Miesiąc w muzyce: październik 2019 (piosenki)

PIOSENKI PAŹDZIERNIKA

number1
molchatdoma

Molchat Doma – Zvezdy
7”, 2019
Try this!

 

number2
rebeka

Rebeka – Pocałunek
7”, 2019
Try this!

 

number3
devonwe

Devon Welsh – Dreamers
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

CocoRosie – Smash My Head (Put The Shine On LP) Try this!
[lekko eksperymentalnie] [zadziorna elektronika]

Hana Vu – Outside (Outside EP) Try this!
[indie pop] [z charakterem]

Destroyer – Crimson Tide (Have We Met LP) Try this!
[muzyka inteligentna] [sophisti pop]

Tei Shi – Alone in the Universe (La Linda LP) Try this!
[r’n’b] [muzyka pościelowa]

Winona Oak – Let Me Know (7”) Try this!
[indie pop/rock] [chwytliwie]

Chromatics – You’re No Good (Closer To Grey LP) Try this!
[smutne disco] [muzyka elektroniczna]

Lou Roy – Bite (7”) Try this!
[subtelny pop] [muzyka kobieca]

Vegyn – It’s Nice To Be Alive (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [nowe brzmienia]

Squirrel Flower – Red Shoulder (I Was Born Swimming LP) Try this!
[indie rock] [leniwie]

Vagabon – Water Me Down (Vagabon LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [kobiecy pop]

Låpsley – My Love Was Like The Rain (These Elements EP) Try this!
[subtelny pop] [muzyka elektroniczna]

Caribou – Home (7”) Try this!
[muzyka klubowa] [The Avalanches vibes]

MorMor – Won’t Let You (7”) Try this!
[r’n’b] [muzyka pościelowa]

Anna of the North – My Love (Dream Girl LP) Try this!
[muzyka pozytywna] [kobiecy pop]

Kurkiewicz feat. Agus – Oceany Tęcz (Z całej EPy LP) Try this!
[dream pop] [muzyka rozmarzona]

JFDR – Taking A Part Of Me (7”) Try this!
[electro pop] [melancholijne brzmienie]

Lola Marsh – Only For A Moment (7”) Try this!
[pop] [stylowo]

Matt Berninger feat. Phoebe Bridgers – Walking on a String (Between Two Ferns OST) Try this!
[muzyka nastrojowa] [melancholijna ballada]

Kllo – Back To You (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [bedroom pop]

OTHERLiiNE, George FitzGerald & Lil Silva – Hates Me (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [klubowy pop]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Ikar. Legenda Mietka Kosza

ikarkosz

 

IKAR.LEGENDA MIETKA KOSZA
polska premiera: 18.10.2019
reż. Maciej Pieprzyca

moja ocena: 5.5/10

 

Jeśli pojawiłaby się gdzieś petycja, by zdelegalizować w kinie biograficznym takie narzędzie jak retrospekcje, podpisałabym się pod tym obiema rękami i nogami. Niewielu reżyserów potrafi z niego kreatywnie korzystać, a przypadek “Ikara. Legendy Mietka Kosza” pokazuje, jak nadużywanie powrotów do przeszłości bohatera może spłaszczać narrację i odejmować atrakcyjności najbardziej fascynującym nawet życiorysom. Legenda ociemniałego geniusza fortepianu, który muzykę jazzową i improwizowaną raz usłyszawszy miał już zawsze we krwi, umarła nim zdążyła się narodzić. Mietek Kosz (Dawid Ogrodnik) życie zakończył tragicznie i przed trzydziestką, co sytuuje go w panteonie tych najatrakcyjniejszych, filmowych biografii. Dodając do tego trudne dzieciństwo na zacofanej prowincji, dorastanie w mroku, niebywały talent, hektolitry wypitego alkoholu, genialne występy na kultowych festiwalach i sercowe porażki, należałoby zapytać, dlaczego Koszem nasi filmowcy zainteresowali się tak późno. A odpowiedź jest prozaiczna: bo nie potrafią takiego materiału zamknąć w historię wnoszącą cokolwiek nowego do filmowego gatunku. Odrobili lekcję z biophiców z hollywoodzkim rodowodem, ale czy tego typu realizacyjny rozmach w dzisiejszych realiach robi jeszcze na kimkolwiek wrażenie? Szukając w fabule Pieprzycy dobrych rzeczy, trzeba pochwalić Ogrodnika, który dla tej roli nawet nauczył się grać na fortepianie. Kosz w jego interpretacji to bohater bogaty, pełny i bardzo ludzki. Najbardziej poruszający bywa wtedy, gdy podkreśla się jego samotność, powodowaną nie tylko niebywałym geniuszem, nie zawsze ogarnianym w smutnej, PRL-owskiej rzeczywistości, ale i niepełnosprawnością, wiejskim pochodzeniem, brutalnie pozbawionym rodzicielskiej miłości młodością. Za sprawą operatora Witolda Płóciennika występy jazzmana to spektakle iście magiczne, a krótki “pojedynek” młodego Kosza i granego przez Piotra Adamczyka zarozumiałego mistrza na telewizyjnej antenie to chyba najfajniejszy moment filmu. Tym bardziej szkoda, że mając sporo niezłych pomysłów na narracyjne fajerwerki, wybrzmiewa ten film melodią jak ze starej, zdartej płyty.

