W kinie: Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce (NH)

takemesom

 

ZABIERZ MNIE W JAKIEŚ MIŁE MIEJSCE
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Ena Sendijarević

moja ocena: 7/10

 

Urodzona w Bośni, ale od wielu żyjąca w Holandii Ena Sendijarević pochyla się nad chyba bardzo bliskim sobie tematem poczucia przynależności – do miejsca i ludzi – oraz trudną relacją z własnymi korzeniami. Podobnie jak reżyserka dwie ojczyzny posiada jej bohaterka Alma (Sara Luna Zorić). Na Bałkanach się urodziła, tam pozostał jej ojciec, którego młoda kobieta jedzie odwiedzić, ale wychowała się w Holandii, z którą też raczej – poza paszportem – niewiele ją łączy. Po przyjeździe do Bośni po latach spotyka kuzyna Emira, który nie okazuje szczególnego zainteresowania przyjazdem krewnej. W przeciwieństwie do jego kumpla Denisa – ten bowiem szybko wdaje się z Almą w namiętny flirt. Dziewczyna nie traci jednak z oczu celu, jakim jest wizyta u chorego ojca. Musi się jedynie dostać do prowincjonalnego szpitala, w którym ten się znajduje. “Zabierz mnie w jakieś miłe miejsce” ładnie komponuje się w znany z amerykańskiego kina niezależnego koncept inicjacyjnego kina drogi, ale wychodzi ono poza proste klisze. Sendijarević imponuje niezwykłą dbałością o kolorystykę zamkniętych w proporcjach 4:3, kreskówkowych kadrach, które choć pozornie monotonne nigdy nie są statyczne i pozbawione życia. Perypetie Almy mają słodko-gorzki posmak. Z jednej strony, nie obcy jest im podszyty groteską, sarkastyczny, ale szalenie lekki humor, z drugiej – przeszywająca melancholia zagubionej w Europie migrantki, szukającej swojego miejsca na ziemi. Z tej perspektywy Bośnia, jaką oglądamy w filmie, ze swoim sztucznych śniegiem, przystojnymi, charakternymi chłopcami, kiczowatymi dancingami ma niewiele wspólnego z polityczną rzeczywistością tego kraju. To raczej śniony na jawie sen o dawnej, utraconej ojczyźnie, z którą – być może na zawsze – utraciło się już kontakt.

Film Sendijarević to także błyskotliwie feministyczne kino. Z umiejscowioną na pierwszym planie niby nie do końca obecną duchem bohaterką, której zakupiona specjalnie na ten wyjazd błękitna sukienka ma czasem więcej wyrazistości niż jej stoicki wyraz twarzy, ale obdarzoną niesamowitą mocą sprawczą. Zadziorą, uwodzicielką, autsajderką, melancholiczką, uciekinierką – postacią żywcem wyjętą z INACZEJ NIŻ W RAJU Jarmuscha i paru innych indie klasów, która poradzi sobie z każdą sytuacją “w trasie”. Tylko czy odnajdzie w jej trakcie to, czego szuka, to już zupełnie inna kwestia.

 

W kinie: Przynęta (NH)

baitnh

 

PRZYNĘTA
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Mark Jenkin

moja ocena: 5.5/10

 

Zamknięta w czarno-białych, ziarnistych retro kliszach nostalgiczna opowieść o bezwzględnej nowoczesności, która wdziera się do małej, nadmorskiej miejscowości w Kornwalii. Uosabiają ją zaludniający okolicę “turyści” – mieszczuchy kupujące lub wynajmujące domy letniskowe na spokojnym wybrzeżu i porządkujące okolicę wedle wielkomiejskich zasad, które często nie współgrają z rytmem życia społeczności zamieszkującej ją od pokoleń. Kutry rybackie zamieniają się w turystyczne statki, oferujące tanią rozrywkę przyjezdnym. Uzależnienie od nich sprawia, że niegdyś tętniąca życiem przez cały rok wioska zamiera poza sezonem. O tradycję i stare wartości upomina się Martin (Edward Rowe) – rybak bez łajby, ale za to rozgniewany walczak z krwi i kości, który chce się przeciwstawić gentryfikacji i temu, co uważa za sprzeniewierzenie się lokalnemu, rybackiemu etosowi. Uniwersalna wymowa PRZYNĘTY nie zawsze dogania kunsztowną formę filmu, która też sama w sobie zbyt zapędza się w swojej vintage stylizacji, przez co film wydaje się sztuczny i nadmiernie przeestetyzowany. Bo czego w nim nie ma – przedwojenny impresjonizm, brytyjski realizm filmowców-buntowników z lat 60., pastisz Guya Maddina, klasyczna, surowa dokumentalistyka. Pod naporem tych wszystkich klisz można poczuć się w trakcie seansu dzieła Marka Jenkina autentycznie zmęczonym. Na pewno wyspiarskie kino społeczne potrzebuje świeżej krwi, a nie tylko Kena Loacha, zaś Kornwalijczyk ma i tę wrażliwość do tego typu kina, i nieprzeciętny zmysł estetyczny. Byleby aż tak tego drugiego nie nadużywał.

