Miesiąc w muzyce: październik 2022 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
kelela22

Kelela – Happy Ending
Raven LP, 2022
Try this!

 

number2
billynom

Billy Nomates – Balance is Gone
Cacti LP, 2022
Try this!

 

number3
liraz

Liraz – Roya
Roya LP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Sharon Van Etten – Never Gonna Change (We’ve Been Going About This All Wrong LP) Try this!
[indie pop/rock] [nostalgicznie]

Röyksopp – Me&Youphoria (Profound Mysteries III LP) Try this!
[electro pop] [atmosferyczne brzmienia]

Ruth Radelet – Sometimes (The Other Side EP) Try this!
[smutne disco] [midnight music]

Fever Ray – What They Call Us (7”) Try this!
[electro pop] [psychodelicznie]

Alvvays – After The Earthquake (Blue Rev LP) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka gitarowa]

Caroline Polachek – Sunset (7”) Try this!
[pop] [summer music]

Metronomy x Jessica Winter – I Lost my Mind (Small World LP) Try this!
[eletro pop] [muzyka taneczna]

Hyd – Breaking Ground (Clearing LP) Try this!
[electro pop] [inna muzyka klawiszowa]

Sunny War – No Reason (Anarchist Gospel LP) Try this!
[indie pop] [modern gospel]

Baby Rose – Go (7”) Try this!
[r’n’b] [leniwa niedziela]

Mura Masa & Erika de Casier – e-motions (Demon Time LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [future pop]

Sophie B. Hawkins – Love Yourself (7”) Try this!
[optymistyczny pop] [muzyka kobieca]

Palmy – Zgubiłem buty (7”) Try this!
[indie pop] [retro vibes]

Cyesm feat. Ineige – Made For Me (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [synth music]

Bicep feat. Clara La San – Water (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [elektronika]

Breanna Barbara – Weaning (Nothin’ But Time LP) Try this!
[noise pop] [charakternie]

Freja The Dragon feat. Peter Bjorn and John – Closer (7”) Try this!
[indie pop/rock] [melodyjnie]

Nia Archives – Baianá (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [muzyka miejska]

The Umlauts – Another Fact (7”) Try this!
[post punk] [slow techno]

Nakhane feat. Perfume Genius – Do You Well (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [disco]

***
posłuchaj na YT

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2022 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
luci

Luci – Gnarly
7”, 2022
Try this!

 

number2
ruthr222

Ruth Radelet – Stranger
7”, 2022
Try this!

 

number3
bigjoanie

Big Joanie – In My Arms
Back Home LP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Dolores Forever – Funeral (7”) Try this!
[indie pop/rock] [charakternie]

Glüme – Dangerous Blue (After Dark 4 LP) Try this!
[electro pop] [80s vibes]

Nosaj Thing feat. Julianna Barwick – Blue Hour (7”) Try this!
[muzyka intymna] [magicznie]

The Mars Volta – Vigil (The Mars Volta LP) Try this!
[indie rock] [soul]

Jockstrap – Greatest Hits (I Love You Jennifer B LP) Try this!
[indie disco] [retro pop]

Our Shame feat. Linion – Modern Problem (7”) Try this!
[bedroom pop] [midnight music]

WITCH – Waile (7”) Try this!
[world music] [afrykańska nostalgia]

MorMor – Chasing Ghosts (Semblance LP) Try this!
[electro pop] [muzyka miejska]

TSHA feat. Clementine Douglas – Dancing In The Shadows (Capricorn Sun LP) Try this!
[klubowe klimaty] [muzyka miejska]

Fire-Toolz – Soda Lake With Game Genie (I will not use the body’s eyes today LP) Try this!
[muzyczny kolaż] [na bogato]

TDJ – Make Me Feel Dead (7”) Try this!
[atmosferyczne brzmienia] [midnight music]

Faustyna Maciejczuk – Wiatr (7”) Try this!
[modern pop] [muzyka elektroniczna]

Rob & Jack Lahana feat. Gordon Tracks & Giorgio Poi – Haute saison (7”) Try this!
[electro pop] [leniwa niedziela]

Bodysync – Overdrive (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [modern funk]

J4 – Medicine (7”) Try this!
[indie pop] [optymistycznie]

The Orielles – The Room (Tableau LP) Try this!
[80s vibes] [sophisti pop]

Mazey Haze – The Weight of the Weekend (7”) Try this!
[indie pop] [retro brzmienie]

