W kinie: Nić Widmo

nicwidmo

 

NIĆ WIDMO
polska premiera: 23.02.2018
reż. Paul Thomas Anderson

moja ocena: 8/10

 

Znakomita “Nić Widmo” to dzieło dużo bardziej skomplikowane niż tylko opowieść o specyficznej, artystycznej osobowości i nostalgicznym spojrzeniu na epokę, w której ktoś taki mógł funkcjonować. To subtelna, przewrotna komedia, rozkosznie i piekielnie inteligentnie bawiąca się kulturowymi schematami, które są obecne w naszej sztuce od wieków. W filmie Paula Thomasa Andersona rozgrywa się mitologiczna wojna płci. Toczy się ona w zaciszu krawieckiej pracowni i stylowych włościach mistrza w tym fachu, ulubieńca reprezentantek bogatych elit Londynu i Europy lat 50. Jej preludium stanowi pojawienie się w domostwie Reynoldsa Woodcocka i jego siostry Cyril kelnerki Almy, która olśniła projektanta w nadmorskiej gospodzie, zachęcając go do śniadaniowej rozpusty. Na początku wydaje się, że nowa towarzyszka Woodcocków to efekt typowego i niestałego zauroczenia Reynoldsa różnymi, młodymi kobietami. Na chwilę dostarczają one zastrzyku inspiracji, ale całościowo niezbyt pasują do podporządkowanego sztywnym rytuałom życia eleganckiego krawca-wizjonera. Obecność Almy w stylowym domu rodzeństwa ma w sobie coś z niepokojącej bytności drugiej pani de Winter w “Rebece” Hitchcocka. Tych kapitalnych, dekonstrukcyjnych cytatów ze słynnej ekranizacji Daphne Du Maurier w “Nici Widmo” jest dużo więcej (Cyril Woodcock jako finezyjne wcielenie Mrs. Danvers!). Inspiracja innym filmem u Andersona przybiera formę szampańskiego żartu i wytwornej zabawy. Stanowi wyrafinowane narzędzie dla fabularnego konstruktu, zresztą jedno z wielu.

Gdy wydawać by się mogło, że fascynacja Almą gaśnie, a jej plebejskie maniery i buntownicze usposobienie wobec obsesyjnie podporządkowanemu artyście ładowi wystawiają cierpliwość Reynoldsa na zbyt dużą próbę, jego młoda partnerka w iście przebiegły sposób postanawia oprzeć się temu, co miało być nieuniknione. W tym momencie zaczyna się najbardziej nieoczywista i fascynująca część “Nici Widmo”. Do tej pory w dziełach Andersona w ich centrum znajdowały się męskie postacie, wokół których orbitowali inni. Tak pieczołowicie szyta przez reżysera paranoiczna harmonia, z jaką działało otoczenie perfekcjonisty Woodcocka, by zapewnić artyście spokój i swobodę pracy, zapowiadała coś podobnego. Tymczasem “Nić Widmo” okazuje się filmem niemalże feministycznym, poddającym się kobiecym żywiołom, w którym to pragmatyczna, surowa Cyril i rezolutna Alma rozgrywają męskie ego. Ta pierwsza robi to niezauważenie, metodycznie, druga używa sprytu i działa spontanicznie. Obu na Reynoldsie zależy, ale ich wspólna egzystencja jest formą odwiecznej konfrontacji świata męskiego i żeńskiego, której rezultat może oznaczać coś zupełnie innego dla każdego ze stron. Wspaniały i znów zaskakująco sofistyczny finał filmu stanowi tego najlepszy dowód. Sytuacja Cyril i Almy byłaby urzeczywistnioną fantazją bohaterek książek Sary Waters.