 

W kinie: X&Y (NH)

xy

 

X&Y
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Anna Odell

moja ocena: 7/10

 

Anna Odell poprzez seksualność próbuje wejrzeć wgłąb siebie i pomaga uczynić to samo swojemu partnerowi w projekcie, nordyckiemu gwiazdorowi Mikaelowi Persbrandtowi. Jest tyleż prowokacyjna, ile pretensjonalna, ale tylko ona tak potrafi aranżować kino z pogranicza performance’u i art house’u, by oglądało się to wszystko w napięciu niczym w rasowym thrillerze. Autorka głośnego “Zjazdu Absolwentów” i Mikael Persbrandt rozmawiają w sterylnej sali przesłuchań, by ustalić warunki współpracy. Czy to spotkanie robocze, czy początek spektaklu – pozostaje w sferze domysłów i spekulacji. Zresztą wszystko, co w “X&Y” wydarzy się na ekranie, podszyte jest wątpliwościami, balansuje na cienkiej granicy między dokumentalistyką i artystyczną kreacją lub – używając bardziej bezpośrednich stwierdzeń – między prawdą i kłamstwem. Szybko okazuje się, że pokój, w którym siedzą Odell i nordycki gwiazdor kina, to część większej przestrzeni. Starannie zaaranżowanego magazynu, gdzie rozegrać się ma osobliwy eksperyment, w którym Szwedka pochyli się nad kwestiami tożsamościowymi, kobiecością i męskością, rywalizacją płci i różnymi aspektami ludzkiej osobowości. Odell i Persbrandt wspierają inne gwiazdy nordyckiego kina, z Trine Dyrholm na czele, które grają w “X&Y” różne wersje głównych bohaterów tego widowiska.

Filmowy projekt Odell wymyka się prostym klasyfikacjom. Ma iście kinowy rozmach, precyzyjnie rozpisane role na wielu aktorów, doskonałą scenografię, żywiołowy montaż, ale u jego podstaw legły naukowe przecież inspiracje, a tempo “akcji” wyznaczają zasady niemalże akademickiego badania. Poważny, analityczny kontekst projektu szybko jednak staje się mniej istotny, gdy dynamika konfrontacji kobiecości Odell i męskości Persbrandta mimowolnie przeobraża w przebojową wersję obecnego w sztuce filmowej od zarania kina klasycznego motywu wojny płci i wynikającego z niego splotu zdarzeń o genialnym, humorystycznym potencjale. Totalna ściema stojąca za naukowym eksperymentem może zostać Szwedce wybaczona, bo wybornie bawi ów teatr komedii, który przykrywa pretensjonalność jej wyjściowego pomysłu. Nie trzeba było bowiem sięgać po tak górnolotne hasła z obszaru psychologii, by dojść do wniosków, że człowieka tworzą różne jego wewnętrzne byty, uaktywniające się w różnych, życiowych sytuacjach, zaś mężczyźni i kobiety pomimo fizycznych różnic, potrafią odgrywać wiele ról, w tym takich niekoniecznie (i niesłusznie) w kulturze przypisanych tylko do jednej płci. Komediowa wersja Anny Odell przekuła spektakularnie nadęty balon naukowości przedsięwzięcia i uczyniła z “X&Y” atrakcyjne, dowcipne widowisko.