Hannah Jadagu – Say It Now (7”) Try this!
[indie pop/rock] [zawadiacko]

Duchy – Usiądź z nami (7”) Try this!
[indie pop] [midnight music]

Men I Trust – Billie Toppy (7”) Try this!
[indie pop] [retro brzmienie]

Alice Boman – Where To Put The Pain (The Space Between LP) Try this!
[muzyka nastrojowa] [intymnie]

Błażej Król & Michał Kush – Miałem już nie tańczyć (7”) Try this!
[indie pop] [łagodnie]

Quadeca – Born Yesterday (I Didn’t Mean to Haunt You LP) Try this!
[psychodeliczny pop] [atmosferyczne brzmienia]

Carly Rae Jepsen – Talking To Yourself (The Loneliest Time LP) Try this!
[pop] [przebojowo]

***
posłuchaj na YT

Miesiąc w muzyce: wakacje 2022 (piosenki)

PIOSENKI LATA

number1
bigmoon

The Big Moon – Wide Eyes
Here is Everything LP, 2022
Try this!

 

number2
kornelk

Kornél Kovács & Aluna – Follow You
7”, 2022
Try this!

 

number3
raye

Raye – Black Mascara
My 21st Century Blues LP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Yeah Yeah Yeahs – Burning (Cool It Down LP) Try this!
[indie pop/rock] [charakternie]

Sofie Royer – Baker Miller Pink (7”) Try this!
[retro pop] [midnight music]

Miya Folick – Nothing To See (Harlequin LP) Try this!
[indie pop/rock] [charakternie]

Gwenno – N.Y.C.A.W. (Tresor LP) Try this!
[indie pop/rock] [abstrakcyjnie]

Maggie Rogers – Horses (Surrender LP) Try this!
[pop/rock] [lato z gitarą]

Carla dal Forno – Come Around (7”) Try this!
[retro pop] [midnight music]

The Killers – boy (7”) Try this!
[80s vibe] [electro pop]

Alvvays – Pharmacist (Blue Rev LP) Try this!
[shoegaze] [gitarowy pop]

Egipcjanie – Siedźmy / Jedźmy (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka gitarowa]

Hot Chip – Eleanor (Freakout/Release LP) Try this!
[electro pop] [pozytywne brzmienia]

Sorry – Let The Lights On (Anywhere But Here LP) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka gitarowa]

Katy J Pearson – Howl (Sound Of The Morning LP) Try this!
[indie pop/rock] [abstrakcyjnie]

Mykki Blanco feat. Kelsey Lu – French Lessons (Stay Close To Music LP) Try this!
[pop] [atmosferyczne brzmienie]

Joya Mooi – Roselle (7”) Try this!
[kobiece brzmienia] [letnia muzyka]

Steve Lacy feat. Fousheé – Sunshine (Gemini Rights LP) Try this!
[soul] [letnia muzyka]

Skullcrusher – Whatever Fits Together (Quiet the Room LP) Try this!
[midnight music] [muzyka nastrojowa]

Lava La Rue – Motel (Hi-Fidelity EP) Try this!
[midnight music] [modern soul]

Stella Donnelly – How Was Your Day? (Flood LP) Try this!
[indie pop] [letnia muzyka]

Aoife O’Donovan – B61 (Age of Apathy LP) Try this!
[singer/songwriter] [klasycznie]

Röyksopp feat. Astrid S. – Let’s Get It Right (Flood LP) Try this!
[electro pop] [letnia muzyka]

The National feat. Bon Iver – Weird Goodbyes (7”) Try this!
[indie pop] [nostalgicznie]

U.S. Girls – So Typically Now (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [modern funk]

Jessie Ware – Free Yourself (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [klubowe brzmienia]

***
posłuchaj na YT

Miesiąc w muzyce: czerwiec 2022 (piosenki)

PIOSENKI CZERWCA

number1
maggierog

Maggie Rogers – Want Want
Surrender LP, 2022
Try this!

