W kinie: Przedszkolanka

kindergart

 

PRZEDSZKOLANKA
polska premiera: 29.03.2019
reż. Sara Colangelo

moja ocena: 6/10

 

Dwie “Przedszkolanki” – oryginalna niedawnego laureata Złotego Niedźwiedzia Nadava Lapida i ta najnowsza, Sundance’owa, w której autentycznym blaskiem najjaśniejszej z gwiazd świeci wielka kreacja Maggie Gyllenhaal. Ta pierwsza trudniejsza w odbiorze, dużo bardziej niepokojąca w tonie narracji, podskórny niemalże thriller psychologiczny. Tyleż o desperackiej próbie ratunku przed trywialnością świata czystego, dziecięcego talentu i dziewiczej wrażliwości, ileż szkicowanie czasem wręcz dwuznacznej relacji dorosłej kobiety i małego chłopca. U Colangelo uwaga skupia się całkowicie na granej przez Gyllenhaal Lisie, zaś ambiwalencja jej relacji z młodym podopiecznym wynika z motywacji samej bohaterki, która biorąc sobie za cel nachalną ochronę jego naturalnego talentu, ukrywa tak naprawdę brak własnego. Jej artystyczne aspiracje nie korespondują z nudnym życiem zwyczajnej mieszczki, obsesyjnie pragnącej czegoś większego, bardziej prawdziwego i metafizycznego we własnym życiu. Pasożytowanie na wrażliwości kilkuletniego dziecka staje się więc tu niczym więcej jak objawem pospolitego narcyzmu. A mimo to w postawie Lisy i jej tęsknocie za pięknem, pomimo bezwzględnego demaskatorstwa jej egoistycznych przecież intencji, kryje się coś szczerego i bardzo ludzkiego. W budowaniu wielopiętrowej historii tej właśnie bohaterki pomaga liryczna narracja, sytuująca się gdzieś pomiędzy “Patersonem” Jarmuscha a demitologizującym klasę średnią tonem Solondza. Paradoksalnie “Przedszkolankę” w wersji Colangelo – mniej autorską i wyrazistą niż ta pierwotna Lapida, za to zbudowaną na wielkiej, amerykańskiej spuściźnie wyrazistych kobiecych ról i typowej, indie wrażliwości – oglądało mi się po prostu lepiej.

 

Miesiąc w muzyce: marzec 2019 (piosenki)

PIOSENKI MARCA

number1
terrivstori

Terry vs. Tori feat. David Alonso – Braille
Heathers LP, 2019
Try this!

 

number2
soak

SOAK – Déjà Vu
Grim Town LP, 2019
Try this!

 

number3
localnatives

Local Natives – Café Amarillo
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Kindness feat. Robin – Cry Everything (7”) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka sentymentalna]

Holly Herndon – Eternal (Proto LP) Try this!
[połamana elektronika] [nowe brzmienia]

Lydia Ainsworth – Tell Me I Exist (Phantom Forest LP) Try this!
[wyrazista elektronika] [100% charyzmy]

August Eve – You Already Know (7”) Try this!
[rozmarzona elektronika] [z nutą nostalgii]

Clare Maguire – Heavenly Disaster (I Am Easy to Find LP) Try this!
[muzyka kobieca] [ładna ballada]

Barrie – Darjeeling (Happy To Be Here LP) Try this!
[indie pop] [muzyka uroczo nieśmiała]

Morabeza Tobacco – Ally McBeal (7”) Try this!
[dream pop] [chillwave]

The Black Keys – Lo/Hi (7”) Try this!
[indie rock] [stadionowa moc]

Girl in Red – I Need To Be Alone (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka bezpretensjonalna]

The National – You Had Your Soul with You (I Am Easy to Find LP) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka sentymentalna]

Weyes Blood – Movies (Titanic Rising LP) Try this!
[folk] [baśniowa psychodelia]

Cherushii & Maria Minerva – Out By Myself (Cherushii & Maria Minerva LP) Try this!
[muzyka taneczna] [klubowe klimaty]

Jordan Corey – Seen (7”) Try this!
[r’n’b] [dobry refren]

Gavin Turek – Elevator (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [muzyka bezpretensjonalna]