 

W kinie: In Fabric (NH)

infabric

 

IN FABRIC
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Peter Strickland

moja ocena: 7/10

 

W horrorach różne rzeczy zabijały bohaterów – zabawki, samochody, a nawet pomidory! Kwestią czasu było, gdy to odzież otrzyma mordercze właściwości. Nikt nie robi takich filmów jak Peter Strickland. Stanowią one ucztę dla zmysłów, podnoszą do rangi sztuki B-klasowe klisze i redefiniują klasyczne ramy gatunku. Ta klasyka, po którą sięga Brytyjczyk, to oczywiście w pierwszej kolejności giallo i Dario Argento, których jednakowoż nigdy nie traktuje on jak materiału z – nomen omen – wyprzedaży. “In Fabric” to vintage’owy horror kostiumowy, nie per se, bo epoka, do jakiej się cofamy to raptem lata 80. Sercem filmu jest osobliwy dom handlowy z wiecznie przecenioną odzieżą. W telewizji śmiga powodująca zawrót głowy, psychodeliczna reklama tego przybytku, a rolę ekspedientek pełnią w nim kobiety o charyzmie żywych manekinów. Ubrane w wiktoriańskie kreacje i recytujące do klientek dziwaczne formułki – miks XIX-wiecznej poezji i reklamowych haseł z lat 90. To tutaj trafia Sheila (Marianne Jean-Baptiste) – rozwódka w kwiecie wieku, która właśnie szykuje się na pierwszą po odejściu męża randkę w ciemno. Jej uwagę przykuwa efektowna, czerwona sukienka. Gdy już ją nabędzie, szybko odkryje, że nie jest to zwyczajny fatałaszek oraz że bardzo trudno będzie się tej przeklętej kreacji pozbyć. W “In Fabric” spotykają się okultystyczne wątki “Suspirii” i gatunkowa satyra na konsumpcjonizm w stylu George’a A. Romero. Łączą się one w efektowny, barokowy spektakl z piękną stroną wizualną, żywą kolorystyką, fascynującą ścieżką dźwiękową, nienaganym aktorstwem. Fantasmagoryczny nastrój filmu fajowo rozsadza wybornie groteskowy humor. Makabreska i kicz jeszcze nigdy nie były tak atrakcyjnie ubrane jak u Stricklanda.

 

W kinie: Ang Hupa (NH)

anghupa

 

ANG HUPA
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Lav Diaz

moja ocena: 5.5/10

 

Mroczna, dystopijna wizja świata niedalekiej przyszłości posłużyła filipińskiemu mistrzowi najdłuższych form filmowych, Lavowi Diazowi, do drobiazgowego przeglądu różnorodnych postaw i zachowań charakterystycznych dla totalitarnych reżimów rządzonych za pomocą terroru i strachu. Ferdinand Marcos nie żyje od ponad 40 lat, ale jego duch dalej nawiedza Filipiny. W rozgrywającym się w latach 30. tego wieku “Ang Hupa” otrzymuje imię i twarz Nirvano Navarro (Joel Lamangan) – bezwzględnego dyktatora, który kreuje się na sługę ludu, ale w rzeczywistości jest otoczonym szczelnym kordonem ochronnym szaleńcem dzierżącym jednoosobowo ster władzy, który krwawo rozprawia się z politycznymi przeciwnikami. Z lubością ich torturuje, a w końcu zabija, poćwiartowanymi kawałkami ludzkich ciał karmiąc swoje aligatory. Diaz przygląda się Navarro z niechęcią i politowaniem, pochylając się wielokrotnie nad jego słabą psychiką, egoizmem, obłąkaniem. Lidera państwa w ryzach trzymają jego najbliższe współpracowniczki organizujące aparat represji, dbając o jego kondycję i samopoczucie oraz wypełniając wszystkie rozkazy. To one osobiście wykonują za wodza wyroki śmierci i ścigają nielicznych opozycjonistów. Jednym z nich jest Hook (Piolo Pascual), ukrywający się pod osłoną nocy w opuszczonych, miejskich przestrzeniach, wspierany przez garstkę oddanych sprawie pobratymców szykuje się na tę jedyną szansę, gdy będzie mógł przeprowadzić udany zamach na dyktatora. Opór tej grupy wydaje się smutny i daremny. Jest ona zbyt mało liczna, nie działa z wielkim impetem, łatwo traci kolejne ogniwa w straciu z władzą. Obraz tej filipińskiej beznadziei z przyszłości dopełnia historia Hammy (Shaina Magdayao) – niegdyś nauczycielki, teraz ekskluzywnej prostytutki o nazwie Model 37, borykającej się z problemami z pamięcią. Na historyczną amnezję cierpi jednak cały naród – tę wielokrotnie powtarzaną w swoim kinie refleksję Diaz personifikuje tym razem pod postacią psycholożki dr Jean Hadoro (Pinky Amador), która leczy Hammy i doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że niepamięć to zdecydowanie poważniejsza i powszechniajsza choroba niż dziesiątkujące ludność epidemie groźnych wirusów.