 

number2
ijordan

I. JORDAN – Always Been
7”, 2022
Try this!

 

number3
zolajesus2

Zola Jesus – The Fall
Arkhon LP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Christine and the Queens – Je te vois enfin (Redcar les adorables étoiles LP) Try this!
[synth pop] [80s vibes]

Morabeza Tobacco – Temperature (Shadow of the Cherry LP) Try this!
[indie pop] [80s vibes]

Yeah Yeah Yeahs feat. Perfume Genius – Spitting Off the Edge of the World (Cool It Down LP) Try this!
[indie pop/rock] [melancholijnie]

Alela Diane – Paloma (7”) Try this!
[folk pop] [kameralnie]

Muna – What I Want (Muna LP) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

Soccer Mommy – Bones (Sometimes, Forever LP) Try this!
[indie pop/rock] [90s vibes]

Kadhja Bonet – JGS (7”) Try this!
[modern soul] [nowe brzmienia]

FKA twigs – killer (7”) Try this!
[bedroom r’n’b] [midnight music]

Dance Yourself Clean – I Feel Too Much (7”) Try this!
[indie pop] [lekko]

Meditations On Crime, Harper Simon, Lizzi Bougatsos & Brian Degraw – Crime Seed (7”) Try this!
[post-punk] [orchestral synth-pop]

Lava La Rue feat. Biig Piig – Hi-Fidelity (7”) Try this!
[soul] [midnight music]

Oliver Sim – Hideous (Hideous Bastard LP) Try this!
[electro pop] [melancholijnie]

Totally Enormous Extinct Dinosaurs – Forever (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [przestrzenne brzmienie]

Claud – Go Home! (7”) Try this!
[indie pop] [uroczo]

Whitney – Real Love (Spark LP) Try this!
[soul] [muzyka pościelowa]

Daithi feat. Ailbhe Reddy – Sunset (7”) Try this!
[atmosferyczny pop] [muzyka letnia]

Jessie Buckley & Bernard Butler – Footnotes On The Map (For All Our Days That Tear The Heart LP) Try this!
[pop] [szlachetnie]

Drugdealer – Madison (7”) Try this!
[indie pop] [Elvis Costello vibes]

Desire – Days & Nights (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [synth pop]

First Aid Kit – Angel (7”) Try this!
[indie pop] [americana]

Liss – Nobody Really Cares (I Guess Nothing Will Be The Same LP) Try this!
[scandinavian pop] [2000s vibes]

***
posłuchaj na YT

Miesiąc w muzyce: maj 2022 (piosenki)

PIOSENKI MAJA

number1
rinas22

Rina Sawayama – This Hell
Hold The Girl LP, 2022
Try this!

 

number2
juliajack

Julia Jacklin – Lydia Wears A Cross
7”, 2022
Try this!

 

number3
kendricklamar

Kendrick Lamar feat. Beth Gibbons – Mother I Sober
Mr. Morale & The Big Steppers LP, 2022
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Terror Jr x AOBeats – Be Some Body (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

MisterWives – Easy (7”) Try this!
[pop] [chwytliwie]

Ravyn Lenae – Xtasy (7”) Try this!
[r’n’b] [midnight music]

Sofie Royer – Schweden Espresso (7”) Try this!
[kobiecy pop] [retro vibes]

Tove Lo – No One Dies From Love (7”) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

TOPS – Janet Planet (Empty Seats EP) Try this!
[indie pop] [aksamitnie]

Miya Folick – Oh God (7”) Try this!
[pop] [subtelnie]

Aurora – The Woman I Am (The Gods We Can Touch LP) Try this!
[pop] [atmosferyczne brzmienie]

Braxe + Falcon – Elevation (7”) Try this!
[muzyka parkietowa] [letnie brzmienia]

Gwenno – Tresor (7”) Try this!
[indie pop] [melancholijnie]

Muna – Home By Now (Muna LP) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

Eliza – Heat of the Moon (7”) Try this!
[r’n’b] [muzyka pościelowa]

Ethel Cain – Hard Times (7”) Try this!
[pop folk] [nastrojowo]

Desire – Black Latex (7”) Try this!
[electro pop] [smutne disco]

Lykke Li – 5D (7”) Try this!
[electro pop] [nostalgicznie]

Lil Silva – Another Sketch (7”) Try this!
[soul] [muzyka miejska]

Empress Of – Dance For You (7”) Try this!
[pop] [muzyka taneczna]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Zbrodnie Przyszłości (Cannes)

crimesofthefuture

 

ZBRODNIE PRZYSZŁOŚCI
Festival de Cannes 2022
reż. David Cronenberg

moja ocena: 6/10

 

