W kinie: Pleasure

pleasure

 

PLEASURE
polska premiera: 22.10.2021
reż. Ninja Thyberg

moja ocena: 7/10

 

Młodziutka Bella (Sofia Kappel) przenosi się ze Szwecji do Los Angeles, by – jak wiele dziewczyn przed nią – realizować swoje marzenie o karierze w Mieście Aniołów – światowej stolicy filmowej branży. Jej błękitne oczy wcale nie patrzą jednak na Hollywood. Bohaterka chce zostać gwiazdą filmów porno. Cel nakreśliła sobie jasny, wydaje się też, że ma odwagę i determinację, by go osiągnąć, szybko się uczy i potrafi wyciągać wnioski z obserwacji otoczenia, ale nawet ktoś tak bystry i zdecydowany nie zdaje sobie sprawy, jak kręte i wyboiste drogi prowadzą do sukcesu w biznesie rozrywki dla dorosłych. Ninja Thyberg branżą porno wykazuje od lat szczególne zainteresowanie. Badała ją jeszcze w trakcie studiów w Szwecji, a potem sukcesywnie rozwija tę tematykę w krótkich metrażach. Ten, z którego wykiełkowało długometrażowe “Pleasure”, kilka temat temu otrzymał nagrodę w ramach canneńskiego Tygodnia Krytyki. Thyberg wykorzystała swoje socjologiczne doświadczenie, gdy przyjechała do Los Angeles i niczym Ken Loach w terenie szukała historii do swojego filmu. Szwedkę nigdy nie interesowała perspektywa, po którą lubi sięgać kino, opowiadając o porno biznesie. W skrócie – Thyberg nie chciała historii o ofiarach i tragediach związanych z wykorzystywaniem ludzi i seksualnym wyzyskiem. Szukała czegoś innego, a patrząc na Bellę – najwyraźniej to znalazła. Choć “Pleasure” dość bezkompromisowo i naturalistycznie wprowadza widza na plany filmów dla dorosłych, których profesjonalizm często pozostawia wiele do życzenia, gdzie aktorki bywają mocno eksploatowane, a granice ich intymności i komfortu niebezpiecznie przesuwane, w centrum tej narracji pozostaje zawsze ambitna dziewczyna bezwarunkowo dążąca do celu.

Dzięki postaci dwudziestoletniej Belli, będącej jednocześnie osobą upartą i bezwzględną, ale też czasem wątpiącą w słuszność własnych decyzji i borykającą się z wyzwaniami, które ją zaskakują, “Pleasure” to przede wszystko uniwersalna opowieść o cenie, jaką ktoś jest w stanie zapłacić, by odnieść wymarzony sukces. Bohaterka w końcu zda sobie sprawę, że każde kolejne, coraz bardziej ekstremalne zlecenie, nie tyko odziera ją z niewinności, ale też sprawia, że gnić zaczyna jej dusza i czy jest to koszt, który jest gotowa ponieść, by stać się ważną częścią tej kontrowersyjnej branży. To ona we własnym sumieniu musi rozstrzygnąć, czy wyzbędzie się empatii, przyzwoitości i podąży drogą po trupach do celu. Nikt jej do tego nie zmusza, nikt nie wywiera presji, a rezygnacja wcale nie musi oznaczać porażki. Dopiero na drugim (również ważnym!) planie to przenikliwa wiwisekcja branży porno. Sama w sobie balansująca na granicy tego, co można w popularnym kinie pokazać, ile zasłon odsłonić, by spojrzenie było na tyle realistyczne, na ile to w dzisiejszych warunkach możliwe. Osiągnięcia Ninji Thyberg na tym polu robią autentyczne wrażenie.

 

Netflix: Hiacynt

hiacynt

 

HIACYNT
polska premiera: 15.10.2021
reż. Piotr Domalewski

moja ocena: 6/10

 

W 1985 roku Milicja Obywatelska z błogosławieństwem służb bezpieczeństwa rozpoczyna akcję “Hiacynt”. To precyzyjnie zaprojektowana operacja wymierzona w homoseksualnych mężczyzn, których przyłapywano na gorącym uczynku, przesłuchiwano, zastraszano i szantażowano, brutalnie zmuszając do współpracy. W latach 80. komunistyczne państwo miało już mocno podkopane fundamenty, by nie rzec – gniło od środka. Nikt jeszcze wówczas nie dostrzegał, że PRL niechybnie chyli się ku upadkowi, dlatego wszelkie działania mające zaburzać poczucie bezpieczeństwa wśród obywateli uważano za pożądane. Inwigilacja środowisk homoseksualnych w komunistycznej Polsce ma długie tradycje, ale przed “Hiacyntem” nigdy wcześniej z takim rozmachem nie rozpędzono takiej machiny nienawiści i pogardy, nie przetrącono tylu życiorysów, w tak skoordynowany sposób nie zbierano haków na tę grupę społeczną jak u schyłku PRL.