Kornél Kovács – Marathon (Stockholm Marathon LP) Try this!
[muzyka klubowa] [nowe brzmienia]

Lil Halima – Take Me To Your Planet (7”) Try this!
[r’n’b] [miejskie brzmienia]

Sevdaliza – Darkest Hour (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka elegijna]

Claud – Easy (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka wiosenna]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Schyłek Dnia

schylekdn

 

SCHYŁEK DNIA
polska premiera: 5.04.2019
reż. László Nemes

moja ocena: 7/10

 

László Nemes jak Paweł Pawlikowski – dla efektownej inscenizacji powtarza to, co zagrało przy jego poprzedniej fabule. Wiesza kamerę na plecach swojej bohaterki i z premedytacją unika szerokich kadrów, tworząc świat klaustrofobicznie bliski i jej, i siedzącemu wygodnie w kinowym fotelu widzowi. Osiąga tym wszystkim zupełnie inny, acz równie zniewalający efekt jak w przejmującym “Synie Szawla”. Írisz Leiter (Juli Jakab) wraca do do domu. Do rozwijającego się na peryferiach wielkiej monarchii nowego ośrodka metropolitalnego, gwarnego Budapesztu na chwilę przed wybuchem wojny, która spowije całą Europę i zaprowadzi na kontynencie zupełnie nowe porządki. Nie wiedzą tego jednak ani wytworne damy, kupujące eleganckie kapelusze w najmodniejszym salonie w mieście, noszącym na szyldzie nazwisko Írisz, ani ich majętni mężowi, nonszalancko palący cygara i niezobowiązująco popijający szampana. Nie wie tego też sam cesarz, który jedzie z wizytą do Budapesztu tego niewiarygodnie upalnego lata.Na pannę Leiter nikt w rodzinnych stronach nie czeka. Nawet więcej – jej przyjazd nie jest tu nikomu na rękę. Ze strzępek rozmów z dawnymi znajomymi rodziny wyłania się obraz tragedii, którą cudem przeżyła Írisz, ale jej rodzice już takiego szczęścia nie mieli. Ich salon i pracownia ma wciąż stary szyld Leiterów, ale zarządzają nim teraz zupełnie inni ludzie. Z ceremonialną życzliwością dają dziewczynie do zrozumienia, że nie ma szans na to, by odzyskała rodzinny biznes. Zresztą ona sama raczej nie ma takich ambicji, chce jedynie kontynuować rodzinną tradycję jako skromna modystka w miejscu, które dalej nosi jej nazwisko w nazwie. Írisz nie trafiła jednak na dobry czas, by układać sobie dorosłe życie akurat w Budapeszcie.

Przeszłość ciągnie się za bohaterką jak złowieszczy cień. Duszne, ponure tajemnice wokół Leiterów i ich salonu wikłają Írisz w coraz to bardziej niebezpieczne zaułki i przedmieścia Budapesztu, odsłaniając brutalną prawdę o prosperującej monarchii i stabilnej Europie. Bo to miasto siedzi na beczce prochu, której wybuch zdaje się być nieuchonny. Nemes przewodnikiem po tych radykalizujących się czasach i skrytego w brudnych spelunach społecznego niepokoju uczynił dziewczynę o posągowym wyrazie twarzy i kasandrycznie pustym spojrzeniu. Ta skopiowana z “Syna Szawła” inscenizacja z kamerą będącą znów tak blisko bohaterki, że widać każdą strugę potu spływającego po jej twarzy, buduje epicko ten nastrój ciszy przed burzą, zapowiadającej fatalistyczną w skutkach rewolucję. Ten zabieg gwarantuje też, że poczujecie na własnej skórze miejską duchotę i przenikliwie gorące lato 1913 roku w Budapeszcie.