“Nić Widmo” to dzieło spełnione na wielu płaszczyznach. W sferze narracyjnej nie tylko nie podejmuje jakiegokolwiek rozpoznawalnego schematu, ale też stanowi kolejny twórczy ewenement w filmografii najbardziej oryginalnego, współczesnego reżysera, Paula Thomasa Andersona. Nawet inspirując się kinem z przeszłości, bawi się on tym z wirtuozerią, z jaką Woodcock szyje te swoje szykowne kreacje. Reżyser i jego ekipa studiowali tę branżę i czasy, do których wracają, by w filmie nie szwankował najmniejszy nawet detal. Tę mrówczą pracę widać na ekranie w każdej scenie. Wspaniale tej wizji podporządkowali się także aktorzy. Daniel Day-Lewis, który zapowiedział, że to jego ostatnia rola w karierze, stworzył jedną ze swoich najlepszych kreacji w tak kapitalnym przecież emploi. Odkryciem są Lesley Manville i mniej znana do tej pory Vicky Krieps. Magiczną atmosferę całości wieńczy świetna ścieżka dźwiękowa Jonny’ego Greenwooda. Takie kino to przykład prawdziwej sztuki, ale też okrutny dowód na to, jak nie przystaje ona do gustów i oczekiwań dzisiejszej widowni, dla której liczą się filmy prostsze w emocjach i przekazie. Chwała Andersonowi, że konsekwentnie zdaje się tym w ogóle nie przejmować.

 

W kinie: Czarna Pantera

blackpan

 

CZARNA PANTERA
polska premiera: 16.02.2018
reż. Ryan Coogler

moja ocena: 5/10

 

Na początek chcę zaznaczyć, że doceniam pojawienie się superbohaterskiego popcorniaka, w którym mamy do czynienia z dobrze napisanymi postaciami kobiecymi, które są niezależne, silne i mądre. Walczą dzielnie i z werwą oraz imponują intelektem i sprytem. W tym świecie to mężczyźni wydają się jakimiś totalnymi anachronizmami z zasadami rodem ze średniowiecza, zaś sam T’Challa okazuje się najbardziej miałkim charakterem w całym filmie. Takiego feministycznego manifestu nie było nawet w “Wonder Woman”. Kiepsko, że “Czarna Pantera” postanowiła stać się “Królem Lwem” w znakomitym kostiumie i efektownej, folklorystycznej scenografii. Choć nawet ta zachwalana – i faktycznie całkiem niezła na pierwszy rzut oka – strona wizualna, szczególnie Wakandy, wygląda jak dość uproszczony i wygładzony, afrykański rewers świata z “Avatara”. Kurtynę milczenia spuśćmy też na to, że CGI wygląda wręcz groteskowo, w scenie rytualnej walki przy wodospadzie sprawia wręcz ból. Nosorożce jako symbol egzotyki Czarnego Lądu i najbardziej waleczne zwierzę, jakie można w tym rejonie znaleźć. Ok, na poziomie detali “Czarna Pantera” jednak mocno zawodzi. Scenariuszowo to też film nie najwyższych lotów, skrótowy i sztampowy, ale przynajmniej główny czarny charakter ma bardzo logiczną i całkiem usprawiedliwioną motywację. Staje się przeciwnikiem T’Challi, nie dlatego że kieruje nim chora, bezsensowna żądza władzy i destrukcji, ale dysponuje inną, globalną wizją wykorzystania potencjału Wakandy i o to właściwie toczy się ten spór. Spór zupełnie niepotrzebnie wzbogacany o dodatkowe atrakcje (blockbusterowe pustaki typu kasyno czy pościg w Korei) i bohaterów (żenująco przeszarżowany antybohater Andy’ego Serkisa, matronowa kreacja Angeli Bassett czy buddyjsko-męczeńska rola Foresta Whitakera). I gdy myślałam, że już naprawdę będę się na tym filmie tradycyjnie nudzić (choć nie zasypiać, bo było na czym zawieszać oko!), oto pojawia się tam biały jak śnieg w górach zamieszkałych przez plemię Jabari Martin Freeman, który jako agent CIA i były pilot wojskowy ratuje świat przed ekspansją czarnej rewolucji ludności z Afryki. Brawo, ten twist w scenariuszu mnie autentycznie rozbawił.

 

W kinie: Jeszcze nie koniec

jeszczeniek

 

JESZCZE NIE KONIEC
polska premiera: 16.02.2018
reż. Xavier Legrand

moja ocena: 7/10

 

Debiut Xaviera Legranda to jedno z największych, pozytywnych zaskoczeń ostatnich tygodni. Produkcja, która zapowiadała się na dość zwyczajny dramat traktujący o przemocy domowej, okazała się ostatecznie filmem błyskotliwym i przewrotnym w formie, podchodzącym do ciężkiego, społecznego tematu z dużą pomysłowością. “Jeszcze nie koniec” zaczyna się jak surowy dramat sądowy, następnie przechodzi od naturalistycznego kina społecznego jak u braci Dardenne do mrożącego krew w żyłach thrillera. To przechodzenie między filmowymi estetykami odbywa się u Legranda w zaskakująco dojrzały, płynny sposób i może przypominać konstrukcję intrygującego “Eastern Boys”, który rozgłos przyniósł Robinowi Campillo parę lat temu. Siła “Jeszcze nie koniec” tkwi przede wszystkim w mądrym i pieczołowitym traktowaniu filmowego rzemiosła. Od konsekwencji w egzekwowaniu scenariusza, gdzie nie ma miejsca na populistyczne wybuchy i tanią sensację (podobna wstrzemięźliwość dodawała wartości “Miarze Człowieka” Stéphane’a Brizé), po starannie prowadzoną grę aktorską, dzięki której racje każdej ze stron wydają się w miarę równoważne, każdy z bohaterów ma swoje argumenty i problemy, wybrzmiewające z równą doniosłością. Delikatna Léa Drucker buduje skomplikowaną postać, co do której można mieć wątpliwości, czy jej strach i nadwrażliwość nie prowadzą jej przez przypadek na granicę paranoi. Z drugiej strony silny Denis Ménochet przekonująco tworzy portret mężczyzny w kryzysie, któremu w zmaganiu się z własnymi demonami niespecjalnie pomaga otoczenie, a z początku wydaje się, że mógłby on – przy odrobinie dobrej woli – wykorzystać jakąś drugą szansę. Tym bardziej wstrząsający okazuje się finał batalii ex małżonków Antoine’a i Miriam, rozgrywający w ciasnych, ciemnych pomieszczeniach mieszkania kobiety, dramatyczny i nieprawdopodobnie burzący kruchą, acz jakoś tam instytucjonalnie przecież kontrolowaną stabilność relacji w obrębie tej rodziny. Francuskie kino w ostatnich latach wykazuje się zdecydowanie największą kreatywnością, jeśli chodzi o kino społeczne, pokazując, że nawet do tego niełatwego gatunku można podejść nieszablonowo i ze świeżym spojrzeniem.

 

W kinie: Kształt Wody

ksztaltwody

 

KSZTAŁT WODY
polska premiera: 16.02.2018
reż. Guillermo del Toro

moja ocena: 3.5/10

 

Wyobraźnia to potężna rzecz, szczególnie w rękach filmowca. Gdy w 2006 roku Guillermo del Toro językiem mrocznej baśni opowiadał o okrucieństwach frankistowskiej rewolucji, podbił świat i z miejsca trafił do pierwszej ligi w filmowej branży. Dekadę później Meksykanin realizuje kolejny swój bajkowy projekt, o którym marzył od dawna. Chciał po raz kolejny językiem fantastyki opowiedzieć ponadczasową historię, tym razem o miłości, z aluzjami do czasów współczesnych oraz w kostiumie konkretnej epoki. Niema sprzątaczka zakochuje się w dziwnym, wodnym stworze, przetrzymywanym przez wojsko w tajnej, rządowej agencji, w wydostaniu ukochanego z kajdan pomaga jej czarnoskóra koleżanka, radziecki, nawrócony szpieg i wrażliwy sąsiad gej. Trwa właśnie Zimna Wojna i wyścig zbrojeń, osobliwe znalezisko może zapewnić Amerykanom dużą przewagę w rywalizacji z komunistami z Bloku Wschodniego, z czego zdaje sobie sprawę bezlitosny agent, który stwora schwytał, a w poznaniu jego tajemnic upatruje szansę na awans i karierę. “Kształt Wody” to film płytki niczym ten basen, w którym przetrzymywany jest oślizgły ukochany sprzątaczki Elisy. Bliżej mu do edukacyjnych, mądrych kreskówek spod znaku Pixara niż arcy ambitnej, filmowej fantazji na miarę “Labiryntu Fauna”. Lawiruje on gdzieś pomiędzy epicką love story a umoralniającą opowiastką o wykluczonych odmieńcach stawiających czoła instytucjonalnemu, bezdusznemu złu i walczących o wartości, o których należy pamiętać nawet w najbardziej ponurych czasach. Guillermo del Toro mruga do widza okiem prawdziwego miłośnika filmu i wielkiego kinofila. Gdy “Kształt Wody” udaje dreszczowiec, to przywołuje skojarzenia z kinem noir lat 50. Gdy bywa melodramatem, to sięga po najbardziej naiwne klisze ze starego Hollywood. Nawet ten demoniczny agent Strickland o znudzonej twarzy Michaela Shannona sprawia wrażenie czarnego charakteru wyjętego z kart zakurzonej powieści przygodowej dla dzieci. Jeśli więc film del Toro ma być triumfem miłości do kina, to jest to miłość wyjątkowo ślepa, bezrefleksyjna i infantylna. Odnoszę wrażenie, że “Kształt Wody” stał się zakładnikiem własnej, baśniowej konwencji. Schematu, który pozwalał twórcom na bogactwo atrakcyjnych z czysto technicznego punktu widzenia rozwiązań, ale już ubezwłasnowalniający ich, gdy aż prosiło się o więcej odwagi i “dorosłości” (nawet słynna scena miłosna sprawia wrażenie, jakby ktoś tu ze wstydem odwracał wzrok, a późniejsze jej wspominanie przez bohaterkę ma poziom rozmowy zarumienionych gimnazjalistek). Zarówno ja, jak i Guillermo del Toro powinniśmy być już zbyt duzi na takie potulne bajki.