Nie można mieć pretensji do twórców Netflixowego “Hiacynt”, że nie poświęcili dostatecznie dużo miejsca historycznemu wprowadzeniu do tematu do tej pory w rodzimej kulturze niezbyt popularnego. Swoistym przypisem dla dzieła Piotra Domalewskiego za kilka tygodni może stać się książka Remigusza Ryzińskiego, która ukaże się nakładem świetnego wydawnictwa Czarne. W filmie chodzi przede wszystkim o efektowne wtłoczenie ponurej, komunistycznej rzeczywistości w ramy rasowego kina gatunkowego. Ten klimatyczny kryminał spowija ponura, Fincherowska aura, którą opleciona została ówczesna Warszawa. Szare miasto w mroku, które w obiektywie Piotra Sobocińskiego wygląda i przygnębiająco, i złowieszczo. Stolica rozpadającego się kraju, w którym samotni ludzie wydają się jeszcze bardziej samotni. W to otoczenie ze swoją delikatną posturą idealnie wpisuje się Tomasz Ziętek, który majestatycznie potrafi snuć się po ciemnych ulicach i niedoświetlonych korytarzach policyjnego posterunku. Naprawdę w “Hiacyncie” zrobiono wiele, by polski film nie był ubogim krewnym noirowej klasyki.

Tym bardziej może zaskakiwać fakt, że Domalewskiego w ogóle nie interesuje kryminalna intryga. Są jakieś zbrodnie, milicyjne śledztwo, sprawca faktyczny i ktoś wyżej, kto pociąga za sznurki. Te zdarzenia służą tylko temu, by grany przez Ziętka Robert stał się tragicznym bohaterem pewnego, z jego puntu widzenia nieoczekiwanego romansu. Chłopak pnie się po ścieżkach milicyjnej kariery, co jest tyleż zasługą jego ambicji, ile odpowiedniego urodzenia – jego ojciec to wysoko postawiony funkcjonariusz państwowego aparatu. Czeka na niego szkoła oficerska w Szczytnie oraz ślub z ładną archiwistką. Wszystko w życiu Roberta płynie spokojnym nurtem, dopóki nie zaczyna badać sprawy zabójstw w środowisku stołecznych homoseksualistów. Przy tej okazji poznaje studenta Arka (Hubert Miłkowski), który wprowadza go do świata funkcjonującej w kolorowej konspiracji mniejszości i stawia przed nim pierwsze, poważne, życiowe pytania. Te tożsamościowe okażą się najbardziej kluczowe dla tej historii.

Wraz z rozwojem akcji “Hiacynt” coraz mocniej grzęźnie w znanych schematach i konwencjach – zakazanego romansu, konfliktu ojciec-syn, tożsamościowego kryzysu. Pomimo wielu nieznośnych oczywistości, Domalewski umiał utrzymać dobrą temperaturę emocjonalnego napięcia między bohaterami. Największą wartością tego filmu jest jednak zupełnie coś innego – jego aktualność. Historyczny kontekst i gatunkowy kostium mają wymiar symboliczny. Ta ponura rzeczywistość PRL łączy się z sytuacją dzisiejszą, stając się przestrogą o tym, że historia w jakimś stopniu, zupełnie niepotrzebnie się powtarza. To już w naszym kinie pewna norma, że musimy wrócić do przeszłości, by rozliczać nasze teraźniejsze grzechy i zaniechania.

 

W kinie: Królowa Wspaniałości (WFF)

queenofglory

 

KRÓLOWA WSPANIAŁOŚCI
Warszawski Festiwal Filmowy 2021
reż. Nana Mensah

moja ocena: 6.5/10

 

Rzeczywistość mocno musiała wstrząsnąć Sarą (Nana Mensah), by bohaterka odkryła, w jak nieznośnej stagnacji utknęła jej egzystencja. Podróż do Ohio z zamiarem przeprowadzki u boku ciągle żonatego i niezdecydowanego kochanka oznaczałaby koniec jej naukowej kariery na całkiem przecież prestiżowym Uniwersytecie Columbia. Od ostatecznych decyzji w tej kwestii kobietę na moment oddalają jeszcze bardziej ostateczne sprawy – nagła śmierć matki, której trzeba zorganizować pogrzeb, a także zaopiekować się sprawami nieboszczki. Ta pierwsza okoliczność wiąże się z niechybnym spotkaniem w dużym, rodzinnym gronie, które tworzą porozrzucani po Nowym Jorku i całym świecie krewni z ghańskimi korzeniami. Ta druga kieruje Sarę wprost do prowadzonego przez matkę osobliwego sklepu z dewocjonaliami, gdzie na sklepowych spółkach znaleźć można zarówno religijną literaturę, maryjne gadżety, jak i domowej roboty ciastka z tajnym, nie do końca legalnym składnikiem, które wypieka wytatuowany osiłek. Nad byłym skazańcem parasol czułości otworzyła matka Sary, osoba bardzo ceniona w barwnej społeczności nowojorskiego Bronxu. Wyprowadziła mężczyznę na prostą, dała mu pracę i odkryła w nim wielkie serce, on teraz tę dobroć okaże córce swojej zmarłej wybawicielki w jej małej chwili próby.