Filipiny w tym filmie pogrążone są w mroku – dosłownie, bo w wyniku wulkanicznej erupcji słońce przestało świecić nad tą częścią Azji. Często pada deszcz, ale nie ma on oczyszczających właściwości. W “Ang Hupa” – dziele dość krótkim, jak na standardy Diaza (ok. 4,5h) – jak w soczewce odbijają się wielkość i mankamenty jego kina. Nie ma drugiego twórcy tak oddanego sprawom swojej ojczyzny, pochylającego się nad jej problemami w szerokiej, epickiej perspektywie. Potrafiącym opowiadać o nich powoli, wnikliwie i szczegółowo, a jednocześnie sugestywnie i przejmująco. Lav Diaz odrzucając dorodziejstwa nawet najprostszych filmowych narzędzi, pozbawia swojego filmu podstawowej jakości. W “Ang Hupa” karykaturalnie wypada stylizacja na kino sci-fi, uosabiane przez kontrolujące dowody tożsamości drony i wspomnienie o sex cyborgach. Często nie ma też poważniejszego uzasadnienia dla rozwlekania wątków poszczególnych bohaterów, które można tłumaczyć tylko i wyłączenie alergią filipińskiego reżysera na sztukę montażu, a przecież przykłady “Kobiety, która odeszła” (Złoty Lew w Wenecji) czy “Z tego, co było, po tym, co było” (Złoty Lampart w Locarno) udowadniają, że długa forma może być najwłaściwszą, jeśli towarzyszą jej doniosłe i przemawiające uniwersalnym językiem treści.

 

Miesiąc w muzyce: czerwiec 2019 (piosenki)

PIOSENKI CZERWCA

number1
dorianel

Dorian Electra – Flamboyant
7”, 2019
Try this!

 

number2
Lost Under Heaven

Lost Under Heaven – Teen Violence
7”, 2019
Try this!

 

number3
jaysom

Jay Som – Superbike
Anak Ko LP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Litku Klemetti – Sinä tiedät sen (7”) Try this!
[fiński pop] [chwytliwe]

Orion – Time For Crime (7”) Try this!
[electro pop] [smutne disco]

Bat For Lashes – Kids In The Dark (Lost Girls) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Caroline Polachek – Door (7”) Try this!
[electro pop] [kobiece brzmienie]

The Bird and The Bee – Ain’t Talking ‘Bout Love (7”) Try this!
[pop] [muzyka szlachetna]

Lower Dens – Young Republicans (The Competition LP) Try this!
[electro pop] [przebojowo]

Jai Paul – Do You Love Her Now (7”) Try this!
[r’n’b] [bedroom pop]

Sufjan Stevens – With My Whole Heart (7”) Try this!
[indie pop] [love song]

King Princess – Cheap Queen (7”) Try this!
[muzyka miejska] [electro pop]

Burial – Claustro (7”) Try this!
[dubstep] [nowe brzmienia]

Enchanted Hunters – Plan Działania (Dwunasty dom LP) Try this!
[electro pop] [muzyka klawiszowa]

Sui Zhen – Perfect Place (Losing, Linda LP) Try this!
[modern pop] [łagodne brzmienie]

Ofelia K – Different (7”) Try this!
[dream pop] [atmosferyczne brzmienie]