Írisz bywa raczej niemym i przypadkowym świadkiem wydarzeń, a nie ich inicjatorem. Choć właśnie – czy na pewno? Przybycie bohaterki do Budapesztu miało tajemnicze motywacje, równie niewyjaśnione stały się powody jej pozostania w mieście. Zwłaszcza gdy każda jej decyzja sprowadzała na nią nowe kłopoty lub wciągała w niebezpieczeństwo. Ale to właśnie ta beznamiętna dziewczyna w kapeluszu odgrywa najciekawszą rolę w tym oryginalnym thrillerze. Jej nieproszona obecność przenosi elegijną rekonstrukcję historyczną na poziom metafizycznej baśni, w której zanika dosłowność i klarowność prostej opowieści o powrocie do domu. Staje się bardziej śnionym na jawie koszmarem, aniżel kostiumowym spektaklem o upadku Europy. U Nemesa pewne tajemnice brną w stronę popkulturowo przemielonych schematów (np. o mężczyznach, którzy nienawidzę kobiet), ale te, które finalnie z nami pozostają, okazują się absolutnie fascynujące i niejednoznaczne.

 

Netflix: The Highwaymen

thehighw

 

THE HIGHWAYMEN
polska premiera: 29.03.2019
reż. John Lee Hancock

moja ocena: 6.5/10

 

Niby to staranna rekonstrukcja relacji drugiej, tej mniej efektownej strony pościgu za parą ikonicznych kochanków kryminalistów – Bonnie i Clyde’a, ale w rzeczywistości pretekst dla sportretowania przetrąconej kryzysem gospodarczym i społecznym Ameryki wczesnych lat 30. John Lee Hancock skupia się bowiem bardzo mocno na okolicznościach, dzięki którym możliwe podniesienie do rangi bohaterów popkultury pary bezwzględnych morderców. Ich zbrodnie w trudnej epoce depresji ekonomicznej postrzegano jako anty systemowy bunt młodych wyrzutków ze społecznych nizin, co przykrywało ich okrutne występki oraz rozbudzało ludową wyobraźnię, czyniąc też przy okazji Bonnie i Clyde’a rzecznikami tych wszystkich pokrzywdzonych, realizujących krwawą wendettę za te wszystkie niesprawiedliwości, poniżenia i biedę. W tym filmie młodzi złoczyńcy praktycznie nie mają twarzy. Mówi się o nich albo ogląda z oddali. I znów pozornie ma to służyć wyraźnemu przesunięciu akcentu na ich antagonistów – najsłynniejszych Strażników Teksasu. Facetów o niemodnej i sponiewieranej przez życie fizjonomii Kevina Costnera i Woody’ego Harrelsona, ale nikt tu nie oddaje im pomnikowego hołdu. Ich praca dosłownie pozostawia kule w ich ciele oraz wspomnienia okrutnych tragedii, z którymi ciężko się pogodzić. W końcu to zderzający się z nędzą w kraju i ludźmi bez nadziei Hamer i Gault podbijają siłę tych obrazów. John Lee Hancock w swojej narracji nigdzie się nie spieszy. Nie jest jego intencją stworzenie atrakcyjnego kina rekonstruującego wydarzenia. W pierwszej kolejności przygląda się ludziom, bo to w ich twarzach przebija się brutalna prawda o czasach, w jakich żyli i wyłania się głębsza refleksja o historiach, jakie były ich udziałem.

 

W kinie: Kapitan

derhaup

 

KAPITAN
polska premiera: 22.03.2019
reż. Robert Schwentke

moja ocena: 6/10

 

Po pogorzelisku II wojny światowej, po polach i lasach zakrytych brudnym śniegiem na przedwiośniu 1945 roku, wśród przeraźliwej ciszy zwiastującej nieuchronną klęskę Nazistów, błąka się młody dezerter. Głodny i przerażony, próbujący desperacko uratować życie w rzeczywistości, która bezwzględnie rozlicza takich jak on – śmiercią karzących tych, co w obliczu klęski tchórzliwie porzucili służbę Rzeszy. Gdy wystraszony Willi Herold odnajdzie na pustej drodze porzucone auto, a w nim elegancki mundur kapitana Luftwaffe, wcieli się w rolę, która może mu pomóc dotrwać do końca wojny. W oka mgnieniu zaszczuty uciekinier przeobraża się w bezwzględnego dowódcę, gorliwie wypełniającego wyimaginowaną misję i zbierającego swoją własną grupę żołnierzy. Odnajdując się w roli opresora, Herold wyrzeknie się resztek swojego człowieczeństwa. Antywojenny film Roberta Schwentke w przejmujących, surowych, czarno-białych obrazach i w minorowym nastroju budowanym ciężką, ambientową muzyką nie tylko tworzy zatrważający, groteskowy obraz moralnego upadku ostatnich miesięcy wojny, ale przede wszystkim zadaje niełatwe z perspektywy jego rodaków pytania o przyczyny popularności nazistowskiej ideologii w ówczesnym społeczeństwie i odkrywa je nie tylko w tendencji do ślepego wykonywania rozkazów w ramach zhierarchizowanej, podporządkowanej surowym normom prawnym struktury społecznej. “Kapitan” przygląda się tylko Niemcom, charakteryzując ich w kategorii zarówno bezwzględnych katów, jak i biednych ofiar, co spłyca nieco perspektywę i ogranicza odpowiedzialność za autentyczne przecież zbrodnie, ale to w końcu wewnętrzny rachunek sumienia i pewna wizja artystyczna – bardziej symboliczna niż realistyczna (nawet jeśli oparta na faktach).