“Królowa Wspaniałości” to w sumie kolejny niezależny film o trudach życiowych przewartościowań, jakie dokonuje wielkomiejska singielka, ale – z czym różnie bywa w tego typu produkcjach – składa się z wyjątkowo przyjemnych składników. Ghańskie dziedzictwo Sary prowokuje nie tylko konfrontację bohaterki z nieco wypartymi tradycjami przodków, które dają otuchę szczególnie w momencie ostatniego pożegnania bliskiej osoby i pomagają odbudować relację z tymi, których do tej pory brakowało. To też pretekst do empatycznego studium kulturowego tygla, jakim jest Nowy Jork – miasto różnorodnych imigranckich historii, języków, narodowości i kultur, które zderzają się ze sobą na tętniących życiem ulicach Bronxu czy Manhattanu, w pociągach metra, w biurach i małych, lokalnych sklepikach. Występująca po obu stronach kamery – jako reżyserka i główna aktorka w filmie – Nana Mensah te osobliwości i absurdy miasta, które nigdy nie śpi, potrafi oddać z humorem i sentymentem, a przy tym proponując spojrzenie bardzo kameralne, siłę czerpiące ze skali mikro – bez wielkich planów z charakterystycznymi, nowojorskimi budowlami, bez narracyjnego pośpiechu, bez epatowania morzem ludzkich skupisk.

Sympatyczna bohaterka jest integralną częścią stworzonego w “Królowej Wspaniałości” świata, a z tego, co się tu dzieje – wydarzeń w gruncie rzeczy dość trywialnych – naturalnie wyrastają bardziej uniwersalne tematy i refleksje, które dotykają problemów z akceptacją własnej tożsamości, życiem z imigranckim bagażem, rodziną, której oczekiwań nie spełniasz czy wzięciem odpowiedzialności za siebie i ewentualnie drugiego człowieka. W losach Sary przebija autentyzm jej uczuć, przeżyć i doświadczeń, które są jednocześnie nienachalnie dowcipne, ale też rozczulające i zwyczajnie poważne. Przynajmniej dla niej samej – kobiety na rozdrożu, która zamknąć musi wiele drzwi, by otworzyć kolejne. Te z obietnicą bardziej optymistycznej przyszłości.

 

W kinie: Cud (WFF)

miracol

 

CUD
Warszawski Festiwal Filmowy 2021
reż. Bogdan George Apetri

moja ocena: 6.5/10

 

“Cud” zbierał już dobre recenzji w Wenecji, gdzie był prezentowany w sekcji Orrizonti. Rumuński twórca rozwija wątki zapoczątkowane w “Niezidentyfikowanym” sprzed roku, które dotykają kwestii wiary, moralności i ambiwalentnych kolei ludzkiego losu. Film ma bardzo ciekawą strukturę narracyjną, podzieloną na dwie, integralnie połączone ze sobą części. W pierwszej kluczową postacią jest Cristina (Ioana Bugarin), nowicjuszka w zakonie, która z pomocą koleżanek wymyka się ze zgromadzenia i wsiada do umówionej wcześniej taksówki. Cel wyprawy to szpital w mieście. Dziewczyna współpasażerom krótkiej podróży uskarża się na nawracające migreny, ale po przybyciu na miejsce kieruje się na oddział ginekologiczny, co samo w sobie jest dostatecznie wymowne. Cristina w końcu stara się wrócić do klasztoru. Tym razem wsiada jednak do nieodpowiedniego auta. Tragiczne zdarzenie rozpoczyna drugą część “Cudu”, którego kluczowym bohaterem staje się oficer policji Marius (Emanuel Parvu). Mężczyzny nie musiał brać tej sprawy. W ramach zawodowego awansu właśnie zmieniał wydział, a podejrzany został schwytany. Pozostało tylko zebrać dowody i dowieść winy zatrzymanego, co Marius będzie starał się wyegzekwować z niespotykanym wręcz zaangażowaniem.

Film czerpie z zacnej tradycji rumuńskiej nowej fali, choćby już u Mungiu żeński klasztor na prowincji skrywał wiele tajemnic, prowokując pytania znacznie wykraczające poza zamkniętą społeczność rozmodlonych zakonnic. U Apetriego wydaje się też być czymś na kształt schronienia dla bohaterki. Na zewnątrz bowiem czyhają na nią niebezpieczeństwa i zagrożenia, jakie niesie ze sobą patriarchalne społeczeństwo. Każdy z męskich bohaterów “Cudu” ma w sobie coś z drapieżnika, traktuje Cristinę protekcjonalnie, przyjmuje władczą pozę, a ewentualne gesty sympatii w gruncie rzeczy mają tylko uśpić jej czujność. To nie jest kraj dla młodych kobiet. Ich społeczny status determinuje męska percepcja. Krytyka Apetriego jest i wyrazista, i dosadna. Mimo że mało odkrywcza, potrafi być inteligentna i szlachetna, bo wyzbywa się pospolitych, populistycznych tonów. “Cud” to bez wątpienia najbardziej dojrzałe dzieło w filmografii rumuńskiego reżysera, tym bardziej warto czekać na zamknięcie trylogii, której jego nowy film stanowi środkową część.