Gdy w 1996 roku na canneńskich salonach odbywała się premiera “Crash” Cronenberga, ostentacyjnym gestom nie było końca. Z jednej strony gwizdy publiki, z drugiej – specjalnie stworzona potrzebą chwili nagroda od festiwalowego jury dla filmu, obok którego – jakkolwiek banalnie to brzmi – nie można było przejść obojętnie. Ówczesna teraźniejszość z “Crash” nie obeszła się zbyt lekko, bo dziełu skądinąd znakomitemu, wizjonerskiemu i zajebiście inteligentnemu zbyt mocno wtedy ciążyła ta atmosfera skandalu. Dziś to niekwestionowana klasyka, nie tylko w obrębie kina spod znaku Cronenberga. Na osobliwych produkcjach Kanadyjczyka wychowały się pokolenia, w tym to najmłodsze i filmowo bardzo ciekawe, jak jego syn Brandon i niespodziewana triumfatorka z Cannes sprzed roku, Julie Docournau. 79-letni reżyser ma swoich godnych epigonów, a mimo to, po 7-letniej przerwie, zdecydował się znów stanąć po drugiej stronie kamery, zapowiadając, że ciągle ma niezałatwione sprawy z przyszłością. Ale to do przeszłości powrócił jego nowy film.

“Zbrodnie przyszłości” odbijają bowiem blask nie tylko konkretnych tytułów z bogatej filmografii Cronenberga, stanowiąc całkiem interesujący sylabus, dla tych, co swoją przygodę z kinem kanadyjskiego twórcy dopiero będą rozpoczynać. To też elegancka prezentacja jego ulubionych leit motivów, obsesji i fiksacji, w których można się zakochać albo je odrzucić. Paradoksalnie, coraz mniej w Cronenbergu kontrowersji. Od premiery “Muchy”, “Videodromu”, a nawet “Crash” minęły przecież dekady. Dojrzeli nie tylko naśladowcy klasyka, ale i okrzepły jeszcze bardziej ekstremalne, filmowe zjawiska. Czy oświetlone ciepłą sepią, a jednak pozostające w mroku erotyczne spektakle, w których artysta pozbywa się nowych organów, produkowanych przez własne ciało, futurystyczną maszynerią sterowaną z poziomu trzewi przez swoją partnerkę mogą jeszcze dziwić/ oburzać/ bulwersować? Nie podzielam orgazmicznych zachwytów tłumu widzów tego chirurgicznego performace’u.

Dużo bardziej frapująca niż główny wątek artystycznego duetu Saula Tensera (Viggo Mortensen) i Caprice (Lea Seydoux), którzy w rzeczywistości postępujących i jeszcze nieodgadnionych mutacji ludzkiego ciała odnaleźli przestrzeń dla postmodernistycznej sztuki, jest ta refleksja nad akceptacją cudów ewolucji i różnymi ścieżkami adaptacji tego osobliwego postępu. Najgłośniej wybrzmiewająca w pobocznych historiach. Z jednej strony działalność posępnego Biura Rejestracji Organów, szukającego biurokratycznych ram, dzięki którym może da się okiełznać i kontrolować nieuchronne i gwałtowne zmiany. Z drugiej – funkcjonujący gdzieś w szarej strefie apologeci nowego porządku, którzy ewolucję chcieliby przyspieszyć, a z jej efektów (czyli nowych organów) pozwolić czerpać każdemu, traktując to, co się dzieje jak dopust boży. A co z tymi, którzy obserwując, jak własne dziecko pałaszuje plastik, widzą zhańbienie naturalnego porządku, nieludzką istotę i nie chcą z nią egzystować pod jednym dachem? Zbrodnie w tym świecie przyszłości wiele mają motywów, za to jeden wspólny mianownik – transformujące się w tajemniczych kierunkach ciało.

Medytacyjny thriller Cronenberga z niemałym pietyzmem, czasem smoliście czarnym humorem, czasem nabożną powagą, tworzy fantazję o świecie jutra. Wypełnionym osobliwą, organiczną maszynerią przypominającą szkielet Obcego z Nostromo, jeszcze bardziej nurtującymi sloganami (surgery is the new sex dodajemy do ulubionych) i nowymi ludźmi z ewoluującymi wnętrznościami. Aż tak oniryczny, czy też złośliwiej – ospały – rytm narracji potrafi rozmyć doniosłość batalii natury z syntetykiem, która zdaje się być esencją tego futurystycznego dramatu. Ja w nim widzę także aluzje do dzisiejszej rzeczywistości, zagrożonej ekstremizmami, kryzysami, a nawet niebezpieczeństwami największego kalibru jak katastrofa klimatyczna. “Zbrodnie Przyszłości” choć turpistyczne i mroczne, a z ekranu bada nawet stwierdzenie, że ewolucja człowieka idzie w złym kierunku, potrafią nie uderzać w fatalistyczne nuty, a wręcz dziwacznie dawać nadzieję i odrobinę ekscytacji wobec tego, co też przyniesie nam jutro. Jakkolwiek niespokojna byłaby teraźniejszość, jakkolwiek dramatyczne nie byłyby prognozy na przyszłość.

