VOD: The Nightingale

thenightingalejk

 

THE NIGHTINGALE
VOD: 25.10.2019
reż. Jennifer Kent

moja ocena: 7/10

 

Jennifer Kent po “Babadook” kontynuuje swoje reżyserskie podboje na polu kina gatunkowego. “The Nightingale” to kolejny horror w jej dorobku z kobiecą bohaterką w roli głównej, która musi walczyć z potworami. Zmieniła się scenografia na dziką Ziemię van Diemena pogrążoną w XIX-wiecznej szarzyźnie i ciemiężoną przez brytyjskiego kolonizatora. Także zło przybrało zdecydowanie bardziej realistyczną postać człowieka z krwi i kości. Ofiarą bezwzględnego porucznika Hawkinsa (Sam Claflin) zostaje młodziutka Clare (Aisling Franciosi) – Irlandka o pięknym głosie zesłana na koniec świata za przewinienia zadane Brytyjskiemu Imperium. Pomimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności dziewczyna znalazła tu miłość i założyła rodzinę, wierząc, że uda się odkupić winy i wrócić na łono społeczeństwa, znosiła trudy życia i systemowe poniżenia. Aż do czasu, gdy ze wszystkiego, co miała i kochała okradła ją bestia w mundurze, krzywdząc ją także fizycznie. Kontrowersyjne sceny przemocy w filmie Kent są szalenie brutalne, ale nigdy eksploatacyjne i dosłowne. Okrucieństwo musiało tu wybrzmieć odpowiednio mocno, by uwiarygodniać przemianę delikatnej Clare w anioła krwawej zemsty, ale w żadnym momencie nie zostało ono wykorzystane dla samego efektu szoku. Zresztą tę część “The Nightingale” potraktować można jako ekspozycję dla głównego tematu filmu – opowieści o zemście podpartej poetyką antywesternu o feministycznym wydźwięku, ale też o milczącym przymierzu dwójki pariasów połączonych poczuciem krzywdy i rządzą wyrównania rachunków, pomiędzy który rodzi się przyjaźń na przekór wszystkiemu, co ich różni i definiuje. Można by uznać, że agresja Clare i Billy’ego (Baykali Ganambarr) wobec ich oprawców zrównuje ich z nimi, ale sprawność i wyrafinowanie reżyserskie Kent prowadzą do zupełnie innych konkluzji. Zemsta tej dwójki nie ma przecież kojących właściwości, nie przynosi bohaterom żadnego katharsis, nie pomaga zabliźniać ran. Dla tej drugiej strony stanowi przypomnienie o możliwej nieuchronności kary za potworne zbrodnie, których nie ścigało prawo, o rachunku za nadużycia i terror stosowany przez uprzywilejowanych, który może być wystawiony w najmniej spodziewanym momencie. U współczesnych historyczny, brutalny realizm “The Nightingale” – niczym u naszego Smarzowskiego – winien wskrzeszać pamięć o krwawej historii podbijanych przez białego człowieka ziem na Antypodach, których potęga wyrosła z przemocy, nietolerancji i barbarzyństwa oraz wywoływać potężne wyrzuty sumienia.

 

W kinie: The Farewell

thefarewell

 

THE FAREWELL
10. American Film Festival
reż. Lulu Wang

moja ocena: 7/10

 

Od początkowej planszy based on actual lie po słynne “Without You” w wersji mandaryńskiej podłożone pod napisy końcowe czuć, że “The Farewell” to film zrobiony z autentycznej, wewnętrznej potrzeby. Bardzo osobisty, ale jednocześnie na tyle uniwersalny, by jak w zwierciadle mogli w nim się przejrzeć porozrzucani po świecie emigranci i dojrzeć w nim samych siebie. Billi (Awkwafina) jako 6-latka wraz z rodzicami opuściła Chiny i osiadła w Stanach Zjednoczonych. Zresztą z Changchun wyjechali także stryjowie oraz dalsi krewni. Pozostała tam jedynie seniorka rodu Nai Nai (Zhao Shuzhen). 25 lat później dorosła już kobieta ma z babcią świetny kontakt (choć na odległość), ale sama stoi na rozdrożu własnego życia. Zawodowa kariera nie idzie po jej myśli, dodatkowo od rodziców dowiaduje się, że ukochana Nai Nai choruje i już niewiele czasu jej pozostało. Rodzina postanawia ten fakt ukryć przed staruszką oraz ekspresowo zorganizować w Chinach wesele kuzyna, by do domu powrócić mogli wszyscy bliscy, chcący pożegnać się z umierającą krewną w pogodnych okolicznościach i pozostawiając ją w niewiedzy co do stanu jej zdrowia. Rodzinna intryga i rozczulające zderzenie z chińską kulturą dostarczają oczywiście sporej dawki uroczego i totalnie niewymuszonego humoru, ale to przecież nie o śmiech w “The Farewell” chodzi. Nai Nai jest ostatnim ogniwem, łączącym rozproszoną po świecie rodzinę z dawną ojczyzną, a raczej – ich wspomnieniem o niej. Billi pamięta zabawy w parku i rodzinne spotkania u babci, ale żadne z tych miejsc w Changchun już nie istnieje, na swoim miejscu pozostała tylko sympatyczna staruszka. Wraz z jej odejściem zniknie być może coś, co spajało tę familię ze sobą i stanowiło ważny element ich tożsamości. Historia Billi w końcu to przykład tej melancholijnej zadumy nad losem emigranta, któremu bardzo trudno zapuścić permanentne korzenie gdzieś indziej i na dobre rozstać się z miejscem, które się opuściło, gdy pamięć o nim, mimo że mglista i pewnie wyidealizowana, ciągle żyje we wnętrzu. Dlatego że to opowieść w jakimś stopniu autobiograficzna, bije w niej żywe serce, a bohaterowie pozostają widzowi wyjątkowo nieobojętni. Ich perypetie bawią i wzruszają, a przy tym mądrze przekazują uniwersalne prawdy o ludziach i współczesnym świecie. Brawo, Lulu Wang!

 

W kinie: Młody Ahmed

mlahmed

 

MŁODY AHMED
polska premiera: 6.12.2019
reż. Jean-Pierre & Luc Dardenne

moja ocena: 5/10

 

Niewielu jest twórców takich jak bracia Dardenne, których kino od lat łączy społeczne zaangażowanie (choć o zupełnie innej sile rażenia niż takiego Kena Loacha) z charakterystycznym, konsekwentnym językiem filmowym. Tak surowym formalnie, że usytuowanym niemalże w bezpośrednim sąsiedztwie dokumentalnej estetyki. Emocjonalnie oszczędnym, ale rażącym z siłą prądu. Podglądającym bohaterów tak zwyczajnych, że kino bez wyrzutów sumienia może sobie o nich zapominać. Pamiętają Francuzi, którzy w nieefektownych perypetiach przyziemnych ludzi ukrywają wartościowe, dydaktyczne przesłanie. W “Młodym Ahmedzie” z trwogą przyglądają się narodzinom religijnego fanatyzmu, który zaczyna coraz mocniej przenikać do krwioobiegu młodego chłopaka. Dzieje się to na przekór wysiłkom otoczenia, wytaczającemu najcięższe działa, by tylko wytłumaczyć Ahmedowi, że radykalizm to nie jest dla nikogo odpowiednia, życiowa droga. Nad chłopcem płacze matka, pochylają się psycholodzy, walczy ulubiona niegdyś nauczycielka. Wszystko na próżno. Rozsądek, empatia i edukacja pozostają totalnie nieskuteczne wobec tajemniczej, trudno wytłumaczalnej atrakcyjności islamskiego fundamentalizmu. Oczywiście postawa Ahmeda uosabia jeden z najważniejszych problemów współczesnej Europy, zaś jego bliskich – bezsilność społeczną i instytucjonalną Starego Kontynentu w stawianiu czoła temu wyzwaniu. Jednak rozterki Dardenne’ów jeszcze nigdy nie były tak banalne, ich bohater tak idiotyczny i niezajmujący, a sama historia bezzębna i nieinteresująca.

 

W kinie: Historia Małżeńska

historiamalz

 

HISTORIA MAŁŻEŃSKA
10. American Film Festival
reż. Noah Baumbach

moja ocena: 7/10

 