 

Netflix: Pralnia

pralnia

 

PRALNIA
polska premiera: 18.10.2019
reż. Steven Soderbergh

moja ocena: 4/10

 

Mam dużą wątpliwość, czy “Pralnię” należy traktować w kategoriach czysto filmowych, bo to raczej pełnometrażowa, fabularyzowana wersja programów typu “Czarno na białym” czy “Sprawa dla reportera” (tak, nie jest to komplement). Mimo że Adam McKay dwukrotnie udowodnił, że można połączyć w kinie funkcje rozrywkowe i dydaktyczne, opowiadając je językiem czysto filmowym, Steven Soderbergh nie okazuje się dobrym kontynuatorem myśli twórcy “The Big Short”. Głównym celem “Pralni” jest uwypuklenie kwestii, jak zwyczajni, niewinni ludzie stali i stają się ofiarami nadużyć mechanizmów krajowych i globalnych systemów finansowych, często umożliwianych przez prawo, pozwalające na interpretacyjną kreatywność. Demaskując schemat obiegu pieniędzy w aferze tzw. Panama Papers, Soderbergh robi to jednak z finezją Elżbiety Jaworowicz. Punktem wyjścia dla “Pralni” jest historia wdowy (Meryl Streep), która po śmierci męża próbuje odnaleźć firmę ubezpieczeniową, mającą wypłacić jej odszkodowanie. Poszukiwania doprowadzają kobietę na wyspę Nevis, ale na miejscu siedziby spółki znajduje się jedynie skrzynka pocztowa. Potem przez zawiłości systemu słupów i fasadowych spółek przeprowadzają widza panowie Mossack (Gary Oldman) i Fonseca (Banderas) – w filmie dwaj pajace, w rzeczywistości twarze prawdziwej afery. Soderbergh słusznie pokazuje, że to nie konkretne jednostki są winne takich patologii, ale systemy prawno-finansowe konkretnych krajów, w tym USA. Umożliwiają one bowiem krętaczom i przestępcom ukrycie swojej tożsamości w skomplikowanej strukturze korporacyjnej firm i firemek. Złowieszcze i moralizujące przesłanie “Pralni” wybrzmiewa dość wyraźnie, ale filmowi brakuje satyrycznej swady, panowania nad narracyjnym chaosem, a nawet sensownego prowadzenia aktorów, bo Oldman z Banderasem mają tu tyle życia, co bohaterowie kukiełkowego teatru. Widać, że Soderbergh w ogóle nie czuje tego bombastycznego, zadziornego stylu, w którym doskonale odnajduje się McKay. Także Stevenie, nie idź więcej tą drogą.