 

W kinie: Us

usfilm

 

US
polska premiera: 22.03.2019
reż. Jordan Peele

moja ocena: 5.5/10

 

Jordan Peele znów łączy film gatunkowy z wyraźnie zaangażowanym kinem. Takim, dla którego zgrane w popkulturze schematy (w “Us” choćby morderczy sobowtór, ale i lekko slasherowe home invasion) stają się nośnikiem bardzo konkretnych, zakorzenionych w amerykańskim tu i teraz, społeczno-politycznych treści. O coraz bardziej uwierających podziałach w społeczeństwie, frustracjach i rosnącym poczuciu niesprawiedliwości u tych, którzy nie odnajdują się w kapitalistycznej rzeczywistości i czują się wykorzystywani przez uprzywilejowane klasy średnie i jeszcze wyższe. Jedna iskierka może wzniecić ogień, doprowadzić do buntu i bezpardonowego wystąpienia jednych przeciwko drugim. Niezła, choć nie tak znów odkrywcza, zawartość, jak na kino grozy o czteroosobowej rodzinie, której urlop w słonecznym kurorcie zamienia się w krwawy koszmar. Mam tylko taki problem z tą konwencją horroru, która tak wierna swoim gatunkowym, zwłaszcza VHS-owym korzeniom, błyskotliwie je wykorzystująca, mam wrażenie bywa bardziej śmieszna niż chciałby to Peele (choć reżyser nie unika humorystycznych elementów). Za to niemalże wcale nie jest straszna, mimo że posągowo sugestywna muzyka w oczywistych miejscach i klasyczne, montażowe sztuczki aż proszą się o to, by trochę podskoczyć na fotelu. Druga sprawa – kiepska taktyka Peele’a, by jednak wyjaśnić wszystkie kwestie do końca, nie pozostawiać żadnych niedomówień i tajemnic. Im więcej tłumaczeń tych wyrafinowanych metafor, tym więcej nieścisłości i mniej logiki w konstrukcji genezy historii rodziny Adelaide Wilson (Lupita Nyong’o) i ich morderczych bliźniaków. Nie lubię sytuacji, w której górnolotne treści i naprawdę sprawnie budowana symbolika mają stanowić usprawiedliwienie dla elementarnego braku sensu. Tym bardziej gdy mówimy o kimś takim, jak Jordan Peele, któremu talentu, odwagi i wizji na pewno nie brakuje.

 

W kinie: Przepraszam, że przeszkadzam

sorrytoby

 

PRZEPRASZAM, ŻE PRZESZKADZAM
polska premiera: 15.03.2019
reż. Boots Riley

moja ocena: 5.5/10

 

