetlonych korytarzach policyjnego posterunku. Naprawdę w “Hiacyncie” zrobiono wiele, by polski film nie był ubogim krewnym noirowej klasyki.

Tym bardziej może zaskakiwać fakt, że Domalewskiego w ogóle nie interesuje kryminalna intryga. Są jakieś zbrodnie, milicyjne śledztwo, sprawca faktyczny i ktoś wyżej, kto pociąga za sznurki. Te zdarzenia służą tylko temu, by grany przez Ziętka Robert stał się tragicznym bohaterem pewnego, z jego puntu widzenia nieoczekiwanego romansu. Chłopak pnie się po ścieżkach milicyjnej kariery, co jest tyleż zasługą jego ambicji, ile odpowiedniego urodzenia – jego ojciec to wysoko postawiony funkcjonariusz państwowego aparatu. Czeka na niego szkoła oficerska w Szczytnie oraz ślub z ładną archiwistką. Wszystko w życiu Roberta płynie spokojnym nurtem, dopóki nie zaczyna badać sprawy zabójstw w środowisku stołecznych homoseksualistów. Przy tej okazji poznaje studenta Arka (Hubert Miłkowski), który wprowadza go do świata funkcjonującej w kolorowej konspiracji mniejszości i stawia przed nim pierwsze, poważne, życiowe pytania. Te tożsamościowe okażą się najbardziej kluczowe dla tej historii.

Wraz z rozwojem akcji “Hiacynt” coraz mocniej grzęźnie w znanych schematach i konwencjach – zakazanego romansu, konfliktu ojciec-syn, tożsamościowego kryzysu. Pomimo wielu nieznośnych oczywistości, Domalewski umiał utrzymać dobrą temperaturę emocjonalnego napięcia między bohaterami. Największą wartością tego filmu jest jednak zupełnie coś innego – jego aktualność. Historyczny kontekst i gatunkowy kostium mają wymiar symboliczny. Ta ponura rzeczywistość PRL łączy się z sytuacją dzisiejszą, stając się przestrogą o tym, że historia w jakimś stopniu, zupełnie niepotrzebnie się powtarza. To już w naszym kinie pewna norma, że musimy wrócić do przeszłości, by rozliczać nasze teraźniejsze grzechy i zaniechania.

 

W kinie: Saloum (WFF)

saloum

 

SALOUM
Warszawski Festiwal Filmowy 2021
reż. Jean Luc Herbulot

moja ocena: 7/10

 

Gdy pisałam o raczej sprawiedliwych i słusznych werdyktach, jakie zapadły na WFF, nie zgadzam się właściwie tylko z jedną kwestią – brakiem jakiegokolwiek wyróżnienia dla senegalskiej produkcji “Saloum”, mojego ulubionego filmu z tegorocznej edycji warszawskiego festiwalu. Kino z Afryki od jakiegoś czasu coraz mocniej przepycha się na współczesnym, art house’owym rynku. Choć nie jest to jeszcze renesans na miarę wskrzeszenia popularności filmów z Czarnego Lądu z czasów świetności klasyków pokroju Sembène Ousmane’a czy Souleymane’a Cissé, naprawdę jest coraz lepiej (i też bardzo profesjonalnie). Od dwóch lat afrykańskie produkcje goszczą w moich zestawieniach ulubionych filmów roku – w 2020 miałam aż dwa tytuły w TOP20 i przebiły się one do rankingu wcale nie dlatego, że tamten sezon był specyficzny, bo okrojony z filmowych doznań. Dziś Jean Luc Herbulot także ma ogromne szanse pojawić w grudniowym podsumowaniu. “Saloum” to wybuchowe the best of motywów i tematów, jakie w zbiorowej świadomości kojarzą się z Afryką. Wojny, krwawe konflikty napędzane przez despotycznych watażków, kolonialna przeszłość infekująca skompromitowaną teraźniejszość, duchy, szamański folklor i dzika przyroda to mocne fundamenty przebojowego kina gatunkowego, w którym Herbulot żongluje znanymi kliszami niczym wytrawny sztukmistrz. Już w prologu, gdy poznajemy głównych bohaterów, reżyser nie oszczędza nam wrażeń rodem z produkcji o Jasonie Bourne’ie. Rzuca nas w sam środek brutalnego zamachu stanu w Gwinei-Bissau, skąd Hieny – trójka najemników o umiejętnościach wyborowych komandosów – wyciąga meksykańskiego handlarza narkotyków. Zleceniodawcy nakazali, by mężczyznę odstawić do Dakaru, ale ekipa utknie w połowie drogi – na mokradłach delty rzeki Sine-Saloum. Chakę (Yann Gael), Rafę (Roger Sallah) i Minuita (Mentor Ba) wraz z ich meksykańskim kompanem ugości nadzorca lokalnego parku krajobrazowego, ale pozornie spokojne i przyjazne otoczenie nie tylko zagraża poszukiwanym w wielu afrykańskich krajach Hienom, ale też kryje wiele tajemnic.

Herbulot narzucił narracji energiczne tempo znane z kina sensacyjnego. Wiele scen w “Saloum” charakteryzuje szybki montaż i bliski sposób kadrowania, dzięki czemu widz czuje się włączony w wartki strumień akcji. Ta fabuła ma też atrakcyjnych (anty)bohaterów. Niby wyjętych spod prawa rzezimieszków, ale kierujących się w działaniu dość szlachetnym kodeksem postępowania, w relacjach ze sobą – autentyczną przyjaźnią i lojalnością. Spoiwem wielu historii, jakie ostatecznie spotykają się na malowniczych, podmokłych terenach Sine-Saloum – opowieści o zemście, traumie, odkupieniu, braterstwie, a nawet spirytualistycznego thrillera – jest magiczna mitologia Czarnego Lądu. Wyrastająca z tych ziem, będąca immanentną częścią afrykańskich kultur i tradycji. Bieg zdarzeń w filmie, zwłaszcza tych kulminacyjnych i finałowych, dyktuje lokalna mistyka, co ma więcej sensu niż by się mogło wydawać. Dzięki temu to oddychające rdzennym dziedzictwem Afryki “Saloum” unika wielu pułapek, w jakie wpada kino rozrywkowego. Kusi egzotyką, zagadką, nieoczywistością, a jednocześnie mówi więcej i bardziej atrakcyjnie o specyfice tego regionu świata niż niejeden dokument czy prosty dramat. Warto dać się porwać nurtom tej senegalskiej rzeki i poczuć prawdziwą Afrykę.