 

W kinie: Gagarine

gagarine

 

GAGARINE
polska premiera: 1.10.2021
reż. Fanny Liatard, Jérémy Trouilh

moja ocena: 7/10

 

Niegdyś usytuowane na południowo-zachodnich przedmieściach Paryża osiedle Gagarine powstało w latach 60. jako symbol nowoczesności i postępu dokonującego się w myśl egalitarnych idei. Projekt był szczególnie ważny dla rządzącej wówczas we Francji Partii Komunistycznej, a na jego oficjalnej inauguracji pojawił się nawet słynny, radziecki astronauta, na cześć którego nazwano zespół monumentalnych budynków. Fanny Leotard i Jérémy Trouilh na krótko wracają do świetnych początków podmiejskiego osiedla, lecz tylko po to, by za chwilę pochylić się nad jego dużo mniej spektakularnym upadkiem. Akcja ich filmu rozgrywa się bowiem kilka miesięcy przed rozbiórką Gagarine’a – w XXI wieku dość przygnębiającego sąsiedztwa, zamieszkałego głównie przez ludzi tzw. wrażliwych społecznie, którzy z braku alternatywy pozostają lokatorami mieszkań w coraz bardziej zrujnowanym, betonowym blokowisku. Większość z nich liczy na to, że służby socjalne znajdą im lepsze lokum i będą mogli wyprowadzić się z osiedla, kończącego swój żywot.

Nastoletni Youri (Alséni Bathily) to najpewniej ostatnia jednostka, którą autentycznie obchodzą losy Gagarine’a, a dokładniej to, by udaremnić jego rozbiórkę. Młody chłopak spędza większość dni na inspekcji osiedla, kompletowaniu narzędzi i naprawianiu, własnymi zasobami, usterek tak, by kontrolujący stan budynków urzędnicy musieli widać pozytywną opinię co do ich dalszego użytkowania. Cała egzystencja Youriego związana jest z Gagarine’m, który chce tu pozostać za wszelką cenę. Jest dzieckiem tego osiedla oraz zarazem jego najczulszym (i jedynym) opiekunem. Żyje tu, bo wierzy w powrót matki, która go porzuciła i jeśli by zachciała do syna powrócić, znalazłaby go właśnie na tym osiedlu. Ta ballada o romantycznie beznadziejnym przywiązaniu do miejsca we francuskim filmie łączy się z gorzką analizą socjoekonomiczną. O współczesnych problemach mieszkaniowych, degeneracji takich kompleksów jak Gagarine, co dzieje się pod bacznym okiem bezdusznych urzędników czy społecznych nierównościach.

Neorealistyczna tkanka filmu trzyma go mocno na ziemi i mogłaby mu nawet ciążyć, ale gdy Youri pozostaje w końcu sam na opuszczonym osiedlu, koniec staje się początkiem innej przygody. Osobistej i magicznej, którą napędza bunt marzyciela przeciwko twardym realiom rzeczywistości, chcącego udowodnić, szczególnie sobie samemu, że dobrą przestrzeń do życia można zbudować wszędzie, a z ukochanego miejsca na ziemi zabrać nas mogą (dosłownie) jedynie kosmiczne siły. Ucieczka w świat fantazji ma oczywiście swoją smutną stronę. Stała się koniecznością, gdy miłości nastolatka do Gagarine’a nie podzielali inni, decydujący się na przeprowadzkę i opuszczenie miejsca, które sprawiało coraz więcej mieszkaniowych kłopotów. Samotność w chłopaku uwolniła jednak pokłady kreatywności i wyobraźni. Zamienił upadające blokowisko w samowystarczalną bazę, egzystując tam jak astronauta. W “Gagarine” najbardziej wzrusza ten esej o relacji człowieka z przestrzenią, uosabianą zarówno przez ściany i sufity w budynkach, ale też to niematerialne przywiązanie do jakiegoś otoczenia, z którym wiążą człowieka wspólna historia, uczucie, wspomnienia. Nie trzeba patrzeć w gwiazdy, by dostrzec, że definiują i kształtują nas nie tylko kontakty międzyludzkie i to być może najfajniejsza mądrość, jaka wypływa z francuskiego filmu.

 

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2021 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
dlinav

Dlina Volny – Tomorrow
7”, 2021
Try this!

 

number2
trentem

Trentemøller – In The Gloaming
Memoria LP, 2021
Try this!