 

W kinie: Malowany Ptak (WFF)

malowanyptak

 

MALOWANY PTAK
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Václav Marhoul

moja ocena: 4.5/10

 

Często postrzegamy czarno-białe kino jako jego szczególnie wyrafinowaną wizualnie formę. Taką, której monochromatyczna surowość i osobliwy klimat pozwalają bardziej skupić się na samej treści, tworzyć dla niej szersze konteksty i nabijać uniwersalnymi znaczeniami. Václav Marhoul – zafascynowany radzieckim arcydziełem “Idź i patrz” Elema Klimowa – znalazł własny pomysł na film o tym, jak wojenne barbarzyństwo zabija człowieczeństwo i niszczy najbardziej bezbronne jednostki w społeczeństwie, ekranizując powieść Jerzego Kosińskiego. Za urodzonym w Łodzi amerykańskim pisarzem o żydowskich korzeniach od dekad ciągnie się aura kontrowersji. Uważa się, że wcale nie doświadczył tego, co opisał w “Malowanym Ptaku”, ale także, iż w ogóle nie jest prawowitym autorem tej książki. Marhoul jednoznacznie odcina się od postaci Kosińskiego, deklarując, że interesuje go tylko, co jest tematem powieści – zło w najokrutniejszej swojej odsłonie. Filmowy “Malowany Ptak” wykorzystuje schemat oryginalnego, książkowego storytellingu. Podzielony jest na rozdziały, zatytułowane imionami bohaterów, których ten główny – młody Chłopiec – spotyka na drodze swojej tułaczki przez piekło wojny. Marhoul szybko okazuje się jednak na tyle siermiężnym reżyserem, że nie potrafi takiej epizodycznej formule filmu nadać płynnego rytmu narracji. Zdaje się pornograficznie wręcz ekscytować różnorodnością opisanego w powieści okrucieństwa tak bardzo, że traci z oczu tych, którzy go zadają i doświadczają. Na drugim planie w “Malowanym Ptaku” pojawiają się tacy aktorzy jak Harvey Keitel, Stellan Skarsgård czy Udo Kier, ale nie mają oni absolutnie żadnych, ludzkich właściwości. Stanowią element dekoracji w bezmyślnych spektaklach ordynarnej przemocy, które reżyser serwuje widzowi na zimno, bez poważniejszej refleksji.

Równie bezwiedną postacią staje się Chłopiec – niewinna ofiara bestialskich czasów i okoliczności, nad którą Marhoul głębiej pohyla się jedynie w końcowym epizodzie, gdy dziecko trafia pod opiekę najpierw żołnierzy Armii Czerwonej, a później struktur komunistycznego reżimu. Zadaje ciekawe i przerażające pytanie, kim stanie się osoba, która przeżyła takie piekło i doświadczyła tyle okropieństw ze strony ludzi, gdy dorośnie. Kończy zaś swoje rozważania intrygującą refleksją nad straconą i odzyskaną tożsamością, ale czy pokona ona traumatyczne doświadczenia, pozostawia sprawą otwartą.

W “Malowanym Ptaku” zbyt wiele rzeczy pozostaje czarno-białe lub totalnie bezbarwne, więc jeśli ktoś obawia się, że film Marhoula rozpali “antypolskie wątki” jak literatura Jana Tomasza Grossa, raczej może spać spokojnie. Nie widzę żadnych podstaw, by ta produkcja dała pretekst i oręże do wracania do tego typu dyskusji. “Malowany Ptak” szokuje bowiem przede wszystkim bezsensownością tak ukazywanej przemocy i degeneracji gatunku ludzkiego (a jednak nie konkretnego narodu czy grupy społecznej), a nie tym, co one ze sobą niosą i co symbolizują. Wróćcie do Klimowa, by odrobić tę lekcję, a nie traćcie energii na dyskusję nad filmem, który w tej materii ma niewiele do powiedzenia.

 

W kinie: Babyteeth (WFF)

babyteeth

 

BABYTEETH
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Shannon Murphy

moja ocena: 7/10

 