“Historia Małżeńska” jest mocno zakorzeniona w intymnym kinie wiwisekcyjnym (“Sceny z życia małżeńskiego” Bergmana), jak i rozdzierających dramatach o rozpadzie rodziny (“Sprawa Kramerów” Bentona). Noah Baumbach przybił temu filmowi jednak swój mocny, autorski stempel, czyniąc z niego precyzyjne, ale bardzo ludzkie studium erozji związku dwojga kochających się ludzi. Miłość dalej łączy Charliego (Adam Driver) i Nicole (Scarlett Johansson), ale wiele innych czynników sprawia, że ich małżeństwo nieuchronnie dobiega końca. Ciągle pamiętają o tym, co ich w pierwszej kolejności ze sobą połączyło i gdy mówią o tym w poradni małżeńskiej widać, że tych większych rzeczy, jak i uroczych drobiazgów będzie im brakować, ale sentyment i przyzwyczajenie to marnej jakości spoiwa, gdy rany zadane często nieświadomie stały się na tyle bolesne i głębokie, że można je goić już tylko w pojedynkę. Do tego jednak daleka droga, bo nim ta para dostanie szansę na odzyskanie życiowej równowagi, czeka ją jeszcze kosztowna, katorżnicza procedura rozwodowa, w trakcie której podzielić trzeba wszystko – od dóbr materialnych, przez opiekę nad dzieckiem, po efekty własnej pracy. Nicole i Charlie dzielili bowiem nie tylko życie prywatne, ale i zawodowe. On to ambitny, zdolny reżyser, którego ulubioną aktorką i najważniejszą partnerką w budowaniu własnej, artystycznej marki została właśnie żona. Kiedy do gry wkraczają bezduszni, rządni w imieniu swoich klientów krwi prawnicy, sytuacja bohaterów staje się jeszcze bardziej dramatyczna niż pierwotnie, zaś obietnice o rozwodzie w przyjacielskiej atmosferze szybko okazują się naiwną mrzonką. Pułapką systemu, w której ugrzęźli ludzie, nie chcący już mocniej się ranić, do czego ostatecznie zostali zmuszeni procedurami i prawniczymi konwenansami.

“Historia Małżeńska”, choć dotyka wielu kwestii dotyczących rozpadu związku, pozostaje opowieścią do głębi kameralną, całkowicie pozbawioną lamentacyjnego tonu czy widowiskowego napięcia. Rozgrywaną w spokojnych rejestrach, wyciszoną i ładnie zrównoważoną w ukazywaniu racji swoich bohaterów i ogromnej wobec nich empatii. Intencje filmu doskonale zrozumieli Driver i Johansson, dołączając do swojego aktorskiego emploi kreacje naprawdę na miarę swojego talentu i możliwości, co nie zawsze przecież widać w wysokobudżetowych produkcjach, w jakich ostatnio najczęściej możemy ich oglądać. Perfekcyjna świadomość delikatności i minimalizmu filmowej struktury tej opowieści sprawiają, że fabuła Baumbacha bardziej przemawia do serca niż rozumu widza – tego zdecydowanie czulszego punktu, w który reżyser z Nowego Jorku do tej pory nie zwykł chybić.

 

Miesiąc w muzyce: listopad 2019 (piosenki)

PIOSENKI LISTOPADA

number1
haim19

Haim – Now I’m In It
7”, 2019
Try this!

 

number2
terrorjr

Terror Jr – Straight From The Bottle
7”, 2019
Try this!

 

number3
dualipa19

Dua Lipa – Don’t Start Now
7”, 2019
Try this!

 

RÓWNIEŻ POLECANE W TYM MIESIĄCU (kolejność trochę przypadkowa, trochę nie)

Ralph – Looking for You (My Flashbacks & Fantasies EP) Try this!
[stylowe r’n’b] [chwytliwe]

The Galleria feat. Jessy Lanza – Stop & Go (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [klubowe klimaty]

Braids – Eclipse (Ashley) (7”) Try this!
[indie pop/rock] [muzyka z rozmachem]

Basia Bulat – Your Girl (Are You in Love? LP) Try this!
[folkujący pop] [dziewczęce brzmienia]

Rosalie. – Chmury (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Billie Eilish – everything i wanted (7”) Try this!
[muzyka młodzieżowa] [emotional pop]

Soccer Mommy – yellow is the color of her eyes (7”) Try this!
[pop/rock] [sentymentalnie epickie]

José James feat. Ledisi and Christian Scott aTunde Adjuah – I Need Your Love (No Beginning No End 2 LP) Try this!
[aksamitny soul] [eleganckie brzmienia]

Oh Wonder – I Wish I Never Met You (No One Else Can Wear Your Crown LP) Try this!
[pop] [nieoczywiście chwytliwe]

ROSALÍA – A Palé (7”) Try this!
[futurystyczne r’n’b] [nowe brzmienia]

Chela – Spirit Rich (Delivery LP) Try this!
[muzyka klawiszowa] [electro pop]