BEA1991 – Did You Feel Me Slip Away? (Brand New Adult LP) Try this!
[electro pop] [kobiece brzmienie]

Lil Halima – Who Do U Love (For The Bright Days EP) Try this!
[młodzieńcze r’n’b] [letni vibe]

Generationals – Breaking Your Silence (Reader As Detective LP) Try this!
[indie pop] [nostalgicznie]

Shura – Religion (Forevher LP) Try this!
[miejskie brzmienie] [electro pop]

Octavian feat. Theophilus London – Feel It (7”) Try this!
[pop] [urban sound]

Thomston – Lightweigh (7”) Try this!
[pop] [bombastycznie]

Banks feat. Francis & The Lights – Look What You’re Doing To Me (7”) Try this!
[bedroom pop] [aksamitne brzmienie]

Negative Gemini – Different Color Hair (7”) Try this!
[dream pop] [muzyka oniryczna]

Σtella – The Race (7”) Try this!
[pop] [muzyka elektroniczna]

Hot Chip – Melody of Love (A Bath Full of Ecstasy LP) Try this!
[electro pop] [muzyka parkietowa]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Greta

greta

 

GRETA
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Neil Jordan

moja ocena: 3.5/10

 

Isabelle Huppert, Chloë Grace Moretz i Neil Jordan za kamerą, a jednak wszystko, co mogło w przypadku tego filmu pójść nie tak, poszło nie tak. “Greta” aspiruje do miana thrillera o Hitchcockowej proweniencji, ale jest raczej niestrawną, B-klasą pulpą, pozbawioną nawet elementu komicznego, który wypełniłby dziurę po tandetnych kliszach i braku jakiegokolwiek napięcia. Huppert wciela się tu w rolę emigrantki z Węgier, która opracowała “torebkowy” system angażowania w swoje samotne życie młodych dziewczyn, którym mogłaby matkować. Ma to oczywiście swoje konsekwencje, zwłaszcza wtedy gdy afekt i zaangażowanie w relację są różne po obu stronach. Z sympatycznej, starszawej pani kobieta szybko zmienia się w psychopatyczną stalkerkę. Zauważyłam, że Huppert gdy gra w kiepskich filmach (nie tylko GRETA, bo ostatnio były jeszcze “Eva” Jacquota i “Frankie” Sachsa), sprytnie buduje swoje bohaterki na mocno ironicznej nucie. Ratuje w ten sposób swoją rolę, ale już nie cały film. W przypadku produkcji Jordana aktorstwo Francuzki wygląda bowiem, jak przygotowane do innej fabuły – lżejszej i bardziej rozrywkowej, a “Greta” to przecież doskonale nijaki thriller. Okrutnie nudny w swojej powadze i podążaniu za schematem, który nie potrafi nawet fajnie mrugnąć okiem do widza, by stworzyć wrażenie, że w tej sztywności narracyjnej jest jakaś zgrywa.

 

W kinie: Nuestro Tiempo

naszczas

 

NUESTRO TIEMPO
19. MFF Nowe Horyzonty
reż. Carlos Reygadas

moja ocena: 7/10

 