Milla (Eliza Scanlon) umiera. Od środka zżera ją jednak nie tylko okropny nowotwór, ale też brak jakiejkolwiek motywacji do życia. Lekarstwem na chorobę jest chemioterapia i worek różnych tabletek, zaś remedium na drugą przypadłość – dosłownie – leży na ulicy. Nastolatka przypadkowo wpada na Mosesa (Toby Wallace) – kilka lat starszego od siebie gościa z problemami, uzależnionego od narkotyków drobnego dilera bez stałego miejsca zamieszkania, złodzieja i włóczęgę. Milla zdaje sobie z tego wszystkiego sprawę, ale dostrzega też w nim niebywały luz, witalność i sympatyczną prostoduszność, z których zaczyna czerpać na nowo życiową energię. Sprowadza Mosesa do domu i choć jej rodzice widzą w chłopaku jedynie kłopoty, pozwalają córce z pomocą chłopaka odzyskać dobre samopoczucie i cieszyć się tym pierwszym, miłosnym uczuciem, bo przeczuwają, że być może będzie ono jej ostatnim.Debiutantka za kamerą, Shannon Murphy, przebojowo ogrywa schemat łzawego rom comu o chorej na raka nastolatce, który w „Babyteeth” staje się szlachetnym, dojrzałym kinem o przemijaniu. Tragizm sytuacji Milli uosabia przede wszystkim skrywane we wnętrzu cierpienie jej rodziców – osowiałego ojca psychiatry (Ben Mendelsohn) i funkcjonującą na lekach psychotropowych matkę (Essie Davis), którzy godzą się na wszystko, by utrzymać ukochane dziecko przy życiu oraz zachować w nim do końca młodzieńczą radość i pasję, sami pogrążając się w cichej rozpaczy. Ujmujące są te wszystkie śniadania i kolacje, małe, domowe rytuały, pozornie takie codzienne i zwyczajne, ale unosi się nad nimi cień obawy i strachu, że może to ten ostatni raz spędzany wspólnie.

Także uczucie Milli i Mosesa nie ma w sobie nic z romantycznego dramatyzmu pary przeklętych kochanków w typie Romea i Julii. Dziewczyna łapczywie, „na ostatnią chwilę” zaspokaja głód miłości, realizując w gruncie rzeczy banalny schemat szczeniackiego zauroczenia, znajdując bliskość i ukojenie w ramionach łobuza o sercu po właściwej stronie, który na chwilę, dzięki przypadkowo poznanej dziewczynie, sam może uporządkować własną egzystencję i złapać życiową równowagę. Jeśli nie, to przynajmniej znaleźć łatwe dojście do odurzających leków na receptę.

„Babyteeth” emanuje narracyjnym ciepłem. Perfekcyjnie wyważono w nim komizm i dramatyzm, choć zupełnie niepotrzebnie zdecydowano się na tendencyjną, płaczliwą puentę w finale. Jak przystało na przyjemne, niezależne kino środka, film Murphy doskonale łączy inkluzyjną, lekko pluszową warstwę wizualną z orzeźwiającą ścieżką dźwiękową. Jego siła drzemie również w świetnym aktorstwie – doświadczonych aktorów Mendelsohna i Davis, ale też wschodzącej gwiazdy anglojęzycznego kina, znanej z serialu „Ostre Przedmioty” Elizy Scanlon. W końcu egzystencję jej bohaterki sprowadzono do poziomu ulotności i kruchości tego tytułowego mlecznego zęba, a mimo to wydała się ona całkiem pełna, delikatnie szalona, bogata, nawet jeśli za krótka.

 

W kinie: Kudłata Historia (WFF)

kudlata

 

KUDŁATA HISTORIA
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Amir Homayoun Ghanizadeh

moja ocena: 5.5/10

 

W czterech ścianach skromnego, ale tętniącego energią zakładu fryzjerskiego zamknięte zostały marzenia i obsesje trzech jego pracowników. Wieloletni właściciel lokalu Khan każdego dnia patrzy z nostalgią za okno i wspomina ukochaną „Casablancę”, powoli tracąc w rękach zawodową sprawność i renomę własnego fachu. Shapoora bardziej niż praca rozpalają polityczne dyskusje i awantury z producentem o jakość jego ulubionego tuńczyka z puszki. Najmłodszy w tym gronie Danesh marzy o karierze aktorskiej i to jego wyobraźnia posłużyła reżyserowi Homayounowi Ghanizadehowi za pretekst do uczynienia z opowieści o trzech fryzjerach filmowej baśni w duchu kina Jean-Pierre’a Jeuneta i Michela Gondry’ego. “Kudłata Historia” niczym “Amelia” stanowi ucieczkę w świat wygodnej fantazji, dzięki której można się ukryć przed niegodziwością prawdziwego świata, w otoczeniu fryzjerów symbolizowanych przez serię brutalnych morderstw, nad którymi pracuje pedantyczny i wrogo nastawiony do nich inspektor Kiani. To też sposób na zapomnienie o własnych, mniejszych i większych życiowych niepowodzeniach. Te najbardziej fantazyjne, odrealnione fragmenty irańskiej fabuły pozwalają przyjemnie odpłynąć razem z jej bohaterami, ale jednocześnie nie dają powodów, by zapomnieć, że ten to film to tylka miła dla oka baśń, która nie niesie ze sobą poważniejszej treści.