Tennis – Runner (Swimmer LP) Try this!
[połyskujący pop] [retro brzmienia]

Jessie Ware – Mirage (Don’t Stop) (7”) Try this!
[muzyka taneczna] [klubowe brzmienia]

Grimes – My Name Is Dark (Miss Anthropocene LP) Try this!
[cyberpunk] [muzyka elektroniczna]

Local Natives – Nova (Violet Street LP) Try this!
[indie rock] [atmosferyczne brzmienie]

Baths – Wistful (Fata Morgana) (7”) Try this!
[muzyka elektroniczna] [nowe brzmienia]

Of Montreal – Peace To All Freaks (Ur Fun LP) Try this!
[indie pop] [energetyzujące brzmienia]

Nada Surf – Something I Should Do (Never Not Together LP) Try this!
[indie rock] [90s vibe]

Alexandra Savior – Howl (The Archer LP) Try this!
[indie pop/rock] [z nutą niepokoju]

James Righton – The Performer (7”) Try this!
[pop] [muzyka widowiskowa]

Amilli – Movie (7”) Try this!
[muzyka kameralna] [nastrojowa ballada]

Maria Tyszkiewicz – Chodź (7”) Try this!
[r’n’b] [pościelowe klimaty]

Two People – Dream Steppin’ (7”) Try this!
[indie pop/rock] [leniwe brzmienie]

Arlo Parks – Angel’s Song (Sophie EP) Try this!
[muzyka kameralna] [kobiecy minimalizm]

The Howl & The Hum – The Only Boy Racer Left On The Island (7”) Try this!
[narracyjny pop] [atmosferyczny pop]

Maggie Rogers – Love You For A Long Time (7”) Try this!
[łagodna americana] [kobieco]

Cate Le Bon & Bradford Cox – Canto! (Myths 004 EP) Try this!
[indie pop/rock] [gitarowe brzmienia]

***
posłuchaj na YT

W kinie: Na Noże

nanoze

 

NA NOŻE
10. American Film Festival
reż. Rian Johnson

moja ocena: 6.5/10

 

“Na Noże” to przebojowy update kryminalnej ikonografii wykreowanej w nieśmiertelnej literaturze Agathy Christie. Pojawiają się w nim wszystkie elementy znane z twórczości pisarki, w tym przede wszystkim ciało z poderżniętym gardłem znalezione w gotyckiej posiadłości, barwny korowód podejrzanych i jednocześnie bliskich denata, z których niemalże każdy ma motyw, by chcieć jego śmierci oraz ekscentryczny detektyw, szukający odpowiedzi na pytanie kto zabił? To jednak nie koronkowe rozmontowywanie intrygi napędza tę fabułę, ale meta konteksty, którymi została ona naszpikowana. Znalezione zwłoki należą do sędziwego – a jakże – autora kryminałów statusem i popularnością dorównującego samej Christie, matki chrzestnej tej historii. Grany przez Daniela Craiga ekscentryczny detektyw z Francji to rozkoszna wariacja na temat postaci Herculesa Poirot. Domostwo zmarłego wypełniają dziwaczne artefakty, dla widza noszące całkiem współczesne konotacje (jak tron z noży jakby żywcem wyjęty z wiadomo-jakiego serialu), a kolorystyka scenografii i ubiorów oraz charakteryzacja bohaterów nadają im kreskówkowo-groteskowe rysy. W filmie – w cudownie zabawnym i absurdalnym kontekście – pojawia się nawet “Tęcza Grawitacji” Thomasa Pynchon. Anegdotka dla wtajemniczonych to dla mnie ścisła czołówka najlepszych dowcipów, jakie w kinie usłyszałam w tym roku. W końcu to ten przebojowy humor to też największa broń i atut dzieła Riana Johnsona. Pomysł na pstrokate odświeżenie estetyki kryminałów Agathy Christie to jedno, ale błyskotliwe jej uwspółcześnienie i nadanie soczystych, komediowych walorów to już inny, zdecydowanie trudniejszy i bardziej ambitny pomysł, któremu twórcy “Na Noże” bardzo fajnie podołali.

 

Filmowe Okno na Świat s04e04

atbai

 

WALKA ATBAIA
reż. Adilkhan Yerzhanov
Kazachstan

moja ocena: 6.5/10

 

Reżyser z Kazachstanu to jeden z najbardziej interesujących filmowców ze swojego regionu, reprezentujący zawsze intrygującą kinematografię byłych republik radzieckich. Potrafi w swoich fabułach być jednocześnie metaforyczny, realistyczny, czuły i gorzki. Tak samo jest w WALCE ATBAIA – pozornie dramacie sportowym, który fajnie wymyka się prostym schematom gatunku. Bijącym sercem filmu jest łobuz ze społecznych nizin, wiecznie rozgniewany buntownik, który przyłożyć solidnie potrafi każdemu. Nie ważne, czy mowa o małolatach żądnych wrażeń na ulicznej ustawce czy kochanej małżonce. Wokół Atbaia krąży niemała ekipa podobnych jemu wyrzutków społecznych i drobnych cwaniaczków. Ci będący najbliżej szybko dostrzegają pasję mężczyzny do walki i pchają go w stronę bokserskiego ringu. To pozornie najszybsza droga do tego, by wyrwać się z biedy. Esencją kina sportowego są pojedynki, w których bohater burzy kolejne mury i rozwala szklane sufity. Atbai z filmu Yerzhanova szybko przekona się, że to nie przeciwnicy z ringu na prestiżowym turnieju, mającym być przepustką do wielkiej kariery, faktycznie stoją mu na drodze do lepszego życia. WALKA ATBAIA posępnie odsłania społeczne patologie i moralną degenerację, a w takich okolicznościach bajkowa historia “od zera do bohatera” nie ma po prostu prawa się wydarzyć. Wizualnie dopieszczone, choć czasem za długie sceny (które niepotrzebnie rozcieńczają ponurą diagnozę społeczną) budują obraz świata totalnie pozbawionego nadziei na cokolwiek. Na odmianę losu, ludzką przyzwoitość i uczciwość, przejawy zwyczajnego człowieczeństwa. Nawet błyskotliwe poczucie humoru filmu wybrzmiewa u Yerzhanova minorową nutą. W tym właśnie świecie nadpobudliwy, lejący żonę rozrabiaka i jego szelmowscy towarzysze jawią się jako ostatni nieskażeni wirusem społecznej degrengolady, krystalicznie czyści ludzie, którzy zawsze pozostaną i umrą tam, gdzie są – w zapomnieniu.

 

stanwyja

 

STAN WYJĄTKOWY
reż. Vinko Brešan
Chorwacja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6.5/10

 

Rozliczeniowe kino Vinko Brešana to rzecz zaskakująco brawurowa i odważna. Również dość odświeżająca, jeśli chodzi o tego typu produkcje z Bałkan, które zazwyczaj będąc zakotwiczone w teraźniejszości wracają do przeszłości, by krytycznie ją podsumować w formule poważnego dramatu lub zadziornej komedii. Brešan pozornie sięga po tę drugą konwencję mieszając ją z poetyką absurdalnego snu, ale gdy przyjrzeć się bliżej tym żartom i sytuacyjnym dowcipom, śmiech to raczej przez łzy, pełen żalów i goryczy. W “Stanie Wyjątkowym” ci, co przeżyli krwawe walki o niepodległość, jakie na Bałkanach toczyły się na terytorium rozpadającej się Jugosławii, zastanawiają się, czy państwo, jakie powstało, oby na pewno jest tym, o które walczyli i umierali ponad 20 lat temu. Ciągle niezabliźnioną raną okazuje się kwestia nigdy nie odnalezionych i w związku z tym niepochowanych należycie ciał poległych w niepodległościowych starciach. Grupka samozwańczo chcących rozliczyć przeszłość Chorwatów planuje więc trumienną intrygę, której najważnejsza odsłona rozgrywa się na Cmentarzu Mirogoj, gdzie spoczywa ikona ich ojczyzny, Franjo Tuđman. Ciekawostką jest, że trudna tematyka filmu Brešana, idąca pod prąd np. aktualnemu, oficjalnemu kierunkowi polityki historycznej w Polsce, nie przeszkodziła “Stanowi Wyjątkowemu” otrzymać finansowania od naszej telewizji publicznej, co też nieco tłumaczy, czemu ta intrygująca fabuła tak niezauważona przemknęła przez nasze kina.