 

number3
kedr09

Kedr Livanskiy – Boy
Liminal Soul LP, 2021
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Let’s Eat Grandma – Hall of Mirrors (7”) Try this!
[electro pop] [90s vibes]

Hatchie – This Enchanted (7”) Try this!
[electro pop] [retro vibes]

Emma Elisabeth – Tray Full of Ash (7”) Try this!
[folkowy pop] [łagodne brzmienie]

Ane Brun – Ta Tak I Me (7”) Try this!
[skandynawski pop] [atmosferyczne brzmienie]

Foxes – Sister Ray (7”) Try this!
[pop] [przebojowo]

Wczasy – Tyle słów (7”) Try this!
[indie pop/rock] [retro vibe]

Magdalena Bay – You Lose! (Mercurial World LP) Try this!
[muzyka taneczna] [electro pop]

Charlotte Adigéry & Bolis Pupul – Thank You (7”) Try this!
[funk] [dowcipnie]

MEROL – vol (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka dyskotekowa]

Sylvie Kreusch – Walk Walk (7”) Try this!
[electro pop] [kobieco]

The Regrettes – Monday (7”) Try this!
[indie pop/rock] [z charakterem]

Millie Turner – Luv Luv Luv (7”) Try this!
[electro pop] [chwytliwie]

Yumi Zouma – Give It Hell (7”) Try this!
[indie pop] [letnie brzmienie]

Emma Ruth Rundle – Return (Engine of Hell LP) Try this!
[muzyka akustyczna] [intymne brzmienie]

Caribou – You Can Do It (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Wet – Clementine (7”) Try this!
[indie pop] [melancholijnie]

Hand Habits – Graves (Fun House LP) Try this!
[muzyka akustyczna] [melancholijnie]

Kacy Hill – Seasons Bloom (7”) Try this!
[electro pop] [subtelnie]

Still Corners – Heavy Days (7”) Try this!
[electro pop] [sympatycznie]

Wafia feat. Ta-ku & Masego – Wide Open (7”) Try this!
[downtempo] [leniwie]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Żeby nie było śladów

zebyniebylo

 

ŻEBY NIE BYŁO ŚLADÓW
polska premiera: 24.09.2021
reż. Jan P. Matuszyński

moja ocena: 6.5/10

 

Książkowy reportaż Cezarego Łazarewicza to wspaniała robota i przerażająca lektura. Z niespotykaną wręcz precyzją oddająca zgniliznę późnego okresu PRL, a jednocześnie budująca ten obraz niebywałego zaangażowania reżimu w tuszowanie sprawy tyleż bestialskiego, ile bezsensownego zabójstwa maturzysty z Warszawy. Tekst źródłowy stanowi największy kapitał filmu Jana P. Matuszyńskiego, ale to też zarazem jego największe przekleństwo. Autorka scenariusza, Kaja Krawczyk-Wnuk, postanowiła skupić się na tej samej idei, co Łazarewicz – ukazać ogromne wysiłki aparatu władzy, by ukryć prawdę o śmierci Grzegorza Przemyka i brutalnie przeforsować wygodną dla rządzących wersję wydarzeń z majowego dnia 1983 r. To, co doskonale sprawdziło się w książce, niekoniecznie dobrze działa w przypadku narracji filmowej. Za dużo tu szczegółów, bohaterów, perspektyw. Inna sprawa, że nie sposób pojąć w pełni “Żeby nie było śladów” nie znając kontekstu i historii – tej, która się wydarzyła przed śmiercią Przemyka (stan wojenny, narodziny Solidarności), jak i później (zabójstwo Popiełuszki, przełom 1989 r.). Grzegorz Przemyk (Mateusz Górski) w filmie twórcy “Ostatniej Rodziny” to bohater stricte pretekstowy. Pojawia się na chwilę tylko po to, by zostać skatowanym na milicyjnym posterunku i umrzeć kilkadziesiąt godzin później w wyniku doznanych obrażeń. Chłopak od początku staje się symbolem ponurej epoki. Takim, jakim go postrzegamy dzisiaj, a niekoniecznie jakim był wtedy. Gdy snuł plany na przyszłość i zawadiacko włączał się w opozycyjną aktywności środowiska swojej matki. Barbara Sadowska (Sandra Korzeniak) wraz z Jurkiem Popielem (Tomasz Ziętek) spróbują zawalczyć o to, by winni śmierci chłopaka zapłacili za swoje czyny. Gdy na pogrzebie zjawia się setki tysięcy osób, a mszy przewodniczy ksiądz Popiełuszko (Adam Bobik), sprawa staje się polityczną i trafia do tych, którzy rządzą ówczesną Polską. Ich cel jest jasny – za wszelką cenę zalegalizować swoją wersję zdarzeń. Prawda nie ma w tym starciu żadnych szans.

Uczynienie Jurka Popiela głównym bohaterem “Żeby nie było śladów” to sprytny pomysł. Pozwala on na większą fabularyzację wydarzeń i wprowadzenie do filmu wątków jeszcze dobitniej pokazujących ofensywę aparatu represji. Służby utrudniają życie matce Przemyka i tym, którzy ją wspierają w roli oskarżyciela posiłkowego w nadchodzącym procesie, uderzają w rodzinę Popiela, właściwie ją rozbijając, w końcu łamią jednego z sanitariuszy, by ten wziął na siebie winę, oczyszczając w ten sposób z zarzutów milicjantów. W pewnym momencie ofiarą partyjnych gierek staje się nawet prokurator generalny, do tej pory polityczny koniunkturalista, który teraz nie ma zamiaru działać po myśli otoczenia Kiszczaka. Szeroka i wielowątkowa perspektywa czasem ustępuje miejsca tej bardziej osobistej. Pogrążona w żałobie i bezsilności wobec państwowego barbarzyństwa Barbara Sadowska w interpretacji Sandry Korzeniak to jednak postać wyjęta jakby z zupełnie innej opowieści. Bardziej intymnej i kameralnej, skupionej na człowieku i jego indywidualnym bólu. Gdyby to cierpiąca matka stała się główną postacią w filmie, nie miałby raczej szans ziścić się scenariusz monumentalnej, freskowej narracji, w jaką poszedł Matuszyński.

Wydaje mi się, że największym problemem “Żeby nie było śladów” jest to, iż spojrzenie jego twórców determinuje współczesny osąd realiów Polski czasów schyłkowego PRL-u. Dla nas bowiem Przemyk razem z Popiełuszką są wielkimi i dramatycznymi symbolami tamtej, mrocznej epoki. Niezłomna postawa środowiska skupionego wokół Sadowskiej, w tym ewidentnie napisanej na potrzeby filmu postaci Jurka Popiela, uosabia opozycyjny etos lat 80. Z drugiej strony, partyjni dygnitarze mają tak karykaturalne rysy, że naprawdę nie wydają się ludźmi z krwi i kości. Operacyjna działalność agentów w terenie to nic innego jak kolejne “Życie na podsłuchu”. Z ekranu pada też wiele górnolotnych i niestety teatralnie brzmiących słów o prawdzie, która kiedyś zwycięży, ofierze, która nie pójdzie na marne i walce, której nie można odpuścić pomimo jej ceny. A w filmie są ciekawsze wątki o również uniwersalnym przesłaniu. Z relacji Jurka z ojcem (Jacek Braciak), niegdyś oficerem Wojska Polskiego, który z troski o syna i realnej oceny systemu postanawia pomóc przez donoszenie do SB, płynie smutna refleksja o tym, jak brutalnie potrafi rozmijać się rzeczywistość dzieci i ich rodziców.

W historii o zabójstwie Grzegorza Przemyka najważniejsi i zarazem najciekawsi są przecież ludzie. Wielu z nich w tych okolicznościach złamano życiorysy, zrabowano życiową energię, odebrano wszelką nadzieję. Zrobiono to dla kariery, fatalnie pojętej lojalności, jednostkowej pychy, ślepej wiary w system będący na granicy rozkładu. Akurat dobrze, że większość z tego wybrzmiewa z filmu Matuszyńskiego. To też najbardziej jaskrawe połączenie przeszłości z polską teraźniejszością naszych czasów. Znów jedynie zabrakło mi w filmie tej puenty nie o tym, że winnych komunistycznych zbrodni nigdy nie osądzono, ale że działo się to raptem kilka lat przed upadkiem tego okropnego systemu. Mając tę oś czasu w pamięci, śmierć Przemyka czy Popiełuszki jawi się jako jeszcze większe okrucieństwo i koszmarny bezsens.

 

W kinie: Najmro. Kocha, kradnie, szanuj

najmro

 

NAJMRO. KOCHA, KRADNIE, SZANUJE
polska premiera: 17.09.2021
reż. Mateusz Rakowicz

moja ocena: 5.5/10

 

W Polsce mamy szczególny stosunek do okresu przełomu lat 80. i 90. W masowych wspomnieniach zapomnieliśmy, jak ponury i szary to był czas. Hiperinflacja, smutnie puste sklepy, wieczny niepokój i towarzyszące mu zmęczenie przepychankami władzy z protestującym ludem pracującym. Zepsucie systemu jak wirus wyniszczające społeczną tkankę. Przez potężne, ciemne chmury naprawdę rzadko przebijały się wątłe promyki słońca, zwiastujące nadchodzące zmiany, których beneficjentami jako kraj i społeczeństwo mieliśmy zostać dopiero wiele lat później. A mimo to współcześnie w odbiorze czasów ustrojowej transformacji pozostajemy niepoprawnymi romantykami, co z premedytacją wykorzystuje Mateusz Rakowicz w najbardziej przebojowym filmie sezonu. Zdzisław Najmrodzki w przygnębiającej rzeczywistości lat 80. był nie tylko bohaterem popularnego programu “997”, ale także idolem mas, wywodzącym się z ludu bon vivantem, nieustannie grającym na nosie znienawidzonym w PRL organom ścigania. W wersji Rakowicza tytułowy Najmro (Dawid Ogrodnik) celebrował życie, wchodząc do Pewexów pod osłoną nocy i wynosząc z nich najcenniejszy towar. Nie potrzebował maski i broni, wystarczyły plakaty “Klątwy Doliny Węży”, zasłaniające dziury w ścianie. Bawił się w najmodniejszych lokalach – w cekinach, brokacie i doskonale przyciętym wąsie beztrosko tańczył w rytm największych przebojów epoki. Rozbijał się po kraju w soczyście czerwonym polonezie i rzucał doskonałymi dowcipami w każdej okoliczności, nie ważne, czy jego odbiorcami byli strażnicy więzienia, z którego miał właśnie uciec, co uczył prawie 30 razy czy przypadkowo poznana kinooperatorka Tereska (Marta Wągrocka), mająca okazać się wielką miłością sympatycznego złodzieja. Prawda o Najmrodzkim była zgoła odmienna, ale kto by się tym przejmował. Jest prawda czasu, jest prawda ekranu.