Ten film ma w sobie sporo z hip hopowego blichtru, imprezowego kolorytu, pantagruelicznego popisu, z którymi tak dobrze obeznany jest jego reżyser, Boots Riley. Na co dzień raper, sceniczny showman i muzyczny producent. Jest ordynarnie przesadzony i kiczowato dziwny. Ma fabułę z gatunku ‘na bogato’ – mnożącą wątki i absurdalne sytuacje, w które wikła się główny bohater. Jest nim niejaki Cassius Green (Lakeith Stanfield), w skrócie Cash (u know what I mean) – zagubiony w kapitalistycznym labiryncie przegryw, który by związać koniec z końcem zatrudnia się jako telemarketer w firmie, jakich niby wiele. I zaskakująco dobrze odnajduje się w tej roli, co nie umyka uwadze podwładnych, którzy w końcu przedstawiają mu osobliwą ofertę kariery i samorozwoju. “Przepraszam, że przeszkadzam” z niepohamowanym szaleństwem punktuje współczesny konsumpcjonizm i z niecodzienną brawurą piętnuje ślepą pogoń za pieniądzem. Łatwy temat, zbyt łatwy do obśmiania. W surrealistycznym duchu opisuje korporacyjny biurokratyzm, co trochę sytuuje Rileya nie tak znów daleko od Terry’ego Gilliama (“Brazil”!), ale to satyra jednak trochę za siermiężna, bardzo bałaganiarska, czasem aż nadto jaskrawa i grubymi nićmi szyta. Choć “Przepraszam, że przeszkadzam” również warto pochwalić za postmodernistycznego ducha, napędzającego chorą (ale fajną) wizję twórców filmu oraz zupełnie nieoczywisty humor – nie na każdy gust i smak, za co – na szczęście – nikt nie ma zamiaru tu przepraszać.

 

W kinie: Kapitan Marvel

capt-marv

 

KAPITAN MARVEL
polska premiera: 8.03.2019
reż. Anna Boden, Ryan Fleck

moja ocena: 5/10

 

Coś ewidentnie jest nie tak, gdy najciekawszym bohaterem blockbustera okazuje się kot – i to taki w sumie przez większość czasu dość zwyczajny, bo on tylko chodzi i miauczy oraz pojawia się w kluczowych momentach fabuły. Po “Kapitan Marvel” zastanawiam się też, czym znów sobie zasłużyły kobiece superbohaterki na tak okrutnie schematyczne scenariusze. Po Wonder Woman (z innego uniwersum), przyszedł czas na Carol Danvers. Bo umówmy się, pierwsza, Marvelowska, kobieca superbohaterka pewnie nie miałaby szans na przebicie się tak szybko w tym przeładowanym, komiksowo-filmowym świecie, gdyby nie czekająca nas kulminacja pod postacią kolejnej odsłony “Avengers”, gdzie Kapitan Marvel się pojawi. Sprawia to wrażenie na szybko, na kolanie napisanego scenariusza z banalnym originem postaci, łopatologicznym włączeniem jej do uniwersum (za to z uroczą wrzutką z genezą nazwy Avengersów) i podgrzewanie atmosfery przed najważniejszą odsłoną sagi. Jak strasznie tu nic się nie klei. Karykaturalne kwestie Brie Larson, która sama w sobie jest arcy fajna i naturalna, ale nie mogła uratować tych wielu luzackich, innym razem podniosłych, ale jednak zawsze dość żenujących bon motów jej postaci. Przeniesienie akcji do lat 90. z wypasionym soundtrackiem z epoki (Nirvana, No Doubt, Garbage etc.) i grunge’owymi ciuchami bohaterki – czy ta retro nostalgia mogła się nie udać? Okazuje się, że takie rzeczy są jak najbardziej możliwe. Czarny charakter – niemiłosierny banał. Tylko Samuel L. Jackson prezentuje tu jakiś poziom niewymuszonego luzu, choć bywa za bardzo przerysowany. Przyglądając się box office’owemu sukcesowi “Kapitan Marvel”, nie wiem, co musi się stać, by ta formuła się wyczerpała, znudziła. Albo to może ze mną jest coś nie tak, że nie potrafię odczuwać radości, oglądać kolejny, tak bardzo podobny do wielu poprzednich film superbohaterski.