 

shindisi

 

SHINDISI
reż. Dito Tsintsadze
Gruzja
zobacz zwiastun >>>

moja ocena: 6/10

 

Gruziński kandydat do Oscara i (nie)oczekiwany zwycięzca Warszawskiego Festiwalu Filmowego powraca do całkiem niedawnych wydarzeń z 2008 roku, gdy rosyjskie wojska najechały na Gruzję. Mimo że wojna trwała zaledwie 5 dni, odcisnęła ogromne piętno na tym kraju i ludziach, którzy znaleźli się na linii ostrzału. Tak jak mieszkańcy tytułowego Shindisi – małej miejscowości położonej niedaleko gruzińskiej stolicy. To tam ponad dekadę temu spotkały się losy pozostałych z konieczności w domu mieszkańców Shindisi i oddziału wojska, który pomimo rozejmu musiał stawić czoła przeważającym siłom wroga. Początek filmu to malowana nerwową, rozedrganą kamerą scena epickiej, straceńczej batalii, po literacku romantyczna pochwała żołnierskiego etosu i autentycznego męstwa w obliczu nieuchronnej klęski. Drugi rozdział tej opowieści – zdecydowanie bardziej kameralny w tonie i ciekawszy niż pierwszy, bo przypominający świetne “Mandarynki” – stanowi afirmację już zupełnie innego rodzaju bohaterstwa. Nieoczywistego i wymagającego nawet większej odwagi, bo odbywającego się bez udziału karabinów i w bezpośredniej bliskości wroga. “Shindisi” realizuje prosty schemat zaangażowanego kina patriotycznego, ważnego dla budowania narodowej tożsamości i dlatego być może dla postronnego widza, z czysto filmowych względów, wyda się ono zbyt szablonowe i konwencjonalne. Dla pewnej grupy ludzi to może być jednak jeden z najważniejszych filmów, jaki w życiu zobaczą.

 

W kinie: Le Mans’66

lemans66

 

LE MANS’66
10. American Film Festival
reż. James Mangold

moja ocena: 6.5/10

 

Film Jamesa Mangolda jest szpanerski, spektakularny i efekciarski. Nasiąknięty do granic możliwości hollywoodzkością i z premedytacją skrojony pod zbliżający się sezon nagród. A jednak “Le Mans ’66” to kino na wskroś romantyczne i nostalgiczne, bo przypominające wysokobudżetowe widowiska z lat 60. i 70. Pomimo tego, że samochody są tu niesamowicie szybkie, a rywalizacja toczy się o najwyższą stawkę, akcję pcha do przodu rozczulająca relacja złotoustego mistrza kierownicy po przejściach Carrolla Shelby’ego (Matt Damon) i bezczelnego, nieokrzesanego mechanika Kena Milesa (Christian Bale). Bromance o dwójce facetów, którzy na przekór spędzonej na wojnie przeszłości i dokuczającej swą przyziemnością teraźniejszości nie pozwolili zabić w sobie tych wiecznych chłopców, co to bawią się samochodami oraz marzą o rozwijaniu niebotycznych prędkości i pokonywaniu niewyobrażalnych barier. Tytułowa rywalizacja Forda i Ferrari narodziła się na początku lat 60., kiedy to amerykański potentat przeżywał poważne problemy. Jego auta nie cieszyły się taką popularnością jak kiedyś, moda na nie wyraźnie przemijała. Wyobraźnię natomiast rozpalały sportowe samochody z Europy, w tym zawłaszcza Ferrari, którego pojazdy rok po roku wygrywały morderczy, 24-godzinny wyścig w Le Mans. Zdegustowany takim stanem rzeczy wnuk Henry’ego Forda w końcu zdecydował się przeznaczyć miliony dolarów na udowodnienie, że to właśnie jego samochody są najszybsze i najbardziej zaawansowane technologicznie, zatrudniając do tego byłego zwycięzcę Le Mans Shelby’ego. Za firmowe pieniądze ekipa marzycieli i łobuzów mogła realizować swoje szalone marzenia, mierząc się zarówno z dużo bardziej zaawansowanymi konstruktorami z Włoch, ale też z korporacyjnymi, kuriozalnymi ograniczeniami.

Shelby i Miles dostali za przeciwników karykaturalnych panów w dobrze skrojonych garniturach, których wszystkie złe cechy mają wręcz irytująco kreskówkowe właściwości. Nie przeszkadza to jednak Damonowi, a zwłaszcza Bale’owi błyszczeć blaskiem swoich cudownie napisanych postaci. Szczególnie Brytyjczyk zagrał w “Le Mans ’66” jedną z najlepszych i najfajniejszych ról w swojej karierze. Taką, która skrada serca i sprawia, że siedząc na kinowym fotelu z autentyczną ekscytacją ściskamy mocno kciuki, by Milesowi udało się wszystko to, na co tak ciężko i zapalczywie pracuje.