 

W kinie: Triangle of Sadness (Cannes)

cannes2022

 

TRIANGLE OF SADNESS
Festival de Cannes 2022
reż. Ruben Östlund

moja ocena: 7/10

 

Nagrodzonemu Złotą Palmą kilka lat temu “The Square” naprawdę wiele można było zarzucić. Ruben Östlund obnażył prawdę o dzisiejszym świecie sztuki pełnym zakochanych w sobie pozerów? Raczej wyważał otwarte drzwi. W swoim nowym filmie znów strzela w tak łatwe do trafienia cele. Farsa o tym, że bogaci ludzie są najgorsi, a ich świat to festiwal patologii i niesprawiedliwości? Nowe, nie znałam. Ów tytułowy triangle of sadness na mojej skroni marszczy się od głębokich westchnień bardziej powodowanych rozczarowaniem niż zachwytami. Ale wiecie, jest też kontekst. Siedząc na canneńskim pokazie prasowym, w sali tylko nieco mniej prestiżowej niż ta obok, gdzie równocześnie trwał galowy seans filmu poprzedzony przaśnym ceremoniałem na słynnym czerwonym dywanie, oglądanie “Triangle of Sadness” sprawiało lekko perwersyjną przyjemność. Zmuszało do myślenia o tych damach i dżentelmenach w wieczorowych kreacjach od modnych projektantów, nocą bawiących się na przyjęciach, w dzień relaksujących się na drogich jachtach zacumowanych w pobliskim porcie, którzy uczestniczą w pokazie, gdzie zmuszeni są śmiać się z samych siebie, w swoim własnym towarzystwie, bo oglądają film o sobie. Nieprzebierającą w środkach satyryczną fabułę, w której kulminacyjnym momencie okrutnie uprzywilejowani beneficjenci (post)kapitalizmu – dosłownie – zostają wrzuceni w radośnie niekontrolowany wodospad fekaliów własnej produkcji. Mnie śmieszy.

“Triangle of Sadness” to jednak nie tylko (niestety?) rozkoszny, anarchistyczny karnawał skutków epidemii choroby morskiej. Doprowadził do niego ciąg wielu zdarzeń. I aż trudno uwierzyć, że punktem wyjścia był modowy casting, w którym H&M stał się symbolem mody inkluzywnej, a Balenciaga – poniżającego elitaryzmu. W gronie młodych, przystojnych mężczyzn znalazł się Carl (Harris Dickinson). Trochę influencer, trochę gość szukający szczęścia w modelingu, ale ta druga ścieżka kariery w jego przypadku ewidentnie stanęła w miejscu. W przeciwieństwie do jego partnerki Yayi (Charlbi Dean), doskonale radzącej sobie zarówno na wybiegu, jak i w mediach społecznościowych. Zresztą ich związek to jeden z wielu deali, na jakie godzą się internetowi celebryci. Są ładni, młodzi i dobrze wychodzą razem na zdjęciach – czego chcieć więcej? Carl dostrzega, że w tej relacji brakuje dialogu i symetrii, miłość i uczucie zastąpiła pragmatyczna budowa marki osobistej. Dlatego Östlund tę dwójkę, a raczej ich kłótnie, traktuje jako pretekst do odhaczenia całej gamy społecznych tematów, które uwielbiają tzw. lewicujące media. W konstrukcji “afery” wokół uregulowania rachunku w restauracji wychodzi ta cała niesamowita zręczność szwedzkiego filmowca w przebojowej inscenizacji wszelakich fars, grotesk, absurdów, które mają zarówno perfekcyjną temperaturę wrzenia, jak i ten zaczepny humor, którego ostatnim tak wybitnym apologetą był bodaj Marco Ferreri. Östlund też to umie, nawet jeśli bohaterów na własne życzenie ma papierowych.