 

W kinie: The Post

posy

 

THE POST
polska premiera: 16.02.2018
reż. Steven Spielberg

moja ocena: 6/10

 

Historia tzw. Pentagon Papers pozostaje nieco w cieniu głośniejszej Afery Watergate, która zakończyła w niesławie prezydenturę Richarda Nixona. Tajny, liczący ponad 7 tys. stron raport Departamentu Obrony opisujący dekady intryg i ambiwalentnego zaangażowania Ameryki w polityczną sytuację w Wietnamie dostał się w ręce dziennikarzy New York Timesa. Po tygodniach analiz i śledztwa gazeta opublikowała część materiału, wchodząc tym samym w ostry spór z Białym Domem. Sądowy zakaz omawiania wykradzionego raportu zignorował The Washington Post – wówczas ledwie lokalny dziennik z aspiracjami, publikując jego dalszą część. Sytuacja z Pentagon Papers stała się więc ostatecznie przyczyną sporu o granice wolności prasy, czy może być ona ograniczona państwowym interesem i racją stanu.

Z dzisiejszej perspektywy odwoływanie się do skompromitowanej epoki Nixona wygląda jak pójście na nieprzyzwoitą wręcz łatwiznę. Uderzano w nią bowiem tak często i tak celnie, że nawet w kinie stała się ona dość nudną kliszą. Spielberg zdaje się tego nie zauważać, bo akurat cała sprawa z The Washington Post idealnie skorelowała mu się z sytuacją współczesną. Podobnie jak w nagradzanym “Spotlight”, także w “Czwartej Władzy” z nostalgią i nie tak jasno artykułowanym smutkiem, wspomina się złotą erę dziennikarstwa. Czasy, gdy był to zawód marzeń, dający prestiż i wrażenie, że poprzez rzetelną pracę można faktycznie coś w rzeczywistości zmienić. To wszystko jednak chyba bezpowrotnie minęło. W pogoni na newsami i clickbaitami nikt nie ma już czasu na wielotygodniowe, dziennikarskie śledztwa, zaś same gazety i inne tradycyjne media wydają się powoli wymierać. Spielberg buduje im pomnik, gdy jeszcze ma to w miarę sens (magiczne są te sceny, gdy całe redakcje, po zamknięciu wydania, śledzą proces przygotowania materiału do druku, a potem sam jego druk).

W “Czwartej Władzy” jasno i wyraźnie przypomina się też, jak ważną rolę we współczesnych demokracjach odgrywają media, kontrolując władzę i patrząc jej na ręce. Ale znów powrót do sytuacji z lat 70. raczej nie jest już możliwy. Najciekawszy więc w filmie Spielberg wątek nie dotyczy tego, co na pierwszym, najgłośniejszym planie. Miał bowiem rację Tom Hanks mówiąc, że głównym bohaterem filmu wcale nie jest jego postać, ale bohaterka grana przez Meryl Streep, właścicielka The Post, której decyzja pozwoliła wnieść dyskusję o wolności słowa na poziom uniwersalny. Potraktowana zbyt demagogicznie emancypacja Katherine Graham – osoby z establishmentu, obecnej w świecie biznesu i polityki, która w swoim położeniu znalazła się nie z własnej inicjatywy – wpisuje się zarówno we współczesne debaty o roli kobiet i hasła walki ze szklanym sufitem czy ograniczającym patriarchatem. Tym bardziej szkoda, że przemianę Graham w filmie mniej widać, a bardziej słychać w monologach postaci z jej towarzystwa (sztandarowa dla wymowy całości tyrada żony Bena Bradlee).