Debiutujący w pełnym metrażu Rakowicz z nostalgii czyni swój największy oręż. Nie interesuje go ani storytelling, ani biograficzne czy realistyczne aspekty opowiadanej historii. “Najmro” nie jest przecież typowym heist movie, a tym bardziej pierwszą z brzegu kryminalną komedią made in Poland. To filmowy festiwal z fajerwerkami celebrujący styl i formę, do czego mit Najmrodzkiego nadał się znakomicie. Polonez inscenizacyjnej fantazji ma wciśnięty do końca pedał gazu. Czego tu nie ma! Slow motion atakuje co kilka minut, ekran dzieli się, by w kadr wrzucić jeszcze więcej wizualnych bodźców, kamera wyłapuje najbardziej nieoczywiste ujęcia, a w pokoju montażowym na pewno dla kurażu popijano szampana. Jakby tego było mało, za każdym razem, gdy Najmro pojawia się na ekranie możemy spodziewać się zgrywy, żartu, zawadiackiego mrugnięcia okiem, które wywołają salwy niepohamowanego śmiechu. Tylko ja w sumie na “Najmro” nie bawiłam się tak jak wszyscy. Ten humor, którym przesiąknięty w nadmiarze jest film, nie jest moim. To humor moich rodziców, których niezmiennie od dekad najlepiej rozweselają stare polskie komedie, a wobec czasów słusznie minionych czasem wykazują się czułym, acz odrobinkę niezdrowym sentymentem.

Gdy w pierwszych minutach filmu słyszymy “Nic nie może wiecznie trwać” Anny Jantar, nie mamy prawa zapamiętać tego momentu, “Najmro” naszpikowane bowiem zostało takimi komiksowo-teledyskowymi fragmentami. Także reżyser nie potrafi tak uwypuklić tego momentu, byśmy w finale historii Najmrodzkiego potrafili wrócić do słów jednego z największych, polskich przebojów. Historia tego faceta z jednej strony stała się pretekstem dla bombastycznego kina rozrywkowego, z drugiej – dla refleksji o przemijaniu epok i bohaterów, lecz Rakowicz tej baśni o pociesznym złodzieju w polonezie nie potrafił efektownie spuentować. Bo życia Najmrodzkiego po wyjściu z więzienia w latach 90. nie dało się już podkoloryzować żadnym filtrem, wariackim montażem czy efektownym slow motion. Dramaturgicznie to już zupełnie inna opowieść, wymagająca zdecydowanie czegoś więcej niż zgrabnego dowcipu i chwytliwej piosenki. W gąszczu tego efekciarstwa zabrakło mi właśnie takiej błyskotliwej puenty, dzięki której “Najmro” byłby naj na zupełnie innym niż tylko rozrykowy poziomie. Z bezrefleksyjnego budowania pomników mitom nic dobrego jeszcze nie wyszło.

 

VOD: Pig

pig

 

PIG
polska premiera: sierpień 2021
reż. Michael Sarnoski

moja ocena: 6.5/10

 

Punkt wyjścia dla dramatu egzystencjalnego Michaela Sarnoskiego wydaje się absurdalny. Oto żyjący na dzikim odludziu truflarz w wyniku brutalnej napaści zostaje pozbawiony swojej świni, która w leśnym runie wynajdowała cenny produkt i była jedynym towarzyszem mężczyzny. Zwierzę zostało uprowadzone, a właściciel zrobi wszystko, by je odzyskać. Ponieważ aktualnie kariera aktorska Nicolasa Cage’a rozwidla się w najbardziej groteskowych kierunkach, więc teraz w “Pig” można by było się spodziewać krwawego kina zemsty i szarżującego aktora w toku śledztwa brutalnie rozprawiającego się ze swoimi przeciwnikami. W finale jednoczącego się czule ze swoim chrumkającym zwierzakiem. Nic takiego jednak nie ma tu miejsca, co w sumie stanowi duże zaskoczenie. Zemsta smakuje tu najlepiej podana na ciepło i z czułością. Jeśli ktoś nie pamięta, niegdyś Cage był całkiem niezłym aktorem dramatycznym, po którego charyzmę i zawodowy dystans sięgnęło kino rozrykowe. I to zarówno efektowne sensacyjniaki, jak i produkcje o B-klasowym rodowodzie. Aktor niespecjalnie selekcjonował scenariuszowe oferty, więc popkultura po prostu mocno go wyeksploatowała i zdemonetyzowała jego niegdysiejszą markę. Paradoksalnie “Pig” stanowi dziwaczny pomost między dawną renomą Cage’a a jego dzisiejszym statusem postaci tyleż kultowej, ile karykaturalnej. Dzieło Sarnoskiego uwypukla solidny dramatyczny warsztat Amerykanina, który niesie niemały ciężar gatunkowy tej historii na swoich barkach, lecz tę fabułę – sięgającą po estetykę noir i klasyczne (także w filmowym kontekście) tropy, opowiadaną w poważnym, minorowym tonie – trudno traktować zawsze z dostojnością. To wina decyzji o obsadzeniu tego konkretnego aktora, ale z drugiej strony, gdyby nie on, nikt nie zainteresowałby się tym całkiem ciekawym projektem.