150 minut spędzone w samochodowych warsztatach, na asfaltowych torach, a w końcu w kurzu epickiego La Mans nie daje się w ogóle odczuć. Sceny wyścigów są efektowne i imponujące, ale nie przytłaczają tego, co w filmie najistotniejsze. Najbardziej liczą się przecież ci, którzy siedzą za kierownicą tych pojazdów, brudzą się w smarze i zakopują w samochodowych częściach, by osiągać rezultaty, które wydają się nieosiągalne. To im hołd składa “Le Mans ’66”, będąc filmowym widowiskiem i jednocześnie kinem bardzo humanistycznym, bo w żadnym momencie nie pozwalającym zapomnieć o niezbędnym przy każdej tego typu technologicznej rywalizacji czynniku ludzkim.

 

W kinie: Honey Boy (AFF)

honeyboy

 

HONEY BOY
10. American Film Festival
reż. Alma Har’el

moja ocena: 6.5/10

 

Shia LaBeouf rozlicza się z własną przeszłością – okresem, gdy stawiał pierwsze kroki w show biznesie, w czym cały czas towarzyszył mu ojciec. Daleki od ciepłego i sympatycznego wzora rodzica z kina familijnego. Życie 22-letniego Otisa (Lucas Hedges) toczy się na planach filmowych. Wciela się w kolejne role, przymierza nowe kostiumy, zmienia scenografie. I robi to już od blisko dekady. Teraz jest sam, ale gdy był dzieciakiem (Noah Jupe) w tej drodze na aktorski szczyt towarzyszył mu ojciec (Shia LaBeouf). Facet z przeszłością, niegdyś alkoholik i narkoman, skazany na więzienie za próbę gwałtu na matce Otisa. Opieka nad synem to praca Jamesa, za którą dostaje od dziecka wynagrodzenie. Jednak nie dlatego ich relacja znacznie odbiega od rodzinnych standardów. Mężczyzna motywuje chłopca z finezją sadystycznego pułkownika z najcięższej jednostki wojskowej. Nie okazuje mu ojcowskiej troski i miłości. Nie spędza z nim czasu wolnego na prostych rozrywkach. Za często traktuje go jak równego sobie, pozwalając palić papierosy i będąc z nim do bólu szczerym. Nic dziwnego, że w końcu dorosły Otis sam kończy w ośrodku odwykowym, uzależniony od alkoholu i ze zdiagnozowanymi zaburzeniami psychicznymi przez sąd zostaje zmuszony do tego, by skonfrontować się z demonami przeszłości i znaleźć spokój w teraźniejszości.

“Honey Boy” jest filmem brutalnie i ekshibicjonistycznie szczerym w opisywaniu patologicznej relacji ojca i syna, która dla tego drugiego okazała się finalnie dużo bardziej toksyczna i trująca niż przetaczający się regularnie przez krwioobieg alkohol. Mimo to nie ma w nim tendencji do osądu czy dramatycznych rozliczeń – to raczej forma terapeutycznej spowiedzi, sposób na przepracowanie traumy. Czegoś jednak tej opowieści brakuje. Choć widać, że jest osobista, nie czuję w niej tej intymności i emocjonalności, które poruszyłyby u mnie czulsze struny. Obraz często bywa rozedrgany, co daje ciekawy efekt, jakby komuś drżała ręka i uginały się nogi, bo właśnie taki ciężar ma dla niego ta historia, ale znów to za mało, bym odczuła takie samo katharsis jak Shia LaBeouf, gdy zakończyły się zdjęcia go tego filmu.

 

W kinie: Jojo Rabbit (AFF)

jojorab

 

JOJO RABBIT
10. American Film Festival
reż. Taika Waititi

moja ocena: 6.5/10

 