 

W kinie: Nasze Matki (WFF)

naszema

 

NASZE MATKI
35. Warszawski Festiwal Filmowy
reż. Cesar Diaz

moja ocena: 6.5/10

 

O ranach tak głębokich, że nie zabliźnił ich nawet czas, opowiada César Díaz w “Naszych Matkach”. Nagrodzony Złotą Kamerą dla najlepszego debiutu w Cannes film ma tytuł dość przewrotny, bowiem historia Ernesto – archeologa i specjalisty medycyny sądowej – pozornie mocniej obraca się wokół jego ojca, jednej z setek tysięcy ofiar krwawych czasów wojny domowej, która trwała w Gwatemali ponad 30 lat. W wyniku delikatnych, politycznych uzgodnień w czasach współczesnych pozwolono na częściowe rozliczenia przeszłości – odkopanie kości w jednym z wielu masowych grobów, gdzie spoczywają przede wszystkim cywilne ofiary krwawych rządów. To też głównie mężczyźni, o których dziś pamiętają tylko kobiety. One przeżyły te straszne czasy, by teraz w końcu móc pochować swoich bliskich. Jednym to być może da spokój i wytchnienie, podczas gdy inne będą szukać ukojenia, zeznając w trudnym procesie oprawców swoich krewnych. Nie ma złej drogi w procesie wyrównywania krzywd i rozliczania przeszłości. Ernesto wierzy, że dzięki swojej pracy, odnajdzie prochy ojca – partyzanta stawiającego opór bestiom z wojskowej junty, dziś żyjącego już tylko w pokiereszowanych wspomnieniach jego matki i na wyblakłych, niewyraźnych fotografiach sprzed trzech dekad. Dzięki jednej z nich mężczyźnie zdaje się, iż w końcu trafia na jakiś ślad. To jednak nie kości zmarłych dają najprawdziwsze i najbardziej bolesne świadectwo tragedii i barbarzyństwa, ale pamięć i wspomnienia tych, którzy ostatecznie je przeżyli i ze swoją traumą są ciągle gdzieś tu obok.

Kameralny, głęboko humanistyczny dramat Césara Díaza i okrucieństwo, o jakim opowiada, mają twarz starych Indianek z prowincji i smutnych Metysek z miast. Kryje się w nigdy nie opowiedzianych historiach, osobistych, bardzo bolesnych wspomnieniach. Często zamkniętych w umysłach ofiar, by nie ranić dodatkowo tych, którzy brutalności nie doświadczyli. Ładną klamrą połączona została opowieść głównego bohatera “Naszych Matek”, pokazującej żmudną procedurę układania połamanych kości w jeden, zawsze niekompletny szkielet, przekazywany potem rodzinie. To jak budowanie historii na nowo i pielęgnowanie pamięci, które nigdy nie są łatwe, ale zawsze potrzebne.

 

W kinie: Joker

joker

 

JOKER
polska premiera: 4.10.2019
reż. Todd Phillips

moja ocena: 5.5/10

 