Carl i Yaya, dzięki sponsorom, trafiają na rejs ekskluzywnym jachtem, gdzie będą obracać się w gronie nonszalanckich bogaczy – rosyjskich oligarchów, ich żon i kochanek, miliarderów z Doliny Krzemowej, emerytowanych handlarzy bronią. Żadne z tych indywiduuów nie posiada konkretnych właściwości, ale ten grupowy portret korumpującego bogactwa, dewastującej próżności i perfidnego cynizmu u Östlunda wypada po prostu spektakularnie. Gdy jedna z pasażerek wymusza na załodze relaks w basenie, krzycząc, że wszyscy jesteśmy równi, nie tylko zakłóca porządek pracy tych, którzy stoją za dobrym samopoczuciem gości, ale przede wszystkim pozostawia bez opieki surowe owoce morza – główne składniki wystawnej, wieczornej kolacji. Jej finał już znacie. Koncert wymiotów i biegunki umila zawadiacki głos kapitana tonącego w ekstrementach statku (Woody Harrelson) – pijanego marksisty, który przez intercom czyta Noama Chomsky’ego, a następnie nomen omen zanurza się w dyskusji o socjalizmie i kapitalizmie, gdzie tego drugiego broni nawozowy (gówniany, haha) magnat ze Wschodu. Koniec świata jest bliski.

W ostatniej części “Triangle of Sadness” Östlund przewraca w końcu klasową piramidę do góry nogami. Pomysł na scenariuszowy twist jest to z gatunku tych wybitnie banalnych, ale też cóż może być fajniejszego od brutalnego upadku elit i upodlenia atrakcyjnych jeszcze przed chwilą Instagrammerów? Sorry, ale mimo wszystko w tym miejscu jestem na nie. Bo ten finał obnaża wszystkie słabości prowokacji reżysera, który tutaj jak nigdy wcześniej staje się bardziej twórcą kapitalnych gagów, wyluzowanym żartownisiem i niezłym zgrywusem, aniżeli bezwzględnym demistyfikatorem społecznych ułomności. “The Square” miało przynajmniej to głębsze, humanistyczne przesłanie, “Triangle of Sadness” pozostawia nas natomiast z poczuciem pustki i odrobinę też smutku. A gdzieś tam na czerwonym dywanie uśmiechom zapewne nie było końca, bo trafiła im się w Cannes tak bombastyczna komedia, a mógł przecież ponury dramat z Europy Środkowo-Wschodniej. Ale miło było tak przez chwilę pofantazjować o klasie uprzywilejowanej tonącej we własnych fekaliach.

 

W kinie: Eo (Cannes)

eo

 

EO
Festival de Cannes 2022
reż. Jerzy Skolimowski

moja ocena: 6/10

 

Swoją obecność w tegorocznym, canneńskim konkursie 84-letni Jerzy Skolimowski zawdzięcza tylko i wyłącznie najwyraźniej ciągle żywym wspomnieniom dawnych sukcesów na tym festiwalu. Z Lazurowego Wybrzeża jego filmy w przeszłości wyjeżdżały bowiem z ważnymi nagrodami. Co z tego, że ostatni raz miało to miejsce w latach 70. i 80. Jest jeszcze inna, nader korzystna koincydencja, która mogła zaważyć o tym, że nestora europejskiego kina znów zaproszono do Cannes. Jego współczesny i brawurowy w środkach wyrazu film jawnie koresponduje z kultowym “Na los szczęścia, Baltazarze” – nagradzanego w Wenecji w 1966 roku dzieła jednego z najważniejszych twórców w historii kina, Roberta Bressona. Wydawać by się mogło, że Francuz w swoim lirycznym i poruszającym dziele wyczerpał możliwości symboliki oślej tułaczki, w której zwierze staje się świadectwem ludzkiej ułomności, ale oto na scenę wchodzi Skolimowski. Wchodzi zupełnie niespodziewanie. “EO” to nie tylko zaledwie czwarte dzieło polskiego reżysera zrealizowane w XXI wieku, ale film zupełnie nie korespondujący z jego dotychczasową twórczością. Zresztą Skolimowski przeszedł już tyle stylistycznych wolt, triumfował po zaskakujących sukcesach i podnosił się po spektakularnych porażkach, że filmowe eksperymenty w jego wieku i z jego biografią wypada traktować raczej jako naturalną kolej rzeczy.