Czy takie dzieło jak “Czwarta Władza” jest nam w ogóle potrzebne? Nie odmawiając twórcom, w tym przede wszystkim reżyserowi i ekipie aktorskiej profesjonalizmu, nie jestem tego taka pewna. Jeśli chodzi o dyskusję o roli mediów, ocenę ich kondycji we współczesnym świecie, relacje między misją a biznesem, to o wiele bardziej skrupulatnie i wielowątkowo do tematu podszedł chociażby serial “Newsroom” Aarona Sorkina. Nawet jeśli prezentowana w nim wizja była zbyt wyidealizowana i została ostatecznie skompromitowana w momencie ogłoszenia wyniku ostatnich wyborów prezydenckich w USA. Spielberg swoje doniosłe kwestie kieruje w stronę liberalnych elit, które są już przekonane do tych racji. Nie jest w stanie skutecznie przemawiać zaś do tych, którzy zadecydowali o tym, że największym mocarstwem świata rządzi ktoś taki jak Donald Trump. Politycznie zaangażowane kino amerykańskie desperacko potrzebuje nowych, odważnych rzeczników, którzy odesłaliby na zasłużoną emeryturę ikony pokroju Stevena Spielberga.

 

W kinie: The Disaster Artist

disastera

 

THE DISASTER ARTIST
polska premiera: 9.02.2018
reż. James Franco

moja ocena: 7/10

 

Rozmiękczający najtwardsze serca bromance z precyzyjnie rekonstruowaną legendą kultowego “najgorszego filmu świata” na drugim (a może jednak pierwszym?) planie. “The Disaster Artist” zgrabnie balansuje gdzieś między pełną uczucia i wyrozumiałości parodią megalomańskich ambicji wyzbytych jakiegokolwiek samokrytycyzmu Tommy’ego Wiseau a hołdem dla ekscentrycznego fantasty, który miał odwagę (i kupę kasy), by bezkompromisowo realizować własne marzenia. Film być może zbyt łatwo przechodzi do porządku dziennego nad tym, że mając nieograniczone zasoby finansowe, wcielanie w życie tychże marzeń szczególnie trudne nie jest. Myli też pojęcia, z absurdalnej donkiszoterii czyniąc cnotę, a z oczywistego braku talentu i czystej ignorancji niemalże wizjonerstwo. “The Disaster Artist” w żadnym momencie nie stara się też zgłębić fenomenu “The Room”, spłycając ten aspekt do histerycznej reakcji publiczności na pokazie premierowym filmu. Ale właśnie ten brak ambicji i rozmachu pomysłu Jamesa Franco na wgryzienie się w niesamowitą historię i karierę Tommy’ego Wiseau sprawiły, że samo “The Disaster Artist” jest tak doskonałą, rozkoszną komedią. Takim klasycznym feel-good movie, który może śmiało nie prowokuje do filmoznawczej zadumy, ale za to daje masę radości i prawdziwego uśmiechu.

 

Miesiąc w muzyce: styczeń 2018 (piosenki)

PIOSENKI STYCZNIA

number1
liljinder

Little Jinder feat. Lykke Li – Hålla Handen
7”, 2018
Try this!

 

number2
sonlux

Son Lux – Slowly
Brighter Wounds LP, 2018
Try this!

 

number3
keepshelly2018

Keep Shelly in Athens – Eternal
7”, 2018
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Mt. Si – 911 (7”) Try this!
[dream pop] [atmosferyczne brzmienie]

Dua Lipa – IDGAF (7”) Try this!
[pop] [z charakterem]

Luke Reed – I’m Dreaming (7”) Try this!
[lo-fi pop] [80s vibes]

Adonis – Druga Fala Molly (7”) Try this!
[hypnagogic pop] [przesterowane brzmienie]

Manic Street Preachers – International Blue (Resistance Is Futile LP) Try this!
[brit pop] [wysokoenergetyczny numer]

Chloe x Halle – The Kids Are Alright (7”) Try this!
[dziewczyński pop] [przebojowo]

Preoccupations – Espionage (New Material LP) Try this!
[rock] [muzyka z przekazem]

Ravyn Lenae – Sticky (7”) Try this!
[70s vibe] [r’n’b]