Wyjątkowo gorzki wydźwięk ma tytuł nowego filmu Carlosa Reygadasa. Jego bohaterowie bowiem wiodą ładne, komfortowe życie, ale ów wspólny czas najczęściej spędzają jednak osobno. Juan (w tej roli sam reżyser) oddaje się pracy na farmie, opiece nad ukochanymi bykami, porzucając obowiązki cenionego i nagradzanego poety. Jego żona, Ester (Natalia López – prywatnie żona Reygadasa), chętniej opuszcza wiejską idyllę, uczestniczy w kulturalnych wydarzeniach, spotyka się z ludźmi, a nader wszystko testuje granice swojego małżeństwa. Otwarty związek, w jakim zdecydowali się funkcjonować Juan i Ester, bardziej pasuje kobiecie niż jej mężowi. Jemu coraz mocniej doskwiera śmiałość żony w realizowaniu własnych pragnień i fantazji, do czego potrzebuje ona także innych mężczyzn. Meksykański mistrz z niezwykłą dbałością o psychologiczną głębię małżeńskiego dramatu buduje intymne uniwersum rodzinne, które niemalże niezauważalnie, ale niebezpiecznie drży w posadach. Ten charakterystyczny dla Reygadasa neomodernistyczny realizm rozgrywany w sielskich okolicznościach skąpanej w delikatnym słońcu i porannej mgle meksykańskiej prerii nadaje historii epickich walorów, ale “Nasz Czas” pozostaje kameralnym kinem odważnych niuansów i sentymentalnych, autorskich detali. Zaczyna się i kończy pięknymi, symbolicznymi klamrami. Pierwsza, w której uczestniczą również grające w filmie dzieci państwa Reygadasów, celebruje młodzieńczą witalność i niewinność, zderzając je za chwilę z ambiwalentnym światem dorosłych. Końcowa zaś konfrontuje spokój i majestat przyrody z gwałtownym huraganem, który przeszedł przez związek pary bohaterów. W ramy rodzinnego dramatu Reygadas zmieścił także refleksję o kobietach uwikłanych w maczystowskie rytuały i potyczki. Jakkolwiek to nie okazuje się najciekawszym wątkiem filmu poświęconego głównie skomplikowanej anatomii małżeńskiego szkieletu, który przez takie wrzutki bywa też za długi, ale nie burzy organicznej, spójnej narracji “Naszego Czasu”. Gdyby za kamerą stał ktoś inny niż Carlos Reygadas, ta fabuła zapewne nie wyróżniałaby się niczym szczególnym, ale w ujęciu meksykańskiego reżysera staje się ona kinem szalenie wartościowym i autentycznie przenikliwym.

 

W kinie: Midsommar

midsommar

 

MIDSOMMAR
polska premiera: 5.07.2019
reż. Ari Aster

moja ocena: 6.5/10

 

Jeśli celem Ariego Astera było bezpardonowe obśmianie horroru jako filmowego gatunku, wykonał tę robotę po mistrzowsku. Oczywiście, że piszę to pół żartem, pół serio, bo nie tyle co wysiłki młodego reżysera, doceniam jego wielkie ambicje, które – jak wiadomo – mogą artystycznie napędzać każdego twórcę, a jednocześnie stanowić potężny balast. I trochę w tym właśnie tkwi problem “Midsommar” – dzieła arcy ambitnego, rzucającego wyzwanie tyleż gatunkowym kliszom, ile przyzwyczajonemu do nich widzowi. Garściami czerpiącego z dorobku światowego kina, a przy tym do swoich inspiracji podchodzącego buńczucznie i błyskotliwie. Spójrzmy choćby na wprowadzającą do fabuły wiwisekcję relacji głównych bohaterów, Dani (Florence Pugh) i Christiana (Jack Reynor). Ukazaną w niepozornych rozmowach telefonicznych, słowach innych – przede wszystkim kumpli chłopaka – oraz niebywałego bagażu emocjonalnego, który nosi dziewczyna, też niedługo zaraz koszmarnej tragedii, jakiej doświadczy. To, jak Aster pokazał przeszywającą samotność w związku, bolesną asymetrię uczuć, sytuuje go gdzieś w okolicach “Scen z życia małżeńskiego” Bergmana, który dodatkowo tę genialną przenikliwość szwedzkiego dzieła przetłumaczył na język współczesnych milenialsów. Krajobraz po dramatycznych wydarzeniach z życia Dani rozładował kapitalną w swym komediowym tonie sceną, gdy dobrze zapowiadający się bromance z euro tripem jako motywem przewodnim, niweczy dołączenie do ekipy przeżywającej żałobę dziewczyny.

Ten właściwy horror rozpoczyna się wraz z wylądowaniem bohaterów na szwedzkiej prowincji. Wyjątkowo jasnej, pogodnej i pastelowej. To przekorny i odważny pomysł, by folkowe kino grozy rozgrywać w pełnym słońcu, ale to także ostatnia rzecz, jaką w “Midsommar” można się zachwycić. Klimatu temu filmowi odmówić nie można, ale trudno mu się poddać, gdy Aster nieustannie i tak spazmatycznie mruga do widza okiem, równocześnie próbując zachować groteskową wręcz powagę w schematycznych (albo po prostu bezsensownych, jak cały wątek “naukowej” rywalizacji Christiana i jego kolegi) zachowaniach swoich bohaterów i tego, co na łonie zamkniętej, skandynawskiej wspólnoty ich spotyka. Każdy zwrot akcji okazuje się boleśnie przewidywalny, a obiecywana dekonstrukcja gatunku pachnie niezłą hochsztaplerką. Na takim przechrzczonym paliwie “Midsommar” dojeżdża do swojego finału – intensywnego, barwnego, ale też przesadnie histerycznego. Zdecydowanie za łatwo przeobrażającego się w antropologiczne break up movie. To niesamowite, że ktoś tak zdolny, tak diabelsko świadomy atrakcyjności rustykalnych scenerii, detali, rytuałów nie potrafił zadbać o odpowiedni balans śmieszkowania i powściągliwości. W tym pierwszym przypadku przegina w stronę humoru na poziomie “Scary Movie”, w drugim – zbyt ufa efektom budowanym wyrazistą ścieżką dźwiękową czy afektywną stroną wizualną, które w końcu stają się dość męczące.

Pomimo wielu rys i nomen omen jaskrawych niedociągnięć, stawiam wyżej “Midsommar” niż “Hereditary”, które po prostu było jeszcze bardziej niedoskonałe. Nowy film Astera jest bogatszy w znaczenia, przesiąknięty fajowymi inspiracjami, odważniejszy formalnie. Wykonuje bardziej widowiskowy niż poprzednik skok na miano arcydzieła. Nawet jeśli ponosi w tym tak spektakularną porażkę.

 

Filmowe Okno na Świat s04e03

houseofhumm

 

BEOL-SAE
reż. Bora Kim
Korea Płd.
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

W swoim niezwykłym debiucie Kim Bora zawstydza całe to ambitniejsze kino coming-of-age zza Oceanu, którym się ostatnio zachwycaliśmy (“Lady Bird”, “Eight Grade”). Dużo bliższa jest jej bowiem liryczna przenikliwość azjatyckich mistrzów pokroju Hou Hsiao Hsiena czy Edwarda Yanga. Wzbogacona o własną, kobiecą wrażliwość i osobiste doświadczenie. Koreanka wraca do Seulu lat 90., w którym się wychowała i przygląda się zwyczajnemu życiu 14-letniej Eun-hee (Park Ji-hu). To, co uderza od pierwszych scen filmu to brak jakiejkolwiek nostalgii, która często mydli oczy zwłaszcza gdy autor konfrontuje się z własnymi wspomnieniami. Ton narracji przez cały czas pozostaje szlachetnie wyciszony (nawet ważny punkt zwrotny dla fabuły jak zawalenie się mostu Seongsu tego nie zmienia), zaś kameralna obserwacja życia nastolatki toczy się w zgodzie z zasadami filmowego realizmu. Nie bywa jednak brutalna, lecz raczej subtelna, mimo że najważniejsze wydarzenia z życia Eun-hee mają wyjątkowo dramatyczne oblicze. Dziewczyna boleśnie odkrywa, w jak niedoskonałej rodzinie funkcjonuje, notorycznie zawodząc się na bliskich. Pokładając zaufanie w rówieśnikach, pozornie będących w podobnym położeniu, także doznaje głównie rozczarowań. Ciężko na takich fundamentach stabilnie i w spokoju odkrywać własną tożsamość. Skojarzenia z “Siedzącym Słoniem”? Tylkjo pozornie, bo pomimo osamotnienia, zagubienia i niezrozumienia bohaterki, jej losy na tej wyboistej drodze zmierzają ku pewnej jasnej konkluzji. Pewnie, że towarzyszyć jej będą przez grubo ponad 2 godziny łzy, rozdarcie, głębokie poruszenie z powodu tego, co spotyka Eun-hee. Wytchnienie nie będzie oczywiste, fanfar nie usłyszymy, ale w równie ascetycznych subtelnościach kryje się ta prawda, o tym, co to jeśli nas nie zabije, to wzmocni, że po każdej burzy wschodzi słońce, a życie to ciągła nauka na własnych, nawet najtrudniejszych doświadczeniach.