 

Filmowe Okno na Świat s04e02

losmiemb

 

LOS MIEMBROS DE LA FAMILIA
reż. Mateo Bendesky
Argentyna
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Lucas i Linda to rodzeństwo, które spotyka się po kilkumiesięcznej rozłące. Wracają do rodzinnego domu położonego na trochę obskurnym, argentyńskim wybrzeżu. Ponura, ale oniryczna szarość tej okolicy i jej otulająca ospałość tworzą wrażenie przestrzeni odrealnionej, wręcz baśniowej. Otwarcie każdych drzwi w opustoszałym domostwie rzuca światło na nie tak odległą przeszłość tej dwójki, choć te, za którymi schowane zostały te najpaskudniejsze wspomnienia, brat i siostra starają się trzymać zamknięte jak najdłużej. Mateo Bendesky w zaskakująco wyrafinowany sposób tworzy tajemniczą atmosferę rodzinnej tajemnicy, za którą kryją się ciągle świeże, dramatyczne wydarzenia. To z nimi przyjechali rozliczyć się młodzi bohaterowie filmu, to te rany próbują jakoś opatrzyć. By zamknąć bolesną przeszłość i ruszyć do przodu oraz odbudować rozerwaną bratersko-siostrzaną więź. To kino bardzo skromne i minimalistyczne, ale z dużą dawką ujmującej prostolinijności i ładnego liryzmu udało się tu pokazać emocjonalną kondycję Lucasa i Lindy i autentycznie zainteresować ich historią. Przez banalne zdarzenia – jak autobusowy strajk, który uwięził tę dwójkę w nadmorskim miasteczku – fajnie podkreślono ten stan życiowego zawieszenia, w jakim się znaleźli. To też film o przepracowywaniu żałoby, gdzie depresyjny nastrój świetnie balansuje się subtelnym humorem, wyrastającym z bardzo delikatnie tu wprowadzonym schematem kina coming-of-age (“Manchester by the Sea”, anyone?). Mateo Bendesky – warto zapamiętać to nazwisko!

 

divinoamor.

 

DIVINO AMOR
reż. Gabriel Mascaro
Brazylia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

W “Neonowym Byku” Gabriel Mascaro dekonstruował spojrzenie na płeć na głębokiej, brazylijskiej prowincji. W swoim kolejnym filmie tworzy uwodzący, dystopijny świat przyszłości. Pożyczył od Refna ciepłe, neonowe oświetlenie i repetycyjną muzykę elektroniczną, które razem pozwalają wtulić się w tę pozornie pluszową filmową wizję, medytację nad naturą wiary i miłości. Bo w tej Brazylii niedalekiej przyszłości trochę się zmieniło. Przede wszystkim biblijne drogowskazy przedostały się do urzędniczej praktyki dnia codziennego, tworząc podziały na tych głęboko wierzących i idących z prądem aktualnych trendów społecznych oraz tych nieprzestrzegających prawno-religijnych reguł. Tych drugich na drogę wiary i Boga stara się nawrócić Joana – urzędniczka do spraw rozwodów i głęboko religijna osoba. Pomaga innym, angażuje się w różne inicjatywy, jak ta, która wspiera pary w pozbyciu się problemów w związku i oddalenie od nich wizji rozwodu (co z tego, że wygląda to wszystko dosyć sekciarsko). Mimo tej całej dobroci i empatii w stosunku do drugiego człowieka Joana nie dostąpiła najważniejszego dla niej przejawu łaski Bożej – nigdy nie zaszła w ciążę. A w tym społeczeństwie ciężarna kobieta w związku małżeńskim posiada szczególny, uprzywilejowany status. Posiadanie dzieci to jej powinność, która czyni związek – dosłownie – pełnoprawnym. Mascaro wypracował z pieczołowitością i dbałością o scenograficzne detale swoją wizję. Wspaniale się tę opowieść chłonie, doceniając jego hipnotyzujące, wizualne wyrafinowanie. Nawet jeśli szwankuje ona gdzieś na poziomie ostatecznej wymowy filmu (Brazylijczyk jednak nie jest zbyt zręcznym filozofem), zaś osobliwy narrator z offu okazuje się całkowicie zbędny, to dojrzałe, przemyślane i naprawdę efektowne kino.