“Jojo Rabbit” ma aspiracje, by być zdecydowanie czymś więcej niż fantazyjną satyrą, rozkosznym crowd-pleaserem i Taika Waititi wcale nie jest tu znowu takim filmowym lekkoduchem, jakby się mogło wydawać, mimo że skutecznie ukrywa się za maską (charakterystycznym wąsem) szalonego zgrywusa przebranego za Adolfa Hitlera. Führer przewraca się w grobie. Nie tylko już dawno w popkulturze stał się obiektem kpin i niewybrednych żartów, ale doszło też do tego, że w filmowej produkcji w jego rolę wciela się Nowozelandczyk z maoryskimi korzeniami. Potrzeba mu do tego tylko szyderczo odstającego brzuszka, niewygodnego munduru i śmiesznego, twardego akcentu. Każde pojawienie się Waititiego-Hitlera na ekranie gwarantuje salwy śmiechu. Dokładnie takiego, jaki w starym kinie wzbudzały slapstickowe gagi, a nawet “Dyktator” Charliego Chaplina, który był dziełem o tyle autentycznie odważnym, że w 1940 roku obśmiał ówcześnie najprawdopodobniej najpotężniejszego przywódcę świata. Odwagi, choć nie tego kalibru, nie brakuje też reżyserowi z Antypodów.Osadzoną w schyłkowych latach II wojny światowej opowieść o małym, nadgorliwym naziście Jojo Betzlerze (Roman Griffin Davis), marzącym jedynie o tym, by stać się mężczyzną i móc walczyć na wojnie, zabijać Żydów i służyć Trzeciej Rzeszy oraz jej ukochanemu wodzowi, charakteryzuje bardzo specyficzny humor. Taki, który relatywizację tragedii od satyrycznej kpiny dzieli naprawdę cienka granica. Wokół sympatycznego, naiwnego dziesięciolatka kręci się nie tylko Adolf Hitler – jego wyimaginowany przyjaciel, powiernik tajemnic i życiowy doradca, zawsze podpowiadający najgorsze rozwiązania z możliwych, ale też cały zestaw kreskówkowych postaci. Kochająca matka Rosie (Scarlett Johansson) zawsze pomoże zawiązać sznurowadła i powie coś mądrego, choć w jej czułych oczach odbija się wielka trwoga o dziecko, ślepo zapatrzone w rzeczywistość i ideologię, które zmierzają ku niechybnej zgubie. Opiekujący się dzieciakami z Hitlerjugend nihilistyczny kapitan Klenzendorf (Sam Rockwell) doskonale zdaje sobie sprawę z nadchodzącej klęski, ale nic sobie z tego nie robi. Nie tylko oni nie są w stanie skruszyć optymizmu Jojo. Nie szkodzi mu też odrzucenie przez kolegów z nazistowskiej organizacji i towarzyskie osamotnienie. Dopiero odkrycie ukrywającej się w ścianie żydowskiej dziewczyny (Thomasin McKenzie) powoli i mozolnie doprowadzi do rewizji postrzegania świata przez chłopca.

Opowiadanie o najgorszych okrucieństwach i tragediach przez pryzmat filtru naiwnej, baśniowej fantazji w kinie nie jest niczym nowym. “Jojo Rabbit” pod tym względem ma wiele wspólnego z “Życie jest piękne” Roberto Benigniego czy “Pociągiem Życia” Radu Mihăileanu. Dziecięca perspektywa, ciepła, nasycona kolorystyka kadrów i lekkie opary błazeńskiego absurdu budzą skojarzenia z “Moonrise Kingdom” Wesa Andersona. To jednak ciągle autorskie kino Taiki Waititiego. Z jego imponującym, ale też kontrowersyjnym, sowizdrzalskim i bardzo cierpkim humorem, ale też dużym chaosem, jeśli chodzi o dbałość o narracyjną konsekwencję. Ciężko nie odnieść wrażenia, że “Jojo Rabbit” składa się z kilku fajnych pomysłów, które w toku realizacji przedsięwzięcia niekoniecznie dobrze się ze sobą połączyły.

Jeśli w tym groteskowym świecie Waititiego znaleźliście przestrogę o niebezpieczeństwie ideologicznego zacietrzewienia, które może zatruwać umysł z niszczycielską siłą najgorszej trucizny, to znaczy, że reżyser porządnie wykonał swoją robotę. Jeśli po seansie “Jojo Rabbit” doszliście do wniosku, że stereotypy i przesądy to nic dobrego i okazują się wyjątkowo bezsensowne w bezpośredniej konfrontacji z tymi, których one dotyczą – to znak, że wynieśliście z filmu coś więcej niż tylko kreskówkowe żarty. Jeśli poruszył Was obraz wojny widzianej oczami łatwowiernego dziecka, to dowód na to, że twórcy filmu nie zmarnowali Waszego czasu. A jak przy tym wszystkim konkretnie się ubawiliście, a nie oburzyliście, to gratuluję – właśnie dołączyliście do fanklubu Taiki Waititiego.