 

thebeastinju

 

THE BEAST IN THE JUNGLE
reż. Clara van Gool
Holandia
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 7/10

 

Adaptacje klasycznych powieści bywają często nudną, filmową konfekcją, ale to zupełnie nie dotyczy Clary van Gool i jej imponującej interpretacji powieści Henry’ego Jamesa. “The Beast in the Jungle” w wersji holenderskiej reżyserki to postmodernistyczny melodramat, trzymający się dość mocno swoich literackich korzeni. Opowiada więc o niemożliwym uczuciu, jakie połączyło beznadziejnego fatalistę Johna (Dane Hurst) i poczciwą May (Sarah Reynolds). By pokazać, jak uniwersalna historia ukrywa się w prozie z początku poprzedniego wieku, van Gool nie ogranicza się do jednej epoki, ale pozwala się spotykać (i mijać) bohaterom w różnych okolicznościach czasoprzestrzennych, czyniąc je jak najbardziej naturalnymi dla dynamiki ich relacji. By zadać kłam stereotypowi, że w kwestii melodramatu w kinie powiedziano już wszystko, Holenderka z uczuciem dekonstruuje jego schemat, tworząc sensualny, uduchowiony spektakl, ucztę dla zmysłów. “The Beast in the Jungle” to film, który mówi językiem tańca. Choreografię swojego związku odtwarzają John i May, rzadko jednak tańcząc jako para, a mimo to ta forma bliskości stanie się ich najintymniejszą. Nie ważne, czy tańczyć będą w pięknym wiktoriańskim ogrodzie, czy sterylnym drapaczu chmur we współczesnym Londynie zawsze pozostają jednocześnie tak blisko i daleko od siebie. Rytmika narracji “The Beast in the Jungle” kojarzy mi się z “Ghost Story” – relacja bohaterów z płynącym czasem czyni z nich swego rodzaju duchy. W poetyckim traktowaniu krajobrazu i wnętrz dostrzegam u van Gool coś z oniryczności Sokurowa. “The Beast in the Jungle” to tyleż żałobna rapsodia nad utraconymi szansami, ile filozoficzna refleksja o ulotności czasu, pamięci, miłości. Totalnie urzekająca w formie, zgrana z nią swą poetycką treścią.

 

andthenwedance

 

AND THEN WE DANCED
reż. Levan Akin
Gruzja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Można by powiedzieć – skąd my to znamy. W konserwatywnym społeczeństwie, takim jak we współczesnej Gruzji (lecz przecież nie tylko), gdzie kilka lat temu z wyjątkową wrogością zareagowano na pierwszą w tym kraju Paradę Równości, lepiej pozostawać w ukryciu, gdy nie reprezentuje się upodobań heteroseksualnej większości. Tym bardziej jeśli tak jak Merab (Levan Gelbakhiani), żyje się marzeniem o karierze w tradycyjnym zespole tanecznym o wielowiekowej i bardzo zasadniczej tradycji. Tutaj nawet niemęski ruch bioder może skutkować wyrzuceniem z grupy, a co dopiero zdemaskowanie zakazanego uczucia do kolegi z parkietu i jednocześnie swojego najpoważniejszego rywala w konkurowaniu o główną partię taneczną. Pełna chemii relacja Meraba i Irakliego (Bachi Valishvili) ma w sobie coś rozbrajająco naiwnego, jest w słodki sposób pretensjonalna, beznadziejnie romantyczna. Ma swój niepodrabialny urok, nawet jeśli towarzyszą jej takie oczywistości, jak najbliższe otoczenie rzucające wiecznie chłopakom pod nogi dość banalne dla tego typu fabuły kłody oraz nieustannie wysyłające sygnały, że ich miłość to ta z gatunku nie mających się prawa się ziścić. Bardziej jednak niż społeczne przesłanie – na pewno ważne dla takiej Gruzji (i paru innych krajów) – ujęła mnie w “And Then We Danced” autentyczna energia młodej ekipy filmu, dzięki której jego bohaterowie są zdecydowanie czymś więcej niż tylko nosicielami konkretnych postaw, kontekstów, dylematów. Tej szczerości, przebojowości i animuszu brakowało wielokrotnie choćby polskim twórcom, bo skromna, gruzińska produkcja właśnie dzięki temu zostawia daleko w tyle np. takie apatyczne i smutne “Płynące Wieżowce”.