Bohater Cage’a pokazuje swoją fizycznością, że nic nie boli tak jak życie, a każde wypowiedziane przez niego słowo buduje wokół Robina aurę mędrca łączącego cechy Jezusa i Mistrza Yody. A tak naprawdę to taki facet po przejściach, który porzucił wszystko i zaszył się się w chacie w głębi lasu, by w samotności przeżywać żałobę, mierzyć się ze stratą i godzić sam ze sobą. Z egzystencjalnego zawieszenia brutalnie wyrywa go gwałtowny atak i porwanie ukochanego zwierzęcia. Chcąc je odzyskać, mężczyzna wraca do Portland. Z tym miastem łączy go przeszłość, a ten powrót to taka niemalże po Schraderowemu mroczna eskapada do gastronomicznego podziemia. Białe obrusy i wykwintne dania na powierzchni jedynie zakrywają zepsucie i moralną degrengoladę branży, od której Robin nagle się odciął, mimo że jego legenda w tym świecie pozostała wiecznie żywa.

W tę narrację o sekretnym życiu branży gastronomicznej Sarnoski (świadomie lub nie) wpisał również krytykę współczesnego kapitalizmu, inspirując się ikonicznym “Fight Clubem” Finchera. W jego wizji – za sprawą głównego protagonisty – dominuje jednak humanizm i empatia zarówno wobec ludzi zagubionych w pogoni za sukcesem, jak i tych, którzy jak Robin, wyskoczyli z tego rozpędzonego pociągu. Każdego w końcu ścigają jego własne demony i zjadają wewnętrzne rozterki.

 

Miesiąc w muzyce: wakacje 2021 (piosenki)

PIOSENKI WAKACJI

number1
omarap

Omar Apollo – Go Away
7”, 2021
Try this!

 

number2
magdalenabay

Magdalena Bay – Chaeri
Mercurial World LP, 2021
Try this!

 

number3
turnstil

Turnstile feat. Blood Orange – Alien Love Call
Glow On LP, 2021
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

James Blake – Say What You Will (Friends That Break Your Heart LP) Try this!
[elektronika] [melancholijnie]

TOPS – Party Again (7”) Try this!
[indie pop] [retro vibe]

Kedr Livanskiy – Stars Light Up (Посмотри на небо) (Liminal Soul LP) Try this!
[humanistyczna elektronika] [nowe brzmienia]

Rycerzyki – Duch (Zniknij na zawsze LP) Try this!
[indie pop] [summer vibes]

Tommy Trash & Kiesza – Tectonic (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [atmosferyczna elektronika]

Courtney Barnett – Before You Gotta Go (Things Take Time, Take Time LP) Try this!
[folk] [melancholijne gitary]

Madi Diaz – Resentment (History Of A Feeling LP) Try this!
[muzyka intymna] [sad song]

Melentini – ΣΕΜΠΑΣΤΙΑΝ (7”) Try this!
[smutne disco] [retro electro]

Yves Tumor – Crushed Velvet (The Asymptotical World EP) Try this!
[muzyka gitarowa] [elektronika]

Ofelia – Zakochana w bicie (Miranda) (Osiem LP) Try this!
[muzyka taneczna] [polski pop]

Girl Ray – Give Me Your Love (7”) Try this!
[indie pop] [letnie brzmienie]

Hand Habits – Aquamarine (Fun House LP) Try this!
[indie pop/rock] [elektronika]

Lorde – Stoned at the Nail Salon (Solar Power LP) Try this!
[skromny folk] [lirycznie]

BlackStarKids – Juno (Puppies Forever LP) Try this!
[młoda muzyka] [street pop]

Morly – Wasted (7”) Try this!
[muzyka intymna] [kobiecy pop]

Joya Mooi – My Favourite (7”) Try this!
[muzyka miejska] [summer vibes]

Unknown Mortal Orchestra – That Life (7”) Try this!
[indie pop] [retro]

Dahlia Sleeps – Divided (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [elektronika]

CHVRCHES – Good Girls (Good Girls LP) Try this!
[electro pop] [muzyka syntezatorowa]

***
posłuchaj na YT