Lucy Dacus – Addictions (Historian LP) Try this!
[pop/rock] [z ciekawą energią]

Superorganism – Everybody Wants To Be Famous (Superorganism LP) Try this!
[poptimism] [aranż na bogato]

Gwenno – Tir Ha Mor (Le Kov LP) Try this!
[gwiezdne brzmienie] [dream pop]

George FitzGerald & Lil Silva – Roll Back (All That Must Be LP) Try this!
[muzyka elektroniczna] [dream pop]

Morabeza Tobacco – TTYL (7”) Try this!
[retro pop] [chillwave]

St. Beauty – Not Discuss It (Running To The Sun LP) Try this!
[r’n’b] [muzyka pościelowa]

Mausi – Rich Girl (7”) Try this!
[nu disco] [muzyka taneczna]

James Blake – If The Car Beside You Moves Ahead (7”) Try this!
[nowe brzmienia] [elektronika szeptana]

Tracey Thorn – Queen (Record LP) Try this!
[retro electro] [przebojowo]

Kali Uchis feat. Tyler, The Creator, Bootsy Collins – After The Storm (7”) Try this!
[soul] [leniwa niedziela]

The Damned – Standing On The Edge Of Tomorrow (Evil Spirits LP) Try this!
[retro rock] [weterani w formie]

Miink – Yellow Dust (7”) Try this!
[aksamitne r’n’b] [muzyka pościelowa]

 

***
posłuchaj na YT /// posłuchaj na Spotify

W kinie: Trzy billboardy za Ebbing, Missouri

ebbing

 

TRZY BILLBOARDY ZA EBBING, MISSOURI
polska premiera: 2.02.2018
reż. Martin McDonagh

moja ocena: 8/10

 

Patrząc na współczesne kino z USA, dzieło Martina McDonagha wygląda jak rzecz z innej, filmowej galaktyki. Albo przynajmniej z innej epoki. Chodzi mi o amerykańskie kino lat 50. i 60., które sięgało po mocne, wyraziste historie, tworzyło pełnokrwistych bohaterów i przekazywało uniwersalne prawdy o świecie i ludziach. Nie było efekciarskie, nie upraszczało rzeczywistości. Sięgało po ponadczasowe archetypy funkcjonujące w tekstach kultury od wieków. Takie też jest “Trzy billboardy za Ebbing, Missouri” – film o najgorszym do promocji tytule, ale wspaniale zagrany (każda rola jest tu złota) i napisany (scenariusz naszpikowanymi jest błyskotliwymi dialogami, które są właśnie dialogami, a nie monologami wygłaszanymi przez poszczególne postacie). Tytułowe trzy billboardy na drodze przy miasteczku w Missouri postanawia wykorzystać Mildred Hayes (wspaniała Frances McDormand) – rozgoryczona i pogrążona w żałobie matka, która nie może pogodzić się z tym, iż lokalna policja dowodzona przez szeryfa Billa Willoughby’ego (wspaniały Woody Harrelson) nie złapała jeszcze mordercy jej nastoletniej córki. Ciężko nie sympatyzować z załamanym rodzicem, ale jednak Mildred robi wszystko, by zniechęcić do siebie wspólnotę, której jest częścią. Wściekle pragnie bowiem jednocześnie zemsty i sprawiedliwości, którymi otoczenie nie może jej obdarować.

“Trzy billboardy…” są więc zarówno egzystencjalną opowieścią o gniewie i bezsilności wobec okrucieństwa i krzywdy, godzeniu się z paskudnym losem, ale też surowym świadectwem wystawionym małomiasteczkowej solidarności. Personifikacją tejże jest postać porywczego błazna w policyjnym mundurze (wspaniały Sam Rockwell) – najbardziej nieoczywistej i fascynującej postaci w uniwersum McDonagha. Dixon uczy nas, że żaden człowiek nie jest czarno-biały, a naturalną cechą ludzką jest zmiana, dokonująca się w nim poprzez doświadczenie i otwarcie na drugą osobę czy rzeczywistość w szerszym ujęciu niż ta, którą obejmujemy wzrokiem. I wydawać by się mogło, że te “Trzy billboardy…” to film wyjątkowo ponury i umoralniający w wymowie, ale nic z tych rzeczy. Z tego mądrego łączenia konwencji i emocji powstała brawurowa czarna komedia, która dzięki swej przewrotności i przebojowości nie może przytłaczać czy pouczać. Ot, autentyczna komedia ludzka w najczystszej i najszlachetniejszej postaci.