W filmowej popkulturze Joker do tej pory posiadał trzy twarze. Demoniczną Jacka Nicholsona w “Batmanie” (1989) Tima Burtona, mrocznie psychodeliczną Heatha Ledgera w “Mrocznym Rycerzu” (2008) Christophera Nolana, a ostatnio koszmarnie kiczowatą Jareda Leto w “Suicide Squad” (2016) Davida Ayera. Teraz nemesis Batmana otrzymało nie tylko twarz, ale i ciało Joaquina Phoenixa – jednego z najwybitniejszych, żyjących aktorów, który w JOKERZE wykonuje genialną robotę. Oddaje tej roli – dosłownie – całego siebie, grając niezwykle cieleśnie, boleśnie, transowo. Dokładnie taką postać, jaką dostał do zagrania. I tym bardziej szkoda, że właściwie tylko Phoenix wykonuje swoją robotę na nienagannym poziomie. Za kamerą nagrodzonego Złotym Lwem w Wenecji “Jokera” stanął Todd Phillips – gość, który do tej pory nie zrobił filmu na serio. Teraz już wiem dlaczego. Jako współautor scenariusza twórca bromance’owej serii KAC VEGAS podjął decyzję, by wyciągnąć Arthura Flecka (jeszcze nie Jokera) z komiksowego uniwersum i Batmanowego kontekstu, by nadać jego historii uniwersalnego, doniosłego przekazu. Pozostawia hiperrealistyczny szkielet Gotham City – miasta tańczącego z zapałkami na beczce prochu, gdzie jedna iskra może rozpalić prawdziwy ogień społecznego buntu. I na pewno nie przegapicie tej metafory, bo Phillips ją będzie namiętnie powtarzał głośno i wyraźnie, żeby absolutnie nic nam nie umknęło, jeśli byśmy się jakimś cudem nie domyślili za pierwszym razem. Nie wiadomo tylko czemu, gdy ten lont zostanie rozpalony przez pierwsze morderstwa Flecka do wybuchu regularnej rewolucji nie dzieje się właściwie nic. Poza bardzo leniwym w narracji originem postaci.

“Joker” najlepszy jest wtedy, gdy Phillips sięga po swoje komediowe korzenie, ale tych momentów w filmie jest bardzo mało. W paru fragmentach udaje się reżyserowi zbudować nastrój przeszywającego niepokoju. Pokazać cierpienie Flecka z powodu społecznego wykluczenia, samotności i choroby psychicznej tak, że też się czuje ten jego ból na własnym ciele. Bo choć on gdzieś gryzie i kłuje we wnętrzu, staje się bardzo fizyczny poprzez anorektyczną, ponurą posturę Joaquina Phoenixa. Ucieczka w nihilizm i odnalezienie spełnienia w przemocy. Doceniam, ale mimo wszystko za mało w tej postaci prawdziwego człowieka. Gdy bowiem przypomnimy sobie kultowego “Taksówkarza”, do którego “Jokerowi” ma być bardzo blisko, tam portret jednostki odrzucanej przez społeczny mainstream był żywszy, bardziej krwisty, a przede wszystkim prawdziwszy poprzez egzystencjalne sprzeczności, które targały Travisem Bickle.

Phillips potyka się wielokrotnie. A to o technikalia, jak świetna muzyka Hildura Guðnadóttira, ale pojawiająca się w totalnie absurdalnych momentach, a to pornograficzny wręcz zachwyt nad aktorstwem Phoenixa, które choć znakomite, w takiej “aranżacji” czasem ociera się o kicz. Okropne było, gdy Phillipsowi nie udało się zachować konsekwencji w odcinaniu od spuścizny Batmana, pojawiła się tu więc nieśmiertelna scena morderstwa rodziców Bruce’a Wayne’a. Ale przede wszystkim reżyser nie potrafi opowiadać o Flecku/Jokerze w tym szerszym, społecznym kontekście. Jest płytki, wtórny, moralnie wątpliwy (agresja jako główne “narzędzie” buntu oraz niesmaczna sugestia, że choroba psychiczna = większa podatność na przemoc). Odkrywa oczywistości niczym prawdy objawione po raz pierwszy oraz powiela popkulturowe stereotypy. Zagubienie Phillipsa doprowadziło do tego, że w JOKERZE mamy kilka, alternatywnych zakończeń i żadne w sumie nie jest dobre. Na koniec ja zostawię tu tylko jeszcze jedno przemyślenie: by nie przywoływać tu “Króla Komedii”, bo robią to w swoich recenzjach wszyscy, przypomnę, że w tej dekadzie powstał taki lepszy “Joker” – “Rozrywka” Ricka Alversona 4 lata temu.

 

Miesiąc w muzyce: wrzesień 2019 (piosenki)

PIOSENKI WRZEŚNIA

number1
fkatwigs219

FKA Twigs feat. Future – Holy Terrain
Magdalene LP, 2019
Try this!

 

number2
krakowlovesa

Kraków Loves Adana – Follow The Voice
7”, 2019
Try this!