W dzisiejszych czasach filmy o zwierzętach mówią mniej o nich samych, a więcej o ludziach, którzy z nimi obcują. Świadkiem człowieczego okrucieństwa w czarno-białej fabule Bressona został niepozorny osiołek, który teraz wskoczył w hiperboliczną fantazję Skolimowskiego. Znów czarne oczęta zwyczajnego zwierzęcia patrzą na ludzki świat przepełniony niegodziwościami, agresją i zniewoleniem. W bezdusznych realiach cyrku osiołek niby odnalazł jedną dobrą duszę. Dziewczynę (Sandra Drzymalska), która potrafiła traktować zwierzę z czułością, okazywała troskę, traktowała jak najbliższego towarzysza, od której – w dobrej wierze – rozłączyli go aktywiści. Rozpoczynając w ten sposób wędrówkę bohatera przez polskie wsie, miasteczka i lasy oraz dalej w głąb zachodniej Europy.

Narracyjnie film Skolimowskiego jest dziełem skromnym, ledwie rzucającym w pustą przestrzeń publicystycznie nośne tematy. Osiołek dotyka wiele problemów współczesnej Polski i Starego Kontynentu. Brzmi poważnie. Od ślepoty dzisiejszego aktywizmu, pozerstwo władzy, obnażania kibolskiej mentalności społecznych podziałów po spuściznę Holokaustu, ekologię, nierówności społeczne i kryzys migracyjny. A “EO” nie trwa nawet 90 minut. Dlatego też do wszystkiego, o czym doskonale wiemy, że wymaga szerszych dyskusji, analiz, refleksji, musimy się już odnosić bez filmowego kontekstu naszkicowanego przez Skolimowskiego.

Sam reżyser dopowiada, że stworzył to dzieło, by uwrażliwić i uczyć empatii wobec zwierząt. Osobiście uważam, że więcej dla tej sprawy aniżeli barokowe w metaforach kino robi wyciszona i pozbawiona komentarza dokumentalistyka pokroju “Gundy” czy “Cow” – również coraz mocniej obecna w festiwalowym i kinowym obiegu. Niemniej nad formalnymi walorami filmu Skolimowskiego nie można przejść obojętnie. Nie ważne, czy patrzymy na fantazyjne, skąpane w czerwonym świetle, surrealistyczne fabularne przerywniki, monumentalne obrazy polskiej przyrody czy śnioną na jawię wizję otulonego baśniowym mrokiem złowrogiego lasu i jego mieszkańców. To zaskakująco zgrabnie komponuje się w jedną, choć patchworkową całość – na poziomie formalno-estetycznym. Na każdym innym to trochę jak ten krótki występ Isabelle Huppert, która pojawia się, nie zostaje wciągnięta w losy osiołka, zajmuje się sobą i wychodzi. Z jednej strony rozczarowująca puenta ciekawego eksperymentu, z drugiej – całkiem błyskotliwe podsumowanie tego, czym współcześnie najczęściej okazuje się człowieczeństwo.

 

W kinie: L’Envol (Cannes)

dirfortnight2022

 

SCARLET / L’ENVOL
Festival de Cannes 2022
reż. Pietro Marcello

moja ocena: 5.5/10

 

Pietro Marcello nie chce być zwyczajnym filmowcem i można to wywnioskować obserwując jego dość krótką, ale zauważalną obecność na salonach europejskiego kina. Włoch ma na pewno unikalny styl – trochę staromodny, ale w dobrym guście, ale – co najważniejsze – gwarantujący duchowe doznania. Bo to także kino silnie oddziałujące na zmysły, a dziwaczne “L’Envol” (aka “Scarlet”) stanowi tego najlepszy przykład. W folkowej bajce o osieroconej przez matkę dziewczynie, wchodzącej w dorosłość, jest miejsce na magiczny romantyzm, jak i mroczny realizm. Bohaterce towarzyszą powracający z wojny i brutalnie przez nią dotknięty ojciec, ale też pałętająca się po lasach wiedźma, przepowiadająca Scarlet intrygującą przyszłość. Łaczącą się oczywiście z postacią młodego mężczyzny, który wyląduje (dosłownie – samolotem) na sąsiadującym z jej domem polu. W tym rustykalnym świecie krzyżują się losy najróżniejszych postaci – niewinnych niewiast, opiekuńczych staruszek, typów spod ciemnej gwiazdy, agresywnych wieśniaków, ambasadorów nowoczesności. Baśniowo-vintage’owy efekt Marcello osiąga zabiegami, niemalże imitujący estetykę starych, niemieckich heimatfilmen. Przyroda, wiejskie krajobrazy oraz główna bohaterka są często fotografowane w odbijającym słońce w tzw. złotej godzinie sepiowym efekcie, bez dodatkowych filtrów i upiękrzeń. To świat jednocześnie prawdziwy i odrealniony, wymyślony na potrzeby autorskiej narracji.