 

W kinie: Wszystkie Pieniądze Świata

allthemoney

 

WSZYSTKIE PIENIĄDZE ŚWIATA
polska premiera: 26.01.2018
reż. Ridley Scott

moja ocena: 4.5/10

 

Ridley Scott i spółka powinni wpłacić połowę dochodów z dystrybucji tego filmu na organizacje powiązane z akcjami #MeToo i Time’s Up, bo tak rozległego rozgłosu “Wszystkim Pieniądzom Świata” zapewne nie przysporzyłaby tradycyjna kampania promocyjna. Chodzi oczywiście o sprawę Kevina Spacey i szybkiego zastąpienia chwilowo skompromitowanego aktora przez Christophera Plummera. Trzeba było dokręcić niektóre sceny, a Oscarowy wyścig sprawił, że nie było na to wcale tak wiele czasu. Michelle Williams zgodziła się na planie pojawić za darmo, Mark Wahlberg pobrał za dokrętkę sowite wynagrodzenie, które w wyniku upublicznienia informacji przekazał dla Time’s Up. Pewnie nie uwierzycie, ale to najgorętsze i najbardziej emocjonujące informacje, jakie o dziele Ridley’a Scotta można powiedzieć. To film całkowicie o niczym. Zbyt powolny i mało widowiskowy, żeby traktować go jak typowy sensacyjniak o ratowaniu nastolatka z bogatej rodziny z rąk porywaczy. Zbyt bezbarwny i łopatologiczny, by rozpatrywać go w kategoriach porządnego kina psychologicznego. Scotta zawiodły nieco jego reżyserska precyzja i rutyna, bo np. efektowna, sprawna praca montażowa sprawia, iż poszczególne wątki wydają się wyjątkowo pobieżnymi i skrótowymi. Interakcja między bohaterami także została nienaturalnie spłaszczona (przemiany Cinquanty i Fletchera Chase’a to podręcznikowe wręcz kurioza). Cała postać J.P. Getty’ego w eleganckiej interpretacji Plummera w ogóle wygląda, jak wyciągnięta z jakiegoś zupełnie innego filmu (czy tylko ja mam wrażenie, że ten nieszczęsny Spacey byłby aktorsko dużo ciekawszy w tej konkretnej roli?). Najbardziej mnie jednak uderzyło, jak irracjonalnie zignorowano tematykę przenikania się pieniędzy i władzy, którą się tu podejmuje i która naturalnie powinna napędzać fabułę, ale w ogóle się jej nie rozwija i nie pogłębia. “Wszystkie Pieniądze Świata” są zatem filmem pustym i mechanicznym, autentycznie nikomu niepotrzebnym.

 

W kinie: Darkest Hour

darkesthour

 

DARKEST HOUR
polska premiera: 26.01.2018
reż. Joe Wright

moja ocena: 5/10

 

Winston Churchill stanął na czele brytyjskiego rządu w najtrudniejszych dla Europy czasach. Gdy kontynent zalewała nazistowska fala i wydawało się, że nic nie jest w stanie zatrzymać Hitlera przed szybkim wygraniem wojny. Tymczasem na Wyspach rządzący byli w rozsypce, domagając się od Churchilla-premiera dogadania się z faszystowskim przywódcą. Widz więc śledzi, jak lider brytyjskiego państwa bardziej niż z przeciwnikami boryka się sam z sobą oraz kibicuje mu, by w końcu do tej wojny jednak przystąpił. Gary Oldman w “Darkest Hour” odstawia wielkie one man show, zagarniając po drodze wszystkie aktorskie nagrody sezonu, ale poziom ekscytacji rozwojem wydarzeń w filmie osiągnął u mnie wysokość podobną jak lektura “Nad Niemnem w licealnych czasach. To pokorne, tradycyjne kino, w którym poziom patriotycznych frazesów przekracza dopuszczalne normy jeszcze w pierwszej połowie filmu. Churchill dla filmowców to wyjątkowo wdzięczna postać, bo w jednym momencie można go pokazać jako wybitnego, politycznego stratega, innym razem – jako niesympatycznego megalomana. Najmniej potrzebny mu jest natomiast mdły, czołobitny panegiryk, który niewiele wnosi do historiozoficznych dyskusji w gremiach szerszych niż akademickie grupy badaczy czasów drugiej wojny światowej.