 

number3
angelolsen219

Angel Olsen – Lark
All Mirrors LP, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Julien Chang – Memory Loss (Jules LP) Try this!
[chillwave] [post pop]

Tei Shi feat. Blood Orange – Even If It Hurts (7”) Try this!
[bedroom pop] [modern r’n’b]

Grimes & i_o – Violence (7”) Try this!
[electro pop] [futurystyczne brzmienie]

Magdalena Bay – Good Intentions (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [elektronika]

Millie Turner – Ride This Train (7”) Try this!
[electro pop] [atmosferyczne brzmienie]

The Japanese House – Something Has To Change (7”) Try this!
[indie pop] [aksamitna elektronika]

Francis And The Lights feat. Bon Iver & Kanye West – Take Me to the Light (7”) Try this!
[bedroom pop] [modern r’n’b]

Blue Hawaii – All The Things (Open Reduction Internal Fixation LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [melancholijne dźwięki]

Georgia – Never Let You Go (Seeking Thrills LP) Try this!
[electro pop] [przebojowo]

Drauve – Out of It (7”) Try this!
[indie pop] [muzyka melancholijna]

Girl in Red – Bad Idea! (7”) Try this!
[indie pop] [charakternie]

Pearly – To Me (7”) Try this!
[muzyka nostalgiczna] [wyciszona ballada]

Monsune – Outta My Mind (7”) Try this!
[funk] [berdroom pop]

Trentemøller feat. Jennylee – Try A Little (Obverse LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [klubowe brzmienia]

Jacques Greene – Do It Without You (Dawn Chorus LP) Try this!
[muzyka klubowa] [pure house]

The Big Moon – Your Light (Walking Like We Do LP) Try this!
[indie pop/rock] [dziewczyńska muzyka]

Alice Boman – Wish We Had More Time (Dream On LP) Try this!
[singer/songwriterka] [muzyka emocjonalna]

Peggy Gou – Starry Night (7”) Try this!
[electro pop] [muzyka klubowa]

Pumarosa – Heaven (Devastation LP) Try this!
[indie pop/rock] [delikatna psychodelia]

Beabadoobee – I Wish I Was Stephen Malkmus (7”) Try this!
[indie pop/rock] [90s vibe]

Gracey – If You Loved Me (Impostor Syndrome EP) Try this!
[pop] [z charakterem]

***
posłuchaj na YT

VOD: Wild Rose

wildrose

 

WILD ROSE
premiera VOD: sierpień 2019
reż. Tom Harper

moja ocena: 6.5/10

 

“Wild Rose” to jeden z tych filmów, który od zbyt znajomego schematu scenariuszowego, skutecznie potrafi odciągnąć naszą uwagę w stronę innych, swoich walorów. Jak np. Jessie Buckley, z charyzmą i autentycznym uczuciem wcielającą się w rolę młodej matki po przejściach, która po wyjściu z więzienia zamiast powrócić na łono rodziny, zatraca się w beznadziejnym marzeniu o karierze piosenkarki country. Rose-Lynn zdaje się bowiem nie dostrzegać, że jej zapyziałe mieszkanko w Glasgow od Nashville dzieli nie tylko tysiące kilometrów, ale też zero własnych piosenek na koncie, nadzór kuratora i stęsknione dzieciaki, którym zapewnić należy właściwe warunki do życia. W przypadku bohaterki “Wild Rose” jej walka o własne marzenie to metafora wyboistej drogi z metą z napisem ‘dorosłość’. Rose-Lynn musi pogodzić się z tym, co nieuniknione, zrzucić łobuzerskie szaty i wziąć odpowiedzialność za życie swoje i tych, którzy na niej polegają. I Buckley jest w tym wszystkim absolutnie wspaniała zarówno aktorsko, jak i wokalnie, gdy sama śpiewa amerykańskie standardy, a w finale też wzruszające “Glasgow”, płonące tak cudowną paletą emocji, że gaśnie przy nim cały soundtrack ostatniego “A Star Is Born”. A ponieważ “Wild Rose” Toma Harpera to taki prostolinijny, wzruszający crowd pleaser, który może chwycić pod każdą szerokością geograficzną, wierzę, że dzięki niemu (i “Czarnobylowi”) odpowiednio rozbłyśnie gwiazda tej charakternej, rudowłosej Irlandki.