 

temblores2

 

TEMBLORES
reż. Jayro Bustamante
Gwatemala
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Jayro Bustamante to twórca “Ixcanula” – zaskakującego mariażu kina etnograficznego i społecznego, które podbiło Berlinale 4 lata temu. W “Temblores” urodzony w Gwatemali reżyser porzucił całkowicie atrakcyjny, środkowoamerykański folklor, by w pełni skupić się na obyczajowych paradoksach swojego rodzinnego kraju. Wszystkie kamery kierują się na Pablo – przystojnym czterdziestokilkulatku, przedstawicielu majętnej klasy średniej, biznesmenie i ojcu rodziny jak z obrazka, który postanawia porzucić wszystko, co zbudował dla młodego kochanka. Im pozornie pewniejszy w swoim wyborze nowej, życiowej drogi staje się Pablo, tym mocniej bliscy z jednej strony, będą mu utrudniać życie (a w Gwatemali z powodu homoseksualizmu nie jest to specjalnie trudne), z drugiej – “poddać terapii” i pozwolić powrócić skruszonemu mężczyźnie na łono rodziny. Raz kusi atrakcyjny kochanek, innym razem walcząca jak lwica z pomocą kościoła o męża żona. Okoliczności być może nie są tu szczególnie oryginalne, ale ciekawa jest w tym filmie postawa Pablo – zatrważająco pasywnego uczestnika walki o osobiste szczęście i duszę, boleśnie zagubionego, wątły i wątpiącego, zwłaszcza w samego siebie i słuszność własnych decyzji. Zwykle takim bohaterom się kibicuje i trzyma kciuki, by wytrwali w walce ze społecznym kołtuństwem i ciasnymi horyzontami myślowymi większości, ale tutaj taka sytuacja raczej nie ma miejsca. Pojawia się bowiem taka myśl, że ten słaby człowiek być może nie potrafi być szczęśliwy. Jasne, że otoczenie wyjątkowo nie sprzyja takim coming-outom, ale Pablo zaskakująco łatwo, nawet jeśli pod wpływem pewnej presji, poddaje się temu, co go spotyka. Raz kochankowi i roztaczanej przez niego wizji niezobowiązującego, wspólnego życia, raz krewnym i ich pomysłowi reedukacji jedynych, słusznych wartości.

Netflix: O chłopcu, który ujarzmił wiatr

boyhar

 

O CHŁOPCU, KTÓRY UJARZMIŁ WIATR
polska premiera: 1.03.2019
reż. Chiwetel Ejiofor

moja ocena: 5.5/10

 

Poczciwa, filmowa konfekcja. Prostolinijne kino niemalże familijne, na niedzielne popołudnie, ale z misją i oparte na faktach. Opowieść o wyjątkowo inteligentnym i zaradnym chłopcu-samouku, który w obliczu klęski głodu zagrażającej jego najbliższym postanawia oświecić mieszkańców wioski gdzieś w Malawi, pokazując im, że ujarzmiając naturę – a dokładniej tytułowy wiatr – można obronić się przed klęskami naturalnymi. W rozwiniętym świecie Zachodu energetyka wiatrowa to standard, ale w Afryce – ekskluzywna nowinka technologiczna, w którą nawet nie wszyscy wierzą. Historia Williama Kamkwamby jest piękna i inspirująca, acz jako filmowy scenariusz potraktowana schematycznie i banalnie. Takie “Kafarnaum” pokazało już, jak skutecznie szantażować widzów emocjonalnie, prowadząc przy tym całkiem atrakcyjną i całkowicie zaangażowaną w sprawę opowieść. Bo produkcja wyreżyserowana przez brytyjskiego aktora z nigeryjskimi korzeniami, Chiwetela Ejiofora, to też film z misją. Przypominający o Czarnej Afryce i jej problemach – watażkach rządzących państwami, którzy dbają przede wszystkim o własny interes (wojsko brutalnie rozprawia się z tymi, którzy krytykują władcę), biedzie i zacofaniu (w Malawi chałupniczo zbudowany wiatrak pomógł małej, wiejskiej społeczności przetrwać okres suszy), ograniczaniu dostępu do edukacji (bohater filmu nie może kontynuować nauki, bo rodzice zapłacili tylko część pieniędzy za szkołę). Mimo to ten film – dość naiwnie – pozostaje pochwałą ludzkiej, jednostkowej pomysłowości. Ma krzepić i dawać nadzieję zamiast odważnie nawoływać do poważniejszych zmian. Ostatecznie przecież o to chodzi w kinie zaangażowanym, czym Netflixowa produkcja w jakimś stopniu też jest.