W kinie: Le Otto Montagne (Cannes)

8szcz

 

LE OTTO MONTAGNE
Festival de Cannes 2022
reż. Felix Van Groeningen & Charlotte Vandermeersch

moja ocena: 6/10

 

Zapierające dech krajobrazy włoskich Alp i rustykalna kraina zapomnianych, tamtejszych wiosek stają się dla reżyserskiego (i także na kanwie prywatnej) duetu Felix Van Groeningen – Charlotte Vandermeersch kluczowym tłem dla rozgrywającej się na przestrzeni wielu lat opowieści o platonicznej miłości, braterstwie i egzystencjalnej melancholii. Odbijających się dźwięcznym echem o majestatyczne, górskie szczyty. Miejscowość o nazwie Grana być może wygląda na turystycznie atrakcyjną oazę spokoju, ale dla 12-letniego chłopca z tych okolic ta idylliczna sceneria to raczej malownicze więzienie. Bruno (Alessandro Borghi) ma tu status “ostatniego dziecka we wsi”, której liczba stałych mieszkańców niemiłosiernie się kurczy. Co innego jego rówieśnik Pietro (Luca Marinelli), który z rodzicami spędza w Alpach regularnie wakacje, ciesząc się świeżym powietrzem, rodzinną atmosferą i towarzystwem Bruna. Te wspólne eskapady w góry, beztroska wakacji, zabawy w otulającym, alpejskim słońcu zrodzą wspomnienia na całe życie i zbudują wyjątkowo mocną relację, wykraczającą poza ramy typowo młodzieńczej przyjaźni.

W dorosłym życiu bowiem losy Bruna i Pietra biec będą zupełnie innymi torami, ale w trudnych momentach to w tej zażyłości odnajdą oni największe oparcie. Dynamika egzystencjalnych dysonansów najpierw młodych, ale za niedługo już całkiem dorosłych mężczyzn, nie imponuje swoim wyrafinowaniem. Opiera się na duchowych napięciach, goryczy, troskach i niepowodzeniach, dla których swoistym lekarstwem okazuje się ucieczka w góry, do krainy dzieciństwa. Wtedy nawet te Alpy, fotografowane w obiektywie Rubena Impensa z liryzmem, ale też w dość dokumentalnej, surowej manierze, zyskają raczej dość trywialną symbolikę. W niej paradoksalnie tkwią słabości tego filmu. Nie chodzi tylko o banalność metafor, ale również ich nachalność i przytłoczenie w wielu fragmentach, gdy bohaterowie szukają wytchnienia w górskim majestacie i sobie nawzajem.

“The Eight Mountains” stanowi jednak jednocześnie duży powiew świeżości w kinie, które śmiało można by określić jako męskie. Bo niemalże bezkrytycznie skupione na męskiej przyjaźni i w jej specyfice (umocowanej w symbolicznym procesie wspólnego budowania domu) podkreślające wyjątkowość tego, co łączy bohaterów. Kobiety – matki i partnerki – funkcjonują na obrzeżach tej relacji. Historia opowiada jest z perspektywy Pietra, będącego też głównym narratorem, a jedną z kluczowych figur na drugim planie jest jego ojciec. Ważny tak samo dla syna, w obliczu jego śmierci przekonującego się, jak mało o nim wiedział, jak i Bruna, który widział w mężczyźnie wzór rodzica, o jakim marzył. Mimo tej wyraziście męskiej optyki, dzieło Van Groeningena i Vandermeersch pozostaje konsekwetnie subtelne i czułe. Proste w swojej emocjonalności i od początku do końca szczere w swych intencjach. Może nawet bardziej niż “Brokeback Mountain”, z którym europejska produkcja chętnie, acz nie do końca trafnie jest porównywana (wiecie – tu góry, tam góry, po co drążyć temat). Dlatego też łatwo zatracić się w tej opowieści i nią autentyczne wzruszyć.