Najlepsze filmy lat 2010-2019: rekomendacje

Minione dziesięciolecie pod wieloma względami filmowo było dla mnie wyjątkowe. Nie dlatego, że w latach 2010-2019 doświadczyliśmy masę wybitnych dzieł – mając coraz bardziej nieograniczony dostęp do dóbr kultury, mogąc oglądać coraz więcej nie tylko w kinie, coraz trudniej w dniu premiery danego tytułu jednoznacznie powiedzieć, że mamy do czynienia z czymś genialnym, co obroni się wobec upływu czasu. Przygotowując się do tego podsumowania skonfrontowałam się z kilkoma filmami, które w momencie, gdy widziałam je pierwszy raz, oceniłam bardzo wysoko albo przeciętnie i nieco zweryfikowałam swoje początkowe zachwyty/rozczarowanie.

Muszę się też przyznać, że choć uwielbiam festiwale, nie tworzą one idealnych warunków do rozważnej konsumpcji filmów. Wszystko dzieje się tam za szybko i jest tego za dużo. To jednak uczestnictwo w tego typu imprezach – nie ważne, czy mowa o Cannes czy Nowych Horyzontach – stanowi swego rodzaju unikatowe doświadczenie, to święto, pozwalające celebrować kino, jego różnorodność i bogactwo. Same festiwale też otwierają się na praktycznie każde kinematografie. Kilkanaście lat temu objawieniem była Rumuńska Nowa Fala, a dziś ten kraj to pełnoprawne miejsce na światowej mapie kina. W minionej dekadzie ja szczególnie śledziłam egzotyczne kino z azjatyckich byłych republik radzieckich, któremu sporo oczywiście brakuje, ale oczarowała mnie wrażliwość wielu twórców z tych krajów. Wygrzebanie z jakiejś obskurnej kinematografii nieoszlifowanego diamentu sprawia mi dużo więcej radości niż cokolwiek innego. Dlatego wolę obejrzeć 20 przeciętnych filmów np. z Europy Wschodniej, by znaleźć jeden dobry niż śledzić losy Avengersów i oglądać kolejne, masowo produkowane, popcornowe widowiska z superbohaterami, które są dokładnie takie same.

A oglądanie autorskiego kina jeszcze nigdy nie było takie proste. Arthouse’owe filmy są dostępne na największych platformach streamingowych i serwisach vod. Nie sprawdzałam zbyt dokładnie, ale z poniższej dwudziestki tylko ze trzech tytułów nie można obejrzeć legalnie w naszym kraju (jeden dlatego, że po pokazach na zeszłorocznym Berlinale w niewielu krajach miał on jeszcze swoją premierę). I miejcie na uwadze, że przypominam to w momencie, gdy wielu z nas siedzi w domach w czasie epidemii i można sobie wiele rzeczy nadrobić. Przez kilka lat kino w domu zrównywało się z kinem tradycyjnym, oferując zupełnie inne doświadczenie, dewaluując się i demokratyzując jednocześnie. Czymś pięknym było oglądanie “Romy” czy “Irladczyka” na wielkim ekranie, ale spokój we własnych czterech ścianach zaczynam sobie cenić jednak dużo bardziej.

Największe platformy streamingowe dużo inwestują w rozwój kina i dają często twórcom dużą swobodę artystyczną, mimo oporu tych najbardziej tradycyjnych obozów (słynny konflikt Netflixa i Cannes). Ale lepiej im ciągle wychodzą seriale niż produkcje pełnometrażowe. Wyliczając na chłodno, strzały jak “Roma” czy “Historia Małżeńska” to jednostkowe przypadki. Trzymam kciuki zarówno za streaming, jak i tradycyjne kina, bo wybór jest najważniejszy.

W końcu festiwale filmowe – dostępne i otwarte jak nigdy. W Polsce rozwijające się bardzo szybko – od niszowych imprez dla wybrańców, po masowe spotkania doświadczonych i początkujących kinomanów. Elitarne Cannes stworzyło program dla młodszych miłośników kina, którzy mogą zaaplikować i pojechać na kilka dni na Lazurowe Wybrzeże oglądać najbardziej wyczekiwane premiery sezonu. Wenecja za pośrednictwem zewnętrznej platformy udostępnia za parę euro tytuły z pobocznych sekcji festiwalu. A do Berlina można sobie od nas dotrzeć w maksymalnie kilka godzin i kupić na miejscu lub wcześniej online bilet na praktycznie każdy film. Coraz szybciej premierowe rzeczy z festiwali trafiają też do regularnej dystrybucji, nawet w naszym kraju. Akurat piszę to wszystko w wyjątkowo niefortunnym, trudnym czasie, gdy nie wiadomo, kiedy powróci normalność i w jakim stanie wyjdzie z tego też filmowa branża, jak wiele innych mocno dotknięta sytuacją z epidemią. Trzymam kciuki za to, byśmy spotkali się w kinie szybciej niż nam to się wszystkim dziś wydaje.

Zaczynamy odliczanie. Na razie jeszcze niewłaściwe, bo filmowe podsumowanie drugiej dekady XXI wieku rozpoczynam od dwudziestki rekomendacji – tytułów, które były bardzo blisko setki, ale ostatecznie się do niej nie zmieściły. Każdą z tych produkcji pamiętam i uważam, że nawet jeśli dla minionej dekady mało z nich to dzieła ikoniczne, to absolutnie wartościowe, ciekawe filmy, do których warto albo powrócić, albo je obejrzeć, jeśli się ich nie widziało.

 

r-sbier

r-cichanoc

r-perfsc

r-western

r-nieznajomy

r-granik

r-miahl

r-skeleton

r-aferim

r-lekwys

r-no

r-nebraska

r-ornitolog

r-loveis

r-fourteen

r-victoria

r-corkidans

r-duke

r-testament

r-sightseers

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *